Stanisław Thugutt

Dwie zasady

[1925]

Zaleca się u nas od pewnego czasu z wielką stanowczością do codziennego użytku, jako jedyny i najważniejszy środek ratunkowy – zasadę karności. Ze względu na przesłanki, na których się głosiciele tej nowej ewangelii narodowej opierają, na wnioski praktyczne i widome formy organizacyjne, do których niebawem dochodzą, a zwłaszcza ze względu na osoby i grupy głoszące nowe hasła – w pierwszym rzędzie twórca Obozu Wielkiej Polski, p. Roman Dmowski – wolno stwierdzić, że jest to mniej czy bardziej nieudolne naśladownictwo włoskiego faszyzmu wraz z jego zasadniczą koncepcją, ze wzgardliwą nienawiścią do „obmierzłego trupa wolności”. I u nas, jak we Włoszech, karność przeciwstawia się wolności. Stary sztandar z dumnym napisem „za naszą i waszą wolność” rzuca się z pogardą na stos zbytecznych rupieci i – z najrozmaitszych założeń i potrzeb wychodząc – dochodzi się do przekonania, że wolność w Polsce jest przedwczesna i nawet niebezpieczna. Mieszkaniec Polinezji, albo któregokolwiek z pomniejszych miasteczek amerykańskich mógłby sądzić, o ile by się o tym dowiedział, że Polska jest krajem chorym na straszliwy przerost poczucia wolności, na wyuzdaną samowolę i niechęć szanowania jakichkolwiek autorytetów. My, ludzie, pchający tu od szeregu lat swą ciężką taczkę po grudzie, mamy o tych sprawach zgoła inne pojęcie. Twierdzę wręcz przeciwnie, że w Polsce współczesnej bardzo mało kto, a najmniej ci, którzy rządzili lub rządzą, mają istotne, głębokie, szczere poszanowanie wolności, zwłaszcza cudzej wolności.

Nie chciałbym wdawać się w spór, dlaczego tak jest. Poprzestanę na paru ogólnych twierdzeniach, które powinny być bezsporne. Niewola jest złą szkołą wolności. Brutalna łapa najeźdźcy zginała nawet twarde karki, a takich karków było niewiele. Co gorsze, jak gwóźdź w miękkie drzewo – wbijano w miękkie głowy polskie przeświadczenie, że gwałt, siła i przemoc są jedynymi regulatorami współżycia ludzkiego. Ten jad trzeba z siebie wyparskiwać pokoleniami; do dziś dnia mamy go w żyłach niestety przerażająco wiele. Poza tym tli się jeszcze w duszy polskiej zgroza z powodu anarchii, która niegdyś zgubiła szlachecką Rzeczpospolitą. Dążenie do silnej władzy olbrzymiej większości obywateli polskich wydaje się być najwyższym nakazem chwili, ale tylko niewielki ich odsetek zastanawia się, na czym właściwie ta siła władzy polega i jakiej jest warta ceny.

Z tych czy innych powodów duszno jest w Polsce nawet piersiom, nie pretendującym bynajmniej do miary Fidiasza. Więzienia są przepełnione. Pozbawia się u nas ludzi wolności z nieopisaną lekkomyślnością, przetrzymując ich niekiedy w więzieniu latami przed uniewinniającym wyrokiem. Obok zwykłych kryminalistów i rzeczywistych zdrajców stanu zapełnia się więzienia ludźmi nie za czyny, ale za przekonania, za przynależność do zakazanej partii, za ujawnione sympatie dla potępionych oficjalnie kierunków, czasem po prostu dlatego, że są podejrzani. Wśród takich ludzi jest dużo dzieci, starców, śmiertelnie chorych. Obywatele, którzy się znajdują poza więzieniem, o ile nie mają stosunków, albo nie są dość dobrze urodzeni, podlegają aż nazbyt często wybrykom i samowoli najprzeróżniejszych odmian kacyków, robiących „silną władzę”. Policja, licho płatna, źle szkolona, niedbale kontrolowana, zawiera w sobie, oprócz typów obywatelskich i czystych, niemały odsetek zamaskowanych opryszków, wykolejeńców, degeneratów. Prokuratorzy, do których z urzędu należy ściganie przestępstw nadużycia władzy, są przeważnie doskonale zrównoważonymi filozofami, których nic zgorszyć ani nawet zdziwić nie może. Sądy wydają w tych sprawach niekiedy wyroki, po których najspokojniejszego obywatela ogarnia zdumienie, rozpacz i bunt. Szeroka publiczność zżyma się na wszelkie w tych złych sprawach protesty, podejrzewa w nich bolszewicką propagandę i domaga się silnej władzy, więcej władzy, władzy za wszelką cenę. Obawiam się, że cena może być ponad naszą możność.

Tak wygląda nasza wolność fizyczna. Nie o wiele lepiej dzieje się w dziedzinie wolności duchowej. Plączemy się w gąszczu zastarzałych przesądów, dusimy się w zabitej od świata deskami parafiańszczyźnie. Wszelkie poszukiwanie prawdy na własną rękę i własnymi drogami jest surowo wzbronione i piętnowane bez mała jako czyn antynarodowy.

Tolerancja i wolność sumienia są mitem, o którym się opowiada dzieciom w szkołach początkowych; młodzież uniwersytecka, a przynajmniej jej znaczna część, woli już urządzać napady na prezydentów. Propagowanie pacyfizmu i zgodnego współżycia narodów traktuje się z niewiarą, ze wzgardą, z podejrzliwością. We własnym domu na inne narodowości patrzy się oczami pruskiego podoficera, nie umiejąc uzgodnić interesu Państwa Polskiego z rosnącymi aspiracjami wolnościowymi mniejszości. Na zgromadzeniach publicznych coraz częściej zamyka się przeciwnikom usta pałką i kamieniem. Wynikające przeważnie z niskiego stanu kultury wybryki niektórych prasy uśmierza się dekretami, które całą prasę traktują jak podejrzanego przestępcę podczas stanu wyjątkowego.

Oczywiście, Konstytucja o tych wszystkich rzeczach mówi inaczej, mierząc nieskąpą ręką swobody obywatelskie. Ale Konstytucja jest już dzisiaj tylko kawałkiem pożółkłego papieru, miejscami dość mocno podartego. Istotą rzeczy jest nie Konstytucja, która jest zamiarem, tylko życie, które jest wykonaniem.

Na to wszystko zło niewątpliwe Obóz Wielkiej Polski ma jedyne lekarstwo skuteczne – ma karność. Czyją karność? Bitego po karku dla rozgrzewki człowieka, czy obywatela wsadzonego pod klucz przez pomyłkę, czy wreszcie dziennikarza, wydawanego na łup samowoli administracyjnej, uprawianej przez jego przeciwników politycznych. Może się komuś zdawać, że są to wszystko sprawy drobne w porównaniu z wielką potrzebą Państwa. Myślę inaczej, ale, odkładając tę część sporu do późniejszej chwili, niech mi wolno będzie przynajmniej zapytać: karność – wobec kogo? W imię czego? Jestem jak najbardziej odległy od chęci przekonywania swoich współobywateli, że karność jest cnotą zbędną. Twierdzę tylko, że jest cnotą drugorzędną, skoro nie jest i nie może być twórczą. Tworzy ten, który rozkazuje, nie ten, który słucha. A słuchać w tym nowym porządku rzeczy trzeba by było na ślepo, skoro nawet we własnej organizacji wszelkie stanowiska obejmować się będzie nie z wyborów, ale przez mianowanie.

Byłoby to od biedy zrozumiałe wśród zwolenników monarchii z Bożej łaski; jesteśmy jednak w Rzeczypospolitej i nie zamierzamy z niej podobno wychodzić. W takim razie cofnąć by się trzeba dla porównania do czasów starohebrajskich proroków, tylko że zbyt już niewiarygodne wydaje się, żeby Bóg twórcom Obozu Wielkiej Polski namaszczał czoło olejem nadprzyrodzonej mądrości i kładł w ręce piorun czy bat. Rozwiązaniem najprostszym będzie przypomnieć sobie słowa włoskiego guwernera naszego „obozu”, słowa, którymi Mussolini już trzy lata temu wyjaśniał robotnikom portowym w Geniu istotę rządu faszystowskiego: „Rządzi dla wszystkich, ponad wszystkimi, a jeśli to będzie potrzebne – przeciw wszystkim”. W tym szczerym do brutalstwa ujęciu rzecz staje się od razu jasna i prosta. Zamiast walki idei – walka sił; wystarczy rachować pięści i połamane żebra. Zamiast prawa, które jest wyrazem woli większości, rozkaz, który jest wyrazem woli grupy czy jednostki. W Polsce, gdy Obóz Wielkiej Polski nie jest już jedyną grupą wysuwającą na czoło karność – jako nakaz najwyższy, daje to automatycznie w wyniku wojnę domową.

Ostatecznie, o tym wszystkim nie warto byłoby mówić, gdyby chodziło tylko o obóz polskich nacjonalistów. W tym, co słyszymy od nich dzisiaj, nie ma nic nowego, prócz może trochę większej szczerości, jeżeli zaś chodzi o formy zewnętrzne, wiemy, jak tych ludzi niewiele kosztuje zmiana szyldu i maski. Ale co gorsza, co znacznie gorsza – ta zaraza idzie przez całą Polskę. Uwielbienie karności, jako najwyższej cnoty z nieuchronnym odsunięciem walki o wolność na plan dalszy, spotyka się dziś w środowiskach całkiem niepodejrzanie demokratycznych. Starzy, osiwiali w walce, jak najbardziej szanowani i kochani ludzie myślą dziś, że „troszeczkę łagodnego faszyzmu” przydałoby się Polsce. Kwestionuję ową „troszeczkę”. Kto będzie to lekarstwo Polsce wymierzał i kto jest w stanie zapewnić, że mu się lekarstwa nie przeleje? Nie jest zresztą istotą rzeczy, czy tego zmagania się na pięści będzie troszeczkę czy dużo, czy będzie ono łagodne czy krwawe. Istota rzeczy będzie w tym, że odejdziemy od naszej kardynalnej zasady, od podstawy, na której działamy, od gruntu, na którym wyrośliśmy – odejdziemy od zasady wolności. To nie jest dla nas umarłe słowo, tylko żywa treść naszej wiary, naszego programu, naszego światopoglądu. I nie jest to kawałek suchego drewna, które można w miarę potrzeby obcinać, sztukować i przedłużać: wolność jest powietrzem, w którym się rozwijamy, bez którego więdniemy i umieramy.

Jesteśmy zdecydowanymi pacyfistami, ale w wypadku najcięższej potrzeby, w wypadku najazdu idziemy do ludu, wzywając go nie tylko do obrony wolności Polski, ale do obrony własnej wolności. My tych dwóch rzeczy nie chcemy i nie umiemy rozdzielać, a Polska nie jest dla nas Molochem, na którego ołtarzu składa się krwawe ofiary. I wiemy, że takie wezwanie będzie miało swoją moc i swój skutek. Czasy fryderycjańskich armii, w których żołnierz więcej bał się kija kaprala niż bagnetu wroga, minęły bezpowrotnie. Dawny kij kapralski to dzisiejszy rozkaz, mimo którego szyk pęknie, jeśli nie utrzyma go pasja wolności, która człowieka napnie jak łuk.

W budowie wewnętrznej Państwa poza budowaniem od góry, poza Sejmem i Rządem, Konstytucją i ustawami regulującymi bieg życia, przywiązujemy przecież jak najwyższą wagę do budowania od dołu, do kształcenia obywatela, wzmagania jego sił duchowych i materialnych, rozszerzania w ten sposób podstawy, na której Państwo spoczywa. Robimy to pod znakiem wolności. Rozumiemy tę wolność nie jako instynkt dzikiego zwierzęcia, które gryzie kraty swej klatki, ale jako świadome uczucie człowieka, który własną odwagą i własną przedsiębiorczością dąży do niezależności. Obawiam się też, że gdybyśmy szerokiej masie chłopskiej rzucili dziś zamiast hasła wolności nakaz karności, zrodziłoby to w niejednej ciemnej głowie potworne podejrzenie o chęć powrotu do pańszczyzny, o wskrzeszenie „pańskiej” Polski.

W rosnącym coraz groźniej sporze społecznym stajemy po stronie słabych nie tylko dlatego, że ich jest większość, ale w przeświadczeniu, że wstępnym warunkiem postępu społecznego musi być wolność jedzenia do syta. Nie wyobrażamy sobie, żeby najsroższe nakazy mogły pociągnąć ku Polsce nędzarzy walczących z dnia na dzień o utrzymanie się przy życiu.

W tym wszystkim wolność jest nie tylko naszym celem, ale naszym sposobem, metodą, kluczem do otwierania dusz. Nazywam wolność sposobem, ponieważ służy ona do realizowania jeszcze wyższych celów: doskonalenia Polski, doskonalenia przez Polskę ludzkości. Nazywam ją celem, bo Państwo w demokratycznym ujęciu jest związkiem wolnych obywateli. Ci obywatele mogą ograniczać swoją wolność na rzecz Państwa. Ilość ograniczeń ustanawia Państwo, którego wolą jest wola większości obywateli. Poddawanie się woli większości nazywamy karnością. Nie jest ona gwałtem: będąc bowiem członkiem wolnego związku z góry muszę być gotowym na konieczność poddania się woli większości. W ten sposób pojęta karność nie przeczy wolności i jest tylko poszanowaniem prawa. Jeżeli chodzi o praktykę życiową, społeczeństwa anglosaskie albo obywatele Republiki Szwajcarskiej, mający krew przepojoną dążeniem do wolności od długiego szeregu pokoleń, dają zarazem przykład najwyższego poszanowania prawa.

Karność nie podporządkowująca się potrzebom wolności, jest jej zaprzeczeniem. Pochodzi z uzurpacji i staje się bezzwłocznie przemocą. Nie może być mowy o stosowaniu „troszeczkę łagodnego faszyzmu”. Mussolini jest logiczniejszy, odrzucając nie tylko zasadę wolności, ale wszystko, czym ludzkość żyła od roku 1789. Na miejsce wolności stawia się na pierwszym planie obok karności – hierarchię. Najprzód organizacyjną, potem polityczną, bo stronnictwa muszą być tylko narzędziem woli, która je opanowała, wreszcie społeczną, bo nie ma żadnej racji, żadnej podstawy, aby pojęciem równości utrudniać szybkie przenoszenie rozkazów idących z góry.

Nigdy i nigdzie nie może to dać pokoju. Najmniej w Polsce.

Stanisław Thugutt

11.12.1925

_____________________________________________

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Ster”, a następnie wszedł w skład książki Autora pt. „W obronie parlamentaryzmu”, Wydawnictwo „Demos”, Warszawa – Wilno 1928. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski. Na zdjęciu popiersie S. Thugutta, dłuta Jana Ślusarczyka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *