Halina Krahelska

Chłop i robotnik

[1937]

Klasy posiadające, ziemiaństwo i kapitał, od samego powstania Niepodległej Polski usiłowały utrzymać dawną tradycję niedopuszczania szerokich warstw ludu do oświaty, wiedzy oraz do społeczno-politycznego uświadomienia. Wszystkie zamierzenia w dziedzinie polityki społecznej państwa, które zdążały w kierunku postępowym, otwierały przed ludem – chłopem lub robotnikiem – możliwości bardziej ludzkiego życia – spotykano po tamtej stronie z niechęcią, nienawiścią, furią lub też – gdy koniunktura polityczna nie sprzyjała bardzo otwartym atakom – zwalczano krytymi ciosami, skomplikowaną organizacją utrącania i sabotażu. Tak więc od samego początku Polski ziemiaństwo i fabrykanci oraz ich związki zwalczali z piekielną pasją ośmiogodzinny dzień pracy, urlopy robotnicze, ubezpieczenia od choroby, nieszczęśliwych wypadków itp. Powodował nimi zrozumiały, stanowy strach, że masy ludowe, gdy dostąpią krótszego dnia pracy, oświaty, wyższego poziomu życia – nie dadzą się tak wyzyskiwać jak za dawnych czasów analfabetyzmu. Oczywiście, nie zaniedbywano przy tym wypróbowanej metody osłabiania i pokonywania ludowych mas poprzez dzielenie ich, poprzez kłócenie ze sobą, poprzez kopanie pomiędzy chłopem a robotnikiem z miasta jak najgłębszej przepaści.

Robiło się to bardzo chytrze. Przedstawiało się (w prasie) miejskich robotników jako warstwę uprzywilejowaną; krzyczało się o wysokich, bajecznych jakoby zarobkach robotniczych; o dobrach kultury, z jakich korzystają w miastach, o fantazjach, fanaberiach, na jakie stać jakoby robotnika. Przeciwstawiało się więc położenie robotnika miejskiego – chłopu; wylewało krokodyle łzy rozczulenia nad upośledzeniem chłopskim, niedojadaniem na przednówku, lichym przyodziewkiem, który się zgrabnie przeciwstawiało osławionym „jedwabnym pończoszkom” i „kapelusikom” robotnic fabrycznych. Trzeba przyznać, że był czas, kiedy tu i ówdzie na wsi udawało się taką metodą oszukać chłopów i wzbudzić nawet w nich nieufny stosunek do proletariatu miast, niekiedy nawet stosunek wrogi.

Oczywiście, dawne to czasy! Dziś z całym spokojem stwierdzamy, że jakkolwiek kryzys pognębił całkiem chłopów a reforma szkolnictwa odcięła dostęp dzieciom wiejskim do szerszej oświaty, tym niemniej uświadomienie społeczne wsi posunęło się tak dalece naprzód, że dziś rzadko bardzo chłopi ustosunkowują się wrogo do robotników. Ostatnie lata posuwają coraz energiczniej i coraz, dalej narastającą, jak żywy mur, solidarność ludu – robotników i chłopów; coraz częściej robotnicy na swych zjazdach i konferencjach wysuwają zasadnicze hasło włościaństwa – wywłaszczenie wielkiej własności rolnej bez odszkodowania, coraz częściej ideolodzy młodej myśli ludowej, jak np. Stanisław Miłkowski („Walka o nową Polskę”), wypowiadają się za uwzględnieniem – w projektowanej przebudowie życia zbiorowego w Polsce – zasadniczych, wysuwanych przez zorganizowany świat robotniczy, postulatów: uspołecznienia produkcji przede wszystkim.

Można byłoby więc już dziś nie powracać do tego tematu, można byłoby nie zwracać uwagi na pojawiające się znów w prasie reakcyjnej próby tej samej dywersji. A jednak – musimy podjąć ten temat, bo żyjemy w chwili niezwykle odpowiedzialnej: bez przesady powiedzieć można, że cała przyszłość narodu polskiego i naszego kraju zależy od tężyzny, zwartości, spoistości ludowych warstw. Otóż w tym dziejowym momencie chodzi o jak najlepsze wzajemne porozumienie, zależy na jak najszerszej solidarności i spójni robotniczo-chłopskiej.

Zależy na tym tym bardziej, że w istocie inne warstwy społeczeństwa – poucza nas o tym historia – nie odgrywały nigdy żadnej twórczej roli w życiu naszego kraju. Można szlachta, zajęta przez wieki obroną własnych stanowych przywilejów, zdradzała zdumiewającą pochopność przehandlowywania kraju obcym potentatom. Szlachta średnia – w swej większości – zajęta była skupianiem się przy możnowładcach i zabezpieczaniem własnych interesików za pomocą wysługiwania się magnatom. Zapewne, lapidarna to i niewesoła synteza, ale dzieje nasze upoważniają do takiego skrótu. W ostatnim stuleciu, w obliczu prądów wyzwoleńczych, w obliczu wielkich ofiar życia i więzienia, jakie na ołtarzu walk o wolność składał proletariat miasta i wsi – jedynie nieliczna grupa inteligencji, pochodzącej z zamożniejszych warstw społeczeństwa, uczestniczyła w tych walkach. Ogromna, przeważająca większość tkwiła w szeregach ugody z najeźdźcą, w szeregach zdrady lub w najlepszym wypadku – w bierności i sobkostwie. Mieszczaństwo, bez względu na to żydowskie czy polskie – skłócone przez stałe wygrywanie antagonizmów narodowych i religijnych, zakorkowane duchowo, od ludu odgrodzone, nie może być w swej większości uważane w dzisiejszym stanie rzeczy za ostoję, za oparcie dla przyszłości Polski. Tak więc przychodzimy niechybnie do przekonania, że jedynie chłop i robotnik dźwigać muszą i udźwigną przyszłość kraju i narodu na własnych barkach.

W tych okolicznościach nie należy zaniechać żadnej sposobności spojenia tych warstw, przełożenia jak najlepszych dróg wzajemnego zrozumienia i zaufania.

Obowiązkiem pism chłopskich jest przeciwstawienie bredniom, wypisywanym dziś przez prasę burżuazyjną o robotniku (pod wpływem strachu przed ideą skrócenia dnia pracy) – istotnej wiedzy o dzisiejszej doli robotnika oraz o jego postawie wobec zagadnień chłopskich.

Krótko scharakteryzować można dzisiejsze położenie robotnika jako bardzo ciężkie. Kilkoletni kryzys wytworzył ogromną liczbę bezrobotnych: w samych miastach, licząc wraz z rodzinami, około trzech milionów ludzi na pewno nie ma żadnej stałej pracy. To oczywiście obciąża również pracujących, gdyż skoro nie widzimy na ulicach miast setek trupów i konających z głodu, oznacza to, że robotnicy udzielają bezrobotnym pomocy i rzeczywiście w każdej niemal rodzinie każdy zatrudniony utrzymuje lub dopomaga w utrzymaniu przy życiu paru osób pozbawionych pracy. A zatrudnieni? Co zarabiają? Cztery piąte spośród zatrudnionych w przemyśle zarabia poniżej 40 zł tygodniowo. Utrzymać za to trzeba rodzinę, przeciętnie złożoną z 3-4 osób. Na wiejskie stosunki, wobec braku wszelkiej gotówki u chłopa, można sądzić, że 40 zł tygodniowo są to znaczne pieniądze. Ale przecie w mieście robotnik musi kupić za to dla swej rodziny dosłownie wszystko: poczynając od dachu nad głową i kończąc na szklance mleka, kartoflu, cebuli.

W ostatnich latach rozrasta się ogromnie praca robotnic-kobiet, bo tańsza niemal o połowę od męskiej: kobieta nie wyrobi przeciętnie nawet 20 zł tygodniowo, więc woli ją fabrykant. Kobieta taka utrzymuje dziś przeważnie, prócz siebie i dzieci, również i męża – bezrobotnego, tego droższego robotnika, którego wcześniej fabryka wygnała na ulicę. Rodziny robotnicze przy kryzysowych niepełnych tygodniach pracy (często 3-4 dni pracy w tygodniu) prowadzą życie półgłodne; zadłużają się w sklepach, za komorne, za odzienie. Nie zapominajmy, że wszystko to jest do zdobycia w mieście dla robotnika tylko za gotówkę lub też, jeśli jest gdzie możność kredytu, dopłaca się do tego słony procent. Następnie trzeba jeszcze wymienić przepełnienie robotniczych mieszkań, Mieszkania, zajmowane przez robotników w miastach, nawet największych, Warszawie, Łodzi, są to mieszkania przeważnie jednoizbowe, najwyżej dwuizbowe. W takiej izbie skupia się razem pięć, sześć, osiem, niekiedy do czternastu osób, jeżeli przy rodzinie jest i babka lub ciotka, kuzyn lub sublokatorzy. Mieszkania te, nawet w wielkich miastach, są przeważnie pozbawione wszelkich urządzeń. O tak wygląda, to życie robotników w mieście!

Dlaczego robotnik – to najwierniejszy sojusznik chłopa w walce chłopskiej o wyzwolenie, o ludzkie życie, przede wszystkim – o ziemię, o swobody obywatelskie? Rzecz jest zrozumiała. Robotnika nic nie wiąże z tamtymi klasami, nic go nie wiąże z tym ustrojem gospodarczym i społecznym. Robotnik nie posiada nic, prócz pary rąk do wynajęcia. Robotnik z tego tytułu jest w każdym kraju tym elementem, który idzie w pierwszym szeregu walk wyzwoleńczych. Robotnik chce walczyć o ludzkie życie dla swych dzieci, o bezpłatną oświatę i wiedzę dla nich, o uspołecznienie produkcji, o zarobki, które pozwolą utrzymać rodzinę na poziomie ludzkiej (nie zwierzęcej!) egzystencji, o krótszy czas pracy, o zabezpieczenie państwowe starości, gdy już zarobić nie będzie mógł. Robotnikowi sojusznik-chłop jest niezbędny: ojczyzna nasza jest krajem jeszcze słabo uprzemysłowionym, rolniczym, chłop jest potęgą, jest ogromną siłą dynamiczną. Chłop rozumie dążenie robotnika do oświaty, jego chęć wyzwolenia się z wyzysku fabrykanta, jego chęć uczestniczenia w dorobku kultury i cywilizacji współczesnej. I wzajem – chłopu niezbędny jest wierny sprzymierzeniec w robotniku. Z wielkim bólem i żalem muszę tu powiedzieć, że nie może chłop polski liczyć – dziś jeszcze – na inteligencję pracującą jako całość, na to, że już dziś inteligencja będzie jego niezawodnym, wiernym, do końca pewnym sojusznikiem. Wśród inteligencji były i są pionierskie, bohaterskie jednostki, najofiarniej towarzyszące przez całe życie walce wyzwoleńczej ludowych mas, są szeregi ludzi wiernych i niezawodnych – ale całość związana jest jeszcze zbyt mocno z interesami i psychiką zamożnych warstw, przy których tkwi z tytułu pochodzenia, wykształcenia lub służby, od których jest tak bardzo zależna, w które tak bardzo się zapatrzyła. Dlatego to jedynym naprawdę niezawodnym sojusznikiem i sprzymierzeńcem jest jedynie proletariusz, robotnik.

Zakończmy tym, że ten sojusz nie tylko nic zawiedzie, ale i ukoronuje zwycięską walkę o wyzwolenie polityczne i społeczne ludu polskiego.

Halina Krahelska
_____________________
Powyższy tekst Haliny Krahelskiej pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Chłopskie Życie Gospodarcze. Pismo zawodowe i społeczne” nr 4/1937, 7 lutego 1937 r. Czasopismo to było związane z radykalnym, lewicującym nurtem działaczy Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Grafika w tekście pochodzi z PPS-owskiego pisma „Głos Kobiet” z lat 30.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *