Bronisław Siwik

Dobrowolne i przymusowe ubezpieczenia społeczne

[1923]

Najlepszą i najskuteczniejszą pomocą społeczną zarówno na teraźniejszość, jak i przyszłość, jest świadoma swych zadań i celów wzajemna pomoc społeczna. Tylko ludzie, którzy zrzeszają się dobrowolnie w imię celów, które są dla nich zrozumiałe i bliskie, mogą działać skutecznie i pożytecznie. Jest to prawda, która płynie z doświadczenia dziejowego ludzkości. Niestety, to samo doświadczenie dziejowe mówi nam, że człowiek-jednostka w ciągu długich wieków postawiony był w warunki, w których ani stawiać sobie celów społecznych, ani tym bardziej zrzeszać się w imię tych celów nie mógł. Formy patriarchalne bytu, rozrastające się na coraz szersze dziedziny, były tak ścisłe i tłoczące, że tylko bardziej silnym i zaradnym jednostkom i grupom udawało się stopniowo i w pewnych warunkach wywalczać sobie z trudem większą samodzielność. Najbardziej potrzebowały zawsze i potrzebują pomocy wzajemnej i organizacji te warstwy, które najbardziej odczuwają ucisk form tłoczących życia. Lecz właśnie te formy nie tylko wprost fizycznie nie pozwalały na żadną inicjatywę społeczną, lecz przez utrzymywanie ciemnoty i niezaradności w masach nie dopuszczały do przebudzenia się myśli twórczej. Szerokie masy wrastały w jarzmo, niewolę, niezaradność, a więc nie mogły, nie śmiały i nie umiały myśleć nie tylko o przyszłości, lecz i o teraźniejszości. Horyzont ich życia ograniczał się do kieratu najbliższych potrzeb chwili, a jedynym promieniem, rozjaśniającym i poszerzającym ten horyzont, były fatamorgana pośmiertnej przyszłości.

Ubezpieczenie, wszelkie ubezpieczenie, ma na widoku, na celu nie dzień dzisiejszy, lecz jutrzejszy. Może nas spotkać nieszczęście pożaru, kradzieży, choroby, nieszczęśliwego wypadku, niezdolności do pracy, bezrobocia. Czeka nas prędzej lub później niedołężna starość. Starość przyjdzie niezawodnie, lecz o niej, jak i o śmierci myślimy niechętnie, a inne wypadki mogą przyjść, lecz mogą i nie przyjść. Tymczasem co dzień trzeba zjeść, na co dzień trzeba się ubrać, trzeba gdzieś mieszkać i zaspokajać szereg innych potrzeb naglących. Myśleć o dniu jutrzejszym jest w stanie człowiek, który w ogóle umie myśleć i ma czas myśleć, którego potrzeby dnia dzisiejszego nie chwytają za gardło. Myśleć o dniu jutrzejszym może człowiek, który zaspokaja potrzeby dnia dzisiejszego z pewną resztą i który pragnie, aby to jutro nie było gorsze od dnia dzisiejszego, jednym słowem, człowiek zadowolony względnie z życia i pragnący sobie to zadowolenie zachować, zatrzymać na przyszłość. Myśl o jutrze wymaga pewnej przezorności życiowej, a ta przezorność powstaje dopiero na gruncie pewnego doświadczenia życiowego, uświadomionego w postaci wiedzy i względnego dobrobytu.

Pod tym względem ubezpieczenie, będąc w założeniu formą spółdzielczości, różni się od innych form spółdzielczości. Spółdzielczość, jakkolwiek ideowo wymierzona w przyszłość, zaspokaja potrzeby dnia dzisiejszego. Te potrzeby są bardziej proste, jasne, bezpośrednie. Te potrzeby nie wymagają specjalnego przygotowania społecznego. Korzyści, jakie płyną z należenia do spółdzielni, nie są obliczone na przyszłość, ani na wypadek. Każdy członek spółdzielni korzysta, a przynajmniej może i powinien korzystać, z dóbr udzielanych i rozdzielanych przez spółdzielnie.

Sama też istota ubezpieczenia uwarunkowała, że mogło ono powstać i rozwijać się tam, gdzie zaradność, dobrobyt i inicjatywa szerokich mas społecznych ugruntowały się najwcześniej, oparte na wzorach i doświadczeniach ubiegłych pokoleń.

Anglia i Francja – ojczyzny wszelkich komórek demokratycznych bytu – to zarazem ojczyzny ubezpieczeń społecznych. Różne bractwa i gildie, które dawniej dostarczały pomocy swym członkom w razie wypadków i nieszczęść, przeobraziły się z czasem w towarzystwa wzajemnej pomocy we Francji, a w towarzystwa przyjaciół w Anglii i pokryły gęstą siecią oba kraje.

Liczba jednych tylko dobrowolnych kas chorych we Francji w roku 1914 wynosiła 21079 z 3,5 milionami członków, ilość zaś ubezpieczonych w r. 1913 w angielskich towarzystwach przyjaciół wynosiła aż 13 690 000 osób, a więc dorównywała niemal ilości ubezpieczonych w kasach chorych Niemiec.

Robotnicy przecież do towarzystw tych przeważnie nie należeli, a ubezpieczali się we Francji w syndykatach zawodowych, w Anglii zaś – w trade-unionach.

Towarzystwa wzajemnej pomocy, jako instytucje, oparte całkowicie na inicjatywie prywatnej danej grupy jednostek, mają na celu jej interesy i pozbawione są charakteru obywatelsko-społecznego. Jest to zrozumiałe. Towarzystwa te skupiają niewielkie stosunkowo grupy ludzi określonego zawodu, przy czym większość ubezpieczonych stanowią urzędnicy prywatni, sklepikarze, włościanie, drobni mieszczanie. Są to przeważnie ludzie, wychowani w zasadach i wyznający zasady liberalizmu społecznego. Nie harmonia interesów pomiędzy jednostką a społeczeństwem jest ich zasadą życiową, lecz interes własny, egoistyczny.

Ludzie młodzi, którzy są względnie zdrowi, starają się łączyć oddzielnie, aby ryzyko ubezpieczeniowe było możliwie najmniejsze, a składki członkowskie najniższe. Towarzystwa takie prosperują zwykle bardzo dobrze do czasu, lecz z latami położenie się pogarsza, bo młodzież zamienia się w starców, składki muszą rosnąć lub nie są w stanie wystarczyć na potrzeby niezbędne. Ponieważ młodzież organizuje towarzystwa odrębne, więc ludzie starsi zmuszeni są też organizować się oddzielnie, przy czym zrzeszenia ich pędzą żywot nędzny. Wskutek tego, że towarzystwa wzajemnej pomocy Anglii i Francji jednoczyły przeważnie ludzi jednego zawodu, rozwój ich był wysoce nierównomierny. Jedne zawody są zdrowsze, praca w nich spędzana jest na otwartym powietrzu lub w lokalach jasnych i czystych, stanowią więc mniejsze ryzyko ubezpieczeniowe, inne, przeciwnie, nadwerężają wcześnie zdrowie pracowników. Toteż zasobność jednych towarzystw jest większa, innych – mniejsza ze szkodą dla ogółu. Egoizm grup poszczególnych nie chce uwzględniać pożytku ogólnego, ludzie nie chcą dobrowolnie poddać się warunkom, które by w czymkolwiek osłabiły ich przywileje na korzyść innych. Większość towarzystw wzajemnej pomocy nie przyjmowała z tego powodu kobiet. Na 13 000 towarzystw funkcjonujących w roku 1904, pisał K. Gide w swym „Solidaryzmie”, 9141 nie przyjmowało kobiet zupełnie. W pozostałych, które były mieszane, ilość kobiet nie przewyższała 1/3 członków. 500 towarzystw było wyłącznie kobiecych.

W ogóle towarzystwa te obejmowały nie jednostki najwięcej potrzebujące pomocy, bo najbardziej narażone na wszelkie wypadki losowe, lecz, przeciwnie, jednostki najbardziej odporne ekonomicznie i wyrobione społecznie. Nic też dziwnego, że K. Gide przychodzi w swej pracy do wniosku, że towarzystwa wzajemnej pomocy są bezsilne wobec zadań, jakie mają do spełnienia. Uznaje on, że instytucje te robią niewiele dla pomocy w chorobie oraz że przymus ubezpieczeniowy, stworzony przez Niemcy, jest potrzebny, gdyż ma znaczenie wychowawcze i niweluje zakusy egoistyczne grup poszczególnych na korzyść ogółu społeczeństwa.

Masy pracujące, proletariat fabryczny wielkich ośrodków przemysłowych, żyjący w warunkach najfatalniejszych pod względem zdrowotnym, ubezpieczał się w swych związkach zawodowych. Zrozumiałe jest przecież, że ubezpieczała się tylko część robotników, bardziej świadoma i lepiej płatna i że ta pomoc, udzielana przez związki ze skąpych składek przeznaczonych na różne cele, nie mogła być wystarczająca.

Typ anglo-francuski ubezpieczeń społecznych, opartych na wzajemnej pomocy i dobrej woli, powstał jako wyraz samorzutny rozwoju sił społecznych wtedy, gdy ingerencja państwa do życia jednostek sprowadziła się do minimum. Jednostka, aby walczyć z losem i istnieć, musiała się skupiać i zrzeszać, gdy tylko znajdowała możność po temu i tworzyć wszelkiego rodzaju stowarzyszenia, mające na celu zaspokojenie jej potrzeb życiowych: społecznych i towarzyskich. Państwo, z chwilą, gdy przestało obawiać się ich, baczyło jeno, aby zrzeszenia i stowarzyszenia nie występowały przeciw niemu, aby ich działalność nie była dla niego szkodliwa. Stąd rozwój ogromny inicjatywy społecznej we Francji, a zwłaszcza w Anglii, stąd rozwój wszelkiego rodzaju stowarzyszeń i zrzeszeń.

Zanim państwo przyszło do zrozumienia dlań wagi i znaczenia danych instytucji, one już były gotowe i żywe. Z natury rzeczy pozostała mu przeto z czasem jeno rola przystosowania ich do swych potrzeb, poddania ich pewnej kontroli, określenia ram działania i kompetencji.

Typ ubezpieczeń angielsko-francuski był przejawem naturalnym rozwoju samopomocy społecznej. Lecz niestety, rozwój jego i doskonalenie się wewnętrzne nie były w stanie podążyć za potrzebami społecznymi mas najbardziej upośledzonych.

Ustrój kapitalistyczny i rozwój olbrzymi przemysłu skoncentrowały w ośrodkach wielkomiejskich miliony najmitów, narażonych na choroby najróżniejsze, na wypadki nieszczęśliwe, często wyrzucanych na bruk w czasie kryzysów przemysłowych, wcześnie starzejących się i stających niezdolnymi do pracy, przysparzających wdów i sierot, oderwanych od gminy, miejsca pochodzenia, a nie mających żadnych środków do życia w razie śmierci lub kalectwa ojca rodziny. Najwcześniej zwróciły uwagę społeczeństwa i władz państwowych wypadki nieszczęśliwe przy pracy, najbardziej jaskrawy i krzyczący grom losu. Niebezpieczne warunki pracy górników, marynarzy i los robotników, narażonych na częste wypadki, z chwilą zaprowadzenia przemysłu maszynowego na szeroką skalę, zmuszały państwo do roztoczenia stopniowo pewnej opieki prawnej nad klasą najmitów w dziedzinie ubezpieczenia jej losu. Ubezpieczenia obowiązkowe górników oraz regulowania, czy to przez odpowiednie artykuły prawa cywilnego, czy to przez ustawodawstwo społeczne, odpowiedzialności przedsiębiorców za wypadki nieszczęśliwe przy pracy – oto pierwsze zwiastuny nowej ery w dziedzinie ubezpieczeń społecznych.

Rządy państw opierających swe podstawy na panowaniu mniejszości, przychodzą do przekonania, że warunki społeczne i gospodarcze klasy najmitów są tego rodzaju, że nie sposób pozostawić ją własnym siłom i rozwojowi, że w interesie państwa i jego równowagi jest wyrównywać najbardziej krzyczące krzywdy.

Poczynania na szerszą skalę w dziedzinie ubezpieczeń społecznych mogło najłatwiej przeprowadzić państwo, w którym liberalizm nie zapuścił nigdy zbyt głębokich korzeni, w którym sieć organizacji idących z dołu, płynących z własnej inicjatywy społeczeństwa, nie była zbyt gęsta i mocna, a która posiadała duży autorytet u obywateli. Tym państwem były Niemcy Wilhelma I i Bismarcka, Niemcy zwycięskie i zjednoczone. One to, wstępując na drogę wielkiego rozwoju przemysłowego, wprowadziły wielką reformę w dziedzinie ubezpieczeń społecznych, zaprowadziły przymus ubezpieczeniowy i rozciągnęły go stopniowo na całą klasę najmitów.

W Niemczech zanim państwo przeprowadziło przymus ubezpieczeniowy, istniały również towarzystwa wzajemnej pomocy, lecz ilość tych towarzystw nie była tak wielka, jak we Francji i w Anglii. Przeprowadzenie przymusu ubezpieczeniowego w Niemczech było łatwe i z tego powodu, że na mocy prawa z 1876 roku gminy mogły zobowiązywać same robotników do zapisywania się do kas wzajemnej pomocy. Ustawy niemieckie o obowiązkowym ubezpieczeniu nie miały zamiaru niszczyć instytucji ubezpieczeniowych, opartych na inicjatywie prywatnej, a istniejących wcześniej, nie uniemożliwiały też powstawania nowych instytucji tego rodzaju. Prawo o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby opiewało tylko, że takie a takie kategorie najmitów obowiązane są do ubezpieczenia się, a wszelkie instytucje ubezpieczeniowe, istniejące i powstające, nie mogą ubezpieczać na warunkach gorszych niż te, jakie wskazuje prawo. Dzięki temu, pomimo przymusu prawno-państwowego i kontroli państwowej nad instytucjami ubezpieczeniowymi, w dziedzinie ubezpieczenia na wypadek choroby istniało do ostatnich czasów 8 rozmaitych typów kas chorych, a w dziedzinie ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków cały szereg zawodowych stowarzyszeń przemysłowych, stowarzyszeń rolniczych oraz urzędów wykonawczych. Nawet w dziedzinie ubezpieczenia emerytalnego, obok ustanowionych instytucji, terytorialnych zakładów emerytalnych, istniały zawodowe zakłady specjalnych ubezpieczeń. Na powstawanie tych zakładów zawodowych potrzeba było uzyskać pozwolenie Rady Związkowej pod dwoma warunkami:

1) ażeby ubezpieczenie nie kosztowało drożej, niż w zakładach ogólnych, tj. ażeby składki nie były wyższe, a świadczenia niższe;

2) ażeby administracja była powierzona delegatom ubezpieczonych i przedsiębiorców w tej proporcji, w jakiej są opłacane składki emerytalne.
Ubezpieczenia przymusowe, zaprowadzone w Niemczech, miały na względzie przede wszystkim interes państwa. Nie sentyment społeczny, lecz interes i rachunek kierowały mężami stanu zjednoczonego państwa. Prof. dr Alfred Manes, teoretyk ubezpieczeniowy niemiecki, z właściwą Niemcom cyniczną szczerością pisze o celach prawodawców ubezpieczeniowych.

Cel ten był dwojaki:

„1) społeczny: położenie materialne potrzebujących klas ludności winno być polepszone;

2) wewnętrzno-polityczny: lepiej postawione pod względem materialnym przez ubezpieczenia społeczne klasy są bardziej zainteresowane w utrzymaniu państwa i przy wyborach dają temu wyraz przez przyłączanie się do partii stojących na stanowisku państwowym.

W szczególe, organizacja niemieckich ubezpieczeń społecznych daje zarazem możność przystąpienia i do innych celów kulturalnych:

3) w dziedzinie zdrowia ludowego: racjonalna opieka, letniska, budowanie urządzeń leczniczych w dziedzinie zwalczania trapiących lud chorób (suchoty), epidemii etc.

4) w dziedzinie polityki zewnętrznej: zapewnienie armii siły przez zdrowych żołnierzy;

5) w dziedzinie etyki: ubezpieczenia społeczne, jak każde ubezpieczenia, wzmacniają życie rodzinne;

6) w dziedzinie wychowania ludu: idea samopomocy, racjonalnego ubezpieczenia na przyszłość sięga wszędzie tam, gdzie dotąd odnoszono się do niej z małym zaufaniem lub nie znano jej.

Stąd pochodzi dalszy cel ubezpieczeń społecznych:

7) w dziedzinie polityki przemysłowej: dzięki ubezpieczeniu społecznemu, które zapewnia świadczenia minimalne, rośnie zainteresowanie do ubezpieczenia dobrowolnego. Ubezpieczenia prywatne mają większą przyszłość”.
Dziś, gdy minęło już kilkadziesiąt lat od chwili zaprowadzenia w Niemczech ubezpieczeń społecznych, trzeba bezstronnie zupełnie przyznać, że, pomimo licznych braków i wad, pomimo minimalności świadczeń, oddały one Niemcom wielkie usługi, a co najważniejsze, pozyskały uznanie szerokich mas pracujących. Doświadczenie też Niemiec sprawiło, że najbardziej przepojona duchem liberalizmu Anglia, w której Spencer w swoim czasie głosił, że „ubezpieczenia robotnicze, cała w ogóle interwencja w sprawach ekonomicznych – tworzy nowe niewolnictwo, cofa ludzkość do czasów przedhistorycznych, omotanemu w całą sieć przepisów człowiekowi odbiera te wszystkie swobody, które sobie wywalczył”, wstąpiła jeszcze przed wojną na drogę przymusu ubezpieczeniowego i wydała w r. 1911 prawo o obowiązkowym ubezpieczeniu robotników na wypadek choroby, niezdolności do pracy i braku pracy, które ją postawiło od razu w pierwszych szeregach.

Inna rzecz, że dzięki istnieniu gotowych i licznych instytucji wzajemnej pomocy, Anglia, pomimo zaprowadzenia przymusu ubezpieczeniowego, nie stworzyła żadnych specjalnych instytucji ubezpieczeniowych, ani nie nakreśliła wzorów odnośnych. Ubezpieczeni mogą należeć do dobrowolnych, przez prawo dozwolonych stowarzyszeń, przede wszystkim do towarzystw przyjaciół lub też innych niezarejestrowanych stowarzyszeń, o ile te nie mają na celu zysku i jeśli ich działalność jest podporządkowana kontroli członków. Jedynym celowym ograniczeniem jest żądanie, aby stowarzyszenia liczące mniej niż 5000 członków połączyły się z innymi.

W tym samym niemal czasie, bo w r. 1910 i Francja wstąpiła na drogę ubezpieczeń przymusowych na szerszą skalę przez wydanie ustawy o ubezpieczeniu od niezdolności do pracy i starości.

Tym sposobem dwa typy ubezpieczeniowe: starszy angielsko-francuski i młodszy niemiecko-austriacki poczynają się stopniowo zlewać, przy czym typ niemiecko-austriacki poczyna zwyciężać. Francja, Anglia, Belgia stopniowo odchylają się od typu ubezpieczeń fakultatywnych i wkraczają na drogę ingerencji państwa, prawno-państwowego przymusu.

Przyczyną przewagi typu niemiecko-austriackiego bardzo rozumnie ujmuje prof. dr Herkner. Pisze on, „szerokie warstwy ludowe, zepchnięte na najniższy poziom moralny, duchowy i gospodarczy, nie były w stanie zdobyć się na siłę i równowagę – warunki niezbędne do podjęcia skutecznej działalności, na samopomocy opartej”.

Są poziomy i warunki społeczne, na których, jeżeli zepchniemy na nie człowieka, nie jest on w stanie już nic widzieć oprócz kajdan dnia dzisiejszego, nie jest w stanie obejmować szerszych horyzontów, a więc i tworzyć, zdolny jest jeno burzyć. Pozostawiać go samemu sobie, liczyć tylko na jego siły i samopomoc, zakrawa na ironię, nie godzi się, nie można i jest niebezpiecznie. Trzeba mu pomóc, trzeba brzemię jego odciążyć nieco. Nie można też czekać. I dlatego konieczny jest przymus ubezpieczeniowy. I dlatego ten przymus w stosunku do poprzedniego okresu ubezpieczeń dobrowolnych, fakultatywnych jest krokiem naprzód, jest postępem. Lecz przejdźmy teraz do stosunków polskich.

W dwóch dzielnicach panował system ubezpieczeń niemiecko-austriacki, były zabór rosyjski stanowił pustynię społeczną. Czyż było pole do wyboru? Czy można było w tych warunkach zastanawiać się, jaką kroczyć drogą? Każdy musi przyznać, że nie. Trzeba było stanąć na stanowisku przymusu ubezpieczeniowego nie tylko dlatego, że ten system okazał się odpowiedniejszy, bardziej celowy dla chwili bieżącej, lecz i dlatego, że on już był. Inna rzecz, że system ten nie odpowiada psychice polskiej w dużym stopniu samowolnej, anarchistycznej, warcholskiej.

Daje się to szczególnie odczuwać w b. zaborze rosyjskim, gdzie społeczeństwo w ogóle do obowiązków społecznych i szanowania prawa nie przywykło. Pierwszą i jedyną dotąd ustawą polską w dziedzinie ubezpieczeń społecznych jest ustawa o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby.

Ustawa ta jest oparta na ustawodawstwie niemieckim i austriackim, lecz postarano się wprowadzić do niej zarówno co do świadczeń, opłat, jak i organizacji zmiany, podyktowane przez doświadczenie odnośnych instytucji w b. zaborach niemieckim i austriackim. Zmiany te zostały powitane przez fachowców ubezpieczeniowych i samych ubezpieczonych w tych dzielnicach z uznaniem. Świadczenia dla rodzin ubezpieczonych, które dotąd były fakultatywne i nie były prawie nigdzie przeprowadzone, są obecnie obowiązkowe. Składki, które były dawniej opłacane w 2/3 przez ubezpieczonych, a w 1/3 przez pracodawców, obecnie w 2/5 obciążają ubezpieczonych, a w 3/5 pracodawców. Zakres obowiązkowo ubezpieczonych został rozszerzony na wszystkich najmitów. Zostali wyłączeni tylko nominowani urzędnicy państwowi. Wreszcie sam typ kas chorych został sprowadzony do jednolitych i powszechnych kas chorych terytorialnych, obejmujących powiaty. (Wyjątek został wprowadzony tylko dla miast liczących ponad 50 000 mieszkańców, które mogą tworzyć oddzielne kasy chorych.)

Zamiast drobnych i rozbitych kas chorych w b. zaborze pruskim, gdzie w jednym mieście Poznaniu było ich jeszcze w r. 1919 dwadzieścia kilka, powstają w Polsce kasy duże, rozporządzające sporymi funduszami i celowo obejmujące ubezpieczenie wszystkich najmitów w danej miejscowości. Doświadczenie Niemiec, gdzie kasy powszechne, powstające z biegiem czasu we wszystkich większych ośrodkach przemysłowych, wypierały stale kasy drobne, zawodowe i fabryczne, pokazuje, jak bardzo życiową jest zasada terytorialności, przeprowadzona konsekwentnie.

Najważniejszym zadaniem kas chorych ze stanowiska społecznego jest postawienie przez nie lecznictwa w ten sposób, by instytucje te nie tylko dostarczały pomocy w razie choroby, lecz i podnosiły stan zdrowotny ludności, by zapobiegały chorobom i epidemiom. Możliwe jest to tylko przez urządzenie odpowiednie lecznic, zaopatrzenie ich we wszystkie niezbędne środki, aparaty, laboratoria itp., przez urządzenie szpitali, sanatoriów, kolonii letnich dla dzieci itp.

Cała ta działalność możliwa jest tylko do przeprowadzenia dla instytucji wielkich, posiadających środki potrzebne. O stworzenie takiego typu kas i ich związków chodziło ustawodawcom. Kasy drobne, zawodowe, które były w Poznaniu, a liczyły w poszczególnych zawodach zaledwie po stu kilkudziesięciu członków, nie tylko nie mogły dostarczać skutecznej pomocy w czasie choroby, lecz często służyły jeno jako placówki do utrzymywania jednego sekretarza, funkcjonariusza. To samo miało miejsce w powiatowych kasach w Małopolsce, gdzie przymus ubezpieczeniowy nie rozciągał się na robotników rolnych, a fabryki miały własne kasy, przedsiębiorstwa budowlane odrębne kasy, cechy – oddzielne, korporacje oddzielne, górnicy oddzielne.

Zapewne, aby wielkie kasy chorych, stworzone przez ustawę polską, mogły odpowiedzieć swym zadaniom, nie wystarcza je otworzyć. Potrzeba na to warunków odpowiednich i ludzi. Dziś warunki te są opłakane z powodu braku lokali, lekarzy-społeczników, doboru pracowników. Lecz formy są gotowe i dobre.

Kasy Chorych w Polsce nie są instytucjami rządowymi, jak sądzą często nieświadomi. Są one osobami prawnymi i instytucjami samorządnymi, działającymi w ramach ustawy. Do rządu należy jedynie czuwanie nad przestrzeganiem ustawy.

Organami kierowniczymi kas są Rada i Zarząd. Zarówno Rada, jak i Zarząd składają się z przedstawicieli, wybranych w 2/3 przez ubezpieczonych i w 1/3 przez pracodawców. W ten sposób funkcjonują kasy chorych w b. zaborach austriackim i pruskim. W jednym tylko b. zaborze rosyjskim, gdzie kas chorych dotąd nie było, kasy te są organizowane przez komisarzy rządowych. Lecz i tu po zorganizowaniu i otwarciu kasy komisarz obowiązany jest przeprowadzić wybory i oddać kasę zarządom wybranym.

Obecnie rząd opracowuje drugą ustawę – o obowiązkowym ubezpieczeniu od niezdolności do pracy i starości. Dotychczas ustawa tego rodzaju obowiązuje tylko w b. zaborze pruskim. Zakres ubezpieczonych będzie ten sam, co i przy ubezpieczeniu na wypadek choroby, a podstawową komórką tego ubezpieczenia będą kasy chorych. Ustawa ta nie wejdzie w życie wcześniej niż za lat dwa, należy przeto wierzyć, że do tego czasu warunki gospodarcze i waluta się ustalą.

Na zakończenie parę zdań o tzw. monopolu państwowym w dziedzinie ubezpieczeń społecznych, przeciw któremu wystąpił na łamach „Rzeczypospolitej Spółdzielczej” p. Jerzy Kurnatowski. Monopol państwowy – jak go nazywa p. Kurnatowski – to nie tylko przymus ubezpieczeniowy, lecz i ustawowe określenie instytucji, w której ubezpieczać się należy. Całkowicie zgodzić się należy, że tam, gdzie instytucje ubezpieczeniowe istnieją, stwarzać specjalnej instytucji nie należy. Ale chodzi właśnie o to, że instytucji takich o charakterze wzajemnej pomocy na szerszą skalę w Polsce nie ma. Nie było ich w dziedzinie ubezpieczenia na wypadek choroby, nie ma ich też w dziedzinie ubezpieczenia na starość. Przy wielu instytucjach istnieją kasy przezorności i pomocy, lecz te mają charakter i podstawy zgoła inne. Nie można zaś zaliczać do instytucji społecznych różnych prywatnych towarzystw ubezpieczeń na życie, które mają na celu interes kapitalistów-udziałowców. Pierwszą bodaj społeczną instytucją emerytalną, która powstaje, jest wydział ubezpieczeń przy Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców. I przyszłość dopiero może powiedzieć, czy i o ile się ona rozwinie.

Udzielanie pozwolenia na instytucje zastępcze w dziedzinie ubezpieczenia emerytalnego samorządom i kooperatywom jest wskazane, o ile gwarantują one świadczenia te same, a nie zobowiązują do wyższych składek. Natomiast pozwalanie na to innym instytucjom, o charakterze kapitalistycznym, jest niedopuszczalne. Przedsiębiorstwom przemysłowym, handlowym i finansowym, zwłaszcza fabrykom, które już dziś walczą o przywrócenie kas fabrycznych, chodzi o utrzymanie starych stosunków patriarchalnych w stosunku do robotników, o to, by pracownik wyczuwał swą całkowitą zależność od pracodawcy, by go mieć zawsze w ręku. W instytucjach przez nich stwarzanych, nawet wtedy, gdy świadczenia są zadawalające, rządzą oni sami przez swych urzędników, o wyrobieniu przeto samodzielności i zaradności wśród mas ubezpieczonych nie może być mowy. Tymczasem kasy chorych typu tzw. monopolowego są to instytucje ubezpieczonych. Urządzone są przez nich. Argumenty natury finansowo-ubezpieczeniowej też nie są mało ważne. Ubezpieczenia społeczne, aby nie były wielkim ciężarem dla ubezpieczonych i przemysłu, nie mogą być drogie. Chodzi o to, by składki były możliwie najniższe, przy jednoczesnym zapewnieniu możliwych do przeżycia świadczeń. Otóż tym warunkom odpowiedzieć jest w stanie tylko ubezpieczenie masowe, rozkładające ryzyko ubezpieczeniowe. Ta właśnie okoliczność, że ubezpieczenia niemieckie, rozwijające się stopniowo i zmuszone uwzględniać interesy potężnych przemysłowców i junkrów, miały cały szereg różnych i równorzędnych instytucji, powodowała, że administracja ich była droga, a świadczenia były znikome. I dlatego myśl teoretyków ubezpieczeniowych idzie dziś w kierunku scalenia różnych rodzajów ubezpieczeń społecznych w jedno ubezpieczenie społeczne, udzielające różnych rodzajów świadczeń. Nie znaczy to bynajmniej, aby przez to instytucje ubezpieczeniowe stały się domeną państwową i biurokratyczną. Nie. Przez to właśnie instytucje ubezpieczeniowe staną się bliskie ubezpieczonym. Gdy kasy chorych, w których rządzą sami ubezpieczeni, będą pobierać składki za różne rodzaje ubezpieczeń na miejscu i na miejscu też będą udzielać świadczeń i wypłacać renty, gdy udział samych ubezpieczonych będzie zapewniony we wszystkich instytucjach ubezpieczeniowych, nie będą one mogły stać się i nie staną bezduszną machiną biurokratyczną. Formy gwarantują to całkowicie. Chodzi więc o ludzi. A ludzi dziś nie ma, będą się wyrabiać dopiero powoli, z biegiem lat. Jest to prawo ewolucji.

Ubezpieczenia społeczne wreszcie, z natury swego charakteru, obliczone na szerokie masy najmitów, mogą zapewniać ubezpieczonym tylko świadczenia minimalne, niezbędne do przeżycia. I dlatego nie mogą one tamować rozwoju ubezpieczeń dodatkowych, dobrowolnych, lecz przeciwnie – gwarantują ich rozwój. O żadnych ograniczeniach w tej dziedzinie ze strony państwa nie może być mowy. Zdawali sobie z tego sprawę ustawodawcy niemieccy i stwierdziło to życie.

Bronisław Siwik

___________________________

Powyższy tekst to zapis referatu wygłoszonego na posiedzeniu Towarzystwa Kooperatystów 20 marca 1923 r. Następnie opublikowano go w miesięczniku „Rzeczpospolita Spółdzielcza” nr 5/1923. Od tamtej pory nie był wznawiany. Przedrukowujemy go za tym ostatnim źródłem, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

 

Bronisław Siwik (1876-1933) – działacz socjalistyczny od roku 1904, organizator nielegalnych struktur w Zagłębiu Dąbrowskim, za działalność zesłany na trzy lata w głąb Rosji. W czasie rewolucji październikowej przebywał w Sankt Petersburgu, gdzie stał się krytykiem bolszewików i ich rządów oraz całego internacjonalistycznego i marksowskiego nurtu w ruchu socjalistycznym. Po wojnie urzędnik Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, pełnił też funkcję dyrektora warszawskiego oddziału ZUS, radny Warszawy, ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej, publicysta prasy socjalistycznej, zasłużony działacz spółdzielczości spożywców, prezes Rady Nadzorczej Związku Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych, inicjatorów zjednoczenia „klasowego” ZRSS z „neutralną” spółdzielczością spożywców, w efekcie czego w 1925 r. powstał potężny Związek Spółdzielni Spożywców RP. U schyłku życia rozstał się z PPS-em wskutek różnic w ocenach J. Piłsudskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *