Izabela Moszczeńska

Cnota kobieca

[1904]

Nawet najśmielsi reformatorzy i przewrotowcy nie odważą się podać w wątpliwość zasady, że kobieta powinna być cnotliwą, w specjalnym znaczeniu tego wyrazu, że ta suma moralności płciowej, której się dziś wymaga od tak zwanych porządnych i uczciwych kobiet, jest zupełnie sprawiedliwie odmierzoną. Najzagorzalsze feministki, dążące do zupełnego zrównania praw męskich i kobiecych, męskich i kobiecych warunków życia, nie odważą się jawnie i głośno wygłosić żądania, by kobiecie dozwolono żyć tak, jak żyją dziś niemal wszyscy mężczyźni, i by z tej racji zabronić zaliczania jej do istot upadłych, dlatego że nikt mężczyzny żyjącego w ten sposób upadłym nazywać się nie ośmieli. Żądają one raczej na odwrót, by mężczyzna poddał się temu moralnemu rygorowi, jaki nałożył na kobietę. Właściwie moralnością w znaczeniu płciowym nazywa się tę, która dziś obowiązuje uczciwą kobietę. Mężczyznę zwalnia się od niej; on w ogóle nie potrzebuje być moralnym w swym życiu płciowym, ale bez względu na tę koncesję wszystko, co wykracza poza normy moralne, przyjęte dla lepszej cząstki kobiecego świata nazywa się zepsuciem – każdy, który próbował te normy zmienić, otrzymuje miano gorszyciela. Od czasu do czasu podnoszą się głosy zgrozy i trwogi przeciw gorszycielom, ale najczęściej bywają to fałszywe alarmy. Apostołowie wolnej miłości nie mają ani konsekwencji, ani odwagi własnych przekonań. W ich wynurzeniach dźwięczy zawsze smętna nuta wyrzutów sumienia, a ich poematy zmysłowych szałów i erotycznych rozbojów zaprawiane są tęsknotą za wiernością i czystością. Być może, że zarówno szał zmysłowy, jak i ta tęsknota stanowią tylko środki wywoływania artystycznego efektu, że melancholia jest tylko przyprawą podnoszącą smak orgii albo też zmysłowe upojenia użyte są dla kontrastu, uwydatniającego wielkość odległego i mglistego ideału. Walka między zwierzęcą naturą ludzką a jej nadziemskimi aspiracjami stanowi tło tej literatury i węzeł jej wszystkich konfliktów. Przyznanie kobiecie prawa do nawiązywania i zrywania stosunków miłosnych, bez żadnych ograniczeń, bez skrupułów i wyrzutów sumienia, leży najzupełniej poza granicami tego światopoglądu. Dla upadłej kobiety budzi się współczucie i pobłażliwość na zasadzie okoliczności łagodzących, ale nie pozwala się nikomu wątpić o tym, że ona jest rzeczywiście istotą upadłą, jeżeli porzuca jednego mężczyznę dla innego lub jeśli ją jeden po drugim porzuca. Nie podlega też najmniejszej wątpliwości, że kobieta, która miała kochanka, nie ma prawa wyjść za uczciwego mężczyznę, tj. takiego, który miał x kochanek przed ślubem – ale nie kradnie, nie rozbija, nie morduje – ani też, że godną pogardy jest taka, która zdradzi choćby najgorszego, moralnie i fizycznie bezwartościowego męża. Wszystkie odstępstwa od zasad czystości, wierności, stałości – popełniane przez kobietę – są gorszące i tragiczne. – „To się mści” – woła nawet Przybyszewski, gorszący i niemoralny Przybyszewski przez Ruszczyca, który w Złotym Runie jest uosobionym moralizującym sumienie.

Cnota kobieca jest uznana jako kamień węgielny moralności społeczeństw, jako warunek ich egzystencji i normalnego rozwoju, a wszelkie nadwerężenie zasad tej etyki grozi – jak twierdzą moraliści – runięciem i rozsypaniem się w gruzy społecznego gmachu.

Stało się to od wielu wieków obowiązującym dogmatem. Kto by go próbował zachwiać, uznany byłby za bluźniercę, a choć się gdzieś tam za granicą, u narodów oswojonych z nazywaniem rzeczy po imieniu, czasem taki śmiałek znajdzie, w żadnym razie nie znajdzie się on u nas, co naturalnie stanowi dla naszego ogółu jeden pochlebny dowód więcej, że my pod względem moralnym stoimy znacznie – ech! – o całe niebo wyżej od zepsutych społeczeństw zachodnich, dla których nie ma nic świętego.

U nas bowiem jest niezmiernie wiele rzeczy świętych i nietykalnych, o których wcale dysputować nie wolno, bo sama dyskusja już jest zuchwałym targaniem się na ich niewzruszoność i majestat. Może jest to też instynktowne przeczucie, że czcią czołobitną otaczane bóstwo okazałoby się wcale niezdarnie skleconym bałwanem, gdyby je jaki niedowiarek spróbował z bliska obmacać, w świetle obejrzeć i miejscami pozłotę zewnętrzną zeskrobać dla przekonania się, co tam jest w środku.

Można uznać z góry za rzecz dowiedzioną, że rzeczy z zasady nie podlegające krytyce są te, które by krytyki nie wytrzymały, i że wtedy tylko zamyka się ludziom usta, kiedy się przypuszcza, że mogliby nas przekonać. Rzeczywista prawda nie lęka się badań ani niewątpliwa słuszność i rzetelność procesu.

Wychodząc z tej zasady, nie powinniśmy się lękać pytania. Czy wymagania moralności płciowej stawiane kobietom są sprawiedliwe i potrzebne? Czy mamy moralne prawo żądać od kobiet czystości przed ślubem, absolutnej stałości i wierności po ślubie, czy każde odstąpienie od tych wymagań istotnie grozi społeczeństwu ruiną i czy dzisiejsze normy obyczajowe stosowane do kobiet istotnie pomyślnemu rozwojowi społeczeństwa sprzyjają? Postawienie takiego pytania nie powinno nikogo gorszyć, gdyż nie ulega chyba wątpliwości, że każda zasada moralna zmierzać powinna do dobra ogółu i tylko przez to zyskuje sankcję. Kto nie wątpi, że cnota kobieca jest jednym z kamieni węgielnych tego dobra, musi posiadać pewność, że każde przedmiotowe badanie do tego właśnie ostatecznego wniosku nieuchronnie doprowadzi.

Wszystkie wymagania moralne stawiane kobiecie opierają się na jej roli macierzyńskiej, nią również uzasadnia się każda różnica norm obyczajowych, stosowanych do kobiet i mężczyzn. Z łona kobiety wychodzą nowe pokolenia; jako ich rodzicielka i karmicielka jest wobec nich odpowiedzialną za cały ciężar urodzonych ułomności, jakim je obarczyć może, jest odpowiedzialną wobec społeczeństwa za jakość nowych jednostek, którymi je bogaci. Jej rolą jest dostarczać spadkobierców dla całego kulturalnego dorobku ludzkości, ogół ma prawo od niej żądać, żeby się dla niego spadkobiercy znaleźli, i to jak najbardziej godni przekazywanego im dziedzictwa. – „Kobieta stoi na straży rasy”, jak zwykle mówią; wszystkie zatem obowiązki nałożone na nią dla dobra tej rasy są usprawiedliwione i słuszne. Jest to sankcja tak poważna, że absolutnie przeciw niej nic powiedzieć nie można. O ile odstępstwo od dziś obowiązujących przepisów moralnych groziłoby pogorszeniem się ludzkiego typu lub zagładą ludzkiego gatunku, powinny by one być nienaruszalne, choćby jak najdotkliwiej krępowały kobietę i jak największą między nią i mężczyzną zaprowadzały nierówność.

Chodzi tylko o sprawdzenie, czy dzisiejsza etyka, specjalnie kobieca, jest istotnie dla dobra rasy niezbędna, czy to dobro jest przez nią dostatecznie gwarantowane, czy wreszcie słusznym jest i celowym zwalanie całej odpowiedzialności za jakość ludzkich latorośli wyłącznie tylko na kobietę.

Wprawdzie niekiedy szuka się innych sankcji dla zasad moralności podwójnej. Istnieją zdania, że kobieta z natury swej jest monogamistką, mężczyzna poligamistą, że zatem ona, odstępując od ścisłych zasad monogamii, grzeszy nie przeciw swym społecznym obowiązkom, lecz przeciw swej naturze. Sądzę jednak, że poglądy takie, choćby były wypowiadane przez najuczeńszych specjalistów, nie mogą być niczym innym niż bardzo dowolną i całkiem nie dającą się dowieść hipotezą. Gdyby rzeczywiście taka różnica natur u jednego i tego samego gatunku istnieć mogła, same stosunki liczebne dwóch płci musiałyby jej odpowiadać, wreszcie każde odstępstwo od norm naturalnych musiałoby u każdej płci zupełnie odmienne wywoływać objawy. Tymczasem tak nie jest. W roju pszczół jest tylko jedna królowa, obok licznego zastępu trutni, łatwo więc uwierzyć, że tam normą naturalną jest poliandria, a natomiast wykluczoną całkiem poligamia. W świecie ludzkim niczego podobnego nie spotykamy. Ilość noworodków męskich mniej więcej równa się wszędzie ilości noworodków żeńskich z niewielką, lecz dość stałą nadwyżką po stronie męskiej. Przewaga liczebna dorosłej ludności żeńskiej nad męską stanowi zawsze bardzo niewielki procent (tam, gdzie najgorzej rzecz się przedstawia, nie dochodzi l0%), nigdy więc nie umożliwiałaby wprowadzenia poligamii dla ogółu mężczyzn przy zachowaniu monoandrii dla ogółu kobiet. Z drugiej strony znów nie zdarzyło mi się słyszeć o żadnej chorobie, która by specjalnie dotykała tylko kobiety sprzeniewierzające się zasadzie jednożeństwa, a całkiem nie pojawiała się u mężczyzn. Nadużycia płciowe są źródłem pewnej kategorii chorób, te jednak dotykają jednostki obu płci. Trudno by zatem było dowieść, że to, co rujnuje organizm kobiety, znakomicie służy zdrowiu mężczyzny, a tego byłoby potrzeba na potwierdzenie poglądu, że przyroda obdarzyła każdą połowę rodzaju ludzkiego wręcz przeciwnymi popędami.

Jedynym więc uzasadnieniem moralności płciowej musi być dobro gatunku, tak jak jedyną racją bytu życia płciowego wrodzona dążność utrzymania gatunku.

Wszystkie te formy pożycia płciowego, które sprzyjają ilościowemu rozmnażaniu się ludzkości i jakościowemu doskonaleniu się jej – są moralne, niemoralnymi zaś te, które prowadzą do bezpłodności i zwyrodnienia.

Jeżeli ustanowimy takie kryterium moralności, łatwo nam będzie dowieść, że znaczna część obecnych poglądów i zwyczajów zupełnie usprawiedliwić się nie da.

Najprzód wypadnie przyznać, że dożywotnie dziewictwo jest cnotą całkiem zbyteczną i dla pomyślnego rozwoju ludzkości obojętną.

W epoce, gdy nad umysłami zapanowało oczekiwanie końca świata, a godne przygotowanie się na dzień sądu ostatecznego stanowiło całkiem żywotny i aktualny interes społeczeństwa, tj. w pierwszych epokach chrześcijaństwa lub w średnich wiekach – ascetyzm mógł być teoretycznie uzasadniony, a dziewictwo uważane jako warunek doskonałości. Dziś jednak widmo końca świata rozwiało się z horyzontu, a w najdalszej przyszłości, którą myślą objąć możemy, widzimy nie zastępy z grobu wstających grzeszników i unoszące się nad nimi roje aniołów, głoszących straszne sądy Boże, lecz szeregi wciąż nowych pojawiających się na ziemi pokoleń ludzkich. Obowiązki nasze dla przyszłości są więc obowiązkami względem przyszłych mieszkańców ziemi; z ich dobrem wiązać się zaś może tylko to, co im pozostawiamy, nie zaś to, co ze sobą zabieramy do grobu, np. nieskalane dziewictwo. Cnoty negatywne nie posiadają dla nich wartości.

Dożywotnia czystość może w świetle takiego poglądu mieć znaczenie tylko prywatnego upodobania lub narzuconego okolicznościami stanu rzeczy, sama przez się jednak nie jest ani zasługą, ani cnotą. Jeżeli więc niesłusznym był przesąd okrywający śmiesznością stare panny, nawet te, które chciały i umiały być pożyteczne na innej drodze, gdy je rola żony i matki ominęła, przesąd stanowiący zresztą zdrową, naturalną reakcję przeciw ascetycznemu światopoglądowi, to zupełnie niesłusznym byłby przesąd przyznający starym pannom wyższość moralną jedynie dla tej racji, że swe nieużyteczne na nic dziewictwo aż do grobowej deski uratowały. Wpajanie w umysły dziewcząt przekonania, że czystość jest czymś bezwzględnie dobrym, życie płciowe zaś w każdym razie plamą i poniżeniem, które tylko sakrament małżeński oczyszczać i rozgrzeszać może, że nawet małżeńskie życie jest dla nich jakimś zstąpieniem z piedestału, a ich naturalne pragnienie ziemskiej miłości grzeszną żądzą, którą przytłumiać należy, jest nie tylko nierozsądnym, lecz nawet wprost niemoralnym i do niemoralnych czynów wiodącym.

W świetle tak pojętej etyki bowiem im większą stosunek małżeński jest dla kobiety ofiarą, im większy w niej wstręt budzi, tym ona jest wyższą istotą. Cel tego stosunku leży nie w nim samym, lecz poza nim. Oddać się z miłości kochanemu i kochającemu mężczyźnie jest to ulegać pokusom szatana lub grzesznej żądzy zmysłowej; lecz sprzedać się kontraktem dla spełnienia woli rodziców, dla uratowania ich od nędzy, dla zadosyćuczynienia ich ambicji, dla osiągnięcia jakiegokolwiek bezinteresownego celu – jest cnotą, bohaterstwem albo co najmniej uczciwym spełnieniem obowiązku. Ileż to moralnych i budujących powieści oparto na tym motywie! A nie należy sądzić bynajmniej, że to motyw przestarzały, że od czasu do czasu, jak szkoła sentymentalna, a później romantyczna wyidealizowały miłość i usankcjonowały „prawa serca”, od czasu jak George Sand we Francji, a u nas entuzjastki głosiły potępienie małżeństwa bez miłości, ludzie przestali apoteozować cnotliwe dziewice, które bohatersko tłumią poryw serca na rzecz obowiązku, choćby pojętego zupełnie płasko i trywialnie.

Pomijam już nawet całą drugorzędną produkcję literacką, osnutą na tym budującym motywie, że prawdziwie czysta dusza kobieca wyzuwa się ze wszelkich ziemskich rozkoszy (do tych należą zresztą tylko rozkosze miłości), a idzie za głosem powinności, że dla niej miłość jest czymś, co należy zawsze przezwyciężać (was überwunden werden muss), czyli deptać na rzecz posłuszeństwa i innych formalnych czy moralnych zobowiązań. Wnuczka nie chce zmartwić umierającej babki, córka rozdrażnić zdziecinniałego ojca, sama dziewoja nie chce wioski rodzinnej porzucić i dlatego oddaje się w ręce wyznaczonego jej przez wolę starszych lub kombinacje gospodarskie samca, a czytelnicy rozrzewniają się jej cierpieniem i zachwycają jej siłą charakteru.

Mniejsza o to, że różne mniej lub więcej znane Rodziewiczówny ogrywają z rozmaitymi wariantami tę katarynkową melodię, nie pogardził nią i najsławniejszy z naszych powieściopisarzy, tłumaczony na wszystkie języki, a zatem – niestety – wobec całego czytającego świata reprezentujący nas Sienkiewicz.

Jego pełna uroku idealna Anielka jest właśnie uosobieniem tej banalnej, najlichszego gatunku cnoty kobiecej. Kochając Płoszowskiego, daje się swej matce spożytkować jako honorarium dla Kromickiego za wyprowadzenie zawikłanych interesów na gładkie pole. Zacna, nad wyraz czysta i osłupiająco naiwna matrona, która nie przypuszcza nawet, żeby jej córka, mężatka, mogła być przedmiotem erotycznych zapałów kuzyna, nie czuje jednak, że wydając Anielkę za mąż występowała we wstrętnej roli rajfurki frymarczącej ciałem własnego dziecka. Zdaje się, że bardzo subtelny autor jest równie naiwny i również tego się nie domyśla. Trudno więc wymagać od czytelników, gdy im sam powieściopisarz sugeruje nieustannie podziw dla charakteru Anielki, dla jej niczym niespaczonego sumienia, które wobec wszelkich pokus miłosnych odpowiada kategorycznym „nie!”, ażeby się sami zorientowali, że ta Anielka nie jest cnotliwą, lecz obrzydliwą, że jej cnota jest po prostu wstrętna i że jedyny błysk prawdziwej moralności pojawia się w świadomości Płoszowskiego w chwili, gdy jego zmysł estetyczny budzi się na myśl, iż po nieskalanych śniegach duszy Anielki deptały małżeńskie pantofle. Cnota Anielki jest kupiecką rzetelnością, obwarowaną kontraktem małżeńskim; nie jest czystością, lecz prostytucją ujętą w formuły prawa i skrupulatnie wykonywaną, wbrew szlachetnym i uczciwszym porywom jej ludzkiej natury, buntującej się przeciw jej pogwałceniu i sprofanowaniu. Taka moralność poniża kobietę do roli kupnej i dobrze strzeżonej krowy.

Jeżeli zagraniczni czytelnicy „Bez dogmatu” uwierzą, że autor istotnie przedstawił im w Anielce typ polskiej kobiety, jak to zamierzał, to zaprawdę rodaczki Sienkiewicza miałyby prawo wytoczyć mu proces o dyfamację.

Przykład Anielki jest jednym z najbardziej gorszących, jakie można spotkać w literaturze i w życiu, gdyż tu chodzi tylko o czysto materialny interes dwóch kobiet zniedołężniałych w dostatku i zdeprawowanych próżniaczym życiem. Jednakże i najwznioślejsze przykłady takiego dziewiczego bohaterstwa nie przestają mimo to być pogwałceniem zdrowego instynktu moralnego.

Niestety w historii naszej mamy taki tradycyjnie apoteozowany fakt ofiary kobiecej, złożonej na ołtarzu publicznego dobra w osobie królowej Jadwigi. Słusznie czy niesłusznie została ona uznana za narodową patronkę kobiet wyrzekających się miłości dla narzuconego im przez te czy owe względy małżeństwa. Historyczne następstwa poświęcenia Jadwigi mogły mieć wiekopomne i bardzo dodatnie znaczenie, ale wpływ moralny na kobiety polskie aż do najdalszych pokoleń bardzo szkodliwy.

Można by zresztą jeszcze podysputować o tym, czy pogwałcenie najgłębszych i najzdrowszych instynktów naturalnych, czy sprzedawanie się dla dobra publicznego jest czynem chwalebnym, czy nagannym.

Im szlachetniejszym i wyższym cel, dla którego się ta sprzedaż dokonywa, tym więcej na pierwszy plan występują tu okoliczności łagodzące i tym pobłażliwszym musi być wyrok. Trzeba jednak być konsekwentnym i przyjąć jedną zasadę. Jeżeli się bezwzględnie potępia prostytucję, to nie można jej apoteozować wtedy, gdy ona się dokonywa w formach legalnych i dla szeroko pojętego interesu, czy to jednostki, czy jakiejś grupy jednostek, czy też ogółu. Jeżeli zaś uświęca się i podnosi do wyżyny prostytucję legalną dla celów politycznych, narodowych, humanitarnych, społecznych lub też egoistycznie rodzinnych, to trzeba w ogóle pogodzić się z zasadą, że cel uświęca środki i rozgrzeszać mniej lub więcej każdą nieegoistyczną prostytucję, np. prostytucję na cel dobroczynny. W świetle takiego poglądu Polka, która by romansowała z generałem żandarmerii dla wyjednania ulg dla przestępców politycznych w cytadeli, byłaby bohaterką, godną czci i wdzięczności.

Z punktu widzenia interesów gatunku wszystkie te bohaterstwa i poświęcenia są przestępstwem, grzechy przeciw miłości – są grzechami przeciw naturze, a jedynie czyste związki płciowe są te, które powstają z miłości.

Kobietą wierną swemu kobiecemu posłannictwu i czystą we właściwym znaczeniu tego wyrazu jest taka, która sobie nie da narzucić niekochanego człowieka, która przez miłość i dla miłości ponosi ofiary, a umie kochać głęboko, silnie i stale. Kochać człowieka, z którym się łączy, jest bowiem jej pierwszym obowiązkiem względem przyszłych dzieci, przez związek z miłości stwarza ona dla nich najpomyślniejsze uposażenie dziedziczne i to tym lepsze, im bardziej jest sama wymagającą, trudną w wyborze i wyłączną w swym uczuciu. Naturalnie, że miłość nie jest instynktem nieomylnym i nieraz na pomyłki i srogie pokuty naraża. Byłaby może bardziej wiarygodną kierowniczką, gdyby całe wychowanie kobiet, wszystkie wpływy otoczenia, panujących poglądów, zwyczajów i przesądów nie paczyły ich normalnego rozwoju. Obowiązująca je nieświadomość życia i stąd płynąca nieświadomość siebie samej, chorobliwe wybujanie erotycznego instynktu skutkiem różnych sztucznych a podniecających wyobraźnię osłonek, parawaników, w pół przeźroczystych firanek, osłaniających tajemnice życia i mnóstwo innych czynników wychowawczych, sprawia, że młode dziewczęta są często zbiornikiem palnych materiałów, wybuchających przy lada przypadkowej okoliczności, i że nie człowiek i jego właściwości, lecz chwila i okoliczności postronne decydują o kierunku ich miłości. Jednakże i w takim razie nawet miłość sama działa dodatnio i może do pewnego stopnia neutralizować i łagodzić inne ujemnie działające wpływy. Dzieci poczęte z miłości mają lepsze szanse życiowe niż dzieci tych samych rodziców zrodzone z przymusu, obowiązku, z nudów i braku innych przyjemności.

Pomyłki miłosne stają się zgubne dla rodzących się pokoleń głównie dlatego, że je nieraz tak ciężko odpokutować przychodzi, że ich po prostu nie wolno naprawiać i że one obowiązują na całe życie.

Niedobrane związki stają się nieszczęściem dzieci nie wtedy, gdy rodzice łudzą się wzajemnie co do swej wartości, lecz wtedy, gdy już się łudzić nie mogą, a jednak dalej żyją razem, razem dzieci wychowują i obdarzają je coraz gorzej uposażonym rodzeństwem. Nawiasowo i na to jeszcze należy zwrócić uwagę, że jakkolwiek źle dobrane małżeństwa trafiają się i między takimi, które się z miłości pobrały, są one wcale nie mniej częste wśród tych, które połączył interes, przymus, obowiązek, rozsądek i różne inne uboczne względy. Miłość zatem sama przez się nie ponosi tu odpowiedzialności; nie chroni ona wprawdzie od pomyłek, ale nie jest ich źródłem.

Prawo i obyczaj jest w tym względzie nieubłaganym dla kobiet. Wolno im wychodzić za mąż po ukończonym 16. roku, a wolno je bezkarnie uwodzić znacznie wcześniej, nie tylko wolno im nie znać istoty stosunków płciowych i wynikającej z nich naturalnej odpowiedzialności, lecz wprost nieświadomość ta jest im poczytywana za urok i za zaletę, nie wypada im wglądać w życie spotykanych mężczyzn, wiedzieć, jak żyją, z kim żyją, czy mają jakie doświadczenie, jaką przeszłość w erotycznym życiu – ale mylić im się w wyborze mężczyzny absolutnie nie wolno. Źle czy dobrze trafiły – w każdym wypadku pierwszy, który je wtajemniczył w sekrety życia płciowego, jest raz na zawsze panem ich losu, ich dobrego imienia, ich przyszłych dzieci. Gdybyśmy nawet obowiązek nieświadomości życiowej zupełnie na bok usunęli, jako w obecnych czasach mniej lub więcej zaniedbywany, przecież najbardziej nawet doświadczonemu życiowo mężczyźnie zdarza się mylić w ocenie ludzi, z którymi ma styczność, wchodzić w związki z takimi, z którymi po bliższej znajomości musi zrywać, a nawet ich unikać. We wszelkich innych życiowych stosunkach odpowiedzialność za pomyłki polega na tym, żeby ich ujemne skutki usunąć, złagodzić lub naprawić, a na przyszłość być ostrożniejszym. W tym razie jednak konsekwencje są wprost przeciwne. Kobieta, która raz postawiła krok fałszywy, musi brnąć dalej i iść prostą drogą w nieszczęście, ciągnąc za sobą swe już żyjące i urodzić się mogące dzieci. Jeżeli pomyłka zaszła na legalnej drodze, nienaruszalność małżeńskiego związku staje jej na przeszkodzie do zawrócenia z niej. Jeżeli zaś, broń Boże!, nie czekała zawarcia prawomocnego małżeńskiego kontraktu, jeżeli zaufała człowiekowi, który się okazał tego zaufania niegodnym, wówczas musi pragnąć i błagać niby łaski, ażeby raczył naprawić złe, żeniąc się z nią, inaczej bowiem będzie nieodwołalnie zhańbioną. Najczęściej żąda się tej restytucji dla dobra dziecka, którego nieszczęściem stać się może właśnie pożycie rodziców pokutujących do śmierci w mękach piekła domowego za jedną chwilę zapomnienia.

Chodzi tu o czczy dźwięk, o nazwisko, o zewnętrzną konwencjonalną formę, na którą opinia bezmyślnego tłumu kładzie tak ogromny nacisk, nie przeczuwając, że pod tą formą kryją się pustka lub zgnilizna. Czasem człowiek poczytujący sobie za wspaniałomyślną łaskę, że daje nazwisko dziecku, które by mógł pozostawić bezimiennym, sam postępowaniem swym plami je i obarcza żonę i dzieci solidarną odpowiedzialnością za swą złą opinię. Czasem dziecko lepiej wyszłoby na tym, gdyby swego ojca wcale nie znało i gdyby on żadnych praw do niego nie rościł, niż gdy on je, jako prawy życiodawca, tyranizuje lub demoralizuje i wykoleja swym gorszącym domowym pożyciem. – Co więcej, czasem dzieci ślubne skorzystałyby na tym, gdyby ich się ojciec zaparł lub gdyby matka zaprzeczyła ich pewnego pochodzenia, a przez to uzyskała nad nimi władzę niepodzielną i od szkodliwej opieki głowy domu je i siebie zarazem usunąć mogła. Ale na takie macierzyńskie bohaterstwo dziś żadna kobieta się nie zdobędzie, ponieważ wie, że świat i jej, i dzieciom prędzej wybaczy wszystko niż skandal, niż jawne wykroczenie przeciw zasadom obłudnej, obowiązującej moralności. Nie chodzi ani o szczęście, ani o zdrowie, ani o doskonałość przyszłych i już narodzonych pokoleń – chodzi o ich imię.

Tu spotykamy się znowu ze szczątkowym objawem dawnego średniowiecznego światopoglądu. Wówczas gdy ludzie dzielili się na ściśle odgraniczone kasty, gdy sam przypadek urodzenia decydował nie tylko o prawach i przywilejach, jakie przychodzącej na świat jednostce miały przypaść w udziale, lecz i o jej ogólnie uznanej wartości, gdy najlepszymi byli ci, którzy ród swój od panującej klasy wywodzili, wówczas dokładnie stwierdzany rodowód mógł posiadać w oczach ogółu duże znaczenie. Dziś jeszcze dziwić się nie można, że w tych klasach, które do swego rodu i nazwiska wielką przywiązują wagę i wierzą w cudowne zalety krwi błękitnej – wszystkie rzeczywiste dziedziczne czy przez wychowanie nabyte cechy doskonałości schodzą na plan ostatni, a firmę zewnętrzną wysuwa się na plan pierwszy. Żona Wittelsbacha lub Hohenzollerna pragnie tego, by jej dzieci uznane zostały za rzeczywistych i niewątpliwych Wittelsbachów lub Hohenzollernów, za prawych spadkobierców tytułów i chorób swych ojców, żonie Potockiego lub Radziwiłła zależy na tym w równym stopniu, gdyż wierzy ona, że Potoccy i Radziwiłłowie są naprawdę ze szlachetniejszego materiału odlani. Nieprawy dziedzic arystokratycznego nazwiska uważany jest za towar z podrabianą marką fabryczną, w ruch handlowy puszczony. Tam jednak, gdzie przesądy rodowe już nie istnieją lub gdzie nazwisko ma czysto paszportowe znaczenie, powinno chyba być obojętną rzeczą, czy dziecko nosi nazwisko ojca, czy matki, byle tylko do nazwiska tego nie były przywiązane jakieś ujemne tradycje i przykre wspomnienia. W naszych pojęciach obyczajowych tradycję ujemną stanowi już to samo, że matka nie brała ślubu i więcej obciąża nazwisko dziecka niż to, że ojciec jego popełnił defraudację lub krzywdził swych bliźnich, począwszy od własnej rodziny. Ale takich pojęć bynajmniej do moralnych zaliczać nie można.

Powinniśmy dziś już chyba rozumieć, że rola kobiety jako strażniczki rasy jest czymś innym niż rola jej jako strażniczki rodowego przesądu; że dla utrzymania i udoskonalenia gatunku ludzkiego jest rzeczą całkiem obojętną, czy mniemany Kapuściński będzie istotnym Kapuścińskim, ale ważną jest, by on był zdrowy, silny, zdolny, energiczny, szlachetny i piękny – mniejsza o to, pod jaką firmą żyć i działać będzie. Ojciec, który dziecku daje nazwisko, właściwie jeszcze nic mu nie daje i tylko głupie zwyczaje i niedorzeczne prawa sprawiają, że dla przyszłości dzieci ono obojętnym nie jest.

Dlatego to i wierność małżeńska w świetle prawdziwej moralności całkiem inaczej wygląda, niż to się bezmyślnemu ogółowi przedstawia. Nie myślę bynajmniej apoteozować zdrady i wiarołomstwa w kobiecie, tak jak zresztą nie bronię jej u mężczyzny. Zdrada małżeńska jest szpetną i wstrętną jak wszelkie kłamstwo i oszustwo, szpetniejszą jeszcze niż inne, gdyż głębiej zatruwa dusze ludzkie, wnikając w ich najżywotniejsze sprawy. Wierność kobiety ma jeszcze to znaczenie, że tylko dzięki niej mogą się w mężczyźnie budzić i rozwijać instynkty rodzicielskie, które tak ogromną grają rolę w uspołecznieniu i uszlachetnieniu człowieka i dlatego to właśnie jest rzeczą tak ważną, by ci, którzy wspólnie nowych ludzi do życia powołują, nie tylko kochali się, lecz ufali sobie wzajemnie. Jednakże tylko tam może ta wierność obowiązywać i tylko w takich granicach, gdzie odpowiada celowi. Wierność mężowi, który dzieci mieć nie chce lub jest tak stary albo zniszczony, że ich mieć nie może, jest cnotą równie bezużyteczną jak dożywotnie dziewictwo, a wierność mężowi, który swym dzieciom tylko dziedziczne lub nabyte choroby i ułomności przekazać może, jest po prostu występną.

I w tych wypadkach naturalnie nie rozgrzeszam jeszcze kłamstwa i oszustwa, nie staję bynajmniej w obronie trójkąta małżeńskiego, jednej z najwstrętniejszych form wolnej miłości, gdyż powoduje poniżający godność ludzką w kobiecie podział jej między dwóch mężczyzn. Sądzę tylko, że właśnie ta godność ludzka wymaga raczej, by kobieta jawnie zerwała z człowiekiem, który nabył formalne prawa małżeńskie do jej osoby, a nie posiada kwalifikacji ojca zdrowych i normalnych dzieci, aniżeli żeby używając go za parawan wobec świata, przemycała pod jego nazwiskiem dzieci przyjaciela domu. Jednakże taka rzetelność w stosunkach erotycznych wymagałaby dziś ze strony kobiet heroicznej odwagi, na którą zdobyć się mogą tylko wyjątkowo dzielne jednostki. Okupują one bowiem swą godność ludzką i szacunek dla siebie samej hańbą, która niekiedy i dzieci ich dotyka. Kobieta, która się w takim położeniu znajdzie, musi wybierać między oszukiwaniem męża i pogardy dla siebie samej, jawnym opuszczeniem go i pogardą ogółu lub też wiernością dla męża i dawaniem życia istotom skazanym na nieszczęście. To ostatnie jest z punktu widzenia interesów gatunku najcięższym przewinieniem – a właśnie tylko to ostatnie jest z dziś obowiązującą moralnością zgodne i przez nią nakazane.

Należałoby w ogóle raz zerwać z tradycyjnym, a zupełnie nieuzasadnionym poglądem, że kobieta jest istotą stworzoną dla mężczyzny, jej obowiązki dla niego najświętszymi, a sposób, w jaki ona te obowiązki spełnia – miarą jej moralnej wartości. Kobieta tak samo jak mężczyzna, prócz obowiązków względem siebie samej, ma obowiązki dla ogółu, a spomiędzy tych najświętszymi są te, które spełnia jako matka. Jej odpowiedzialność względem dzieci jest może najcięższą odpowiedzialnością, jaka w ogóle na człowieku ciążyć może, usuwa zatem na bok wszelką inną. Wszystkie obowiązki, jakie mężczyznę z kobietą łączą, tylko tą odpowiedzialnością się tłumaczą i tylko przez nią sankcjonują. Obowiązki rodzicielskie – dziś, gdy nie istnieje już obawa, by ród ludzki w walce o byt z innymi gatunkami lub z niszczącymi go siłami przyrody wyginął – albo by przestał się mnożyć – dotyczą nie ilości, lecz jakości potomstwa. Bezdzietność nie jest bezwzględnie szkodliwą, a płodność sama przez się nie stanowi zasługi.

Szkodliwym jest tylko mnożenie istot dziedzicznie obarczonych lub uposażonych skąpo, ubogich w siły żywotnie i wrodzone uzdolnienia, zaniedbanych lub wykolejonych w dzieciństwie przez brak normalnych warunków rozwoju, wzrastających w atmosferze domowego piekiełka, wśród kłótni i walk dożywotnich tej pary życiodawców, która je sprowadziła na ziemię, od razu ją w padół płaczu zamieniając. Dać dziecku marne życie i złe wychowanie jest tak ciężkim występkiem jak zabić człowieka.

W świetle takiego poglądu ślubna matka, która przez próżność ściska się gorsetem i wydaje na świat niedołężne i mikroskopijnej wielkości niemowlę, więcej zasługuje na pogardę niż nieślubna, jeśli dziecko sumiennie przed i po urodzeniu pielęgnuje i wychowuje starannie, odpowiednio do swych sił i środków, do swego stopnia rozwoju kulturalnego.

Należy i o tym bowiem pamiętać, że im na wyższym szczeblu kultury stoi dane społeczeństwo, tym wyższego stopnia indywidualnego rozwoju wymaga ono od wstępujących w świat jednostek, a skutkiem tego wychowanie ich wymaga tym większego nakładu sił i starań.

Formy pożycia rodzinnego muszą się odpowiednio do tych wymagań modyfikować, a spójność i stałość związków płciowych wzmagać się musi w miarę, jak wychowanie dzieci staje się zadaniem bardziej skomplikowanym. Gdy poziom życia ludzkiego zbliżał się bardzo do życia zwierząt, obowiązki rodzicielskie polegały jak u tych ostatnich na odkarmieniu i odchowaniu niemowlęcia, co najwyżej na obronie od napaści, póki matka i dziecko nie byli zdolni sami się bronić lub choćby tylko uciekać. Łączność między starszym i młodszym pokoleniem stanowiło tylko macierzyństwo, jako bezpośrednie i niezbędne dla ich rozwoju i wzrostu. Ojcostwo, obowiązki rodzicielskie mężczyzn odpowiadają już wyższemu stopniowi kultury i uspołecznienia, a i prawa ojcowskie w rodzinie pojawiły się już później jako naturalna konsekwencja ojcowskich obowiązków, z nich wynikające i przez nie uwarunkowane. W ogóle rodzice kupują swe prawa do dzieci za cenę starań, które im poświęcają. Ponieważ starania macierzyńskie są niezbędne, są warunkiem egzystencji dziecka, matka ma naturalne prawo do swego dziecięcia od chwili pierwszego nakarmienia go. Na tej zasadzie powinno by się przyznawać prawa w rodzinie nie tym mężczyznom, którzy na mocy kontraktu małżeńskiego dają dzieciom nazwisko, lecz tym, którzy swe potomstwo i ich rodzicielkę rzeczywistą otaczają opieką, a władza matki powinna by iść przed władzą ojcowską.

Poczucie odpowiedzialności rodzicielskiej jest wykwitem wyższego uspołecznienia i prawdopodobnie wzmagać się będzie w miarę, jak ludzkość przechodzić będzie do coraz wyższych i doskonalszych form życia. Już dziś przyznać należy, że miłość ojcowska u bardzo wielu mężczyzn staje się ogromnie silną i głęboką i coraz bardziej zatraca cechy dawniejszej egoistycznej żądzy władzy, przechodząc w poczucie ścisłej łączności z dzieckiem i poważnej, za nie i przed nim, odpowiedzialności.

Ta ewolucja psychiczna staje się w coraz wyższym stopniu niezbędną w naszej fazie kultury. Kobieta sama nie może podołać wszystkim zadaniom wychowawczym, rodzić, karmić, pielęgnować, żywić, kształcić i uzbroić do walki życiowej potomstwa. Potrzebne jest współdziałanie dwojga ludzi, w równej mierze poczuwających się do swych obowiązków i pojmujących je w ten sam sposób. Mężczyzna, który się do nich nie poczuwa, który swe dzieci ślubne czy nieślubne zaniedbuje i pozostawia na łasce losu, musi być uważany za człowieka dzikiego, nieuspołecznionego, nieprzystosowanego do cywilizacyjnych warunków społeczeństwa, w którym żyje.

Właściwie słowa powyższe odnoszą się już do moralności męskiej, jeżeli je zaś tu wypowiadam, to dlatego, że w nich znajduje się uzasadnienie wszystkich obowiązków kobiety względem ojca jej dzieci. Powinna ona stanowić łącznik między mężczyzną i jego potomstwem, rozwijać i kształcić uczucia, które jego z nim wiążą, a to może uczynić tylko przez absolutną rzetelność w stosunkach z mężem i trwałe uczucie wzmacniane nieustannie dzięki wspólnym zadaniom życiowym i wspólnemu przywiązaniu do dzieci. Tylko taka rzetelna i stała spójnia między rodzicami, nie zaś formalne i prawomocne zobowiązania, odczuwane przez jedną lub drugą stronę jako nienawistna niewola, daje dzieciom pomyślne warunki rozwoju. Wierność kobiety powinna zatem wynikać z siły powagi i trwałości jej uczuć, z szacunku dla człowieka, który jej dzieci kocha i opieką otacza, a nie z tchórzostwa, bezmyślności i bezduszności. Większość porządnych kobiet, uczciwych, legalnych małżonek, zupełnie niesłusznie zatem chlubi się swym nieskalanym życiem i nieposzlakowaną opinią. Kłótnie i zatargi domowe, którymi zatruwają życie męża lub pozwolą zatruwać własne, są znacznie ciemniejszą plamą na ich kobiecym sumieniu, niż mogłoby być wspomnienie jakiegoś dramatu erotycznego, któryby przeżyły przed ślubem czy po ślubie, lecz któryby na wychowanie dzieci i harmonię domowego pożycia nie oddziałał.

Przysłowie mówi, że cnotliwe kobiety i szczęśliwe narody nie mają historii. Naturalnie cnota jest tutaj brana czysto formalnie. Nieraz bowiem ta, która ma historię, może następnie poważniej traktować swe obowiązki, głębiej odczuwać znaczenie swej względem dzieci odpowiedzialności i być we właściwym tego słowa znaczeniu cnotliwszą niż ta, która swą nieskalaną opinię zawdzięcza dobrej opiece, ścisłej kontroli, lękliwej ostrożności lub egoistycznej oschłości swej natury. Tak jak dziś używamy danych wyrazów, kobieta z gruntu zła – może być uczciwą, a na wskroś dobra i szlachetna – stracić prawo do tej nazwy.

To pomieszanie wyrazów i pojęć wytwarza u wielu kobiet faryzejską pychę i antyhumanitarną pogardę dla istot mniej szczęśliwych lub cięższą walkę z losem toczących.

Okazują one wprost obrzydzenie względem „kobiet złego prowadzenia” czy „złego życia”, nawet nie zastanawiając się nad tym, co pod tym wyrazem rozumieją i jakie najróżnorodniejsze konflikty życiowe pod nim ukrywać się mogą.

Wiem, że poglądy tu wypowiedziane uznane zostaną za bardzo niebezpieczne, a może poniekąd okażą się nimi istotnie. Pozwolą one bowiem niektórym lekkomyślnym i bezdusznym, a żądnym używania istotom, o ptasim mózgu i sroczej pożądliwości błyskotek, żyjącym nie sercem, lecz nerwami i stąd posiadającym wrodzone powołanie do wesołego, awanturniczego życia – pokrywać swoje wybryki pięknie brzmiącymi reformatorskimi hasłami i dawać im jakieś niby poważne teoretyczne uzasadnienie.

Sądzę jednak, że nie ma tutaj bardzo wiele do stracenia; cała różnica polegać będzie bowiem na tym, że złe, które się i tak dzieje, będzie czasami trochę ładniej nazywane. Te, które nie są w ogóle zdolne kochać nikogo, ani męża, ani dzieci, ani żadnego ze swych kolejnych czy współczesnych kochanków, te, które się życiem bawią i jak dzieci swe zabawki psują – nie zmienią nic w swym postępowaniu, boć i dzisiejsze stosunki nie stanowią dla nich żadnej przeszkody. Umieją się one zawsze, czy to w roli „idealnych żon”, czy pod jakąkolwiek inną firmą gładko ślizgać po powierzchni życia i zbierać z niego śmietankę jednodniowych uciech. Ja mówię tylko do tych kobiet i mężczyzn, którzy mają sumienie, choć na razie wypaczone fałszywymi zasadami obłudnej moralności; pragnę tylko uświadamiać poczucie moralne tych, dla których etyka jest szeregiem recept stosowanych niewolniczo i szablonowo, a mogłaby być kierowniczką życia i drogowskazem, wiodącym do coraz wyższych szczebli doskonałości.

Nie jestem bynajmniej apostołką wolnej miłości w tym znaczeniu, w jakim się zwykle tego wyrazu używa. Miłość nie może być wolną bezwzględnie, gdyż z natury swej łączy się z odpowiedzialnością i z obowiązkami.

Związek kobiety z mężczyzną jest z całkiem przyrodzonych przyczyn nierozerwalnym, gdyż nierozerwalnymi są dzieci, które się z tego związku rodzą. O ile by mężczyzna i kobieta rozumieli, że sakramentem, który ich stosunek wzajemny umacnia i uświęca, jest miłość rodzicielska i obowiązek rodzicielski, nie należałoby się obawiać luźności i nietrwałości, i bezładu życia płciowego. Rozłączenie się z ukochanym dzieckiem jest dla każdego człowieka umiejącego czuć i myśleć zbyt bolesnym dramatem, ażeby się lekkomyślnie na nie decydował, jest jednak czasem ofiarą niezbędną i smutną koniecznością, jeżeli wspólne pożycie rodziców temuż samemu dziecku większą grozi krzywdą niż oddalenie jednego z nich.

„Jest znacznie więcej lekkomyślnie zawartych małżeństw niż lekkomyślnie przeprowadzonych rozwodów” – mówi Ellen Key, a każdy nieuprzedzony obserwator życia musi jej przyznać słuszność.

Ideałem, a może nie ideałem, lecz pożądaną normą, będzie zawsze szczera i trwała miłość dwojga ludzi żyjących w zupełnej harmonii i nierozerwalnie zespolonych przywiązaniem do wspólnych dzieci. Ponieważ jednak nie zawsze i nie we wszelkich warunkach można ideał ten w życie wcielić, niezmiernie często staje się wobec konieczności wyboru najmniejszego zła, a najmniejszym złem nie jest bynajmniej dożywotni i nienaruszalny związek formalny, któremu żadna treść nie odpowiada, pchanie wspólnej ciężkiej taczki życiowej przez dwoje przykutych do niej galerników, z których każdy ciągle dąży do tego, by największy ciężar na swego towarzysza niedoli zepchnąć.

Izabela Moszczeńska
__________________________
Powyższy tekst Izabeli Moszczeńskiej pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Krytyka” numer 10/1904. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, ze zbiorów Remigiusza Okraski. „Krytyka” była postępowo-lewicowym czasopismem społeczno-kulturalno-literackim, sympatyzującym z niepodległościowym nurtem polskiego ruchu socjalistycznego.

Warto zajrzeć do działu Kwestia kobieca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *