Ł. Łozowski

Dzieje grzechów obozu socjalistycznego

[1936]

Klasy średnie, druzgotane w ostatnich latach przez kryzys gospodarczy, tracą grunt pod nogami i zostają stopniowo wydziedziczone. Cała ta olbrzymia wielomilionowa masa posiadaczy i producentów-indywidualistów, stanowiąca większość ludności europejskiej, zdaje sobie sprawę z bankructwa panującego ustroju, widzi źródło swojej udręki w wielkim kapitale i przemyśle i pragnie zapewnić sobie byt w ramach nowego porządku gospodarczego, którego zarysy dla tej masy jeszcze niejasne, ale nadzieje z nim związane zupełnie określone: ten nowy upragniony porządek ma zapobiec anarchii gospodarczej i zapewnić tej masie realne prawo do pracy i chleba… Ten drobny posiadacz, gnębiony trwogą, niepewny jutra, pełen jest radykalizmu uczuciowego, będącego odwrotną stroną jego niechęci do wielkiego kapitalisty i przemysłowca. Wydawałoby się, że wymienione nastroje powinny pchnąć drobnomieszczańską masę bezpośrednio w szeregi walczącej armii socjalistycznej. Tymczasem dzieje się coś wręcz przeciwnego: „człowiek z ulicy” nie tylko, że nie zawiera przymierza z socjalizmem, ale – przeciwnie – w niektórych krajach wypowiada socjalizmowi walkę na śmierć i życie.

Dlaczego tak się stało? Jakie są przyczyny tego tragicznego paradoksu naszej rzeczywistości? Niewątpliwie należy szukać tych przyczyn w pierwszym rzędzie w warunkach obiektywnych, tzn. w strukturze socjalnej i w umysłowości mieszczaństwa, ale to nie wystarczy. Jeżeli między robotnikiem a mieszczaninem legła tak głęboka przepaść, że nawet katastrofalna pauperyzacja mieszczaństwa nie potrafiła tej przepaści zasypać, to nie można wątpić, że ze strony obozu socjalistycznego musiały być popełnione w stosunku do mieszczaństwa jakieś poważne błędy o wielkiej doniosłości. Jakież są te błędy?

Jeden z nich został już w prasie socjalistycznej stwierdzony z całą szczerością: ta maxima culpa, do której w zapale ekspiacyjnym przyznają się liczni autorzy, polega na tym, że ruch socjalistyczny bardzo zaniedbał „człowieka z ulicy”, bardzo mało uczynił – tak w kierunku ideologiczno-programowym, jak i organizacyjnym – żeby utorować mu drogę do obozu socjalistycznego. Należy tylko podkreślić i uświadomić sobie, że błąd ten nie był wcale błędem w ścisłym tego słowa znaczeniu, bo nie stanowił żadnego przypadkowego odchylenia od zasadniczej linii rozwoju ruchu socjalistycznego. Przeciwnie, wynikał organicznie z ogólnego kierunku tego rozwoju i był naturalnym skutkiem tragicznego wypaczenia, jakiemu uległ ruch socjalistyczny na Zachodzie.

Ta smutna ewolucja polegała na tym, że socjalizm zachodni przeistoczył się stopniowo z wyznania wiary w teoretyczny światopogląd, żeby w końcu stać się po prostu sektą, wprawdzie liczną, ale tylko sektą, operującą, jako jedyną bronią, formułą przebudowy gospodarczej i występującą wobec świata, im dalej, tym wyraźniej, wyłącznie w roli obrończyni aktualnych potrzeb i interesów proletariatu fabrycznego. W ten sposób socjalizm zachodni stopniowo dokonał samodegradacji z wyżyn religii ludzkości do poziomu teorii ekonomicznej. Wskutek powyższej ewolucji zarysował się wyraźny przerost aparatu nad ideą, ciała organizacyjnego – nad duchem i patosem. Socjalizm w jego konkretnej postaci stał się po prostu wielkim legalnym międzynarodowym związkiem, który organizował ruch zawodowy, prowadził strajki, był czynny na terenie parlamentarnym, wrastał stopniowo w aparat państwowy (zdradzając przy tym wyraźną tendencję do „pozytywnej” „organicznej” „państwowotwórczej” pracy), ale zarazem tracił poczucie swego historycznego powołania oraz moc buntowniczą. Rzadkością stał się z biegiem czasu Jauresowski typ socjalisty – trybuna ludowego, jego miejsce zajęli teoretyk i funkcjonariusz.

Było więc rzeczą zupełnie naturalną, że potężny żywioł masy ludowej wymknął się z pola widzenia socjalizmu; pozostał tam jedynie jako wyłączny przedmiot uwagi i zainteresowań, klasyczny proletariusz; a i ten pozostał nie w całokształcie swojej realnej istoty, wcale nic pozbawionej przeróżnych imponderabiliów, odruchów i nastrojów, tylko w wyimaginowanej abstrakcyjnej postaci narzędzia anonimowego procesu historycznego, mającego rzekomo z fatalistyczną konsekwencją doprowadzić nas do progu państwa socjalistycznego.

W ostatnich czasach czyni się w obozie socjalistycznym wszystkie możliwe starania, żeby naprawić fatalny błąd oderwania się od wielkiej masy ludu, od interesów „prostego człowieka” (wyrazem tych poszukiwań są chociażby tzw. plany gospodarcze i polityczne, mające ustalić zakres i kierunek akcji socjalistycznej w przewidywanym okresie dyktatury proletariatu). Jeżeli więc chodzi o wyzwolenie się socjalizmu z przeżytków sekciarskich, o organizacyjne i ideologiczne zespolenie akcji socjalistycznej ze sprawą wielkich mas ludowych, to ruch rewizjonistyczny w obozie robotniczym już poczynił decydujące kroki naprzód i jest na dobrej drodze ku naprawie popełnionych błędów.

Ale czy to wystarczy? Czy ewolucja socjalizmu nie wykazała poza tym innych objawów wypaczenia?

Wydaje mi się, że tragiczne wydarzenia ostatnich lat – w szczególności żywiołowy rozwój ruchu faszystowskiego – wyraźnie wskazują, w jakiej dziedzinie zbiorowa myśl socjalistyczna uległa wyjałowieniu. Błędem było (i pozostaje dotychczas) niedocenianie wagi czynników emocjonalnych i w ogóle duchowych w rozwoju wydarzeń historycznych, w szczególności niewłaściwe traktowanie lub lekceważenie problemu nacjonalizmu. Niedocenianie to wynikło po części z utraty łączności z życiem duchowym mas ludowych (o czym była mowa wyżej), po części zaś – z prymitywizacji, jakiej uległa nauka Marksa w umysłach przeciętnego ogółu socjalistycznego.

Dla milionów ludzi marksizm stał się chlebem powszednim, szablonem myślowym, naturalnym torem rozważań o sprawach społecznych (mówię tu, oczywiście, nie o ściśle naukowej konstrukcji marksistowskiej, tylko o tej elementarnej kwintesencji marksizmu, która w lapidarnym, popularnym ujęciu stała się kanonem myślowym mas socjalistycznych). Ale ten niebywały dziejowy sukces stał się prawdziwą tragedią marksizmu, jako teorii naukowej: w skwapliwych małpich łapach masowego użytku i codziennej wymiany podstawowe myśli Marksa uległy niebywałemu zbanalizowaniu i wykoślawieniu. Zaś z tych podstawowych myśli żadna nie została tak zniekształcona w krzywym zwierciadle taniej „dialektyki”, jak twierdzenie Marksa, że zjawiska i formy życia duchowego są odbiciem i wyrazem danego ustroju społecznego i stanowią jego nadbudowę.

Myśl ta, rzucona w wartki prąd popularyzacji, zatraciła w końcu całą swoją istotną treść i subtelność.

W przekonaniu ogółu, sprawy wyższego rzędu, sprawy kultury duchowej stały się po prostu iluzorycznym cieniem procesów społecznych i ekonomicznych, pozbawionym wszelkiej samoistnej wagi. Rozpanoszył się stopniowo pogląd, że życie emocjonalne i duchowe zbiorowości daje się rzekomo całkowicie i bez reszty sprowadzić do elementów klasowych, bezpośrednio wynikających z panującej formy produkcji i wymiany. Między strukturą ekonomiczną społeczeństwa a jego życiem duchowym „stwierdzono” po prostu elementarny związek przyczynowy zaledwie, nie zależność naturalną w sensie przyrodniczym. Zatracono wszelkie zrozumienie dla istoty zjawisk duchowych, jako świata odrębnego, posiadającego – w pewnych granicach – trwałość samodzielną i wywierającego ze swojej strony potężny wpływ na bieg życia. Im bardziej obóz socjalistyczny zasklepiał się w wyniosłej splendid isolation, tym wyraźniej występowała z natury rzeczy tendencja do krańcowego przeciwstawiania się idealistycznym teoriom burżuazji, co w konsekwencji musiało w atmosferze walki społecznej doprowadzić do przejaskrawienia kryteriów materialistycznych, do obniżenia materializmu dziejowego do poziomu jałowej racjonalistycznej formułki, wykluczającej wszelką bezpośrednią intuicję historyczną.

Zapanowała jakaś okrutna scholastyczna pasja wyjaławiania problemów życiowych, jakieś zacietrzewienie rezonerskie, rozkoszujące się po prostu „dezawuowaniem zagadnień” za pomocą ustawicznego stwierdzania, że właściwie nie ma na świecie nic niejasnego i skomplikowanego, albowiem wszystko daje się doskonale sprowadzić do form produkcji. Dzięki takiemu „uproszczeniu” Marksa utwierdziło się w obozie socjalistycznym przekonanie, że praca bezpośrednia w kierunku urobienia psychiki i kultury duchowej społeczeństwa jest rzeczą niepotrzebną. Wystarczy, że przeciwieństwa społeczne dojrzeją do pewnego stopnia, a reszta sama już przyjdzie, bo przecież ze strony tzw. czynników natury duchowej nie można się spodziewać żadnego istotnego oporu, skoro czynniki te, jako nie posiadające żadnego bytu, automatycznie ulegną zmianie, gdy tylko dojrzeje kryzys społeczny.

To wycofanie się socjalizmu z terenu spraw duchowych przyniosło, oczywiście, ruchowi socjalistycznemu niepowetowane szkody. Ale szczególnie fatalnym w konsekwencjach okazało się zaniedbanie dziedziny, która tak olbrzymią rolę odgrywa w życiu emocjonalnym prostego człowieka: mam na myśli dziedzinę spraw i problemów narodowych.

Od czasów pierwszej międzynarodówki, która uznała poszczególne narodowości, że tak powiem, tylko z zewnątrz, jako swoje jednostki organizacyjne, jako de facto istniejące odrębne zbiorowości, dokonała się w socjalizmie wielka i znamienna ewolucja poglądów na problem narodowości i kultury narodowej. Ewolucja ta znalazła swój najpłodniejszy wyraz w koncepcji publicznego prawa narodowościowego (swego rodzaju „rozdziału narodowości od państwa”), w haśle samorządu poszczególnych narodowości oraz w pozytywnym ustosunkowaniu się do postulatu języka ojczystego, jako naturalnego i celowego narzędzia pracy socjalistycznej na różnych terenach. Dokonała się jednak ta przemiana wyłącznie pod naciskiem aktualnych potrzeb akcji socjalistycznej i jedynie pod kątem społeczno-politycznych interesów socjalizmu. Chodziło nie tyle o samą istotę sprawy narodowej, ile o uprzątnięcie z drogi socjalizmu wszelkich przeszkód i komplikacji, wynikających z ucisku narodowego i w ogóle z nienormalnego kształtowania się stosunków na terenie narodowym.

Ewolucja ta była więc w gruncie rzeczy tylko dalszym rozwinięciem stanowiska I Międzynarodówki i nie zmieniła zasadniczo samego podejścia socjalizmu do spraw narodowych. Solidaryzując się z programem narodowego samookreślenia i samorządu i walcząc o jego realizację, socjalizm prowadził tę walkę li tylko w charakterze czynnika światowego, międzynarodowego, zainteresowanego w urobieniu sobie dogodnego gruntu dla dalszej pracy; ale traktowanie odrębnych organizmów narodowych wyłącznie jako obiektu akcji socjalistycznej nie uległo zmianie, podejście do całości narodowej pozostało w dalszym ciągu podejściem z zewnątrz.

Niestety, na tym ewolucja utknęła. Z wielu powodów, o których mowa niżej, nie doczekaliśmy się dotychczas dalszego ciągu chlubnej karty, wypisanej przez socjalizm w dziejach problemu narodowego. Ten dalszy ciąg i naturalne zakończenie poprzedniej ewolucji miałby polegać na wytworzeniu wyraźnego poglądu na wewnętrzną istotę narodu, jako specyficznego wytworu historycznego, na opracowaniu wytycznych socjalistycznego programu wychowania narodowego i na zajęciu – na podstawie tego programu – czynnego i twórczego stanowiska z wewnątrz wobec spraw tradycji i kultury narodowej.

Kroku tego, socjalizm, niestety, dotychczas nie uczynił, zachowując wobec narodowości w dalszym ciągu postawę czynnika wyłącznie nadrzędnego, zewnętrznego; partie socjalistyczne pozostały w dalszym ciągu siłą nie tylko międzynarodową, ale jakby ponadnarodową i trwają nadal w postawie ekspozytur międzynarodówki przy poszczególnych ośrodkach narodowych. Aż do dnia dzisiejszego nie zajął socjalizm wyraźnie czynnej postawy wobec wewnętrznych walorów kultury i tradycji narodowej i nie przeciwstawił dogmatycznemu i reakcyjnemu nacjonalizmowi burżuazji i mieszczaństwa swojej własnej pozytywnej socjalistycznej koncepcji narodu. Zamiast stanąć otwarcie na gruncie historycznej wspólnoty narodowo-kulturalnej, jako jedynie realnej sfery i atmosfery pracy socjalistycznej, i z tego stanowiska, w charakterze czynnika wewnętrznego, organicznego, tkwiącego korzeniami intra muros nationis, wychować masy w duchu nowego, twórczego nacjonalizmu, wolnego tak od zasklepienia narodowego czy rasowego, jak w ogóle od wszelkiego martwego tradycjonalizmu, socjalizm ograniczył się do woli obcego mentora, pochłoniętego wyłącznie negacją w postaci walki z reakcyjnym szowinizmem. Nie ma też nic dziwnego, że szowinizm ten nadal kwitnie w najlepsze, bo samą negacją nie można nic wskórać.

Problem nacji, jako dziedzina polityki praktycznej, nie da się w żaden sposób sprowadzić do poziomu zwykłego fragmentu – i to jeszcze ubocznego – ogólnej akcji socjalistycznej; jest to teren wymagający samodzielnego i specjalnego traktowania, jest to problem opanowania i ukształtowania żywiołu o kolosalnej potędze i nieograniczonych wprost możliwościach tak w dodatnim, jak i w ujemnym kierunku. I dlatego błędem tragicznym socjalizmu była i pozostaje jego wstrzemięźliwość i bierność na terenie wychowania mas ludowych w duchu zdrowego, radosnego nacjonalizmu, zgodnego z ideologią socjalistyczną i z nowoczesnym pojmowaniem istoty nacji. (Oczywiście, zdarzają się wyjątki z tej taktyki bierności. Od czasu do czasu, a raczej od wypadku do wypadku, zabiera prasa socjalistyczna głos w tej lub innej aktualnej sprawie ogólnonarodowej, ale robi się to jakoś chwiejnie, w stylu ezopowym, z takim mnóstwem zastrzeżeń, z taką obfitością „o tyle, o ile”, że wyjątki te raczej wzmacniają regułę).

Zwalczając konsekwentnie (i, oczywiście, słusznie) nacjonalizm mieszczański, socjalizm nie czynił poza tym nic, żeby się zespolić z masą ludu w jej przyrodzonym sentymencie dla własnej jaźni narodowej, żeby wpoić tej masie zdrowy, racjonalny pogląd na istotny charakter form narodowo-kulturalnych i wszelkiej tradycji historycznej, żeby tę masę podnieść z roli biernej ofiary tradycji do godności istotnego źródła wszelkiej twórczości narodowo-kulturalnej i poprowadzić ją do czynnego życia duchowego pod hasłem nowoczesnej wolnej kultury i braterstwa ludów. A przecież czynna, pozytywna walka socjalizmu o należyte kształtowanie ducha narodowego nie byłaby wcale osłabiła jego klasowego stanowiska w sprawie przebudowy ustroju społecznego i w niczym nie byłaby naraziła jego szans rewolucyjnych, przeciwnie, byłaby wzmocniła te szanse. Gdyby socjalizm wystąpił wobec mas jako organiczne ogniwo wspólnoty narodowej z własnym wyraźnym programem narodowo-kulturalnym, to słowo socjalistyczne łatwiej utorowałoby sobie drogę do zbiorowej duszy tych mas (dotyczy to proletariatu nie mniej może, niż mieszczaństwa). Burżuazja straciłaby wówczas monopol na sprawy patriotyzmu i nacjonalizmu, z którego to monopolu korzysta ona dotychczas w całej pełni dzięki właśnie abstynencji, uprawianej przez obóz socjalistyczny.

Trudno ocenić, w jakim stopniu różne przyczyny i czynniki złożyły się na ten bezwład socjalizmu w sprawach narodowych. W każdym razie nie mogły tu mieć miejsca względy zasadnicze. Bezsprzecznie doniosłą rolę odegrał fakt, że socjalizm jest ustawicznie zaabsorbowany walką z obłudnym i cynicznym nacjonalizmem klas posiadających; realne warunki tej walki niezmiernie utrudniają psychologicznie i po części uniemożliwiają praktycznie jednoczesne prowadzenie akcji w duchu nacjonalizmu socjalistycznego. Ale te trudności nie były czynnikiem decydującym. Główna przyczyna tkwiła głębiej. Polegała ona właśnie na tym lekceważeniu czynników emocjonalnych i psychicznych, o którym była mowa wyżej: w stosunku do problemu nacjonalnego doktrynerska wyniosłość i zaślepienie pewnych kół socjalistycznych przybrały szczególnie odrażającą formę. W kołach tych rozpanoszyło się specyficzne wynaturzenie internacjonalizmu w swego rodzaju snobizm kosmopolityczny (będący odwrotną stroną zdegenerowanego szowinizmu posiadaczy). Za najczystszy wykwit myśli socjalistycznej uchodziło i uchodzi w tych kołach popisywanie się „wzniosłym” neutralizmem w sprawach nacjonalnych, szczytem zaś politycznej mądrości stało się odżegnywanie się od tych spraw pod quasi-marksistowskim pretekstem, że historyczny tradycjonalizm narodowo-państwowy i tak zniknie automatycznie – wraz z innymi objawami nadbudowy społeczności kapitalistycznej – w chwili, gdy dojrzeje w pełni kryzys kapitalizmu.

Ta moda na kosmopolityzm, wraz z pogardą dla tradycyjnych świętości i sentymentów ogółu, miały być wyrazem krańcowej lewicowości, dowodem bezkompromisowego światopoglądu materialistycznego. W gruncie rzeczy były to objawy choroby dziecięcej socjalizmu, charakterystyczne dla pokolenia, które widziało w socjalizmie jeno niedoścignione marzenie dalekiej przyszłości, i dlatego właśnie było całkowicie zaabsorbowane negacją i manifestowaniem swego odrębnego stanowiska wobec najważniejszych problemów życia społecznego. W tej atmosferze, przesiąkniętej duchem purytanizmu materialistycznego i konsekwentnej negacji, nie mogło się rozwinąć zdrowe poczucie rzeczywistości. Przeciwnie, musiał rozkwitnąć pęd do schematyzacji zagadnień życiowych, do podporządkowania bujnego i skomplikowanego życia wymogom ustalonych wygodnych formułek. Musiała w tej atmosferze zapanować również w stosunku do problemu narodowego mania pryncypialnej zaciekłości i uprawiania teoretycznej negacji, jako sztuki dla sztuki.

Niezmiernie pouczającą jest pod tym względem ewolucja pojęć w Rosji sowieckiej, gdzie straszak szowinistyczny po prostu w oczach traci na sile sugestywnej, i w miarę jak partia komunistyczna opanowuje aparat państwowy, a dzieło budowy socjalizmu staje się zwykłą codzienną sprawą ogółu ludności, rozkwita bujnie młodzieńczy, jędrny, nowy nacjonalizm rosyjski (czy też sowiecki). Czerwona Rosja w szybkim tempie wyzbywa się przesądów kosmopolitycznych, zaprzęga u siebie w domu wszystko i wszystkich do twórczej pracy dla dobra ojczyzny socjalistycznej (Ojczyzny!) i z całą swobodą krzewi w najlepsze ten nowy nacjonalizm sowiecki, który w okresie piatiletki nabrał wcale a wcale żywych barw „pospolitego” patriotyzmu narodowo-państwowego (amor patriae vulgaris). Żywe realne życie robi swoje i wyraźnie rzeźbi nowy nacjonalizm sowiecki, idący w parze z obowiązującą ideologią internacjonalistyczną. Fakt ten daje doskonały dowód doświadczalny, że prawdziwy internacjonalizm może i powinien być pogłębieniem socjalistycznego nacjonalizmu.

Tragiczne koleje ewolucji socjalizmu zachodniego skojarzyły ze sobą i – wskutek tego skojarzenia – spotęgowały w ogromnym stopniu scharakteryzowane wyżej dwa grzechy główne: grzech dobrowolnego osamotnienia z grzechem niezrozumienia imponderabiliów. Na skutek tego obóz socjalistyczny na Zachodzie łączył w sobie oportunizm wobec tradycji państwowej z wybujałym pryncypializmem wobec tradycji narodowej, czysto teoretyczną negację istniejącego ustroju z codzienną realną współpracą z tymże ustrojem, walkę o wyższy poziom życiowy robotnika fabrycznego z zaniedbaniem interesów innych warstw wydziedziczonych.

Wedle ogólnie przyjętej opinii w obozie radykalnego socjalizmu, partie socjalistyczne na Zachodzie zmarnowały bezpośrednio po wojnie światowej dogodną sytuację rewolucyjną i nie wykorzystały okazji do obalenia władzy politycznej kapitalizmu. Opinia ta wydaje mi się niezupełnie słuszną. Jeżeli w istocie zmarnowano sposobność rewolucyjną, to zmarnowano ją nie tylko w jakimś tam momencie po wojnie światowej, ale również w ciągu długich lat, które tę wojnę poprzedziły i przygotowały. Tej zmarnowanej sposobności rewolucyjnej nie mogły, oczywiście, uratować rozpaczliwe próby zastosowania na Zachodzie europejskim metod leninowskich; próby te, jako nie mające żadnych absolutnie szans powodzenia w klimacie społeczno-politycznym Europy Zachodniej, nie tylko nie uratowały sytuacji rewolucyjnej, lecz – przeciwnie – dały rodzącemu się faszyzmowi impuls do gwałtownego rozwoju i znacznie przyspieszyły proces jego krystalizacji ideologicznej i organizacyjnej.

Sprawdziła się przy tym na nowo stara, ale zapoznana prawda, której uczy nas „mistrzyni życia” – historia, mianowicie, że klasa społeczna, walcząca o władzę, wówczas tylko potrafi odnieść zwycięstwo, kiedy prawdę swoją uczyni prawdą ogólnonarodową (czy nawet ogólnoludzką). Nie naukowy program społeczno-ekonomiczny walczącej klasy, tylko otaczająca go aureola nowej ogólnej prawdy etycznej i wiara głęboka w tę nową prawdę, porywają masy do walki. Nie teorie społeczno-polityczne same przez się, tylko ich specyficzna emanacja historyczna w postaci patosu rewolucyjnego („ducha czasu”) stanowi spiritus movens wydarzeń historycznych. Na arenie historycznej hasła klasowe z reguły ulegają przekształceniu w prawdy i dążenia ogólnoludzkie o charakterze etyczno-społecznym.

Hasło wolności, równości i braterstwa odegrało swoją rolę w rewolucji francuskiej nie jako wyraz dążeń trzeciego stanu do równouprawnienia ze szlachtą feudalną, tylko jako namiętna masowa afirmacja etycznego postulatu przyrodzonej równości wszystkich ludzi wobec natury i ludzkości, jako protest przeciwko podziałowi ogółu narodowego na kategorie „dobrze” i „podle” urodzonych. To samo dałoby się powiedzieć o hasłach z epoki reformacji, o czym była mowa poprzednio. Siła rewolucyjna idei socjalistycznej, jako czynnika historycznego, również nie na tym polega, że socjalizm wysuwa plan nowego ustroju gospodarczego i społecznego (o którym szerokie masy mają zresztą dość marne pojęcie), tylko na tym, że socjalizm stanowi dla wszystkich uciemiężonych symbol protestu przeciwko istniejącemu porządkowi, religię walki o lepsze jutro, o nowe, wolne życie, o nowego, wolnego człowieka. Mury Bastylii rozpadają się tylko pod skoncentrowanym naciskiem wszystkich warstw społecznych, w różnym stopniu zainteresowanych w przebudowie istniejącego ustroju; sama tylko warstwa przodująca w danym okresie nie potrafi tego cudu dokonać.

Albowiem historia nie jest tożsamością walki klasowej, i rewolucja, jako fenomen historyczny, nie jest czymś identycznym z przewrotem socjalnym. Przeciwnie, są to zjawiska, należące zasadniczo do odrębnych kategorii. Stosunek historii do walki klas jest mniej więcej ten sam, co stosunek przyrody do elementów i procesów biologiczno-chemicznych. Analiza wydarzeń historycznych wykazuje, wprawdzie, zawsze walkę klas jako siłę dynamiczną tych wydarzeń; ale żywa, realna historia, jest jakościowo zjawiskiem innej kategorii niż jej socjalny obraz analityczny, tak samo jak przyroda nie jest mechanicznym zestawieniem elementów chemicznych. Historia, jako swoisty fenomen życia zbiorowego, jest syntezą czynników i pierwiastków socjalnych i duchowych. Walka klas jest (wyabstrahowanym) schematem historii, jej treścią socjalnąpodłożem, ale nie jej ciałem i duszą. W wielkich wydarzeniach historycznych, jak rewolucje ogarniające niejedną tylko klasę społeczną, lecz mnóstwo warstw i stanów, rozbrzmiewa znacznie mocniej nuta wspólnych trudów i ofiar, wspólnych celów i wspólnych losów, niż odrębny socjalny ton walki klasowej. Każda wielka rewolucja jedynie pod względem socjalnym znamionuje narodziny władzy nowej klasy społecznej, ale jako fenomen historyczny zawsze była i pozostanie żywiołowym ruchem ogólnonarodowym (czy nawet ogólnoludzkim), opromienionym światłem i patosem jakiejś nowej, wyższej prawdy.

I dlatego zwycięża w rewolucji ten, kto potrafi wznieść się na jej wyżyny historyczne, komu dane jest uchwycić syntetyczną nutę dziejową w rozszalałym orkanie sprzecznych interesów. Jeżeli rewolucja październikowa w Rosji miała inny los, niż nieudane próby rewolucyjne na Zachodzie, to stało się tak nie tylko wskutek wyjątkowego zbiegu okoliczności i z pewnością nie dzięki hasłu rewolucji socjalnej, tylko w pierwszym rzędzie dlatego, że partia bolszewicka całkowicie zespoliła się z żywiołowym prądem mas pod ogólnonarodowym hasłem: wolności, pokoju i ziemi.

Gdyby socjalizm przedwojenny był nierozerwalnie połączył dzieło wyzwolenia proletariatu ze sprawą upośledzonych, gdyby w szczególności bezpośrednio po wojnie światowej był zjednoczył proletariat z większością klas średnich pod dachem wspólnego socjalistycznego programu działania i poprowadził tę zjednoczoną masę po linii konsekwentnej realizacji nowego ustroju społecznego, gdyby przy tym był w ciągu dziesiątków lat czynnie i twórczo uprawiał glebę kultury i tradycji narodowej, gdyby był wyhodował świat własnego nacjonalizmu, gdyby, jednym słowem, potrafił wychować naród socjalistyczny, to sądzę, że nie mógłby z taką łatwością dojść do głosu socjalizm narodowy.

Ł. Łozowski

_______________________

Powyższy tekst jest rozdziałem książki Ł. Łozowskiego (podpisanego właśnie tak, tylko inicjałem imienia) „Faszyzm a rewolucja (Próba historycznej syntezy współczesności)”, Wydawnictwo „Myśli Socjalistycznej”, Warszawa 1926. Od tamtej pory książka nie była wznawiana, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *