Tadeusz Gładych

Żydowskie teatralne studio robotnicze

[1932]

Teatr naprawdę demokratyczny

Dowiedziałem się, że w teatrze im. Kamińskiego grają sztukę pt. „Młyn (Głuchy)”. Słyszałem o żydowskich robotniczych teatrach amatorskich wiele ciekawych opinii. Nie zrażam się niedostępnością języka; znam go trochę, prócz tego będę pomagał sobie niemieckim. O godzinie dwunastej w dzień – początek. Biegnę w dół, Oboźną za Dynasy. Mały placyk przed teatrem, ogrodzony drewnianymi sztachetami i zarośnięty trawą zapełniony jest młodzieżą żydowską. Ani jednego starca, ani jednej starej Żydówki. Sami młodzi, chłopcy i dziewczęta, szczupli, o błyszczących, chwytliwych oczach. Tu nikt nie jest ubrany tak, jak ubiera się do Teatru Polskiego czy Narodowego szanujący się burżuj, dla którego wieczór teatralny jest raczej rewią mody i snobizmu. Młodzież żydowska siedzi w kucki na ziemi, popod płotami, na ławkach, na murawie. Wpadam między nich, w młyński hałas i jazgot rozpętanych rozmów, krzyków i śmiechów. Nikt nie rozmawia spokojnie. Każdy chłopiec i każda dziewczyna gestykulują zawzięcie. Ciekawy, porywający widok, w niczym nie przypominający ospałej promenady burżujów w teatrach, niedostępnych dla proletariusza. Ani jednej muszki! Same powykładane koszule, pozawijane rękawy, odkryte ramiona – bo gorąco. Nie przyszli się popisywać sobą, zupełnie wyszli z siebie. Niecierpliwie czekają na teatr, płonąc spontaniczną żądzą wiedzy, myśli i siły. Wchodzę do okrągłej, biednej sali. Nikt się nie tłoczy. Wszyscy są uprzedzająco, aż śmiesznie grzeczni dla siebie. Miejsca są bardzo tanie: po złotemu pierwsze rzędy. Lecz przedstawienie nie zaczyna się jeszcze. Rozmowy rozpierają teraz, wprost rozświetlają mroczną salę proletariackiego teatru.

Ludzie chodzą, biegają niespokojnie, wciąż przenoszą się z miejsca na miejsce, nerwowi i nieokiełznani. Depczą sobie przy tym po nogach i zaraz czule przepraszają się, chwytając za ręce nawet nieznajomych. Nie widziałem ani jednej naburmuszonej twarzy. Nagle – wszystko ucichło. Runęły gdzieś jakieś krzesła, ktoś krzyknął: spokój! Wydało mi się, że ludzie za mną zapadli się w przepaść. Podniosła się kurtyna: oto – „Młyn”.

W holu robotnicy niosą worki, po schodach, w prawo. Po lewej stronie urzędnik młyna, garbaty Josef, odprawia z niczym gromadę zredukowanych tragarzy, którzy nieśmiało, a potem groźnie protestują. Wpada policjant i przepędza ich. Wybuchają śmiechem trzej kupcy, którzy pod ścianą czekają na właściciela.

Treść sztuki

„Więcej worków!” – woła dozorca do tragarzy, a sam uprowadza w ciemny kąt jedną z pracownic. – „Wy, socjaliści, szmocjaliści!” – woła Josef za zredukowanymi, którzy odchodzą, złorzecząc sługusowi kapitału.
A na górze widzimy inną tragedię w przekroju młyna. Estera, córka jednego z tragarzy, Głuchego, skarży się swojemu uwodzicielowi, synowi właściciela, że jest w ciąży. Czołga się u jego kolan, lecz on śmieje się z niej i ucieka przed jej lamentem. Dwie te akcje, splecione z sobą, rozwijają się z zawrotną szybkością. Raz po raz ukazują się to robotnicy walczący o swoje prawa, to na razie zwycięski i szyderczy kapitalista. Podły, wstrętny Josef, dowiedziawszy się od tragarzy, że Estera jest w ciąży, przy pierwszej sposobności wykrzykuje tę tragiczną wiadomość w niesłyszące uszy Głuchego. Cieszy go przerażenie malujące się na twarzy starca. Chichocze. Głuchy ucieka nieprzytomnie i ulega wypadkowi. Poranione jego ciało składa tłum u stóp młynarza, z okrzykiem „Tyś to sprawił!”.

Drugi akt przedstawia mieszkanie właściciela. Widzimy jego spasioną żonę, jak się zmawia z Josefem przeciwko Esterze, o której już wie całe miasto, zarówno jak i o strajku, który wybuchł we młynie. Josef, zapłacony, obiecuje wynaleźć kogoś, kto przyjmie na siebie ciążę Estery, a tym samym wybawi z kłopotu synalka młynarzowej.

Akt trzeci – to radość budzące zwycięstwo proletariatu. Strajk obejmuje cały młyn. Estera, ustrzeżona przed samobójstwem, przyłącza się do walczących, rezygnując w ten sposób z indywidualnych porachunków. Zdrajca klasy wyzyskiwanych, Josef, z workiem na łbie lata po młynie. Przekupiony policjant, na widok siły, której nie potrafi się oprzeć, chyłkiem ucieka. Zwycięscy robotnicy dopadają młynarza, który zgadza się na ich warunki, prosząc o litość. Proletariat, któremu nic nie zdoła się oprzeć, opanowuje młyn, radośnie krzycząc: „Precz ze sługami kapitału! Niech żyje strajk aż do skutku!”.

Podpory kapitalizmu

Główne zagadnienie utworu to walka klas, z której proletariat wychodzi zwycięsko. Kapitalistę, właściciela młyna, podpierają w tej sztuce: policjant i opłacony zdrajca klasy robotniczej, Josef, pewnie do niedawna jeszcze robotnik jak i inni. Policjant jest typem głupim i biernym. Nie rozumie dobrze, co się dzieje. Walczy po stronie tych, którzy uśmierzają bunty, i dla tych, którzy zapłacą. Bywa w młynie, bierze łapówki, nie gardzi kieliszkiem, a do zdławienia strajku zabiera się radykalnie dopiero po otrzymaniu większej ilości pieniędzy. W rozstrzygającej chwili okazuje się, że jest to tchórz, który stoi po stronie silnych dopóty, dopóki są silni, a opuszcza ich, gdy zostaną pokonani. (Widok policjanta, który się „załamał” jako podpora kapitalizmu, był dla śledzących walkę proletariuszy bardzo umacniający.) Zmyka z placu walki.

A Josef to typ zdradziecki, nędzna kreatura, służalec burżujów, zabezpieczony przez nich. Słowa „socjalista” używa jak obelgi. Szpieg i prowokator, drwi z nieszczęścia Głuchego i jego córki, sprowadza policję, a na uczcie burżujów, stojąc, bo mu nie dano krzesła, cieszy się razem z nimi i pomaga śpiewać jakąś pieśń, która brzmi jak hymn kapitalistów. Pomysłami co do złamania strajku i nieustąpienia drażni nawet samego właściciela młyna. Nie należy on jeszcze do żadnej klasy, znajduje się dopiero na drodze do zostania burżujem. Ta nadzieja oślepia go nienawiścią do katowanych współbraci.

Oblicze kapitalisty

Kiedy wyszydzeni przez Joska robotnicy nie chcą odejść, wpada policjant i przepędza ich. Trzej kupcy, którzy przybyli obejrzeć mąkę, na widok „władzy” gną się w obłudnych ukłonach, chichoczą na komendę, gdy ona raczy się śmiać, i choć z nią zaprzyjaźnieni, choć się na niej opierają, drżą przed jej kaprysem, rewolwerem lub srogą miną. Właściciel młyna wbiega w stroju modlitewnym. Usłużny Josef przynosi zaraz sobie i interesantom takie same rytualne płaszcze i księgi. Modlą się, śpiewają, a jednocześnie na migi porozumiewają się co do cen mąki. Jest to doskonała parodia moralności kapitalizmu, którego ostatnim schronieniem przed sprawiedliwością jest Bóg. Pod jego odwieczną i niezawodną osłoną wiodą swój krwiożerczy proceder. Tak pan, jak i jego dobrze opłaceni słudzy uprawiają gwałt wobec zatrudnionego we młynie robotnika. Syn właściciela, wprowadziwszy w ciążę Esterę, drwi z niej, a raz, kiedy spostrzegł, że ona się wiesza, po cichu zamyka drzwi, gasi świecę – nie przeszkadza. W innej części młyna rządca na swoją rękę uprawia podobny gwałt. Robotnice muszą wszystko pokornie znosić, gdyż inaczej grozi im utrata pracy. Utuczeni krzywdą, spasieni, syci, zadowoleni kapitaliści drwią sobie z robotnika. Żona właściciela na wieść o strajku mówi: „Niech i oni pracują tak jak ja, a będą mieli to samo, co ja mam”. Mówi to, karmiona przez służącą; sama bowiem nie może jeść – ręce ma za ciężkie od tłuszczu. Mąż jej, „święty” człowiek, wiecznie gotowy do modlitwy, szydzi z robotnika, podwyższając cenę mąki: „O co wam chodzi? – mówi do kupców. – Wy się zbogacicie, ja też, czego trzeba więcej?”. Lecz w chwili stanowczego zwycięstwa zorganizowanych robotników, gdy zawiedzie opłacany wróg proletariatu – policjant, będzie błagał o litość.

Po stokroć skrzywdzeni i poniżeni

Krzywd doznaje tylko proletariat. Upominających się o swe prawa robotników policjant przepędza rewolwerem, Estera i jej ojciec, zamiast sprawiedliwości, spotykają się z szyderstwem; dziewczęta gwałcone przez dozorców muszą milczeć. Kiedy zrozpaczona Estera chce się powiesić, kiedy syn młynarza pozostawia ją śmierci – ratunek przybywa stamtąd, skąd tylko może nadejść: ocala ją jeden ze strajkujących i woła: „Nie tak, nie tak! To nie jest sposób ratunku, walczyć trzeba inaczej!”. Pozbawieni chleba i jedzący gorzki chleb robotnicy organizują się. W organizacji ich siła! Terror indywidualny, popełnianie samobójstw nic nie pomogą. Cierpienie, krzywda, poniżenie dodają sił proletariatowi, rozpalają w nim bunt i chęć zemsty i wiodą do zwycięstwa. Taka jest klasa robotnicza w „Głuchym”.

Upluralistycznienie sztuki

Studio robotnicze sztukę Bergelsona przerobiło. Największym zmianom uległ akt trzeci. Z płaszczyzny indywidualnych, wyodrębnionych cierpień (Głuchego i jego córki) przeniesiono ciężar na płaszczyznę pluralistycznych, socjologicznych rozwiązań. Losy tylko dwojga ludzi, ojca i córki, uznano za nie więcej godne uwagi niż tragedie innych ludzi, tak samo cierpiących, tak samo pokrzywdzonych. Zamiast uprzywilejowanej jednostki – masa! Prócz tego zaktualizowano język sztuki: nie wymyślone, lecz dobrze nam znane okrzyki rozlegają się na scenie: „Niech żyje strajk aż do skutku! Precz z płatnymi sługami kapitału!”.

Geniusz proletariatu

Nigdy dotąd nie widziałem takiego teatru. Ani takiego widza, ani takiego aktora. Widz chłonie słowa aktorów, mimo woli naśladuje gesty, skamieniały w zasłuchaniu, płonący w podnieceniu. Gra aktorów niezwykle bezpośrednia, naturalna, jarzmiąca. Ubrani tak, jak się ubierają współcześni proletariusze żydowscy. Dekoracje zrobione według najnowszych sposobów – realistycznie (dobrze nam znanego Andrzeja Pronaszki), choć przy pomocy niezwykle ubogich środków. Studio robotnicze samo sobie sztukę przerobiło, samo ją zagrało. Nie ma wśród nich zawodowych aktorów. Oni stali się aktorami, bo to jest jeszcze jeden sposób walki. Odtwórca Głuchego nie był gorszy od najlepszego ze znanych mi zawodowych aktorów. Grał wprost genialnie. Dreszcz grozy budził każdym swoim ukazaniem się. Wstrząsająca była scena, gdy Josef chichocząc krzyczy w ucho Głuchego, że Estera jest w ciąży. To wspaniale odtworzone: „He? he?” głuchego tragarza, i wreszcie, jak usłyszał, jak się słania, jak odchodzi, aby za chwilę wrócić na ramionach towarzyszy, którzy przynoszą go nieprzytomnego po wypadku. Oczy tego aktora były pełne bezgranicznego bólu. Widać było, jak cierpi jako ojciec, jako sterany pracą starzec. Widać było, że ani przez chwilę nie jest sobą, jakimś tam młodym człowiekiem. Ciągle, nie wychodząc z roli ani na sekundę, był Głuchym i tylko Głuchym, bezmiernie skrzywdzonym i poniżonym robotnikiem.

Wspaniale budzili do siebie pogardę właściciel młyna i jego żona. Zresztą, trudno było myśleć o aktorach; zapominało się o nich, a uwaga była skupiona tylko na postaciach sztuki. Jest to doskonały sprawdzian. Bo marna to sztuka, jeśli widz zmuszony jest nieustannie myśleć o aktorze i o jego głupocie; i marny jest taki aktor, który raz po raz plącze się pod nogami i przeszkadza żyć postaci, którą gra.

Kurtyna spada

Zamarła przestrzeń poza mną nagle ożywa. Grzmią oklaski. Tłum biegnie do sceny. Aktorzy ukazują się i wyglądają jak ludzie, którzy przed chwilą przeżyli coś wstrząsającego. Bladzi, zmęczeni, chwieją się na nogach. Gromadka dzieci skupiła się pod ścianą i woła: „Niech żyje! Niech żyje!”. Para młodych ludzi, chłopiec i dziewczyna, objęci wpół, trzymając się za szyję, tak jak siedzieli podczas całego przedstawienia, zbliżają się do sceny. Twarze ich są pełne zachwytu.

Reportaż teatralny. Sztuka „Młyn (Głuchy)” Bergelsona. W teatrze im. Kamińskiego. Reżyseria Jakuba Rotbauma. Dekoracje Andrzeja Pronaszki.

Tadeusz Gładych
_____________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w PPS-owskim dzienniku „Robotnik” w dniach 30 i 31 lipca 1932 r. Następnie wznowiono go w książce: Estera i Mieczysław Wodnarowie – „Polskie sceny robotnicze 1918-1919”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974. Przedruk za tym ostatnim źródłem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *