Edward Abramowski

Człowiek dzisiejszy

[1915]

Człowiek zmienia się; zmienia się jak wszystko na świecie, jak wszystko, co żyje i przez życie samo wchodzi w nieubłagany pochód rozwoju, ewolucji. Są optymiści, którzy ów rozwój, owo panta rhei, uważają za postęp, za doskonalenie się. Być może, że tak jest istotnie w ewolucji biologicznej, w rozwoju organizmów zwierzęcych, chociaż i tu także przyrodnik zobaczy całe mnóstwo rozwojów wstecznych, zaników i wypierania lepszego przez gorsze.

Jeżeli jednak chodzi o ewolucję duchową człowieka, to naprawdę, z trudnością by nam przyszło odnaleźć takie cechy rozwojowe, które by usprawiedliwiały optymizm i pozwalały uważać ewolucję człowieka jako zwyciężanie lepszego. Zwrócę uwagę na jeden tylko rys tej ewolucji, rys zasadniczy, charakterystyczny. Porównajmy dawnych ludzi chociażby z pogardzanych, barbarzyńskich wieków średnich, z dzisiejszymi przedstawicielami cywilizacji. Zobaczymy z łatwością różnicę charakterystyczną, którą tutaj w ogólnym tylko zarysie przedstawić mogę.

Dawny człowiek, pomimo swego barbarzyństwa, a raczej dzięki jemu, miał duszę jednolitą. To, co czuł, kochał, myślał, w co wierzył, to wszystko zamieniał w życie. Wierzono w Boga, zbawienie duszy, w kościół będący zastępcą tego Boga na ziemi, więc też były zakony uprawiające szczerze ascezę; były setki i tysiące anachoretów, żyjących po jaskiniach dzikich gór i pustyń, którzy całe życie swoje sprowadzali do modlitwy, umartwienia ciała, do doskonalenia się wewnętrznego i nabycia największego hartu ducha. Wierzono w honor, w miłość bez skazy, w chrześcijański obowiązek ujmowania się za pokrzywdzonym i słabym, więc było rycerstwo, niepojęte dziś dla nas typy króla Artura i jego towarzyszy z Okrągłego Stołu, typy Rolandów, Don Kichotów żywych, którzy potrafili przejść przez życie nie złamawszy danego słowa, nie brudząc najmniejszą skazą uczynionego ślubu. Wierzono w ewangeliczną naukę ubóstwa i miłości – więc też byli ludzie, co rozdawali ubogim całe swe mienie i szli przez świat radośni i wolni, jak Franciszek z Asyżu i towarzysze, „ubodzy duchem”, „żonglerzy Pana Boga”, których zadaniem było „podnosić serca ludzkie do radości duchowej”, ,,qui corda hominum erigere debent et movere ad laetitiam spiritualem”.

Dla dzisiejszego człowieka z cywilizacji są to typy z bajki i legendy. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć tych ludzi, do tego stopnia, że ich najprostsze, najbardziej bohaterskie czyny, skłonni jesteśmy uważać za objawy patologiczne, za czyny ludzi obłąkanych. I z pewnością, że gdyby takie typy, o jakich piszą żywoty świętych, zjawiły się dzisiaj, na naszym świecie cywilizowanym, to jedynym miejscem ich pobytu mogłaby być tylko klinika psychiatryczna. Kto wie zresztą, czy w tych smutnych szpitalach dla chorych umysłowo, nie znaleźlibyśmy zabłąkanych dawnych bohaterów i świętych.

My jesteśmy zupełnie inni, A inni jesteśmy dlatego przede wszystkim, że dusza nasza rozdzieliła się. Oni mieli jedną tylko i dlatego bywała tak wielka i silna. My zaś mamy dwie dusze: jedna myśli tylko, tworzy idee i słowa, teorie i hasła; druga – czuje, rządzi życiem, kieruje czynami. Pomiędzy duszą naszą a życiem stanął pośrednik – intelekt. On to przedziela nas wewnątrz; on nauczył nas żyć podwójnie: inaczej wewnątrz siebie, inaczej na zewnątrz. On nauczył nas także zamieniać na drobną monetę słów i frazesów każde silniejsze poruszenie uczuć naszych, każdą tendencję do czynu; przyzwyczaił nas zadawalać się frazesami, a nawet łudzić się szczerze, że życie można zamienić na słowa. Dawno już to „podzielenie” duszy ludzkiej nastąpiło, a zaczynało się zapewne w mrokach dziejowych, jak każde zjawisko rozwoju. Mówi o nim już zupełnie wyraźnie Bacon, przestrzegając ludzi przed „jaskinią słów”. Przeczuwał je Chrystus, gdy mówił „błogosławieni ubodzy duchem”, gdy stawiał nam za wzór duszę dziecka, tj. duszę bez podziału, bez intelektu; i sam już z takimi „podzielonymi” ludźmi obcował, bo znał dobrze Faryzeuszów, a to, co o nich mówi, z taką namiętną wzgardą, moglibyśmy doskonale zastosować do swojej własnej psychologii.

Czyż nie takimi jesteśmy my sami, ludzie cywilizacji, bogaci duchem? Widzimy socjalistów posiadających własne fabryki i kapitały; anarchistów pełniących następnie służbę w ministeriach; widzimy patriotów polskich z „orientacjami”; „niepodległościowców” przystosowujących się z łatwością do każdej podległości; widzimy wyznawców Chrystusa i jego „dobrej nowiny”, którym jednak nigdy na myśl nie przyjdzie nawet, żeby spełnić w życiu chociażby jeden werset tylko z nieśmiertelnego kazania na górze. I do tej dwoistości tak przyzwyczailiśmy się, że ona nie tylko nas nie razi, ale nawet nie rozumiemy, jak mogłoby być inaczej.

Tak, dzisiaj niemożliwym jest poznać człowieka po jego życiu; trzeba posłuchać, co on mówi lub pisze; wtedy dopiero dowiemy się o jego ideach. Idee bowiem, a jeszcze bardziej „ideały” są to rzeczy odświętne, nastrojowe, potrzebujące pięknych słów, mądrej szaty frazesów. Nadaremnie byśmy szukali ich w życiu codziennym. Tam nie ma dla nich miejsca. Tam jest zwyczajne szare życie, takie same u komunisty, jak u burżuja, u wierzącego jak u bezwyznaniowca. Co najwyżej w rzeczach najprostszych, w ideałach higieny na przykład, zdolni jeszcze jesteśmy do utożsamienia idei z postępowaniem, i możemy jeszcze oburzać się, dowiedziawszy się np., że człowiek głoszący abstynencję od alkoholu albo wegetarianizm, nie stosuje tego do siebie, jada mięso i pije wino. To jeszcze nazwiemy obłudą, ale strzeżmy się iść dalej!

Przypominam sobie jednego pana, obywatela Szwajcarii, który opowiadał mi ze zgorszeniem, jak pewien agitator abstynencji, znany w danym mieście, u siebie w domu używa stale wina i piwa. Zapytałem go wtedy, czy to nie jest to samo, kiedy agitator socjalizmu np. posiada fabrykę, z której ciągnie zyski. Pan ten obraził się na mnie za postawione pytanie, sam bowiem był znanym ze swych przekonań „komunistą”, a jednocześnie bardzo zamożnym kapitalistą rentierem. Z oburzeniem i namiętnością zaczął mi tłumaczyć zasadniczą różnicę, jaka istnieje między tymi dwoma punktami, i wywnioskował bardzo logicznie, że propagator idei socjalistycznych może mieć i kapitały, i fabryki. Zrozumiałem, że miał słuszność, a zarazem po raz pierwszy miałem wtedy sposobność obserwować in vivo [na żywym osobniku] psychikę dzisiejszego człowieka, człowieka podzielonego.

Biedni bracia z Portionculo! Co byście pomyśleli zobaczywszy nas! Wy, coście chcieli uczynić z życia religię i świątynię Boga; coście tak pogardzali intelektem, że z jakąś anielską dumą nazywaliście siebie „idiotami” i „żonglerami”. Co byście powiedzieli o naszych papierowych ideałach i wzlotach!

Edward Abramowski

_________________________________________

 Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w pracy zbiorowej „Godło”, pod redakcją Artura Górskiego, Warszawa 1915. Następnie został przedrukowany w czterotomowym wydaniu pism Abramowskiego – tom I, nakładem Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców, Warszawa 1924. W roku 1938 edycja pism miała drugi nakład. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany. Zamieszczamy wersję z wydania z roku 1924, uwspółcześniając pisownię.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *