Adam Ciołkosz

Zgon Teodora (o Adamie Rysiewiczu)

[1964]

Rodzinę Rysiewiczów poznałem lat temu 36. Jako poseł na sejm z okręgu, w którego skład wchodził również powiat grybowski, bywałem często w Bobowej, Stróżach, Grybowie i wsiach okolicznych, gdzie pełno było tartaków i robotników tartacznych. Jedną z takich wsi były Wilczysk, pomiędzy Bobową a Stróżami. Tam właśnie w r. 1918 urodził się Adam Rysiewicz. Ojciec jego był sekretarzem rady powiatowej w Grybowie i sympatyzował ze Stronnictwem Katolicko-Ludowym. Ale młody Adam był czerwony. Socjalizmu uczył się od kolejarzy w Stróżach i od robotników tartacznych w Białej, Kruźlowej, Florynce, Ptaszkowej i Kamionce, a przede wszystkim z wydarzeń okresu, w którym nad światem ciążył straszliwy kryzys gospodarczy i nie mniej straszliwy pochód „żelaznej stopy” faszyzmu.

Dość, że po wstąpieniu na Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego Adam Rysiewicz zaciągnął się od razu w szeregi akademickiego Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, podjął też działalność w okręgowym wydziale młodzieży PPS. W chwili, gdy na ziemie polskie spadła hitlerowska okupacja, miał zaledwie 21 lat. Bezzwłocznie stanął do pracy podziemnej w ramach PPS, która w tym okresie przybrała kryptonim WRN – Wolność, Równość, Niepodległość. Rysiewicz wziął sobie za pseudonim imię Teodor, i tak go już w dalszym ciągu nazywać będziemy. Otwieram swe archiwa z okresu wojny, sięgam do listów i sprawozdań z okupowanego przez Niemców kraju. Oto, co mówi relacja spisana przez najbliższych Teodora, tych, co razem z nim pracowali i walczyli:

Delegowany do Zagłębia Śląsko-Dąbrowskiego organizował Teodor robotników w szeregach walki podziemnej WRN w jednym z najtrudniejszych wówczas okręgów, bo wcielonym do Rezszy i skazanym na germanizację w pierwszym stadium. W pierwszych miesiącach 1941 został powołany na stanowisko sekretarza okręgowego komitetu robotniczego WRN w Krakowie. Wybitny talent organizacyjny, bogata wiedza, nieustraszona odwaga i bezkompromisowość w walce o urzeczywistnienie idei socjalizmu i niepodległości, umiejętność oddziaływania na ludzi i zjednywanie ich do walki w połączeniu z głęboki zrozumieniem dla kłopotów i bolączek innych – te wszystkie cechy sprawiły, że rozbudował pracę w okręgu krakowskim i powiększył jej zasięg na wszystkich odcinkach. Uaktywnił i powiększył sieć komitetów WRN w powiatach, miastach, wsiach, dzielnicach i fabrykach. Jego wola sprawiła, że obok „Wolności” wznowiony został w podziemiu „Naprzód”. Pracował dniem i nocą.

W pracę organizacyjną wkładał całe swe serce. On był pierwszym komendantem Gwardii Ludowej WRN, których strzały w oprawców hitlerowskich budziły otuchę wśród mieszkańców Krakowa. Ukochanym jego dzieckiem były Socjalistyczne Bataliony Śmierci. Z jego inicjatywy powstały, z zadaniami dywersji i sabotażu. On je organizował i był ich komendantem do chwili śmierci.

Drugi odcinek, którego był jednym z współtwórców i dużo mu poświęcił pracy, to akcja pomocy więźniom obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Sam dowodził poszczególnymi akcjami, związanymi z tą pomocą. Pracował nad planem, aby w odpowiednio ku temu wybranym momencie przez równoczesne uderzenie od zewnątrz i powstanie wewnątrz obozu uratować od zagłady więźniów Oświęcimia. Jego głównie wysiłkiem i pracą zorganizowano i prowadzano akcję pomocy dla więźniów obozów hitlerowskich.

Już z końcem 1941 powstała sieć systematycznej, zorganizowanej łączności pomiędzy więźniami pepesowcami w Oświęcimiu a kierownictwem okręgowym WRN w Krakowie. Grypsy miały początkowo charakter informacyjny. Na jesieni 1942 do Brzeszcz, starej i twardej twierdzy PPS, przybył Teodor, by omówić z tamtejszymi górnikami sprawę utworzenia organizacji przerzutowej i pomocowej dla obozu w Oświęcimiu. Omówił również sprawę ucieczek z obozu. Dokładnie obmyślanym i przygotowanym w najmniejszych szczegółach szlakiem, pierwszy uciekł z obozu Kazimierz Hałoń. Utorowaną przez niego drogą, około 20 więźniów różnej narodowości wydostało się z oświęcimskiego obozu śmierci, powróciło do życia i do walki z hitlerowskim faszyzmem.

W czerwcu 1944 otrzymał Teodor wiadomość z Oświęcimia, że Józef Cyrankiewicz, poprzedni sekretarz okręgowego komitetu robotniczego WRN w Krakowie, zamierza uciekać. Teodor pragnął osobiście odebrać Cyrankiewicza na granicy Guberni i przeprowadzić go do Krakowa. Przygotował w tym celu grupę bojową. Podzielił ją na dwa zespoły. Trzech ludzi – Edward Hałoń, Ignacy Sękowski i Tadeusz Bundzewicz – miało się udać wcześniej pod obóz, celem przygotowania odbioru. Sam zaś Teodor z dwoma innymi – Ryszardem Krogulskim i Władysławem Denikiewiczem – miał wyjechać następnego dnia. Każdy otrzymał po dwa pistolety.

Było to 22 czerwca 1944. Teodor i dwaj jego towarzysze wyruszyli z Podgórza pociągiem popołudniowym do Ryczowa, na ostatnią stację po stronie Gubernii. Po przybyciu do Ryczowa cała trójka natychmiast przekroczyła pieszo granicę i zatrzymała się na noc w punkcie kontaktowym w Spytkowicach, w domu starego Kornasia. I tu okazało się, że cała wyprawa była niepotrzebna.

Teodor bowiem nie zastał Cyrankiewicza, tylko jego list, zawiadamiający, że bardzo ważne sprawy organizacyjne zatrzymały go w obozie. Już po raz drugi wycofywał się Cyrankiewicz z przygotowanej i zorganizowanej w każdym szczególe ucieczki. Tym razem wycofanie się to miało mieć bardzo poważne następstwa.

Trzeba było wracać bez Cyrankiewicza do Krakowa. Po przenocowaniu w Spytkowicach, Teodor, Krogulski i Denikiewicz udali się 23 czerwca do najwcześniejszego pociągu w kierunku Krakowa. Do stacji kolejowej w Ryczowie szli tą samą drogą, którą przyszli. Razem z nimi szedł młody Józef Kornaś, syn gospodarza z punktu w Spytkowicach. Na otwartą przestrzeń koło dworca wyszli dwójkami, najpierw Teodor z Krogulskim, dwaj inni w dość znacznym odstępie za nimi. Przybyli na miejsce na kilkanaście minut przed nadejściem pociągu Oświęcim – Kraków. Teodor i Krogulski spacerowali wzdłuż budynku stacyjnego, dwaj inni stanęli w odległości kilkudziesięciu metrów od stacji, razem z rosnącą grupą robotników polskich w miejscu, gdzie zatrzymywał się jedyny w składzie pociągu wagon dla Polaków. I wtedy z błyskawiczną szybkością rozegrała się dramatyczna scena.

Na krótko przed nadejściem pociągu Bahnschutz zaczepił Teodora i Krogulskiego. Weszli razem do dyżurki zawiadowcy stacji. Podczas rewizji osobistej jeden ze strażników – Kałmuk, jak się to mówiło – namacał w prawej kieszeni Teodora pistolet. Teodor zaczął wtedy strzelać z pistoletu, trzymanego w lewej kieszeni. W wymianie strzałów poległ. Krogulski z pistoletem w ręku rzucił się do drzwi do ucieczki, lecz w skoku z dyżurki na chodnik padł martwy, trafiony w głowę kulą z karabinu innego Kałmuka, który wyszedł z sąsiednich drzwi.

Denikiewicz, który posłyszawszy strzały biegł na pomoc towarzyszom, dojrzał przez szybę w oknie dyżurki zwłoki Teodora rozciągnięte na podłodze i widział jak Krogulski pada zabity na chodniku. Nic tu już więcej nie było do zrobienia. W tej chwili zajechał pociąg. Denikiewicz podbiegł do grupy robotników polskich, razem z nimi wsiadł do wagonu dla Polaków, a potem przedostał się przez dziurę w płocie. Mimo strzelaniny z karabinów i automatów dobiegł do rowu przydrożnego i rowem do wału, który zasłonił go całkowicie. Wzdłuż Wisły doszedł do promu w Brzeźnicy i przeprawił się na drugą stronę, stamtąd zaś pieszo do Krakowa. Natomiast Kornaś nie chciał uciekać. Krył się w krzakach i tam go dosięgły granaty ręczne wroga. Poraniony, wyzionął ducha. Bronić się nie mógł, bo był bez broni.

W chwili śmierci Teodor liczył lat 26. Jego zgon okrył ciężką żałobą podziemny ruch całej organizacji WRN, która zresztą w tym właśnie czasie powróciła do dawnej nazwy PPS. Płakał też nad tym grobem młodego bojowca cały Kraków. Pierwszą wiadomość o zgonie Teodora, w słowach nabrzmiałych ogromnym bólem i żalem otrzymałem od Ady Markowej-Rutkowskiej z Krakowa. Była to wiadomość bardzo sumaryczna. Później napłynęły do Londynu szczegółowe relacje, oparte na sprawozdaniu, które Denikiewicz bezzwłocznie po swym powrocie do Krakowa złożył Marianowi Bombie, ówczesnemu komendantowi oddziałów bojowych PPS na okręg krakowski. Oddziały te, decyzją CKW PPS wkrótce potem przemianowane zostały na oddziały bojowe Polskiej Partii Socjalistycznej im. Towarzysza Teodora.

W oficjalnej publicystyce i historiografii reżimowej głucho o Teodorze, jego walce i jego zgonie. Bierzemy np. do rąk księgę, która dopiero co wyszła spod prasy, pt. „Polski ruch robotniczy w okresie wojny i okupacji hitlerowskiej”, opracowaną przez Zakład Historii Partii przy KC PZPR. Na próżno szukalibyśmy w niej bodaj jednego słowa o Teodorze i jego bohaterskiej śmierci. Przyczyny tej niechęci łatwo się domyślić. Teodor był stuprocentowym wuerenowcem, wiernym tradycji i programowi PPS. W początkowym okresie wojny zapoznał się z rzeczywistością Związku Sowieckiego i powrócił stamtąd do Krakowa wstrząśnięty tym, co przeżył i widział. Siły proletariatu polskiego szukał w budowaniu własnej organizacji PPS, w mnożeniu jej aktywności i bojowości, w walce pod sztandarem Limanowskiego i Daszyńskiego, a nie w sojuszach z komunistami i nie w pożyczkach z programu komunistycznego. Nie chce mu do dzisiaj tzw. władza ludowa wybaczyć niechętnego stosunku do wszelkich frontów i paktów z komunistami – i tego rzetelnego spojrzenia na potiomkinowskie wioski rzekomego szczęścia robotniczego w ZSRS. Lecz klasa robotnicza nie zapomniała Teodora i nie zapomni.

Z podziemnej „Wolności”, krakowskiego organu WRN przytaczamy wspomnienie o Teodorze, które ukazało się tam po jego zgonie:

Czerwony sztandar chyli swe płótno nad Jego mogiłą i znów wzniesie się w górę, krwi Jego szkarłatem bogatszy, by wieść do zwycięstwa.

A w słońcu Wolności zabłyśnie imię Jego prawdziwe, okryte chwałą dokonań, myśli bogactwem i żarem miłości.

Miłości dla tych, z którymi w dniach najcięższych zmagań łamał się chlebem powszednim i przeżyć grozą.

Miłości dla Wolnej i Niepodległej Polski Ludowej, dla której dał wszystko!

Imię prawdziwe Teodora od dawna już przestała otaczać tajemnica. Ale słońce wolności nie zaświeciło jeszcze w pełni nad Polską i nad polskim ludem pracującym. Więc testament ideowy i polityczny Teodora nadal zobowiązuje.

Przytoczymy jeszcze końcowe słowa elegii, którą uczcił Teodora poeta Jerzy Niemojowski, przebywający na emigracji w Londynie.

…Bo nie mogłeś, nie mogłeś, nie mogłeś, patrząc w opar nie zburzyć siebie,

kiedy bił Oświęcim mgłą zagubiony w krzyku milionów!:

fasadami zniesionych wsi rudowłosa kładła się zamieć

i po snach majaczyły łzy w oczach wielkich od wilczej jagody…

– wtedy przyszedł gorzki grymas ust – i gorące targnienie nożem! –

aby w puch! – i odbić krzyk! – i do ramion przycisnąć czule… –

Ale wszystko zgarnęła śmierć.

Brałeś ją jak szum płynącej rzeki…

Liście są tak sine jak deszcz… Dachem dłoni włos chroni Hebe.

Idą wszystkie winogrady, buk Twoich Karpat, dróg naszych klony.

Robotnicy obnażeniem rąk jako w dzwon zadzwonili w kamień

i ofiarnym natężeniem bark odsuwają z dróg ziemi kłody.

Jako z marzeń biją gromy słów, młodociany mówco – i czas orze

i dobija sok do zeschłych liści i rdzewieją po polach kule

i to widmo, w którymś skończył dni, jako fantom odpływa daleki.

W 20. rocznicę zgonu Adama Rysiewicza, pseudonim Teodor, w jego osobie czcimy wszystkich bojowców i żołnierzy podziemnej WRN, którzy do sławy dawnych pokoleń rewolucyjnych dorzucili nowy liść wawrzynu – poświęcenia w walce za Polskę, za wolność, za sprawę robotniczą.

Adam Ciołkosz
________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Na Antenie. Mówi Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa” nr 7(16)/1964, Monachium. Pismo zamieszczało tekstowe zapisy audycji nadanych w RWE. Od tamtej pory tekst prawdopodobnie nie był wznawiany. Na potrzeby Lewicowo.pl przygotował Michał Maleszka. Tekst publikujemy w 73. rocznicę śmierci Adama Rysiewicza.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *