Gustaw Daniłowski

Zamach na Skałłona

[1924]

Któregoś wieczora, gdy w liczniejszym kawiarnianym zebraniu odczytywano kompozycję reporterską o jednej z akcji bojowych, wymknęła mi się uwaga, że należałoby te czyny wiernie utrwalić chociażby dla historii, która bez nich zubożeje o jedną świetną kartę bohaterskiej walki o wolność.

Na to sąsiad mój, znany rewolucjonista, spytał, czy nie chciałbym sam skreślić opisu niektórych bojowych czynów, w czym mógłby mi być pomocny.

Odpowiedziałem: „Może!”.

I wkrótce otrzymałem paczkę materiałów faktycznych, a potem kilka wizyt nieznanych mi osób, które dopełniły dokumenty ustnie. Uprzedzono mnie, że zarówno w słowach, jak w relacjach piśmiennych istnieją pewne luki, które ogłaszać za wcześnie.

Dano mi to jedynie, co bez obawy skompromitowania kogokolwiek opublikować mogę.

Opracowanie materiału li tylko pod względem stylistycznym sprowadziłoby opowiadanie do rzędu suchych protokołów. By je ożywić na zasadzie wrażeń, otrzymanych przez zetknięcie się z odpowiednimi ludźmi, rozmów, spostrzeżeń, wreszcie intuicji, postanowiłem cieniować sylwetki zdarzeń i osób.

Szkic może niniejszy nie będzie ściśle dokładną kalką rzeczywistości, a raczej odręcznym, miejscami fantazyjnym jej rysunkiem, z wiernym zachowaniem ogólnego tła i realnych konturów.

***

Słynna polska bojówka, która po rozłamie PPS niemal gremialnie przyłączyła się do Frakcji Rewolucyjnej tej partii, zorganizowawszy się i wyszkoliwszy dostatecznie, postanowiła przystąpić do szeregu akcji na większą skalę.

Decyzja ta zapadła w lecie 1906 r. I pierwsze ruchy walecznego zastępu, niby skoki młodego lwa, odznaczają się szczególną gwałtownością i szybkością wprost zdumiewającą.

Po gorącej bitwie pod Herbami, gdzie poległo paru moskiewskich generałów, następuje atak za atakiem, niby pochód zwycięski, prawie tryumfalny.

Jednego dnia, zbrojną dłonią zahamowany, zatrzymuje się pociąg pod Celestynowem, nazajutrz koło Pruszkowa, i poczta ze znaczniejszymi sumami, skonfiskowanymi na rzecz rewolucji, staje się zdobyczą bojowców. W tym samym czasie ginie z ich rąk na ulicach Warszawy generał-gubernator Wonlarlarski, trupem pada pomocnik generał-gubernatora i szef żandarmów generał Margrafski, piętnastego sierpnia w środę następuje pogrom policji w całym kraju, jednym słowem, nie licząc drobniejszych ciosów, piorun po piorunie uderza w twierdzę najazdu, z których może najciekawszym, genialnie pomyślanym i tylko przypadkowo chybionym staje się zamach na Skałłona, generał-gubernatora Królestwa Polskiego, spełniony w trzy dni po krwawej środzie.

Skalłon, godny następca Hurków, Murawiewów, Czertkowów, główny herszt zgrai niszczącej kraj i rozszarpującej wszystko, co niepodległe i polskie, jako wieszatiel, okrutnik, najwyższy przedstawiciel samowładztwa, podboju, carskiej przemocy, musiał się spotkać twarzą w twarz z rewolucją, z ognistym protestem, idącym z łona ludu, jak w 1863 Berg z płomieniem szlacheckim.

Głos ogółu tego żądał, każdy świadomy robotnik o tym marzył, płynęły specjalne składki na bombę dla Skałłona, myśl ta unosiła się w powietrzu, oddychała nią cała zdrowsza część społeczeństwa – ambicją organizacji bojowej stało się to życzenie wykonać.

I bojówka nie potrzebuje się rumienić, bo choć Skałłona ślepy traf ocalił, to nie uchybia jej zupełnie, tak jak nie przynosi ujmy harcującemu po polach śmierci i chwały rycerzowi, gdy mu się koń potknie lub pryśnie pałasz w ręku.

Zamach na Skałłona planowany był długo. Pierwotnie miał być złapany bombami na ulicy. Ale mężny generał rzadko wychylał się z Belwederu, a gdy się odważył, to czynił to niespodzianie, różnymi ulicami, chyłkiem, otoczony konwojem dońskich kozaków, tzw. czerkiesów. Prócz tego na całej przestrzeni przejazdu krążyły chmary szpicli, usuwając wszystkich i wszystko, co wzbudzało choć cień podejrzenia.

Belweder i jego okolice wprost stale się roiły od policji jawnej i tajnej.

Najzwyklejszy przechodzień, używający spaceru w tych stronach, czuł się od razu osaczonym, a jeśli się częściej nawijał na oczy, bywał aresztowany, a nawet, jak się później okazało, zdarzyły się wypadki deportacji za rzekome śledzenie generała.

Oczywiście ucierpiały osoby najmniej winne, gdyż świadomi rzeczy ludzie unikali podejrzanych przechadzek, a umyślni ich wysłańcy bawili w pobliżu Belwederu krótko i zmieniali się ciągle.

Dzięki temu systemowi nikt z właściwych wywiadowców nie został skompromitowany, ale system ten wymagał uruchomienia olbrzymiego sztabu ludzi, co wraz z sygnalistami i właściwymi sprawcami zamachu – uczyniło cały mechanizm niezwykle ciężkim i niezdolnym do sprawnego działania.

Skałłon się stale wymykał, i stojący na uboczu przedsięwziętej akcji, niejaki Brunon, długo musiał przekonywać, że nie przypadkowe błędy wchodzą w drogę, ale że wadliwą, bo zbyt skomplikowaną jest cała maszyneria.

Zdanie Brunona wreszcie zwyciężyło i jemu – jako krytykowi, powierzono całą sprawę, zwłaszcza że obiecywał (no i dotrzymał), nie zaniedbując swych dotychczasowych obowiązków – zadanie w ciągu dwu tygodni załatwić.

Nie gonić po niewiadomych ścieżkach chytrego lisa, ale go z kryjówki wywabić i na fatalne miejsce sprowadzić – stało się podstawą pomysłu Brunona.

Na przynętę został wybrany wicekonsul niemiecki, pełniący podówczas obowiązki nieobecnego konsula, baron Lerchenfeld, urzędujący na Jasnej, a mieszkający na Natolińskiej pod nr 9. Za tym wyborem przemawiało wiele motywów: w pierwszej linii znana obraźliwość drażliwego Wilhelma, dalej antypatia ogółu nie tylko polskiego, ale i części rosyjskiego do Prusaków, podrażniona ich interwencją, mieszaniem się do spraw wewnętrznych, w końcu miejsce zamieszkania przedstawiciela pikelhauby.

Natolińska leży w dzielnicy zamieszkałej przeważnie przez Rosjan, z tego względu mniej szpiclowanej, już na krańcach miasta, w okolicy odludnej, z małym ruchem kołowym i pieszym, tym bardziej osłabłym, że Nowowiejska ulica z powodu robót kanalizacyjnych została zagrodzona, przez co Natolińska stawała się ślepą. Wjechawszy w nią musiało się tą samą drogą wracać.

Wszystkie te okoliczności ułatwiały znakomicie zadanie.

W cichej ulicy sygnaliści stawali się zbyteczni; wystarczał turkot generalskiego powozu, tętent koni licznej eskorty, słyszany z daleka – jednym słowem sam Skałłon miał sygnalizować o sobie. W ogóle w całym zamachu czynny udział przyjęły wysoko usytuowane osoby: ambasadorowie, ministrowie i wreszcie koronowany władca Niemiec.

By zmusić Skałłona do przybycia na Natolińską, należało zelżyć konsula publicznie przez jakąś osobę oficjalną, na przykład przez oficera.

Oficerem tym został naprędce mianowany robotnik, człowiek postawny i silny. Odpowiednio wyćwiczony, wyuczony regulaminu, oddawania i przyjmowania honorów, przebrany w szykowny mundur jednego z pułków, stojących na prowincji, mniemany oficer miał spoliczkować na ulicy Lerchenfelda za „interwencję”.

Robotnik nie był powiadomiony o celu swego przedsięwzięcia, powiedziano mu tylko, że dobro sprawy tego wymaga, że misja jest poważna, którą należy traktować serio.

I to wystarczało, zwłaszcza że wesoły robociarz nie był wcale od tego, by skuć prusakowi mordę, choćby za dzieci poznańskie; miał w dodatku setną satysfakcję, że mu stójkowi i żołnierze muszą salutować, a szpicle kornie ustępować z drogi.

Podczas gdy robociarz bawił się swą rolą, Brunon się niepokoił. Przewidywał bowiem dwa niebezpieczeństwa, że robociarz może być zatrzymany za burdę, fałsz się wykryje i plan cały zostanie zwichnięty, następnie lękał się, że czułość rosyjskiego oficera na punkcie interwencji w sprawie upośledzenia Królestwa Polskiego, w ogóle może się wydać podejrzaną – toteż w myśl swej przewodniej zasady, że wszystko winno posiadać zupełnie naturalne usprawiedliwienie, porobił następujące poprawki.

Do oficera, który przesiadywał na Zielonym Placu, tędy bowiem Lerchenfeld z niemiecką punktualnością o 3. podążał na obiad do klubu myśliwskiego, została przystawiona przystojna, zalotna panienka.

Zachowanie się tej pary, dla widza z boku, ewentualnie szpicla, ujawniało wyraźnie, że Moskal jest zadurzony po uszy w kobietce, dla której pięknych oczu jest gotów zrobić wszystko, a cóż dopiero obić Niemca – że jednym słowem wybryk „armiejca” tłumaczy się „intrygą polską”, która wyzyskuje nawet miłość szczerego Rosjanina.

Dalej, z obserwacji nad zachowaniem się barona przekonano się, że jest to człowiek nerwowy, który się ogląda, gdy kto mu następuje na pięty, najlepiej więc go atakować z przodu nagle i niespodzianie; przy tym napastnikowi trzeba zapewnić nie ucieczkę, ale poważny, pełen godności odwrót.

Jakoż w poniedziałek 13 sierpnia, gdy Lerchenfeld do ławki się zbliżał, oficer pożegnał się gorąco z damą serca, która wnet się ulotniła, dał się dogonić konsulowi i obróciwszy się nagle, schwycił go za rękę.

Konsul usiłował ją „po japońsku” wyłamać, ale mocny robociarz, udaremniwszy zamiar, ze słowami: „wot ciebie mać twaju za interwencju”, wymierzył mu dwa tęgie policzki.

Pokrzywdzonego wnet otoczyli przypadkowi i nieprzypadkowi przechodnie z wyrazami ubolewania; oficer wsiadł w dorożkę i huknąwszy na woźnicę, który niby się wzdrygał jechać – „waliaj sukinsyn!” – wygrażając pobitemu pięścią, znikł na zakręcie.

Scena została odegrana świetnie; by skutku jej nie popsuć, według wskazówek Brunona – świadomi rzeczy nie rozdmuchiwali wypadku, przeciwnie starali się go zbagatelizować, mówiąc: „Ot, pobił Moskal Niemca” i tym sposobem zajście w kołach partyjnych utonęło szybko, jako bez znaczenia epizod.

Dalszym tokiem sprawy mieli się zająć mimowolni współuczestnicy zamachu, cesarz Wilhelm, ambasador niemiecki, minister spraw zewnętrznych itd. Jakoż zaczęły drgać druty Berlin – via Petersburg – Warszawa, które miały spowodować kondolencyjną wizytę Skałłona u konsula, a tam już czekała zastawiona pułapka.

W narożnym domu nr 13 od Koszykowej, na pierwszym piętrze na kilka dni przed prowokacją został wynajęty elegancki lokal, składający się z pięciu pokoi z wanną i wszelkimi wygodami, z których najważniejszą dla spiskowców były trzy okna i balkon, wychodzące na Natolińską. Z okien tych widać było doskonale nr 9, dom, w którym mieszkał konsul, spadające z pierwszego piętra bomby nie mogły nie wybuchnąć, brama od Natolińskiej zamknięta na głucho z rozporządzenia władzy, która skasowała domy przechodnie, dawała nadzieję na możliwość odwrotu. Dzięki tym okolicznościom mieszkanie zdawało się być stworzone w myśl zamiarów Brunona, toteż znalazłszy je Brunon czuł się trochę strapiony, że wszystko idzie jak z płatka.

Lokal, w towarzystwie starszej osoby, wynajęła młoda panienka ze wsi, Kozłowska, dla siebie, cioci, która ma wkrótce przyjechać, przywieźć fortepian i resztę mebli, oraz kuzynki p. Zamojskiej.

Może krewna ordynata? – dopytywał się uprzejmie rządca.

Tak ale daleka! – brzmiała odpowiedź. Potem nastąpiły pertraktacje o gazowe oświetlenie, bo ciocia lamp nie lubi, o tym, czy w podwórzu nie ma psów, których ciocia się boi, czy dom spokojny itp.

Wreszcie, przybierająca lekko arystokratyczne tony młoda ziemianka złożyła suty zadatek i wkrótce sprowadziła się z częścią eleganckich damskich mebelków, wśród których zwracały uwagę nuty, przybory malarskie, dyletanckie widoczki domorosłej artystki zakochanej, widać nim mąż się znajdzie, w sztuce.

Przy wręczaniu meldunków stróż został zagadnięty, czy nie ma jakiej znajomej uczciwej służącej. Stróż objaśnił, że istnieją kantory, w których się należy zapisać.

Jakoż nazajutrz zjawiła się z kantoru fertyczna pokojówka i dowiedziawszy się, gdzie mieszka p. Kozłowska, zgodziła się „dla próby” na kwartał. Następnie w ten sam sposób zgłosiła się tymczasowa – nim ciocia przywiezie swoją – urodziwa kucharka – i przyjęła służbę, bo jej się panienka „spodobała”.

„Laleczka” – pokojówka, „Joasia” – kucharka, spodobały się również lokatorom z przeciwległych oficyn, jakichś urzędników biurowych, którzy od razu zagięli na nie parol.

Zaczęło się wzajemne oczkowanie, w którym celowała Laleczka, choć i Joasi trudno było pod tym względem coś zarzucić.

Było w tym trochę umysłu, ale także sporo szczerości.

Obie pełne życia, młode robotnice, pochodzące ze sfery, gdzie wszystko jest proste i naturalne, niby polne kwiaty rozwijały się w zalotnym uśmiechu wobec strzelistych spojrzeń przystojnych kawalerów z przeciwka.

Mniemana pani ich „Harna”, jako inteligentka, panna z tak zwanego towarzystwa, zachowywała się oczywiście poprawnie, była nawet trochę zgorszona swobodnym sposobem bycia swych towarzyszek, nie licującym z powagą chwili – i by nie siedzieć bezczynnie, zabrała się do malowania ekraniku, którym miało być zamalowane karminem płótno, z pozostawionym białym tłem, tworzącym monogram PPS.

Oczywiście przy blejtramie leżał stale wilgotny pędzel, którym na wypadek rewizji można było w mgnieniu oka groźne inicjały zamazać.

Harna wychodziła rzadko z domu, odwiedzały ją czasem podeszłe wiekiem osoby, przeważnie niewiasty, często młody pan – widać kuzyn, i raz tylko szykowny lowelas, objuczony eleganckimi paczkami. Był to chemik, który w wilię spoliczkowania konsula dostawił i odpowiednio złożył w mieszkaniu 4 bomby: dwie duże, dziesięciofuntowe, w kształcie wysokich pudełek – olbrzymiej siły, i dwie zwykłe dynamitowe cegiełki. Pociski zostały umieszczone w głębi kominka, zastawionego stolikiem pełnym ozdobnych biletów, tak, że w razie powierzchownej rewizji, której zawsze się można spodziewać, prawdopodobnie bomby nie zostałyby wykryte.

Jak widzimy, właściwymi sprawczyniami zamachu miały być dziewczęta.

Tu należy nadmienić, że karność partyjna, wbrew rozpowszechnionym bajkom, kończy się tam, gdzie się zaczyna gra o życie ludzkie. Wszelkie tak zwane losowania, czarne gałki, tajemnicze wyroki z pieczęciami, są tworem lichej fantazji sklejaczy sensacyjnych powieści. Gdy chodzi o zamach, decyduje tu własna wola, samodzielnie zgłoszona kandydatura, a tych w danym wypadku nie brakło. By „zrobić” – wyrażając się technicznie – Skałłona, amatorów było aż nadto, nie mniej, niż owych ochotników na słynne brandery japońskie; wypadło więc wybierać.

Brunon wybrał same kobiety, co wywołało pewne wrzenie i sarkanie wśród mężczyzn, a radość wśród niewiast.

Feminizm swój Brunon tłumaczył w następujący sposób: Zamach ten ma przede wszystkim znaczenie protestu, ostrej manifestacji, wyrażonej w sposób jak najjaskrawszy, wstrząsający do głębi wszystkie żywiej czujące sumienia. Czyż nie silniej drgnie serce, gdy wyobrazicielką uczuć tłumu stanie się w rosie młodości stojąca dziewczyna, jeżeli przed sądem, gdyby tu nastąpił, przed trybunałem orężnych generałów, pośród pałaszy i bagnetów ukaże się wiotka postać, filigranowa fizycznie istota, i pąkiem ust rzuci siepaczom w twarz krwawy akt oskarżenia za mękę i krzywdę narodu – płomiennie dumne, przez kontrast wyolbrzymiałe do grozy i majestatu niepożyte słowa?!

W końcu, jeżeli ma być równouprawnienie, o którym się tak mówi, nie wolno odmawiać kobiecie prawa do bohaterstwa, skoro do tego dorosła, a że tak jest, dowodów nie brak!

Zresztą, Brunon, jako organizator zamachu miał prawo zrobić, jak chciał i jak szemrano, otoczył się wyłącznie „babami”.

Z trzech uczestniczek zamachu, ryzykowała najwięcej Harna, najmniej Laleczka; ona bowiem, skoro Skałłon nadjedzie, miała ulotnić się natychmiast, jako zbyteczna, gdyż rola jej polegała głównie na komunikowaniu towarzyszek ze światem zewnętrznym.

Pierwszą bombę pod konie miała rzucić Harna, drugą, by dokonać reszty, Joasia, po czym wyjść także; Harna zaś rzucić jeszcze trzecią i czwartą, dla wywołania popłochu i przedłużenia chwili zupełnego oszołomienia, jakie sprawiają szybko po sobie następujące wybuchy i korzystając z ogólnej paniki, opuścić mieszkanie ostatnia. Jej więc ocalenie, oparte na czysto psychologicznych przesłankach – powszechnego przerażenia, było najbardziej wątpliwe, toteż stało się ono szczególnym przedmiotem troski Brunona.

Z jej imieniem łączy się najściślej historia zamachu.

Harnę na progu życia spotkało kilka dotkliwych ciosów osobistej i nieosobistej natury, którymi zraniona, uciekła w odludne zacisze.

Ale młodość szybko się leczy, toteż wkrótce zaczęły jej ciążyć błogie dni spokoju, wytchnienia zwłaszcza, że ze wszech stron poczęły nadlatywać, jak ogniste ptaki, zrazu pojedynczo, a potem gromadnie, stada całe, wieści o jakiejś nowej, niesłychanie bujnej wiośnie, o mocnym tętnie życia, o dźwiganiu się z mogiły całego narodu.

W dodatku, bliska kuzynka jej, Mara, w krótkich, lakonicznych kartkach nagliła: „Przyjeżdżaj koniecznie, razem może więcej potrafimy”.

Listy te działały jak iskry, rozżarzając przygasły płomień duszy, aż wreszcie Harna wybrała się do Warszawy, bez jasno określonego celu, niby popatrzeć na to bałwaniące się morze.

Nęciło ją ono, ciągnęło, a jednak, gdy ruszył pociąg, zakołatał nagły żal. Ciemnozielone lasy były tak pełne melancholii, pejzaż bliski duszy i cudowny, świat taki spokojny, że serce spłynęło smutkiem, w przelotnej tej sekundzie, gdy zdało się jej, że nie wróci do tych miejsc.

Zawołać, zatrzymać się, raz jeszcze zobaczyć! – ale nieubłagany wagon mknął prędko, siwe kłęby dymu zasnuwały gniazdo dzieciństwa, dom ojców tonął szybko w sennym oddaleniu w mętnej mgle.

Na dworcu w Warszawie zaskoczyła ją wiadomość o rozpędzeniu Dumy.

Harna w ówczesnej sytuacji orientowała się tak mało, że wieść ta wstrząsnęła nią do głębi. Była pewna, że w odpowiedzi na to wyzwanie rządu, barykady wyrosną na ulicach miasta, załopoczą czerwone sztandary, lud runie w śmiertelny bój. I w oczekiwaniu tych wypadków postanowiła zostać w stolicy kraju. Dzięki zażyłym stosunkom z Marą, która już tkwiła w robocie, wkrótce i ona wpadła w wir stosunków partyjnych, spotykając się z mnóstwem ludzi, którzy ją zrazu przerażali swą obcością, zimnym doktrynerstwem i krzykliwą wymową.

Spodziewała się czynów, a widziała fontanny płynnych słów, oczekiwała wystrzałów, a słyszała butne trzaskanie z bicza nowych kierowników ruchu.

Każda jednak rozmowa z egzaltowaną Marą podnosiła opadającą falę zapału; rozogniała wiarę, hamowała zniecierpliwienie.

Tymczasem spostrzegła, że czas jej schodzi właściwie na pracowitym próżniactwie, maskowanym różnymi pozorami, niby dreptanie na jednym miejscu.

Toteż zagadkowa bojówka, o której nawet w łonie partii krążyły najsprzeczniejsze wieści, jako obóz istotnego czynu pociągała ją coraz silniej. Okazało się jednak, że nie jest tak łatwo do niej się dostać, że nie wystarcza sama intencja, że tam się odbywa staranny dobór ludzi, poddawanie kandydatów ogniowym próbom, na które Harnie wypadło długo czekać.

Dni mknęły, a z nimi wiara w możliwość dotarcia do tego jądra prawdziwej roboty więdła, jak kwiat na drucie.

Na koniec zjawiła się nieznana jej wcale towarzyszka Łza z propozycją rozwożenia broni.

Harna zgodziła się radośnie, wyruszyła w podróż i wróciwszy po kilku nieprzespanych nocach, zastała u siebie bratową, z którą łączyły ją ścisłe i serdeczne stosunki.

Obecnie jednak Harna tak pochłonięta była swymi myślami, że słów bratowej nie słyszała prawie, czasem tylko niejasno chwytając ich zaciszne piękno.

Bratowa nie perswadowała jej udziału w robocie, mówiła tylko, że dobrych czynów w życiu jest moc nieprzebrana, wyrażała obawę, czy się czasem nie przepala w słomianym ogniu.

Zresztą wyjechała prędko, zostawiając w oczach Harny, niby zamglony widok, okno wagonu, a za jego taflą mocno bladą swą twarz i wpółbolesny uśmiech, z którym wyrzekła: a jednak – wróć jeszcze!

Wróć! – prosiła, a nie wiedziała, że właśnie Harna z Marą szukały pod kopytami rumaka Sobieskiego listopadowych śladów.

Plan ich, powzięty na własną rękę, był bardzo prosty: Nauczyć się celnie strzelać, wśliznąć się nocą do pałacowego parku, ukryć się w klombie, zaskoczyć Skałłona na samotnej przechadzce i zbudzić widma podchorążych belwederskim wystrzałem.

Ze strony partii dziewczęta nie spodziewały się współudziału.

Tymczasem wypadło im przewozić dynamit do prowincjonalnych miast.

Gdy Harna z wyprawy wróciła, zastała ręką Łzy, wtajemniczonej w ich zamiary, skreślone słowa:

– Ma się stać to, czego pragniecie, wstąpcie do mnie…

Zrozumiawszy list, Harna doznała dziwnego wrażenia: splecionego smutku z radością. Jednocześnie podniosły się z labiryntów pamięci roje wspomnień o domu, a za ich wątłymi obłokami zapienił się gwałtownie żywy strumień wzbierającego czynu w fantastycznym korycie dumnych, nienazwanych marzeń; wyżynami nieba pociągnęły jakieś rozwiewne wieści znikąd o pięknie rzeczy, które się dzieją, staną i przekażą się jutru i dniom następnym i zamigoczą raz jeszcze w słonecznej tarczy finalnego zwycięstwa.

Lekkim, tanecznym krokiem szła Harna na wskazane miejsce. Tu właśnie zgłaszano kandydatury do planowanego przez bojówkę zamachu.

Złożywszy swoją, Harna dowiedziała się, że jest już oferta Mary, że ochotników jest mnóstwo, ale ich szanse są bardzo dobre.

Jakoż wkrótce uszczęśliwione dziewczyny dowiedziały się, że wybór padł na nie.

Ale los skosił róże upojenia; Marze, jako mocno zaszpiclowanej, kazano usunąć się nie tylko z roboty, ale i z miasta, i Harna musiała się rozstać z istotą, z którą projekt jednomyślnie powzięty skuł ją mocno i serdecznie.

Z godziną jej wyjazdu, w sercu Harny zgasł nagle promień entuzjazmu, zapanowała w niej jakby raptowna noc, ale w tej ciemności wyczuwała dokładnie nutę dokonywania rzeczy, która miała być ich wspólnym dziełem, i mętne pragnienie, by na opuszczone przez towarzyszkę miejsce nie wstawiano jej nikogo.

Chwilowe to zaćmienie trwało niedługo, zetknięcie z Brunonem, którego przedtem nie znała, rozwidniło jej duszę, jak snop jasnego słońca.

Oczekując na Brunona, Harna wyobrażała sobie, że ujrzy jakiegoś wielkiego fizycznie człowieka, o surowej jak głaz twarzy, ołowianym spojrzeniu, władczych ruchach, rozkazującym głosie i kuliła się wewnętrznie w obawie, że ten ostry człowiek niewątpliwie ją szorstkością zniechęci, w każdy nagniotek urazi.

Toteż gdy wszedł, ogarnęło nią zdumione zakłopotanie i rodzaj skruchy.

Przytrzymując w ciepłym, miękkim uścisku jej dłoń z pociągającym uśmiechem, stał przed nią sympatycznej powierzchowności mężczyzna, szpakowaty już, o wyrazistej, dobrej, jakby nieco znużonej od pracowitej myśli twarzy mędrca…

Popatrzył.

Uderzyła ją i zachwyciła od razu przejrzysta siła jego oczu, które zdawały się ogarniać wszystko, na wskroś przenikać, dostrzegać każdy ruch rzeczy, ujmować w locie najsubtelniejsze wibracje cudzych uczuć i wrażeń.

Wy, Harno – wymówił głosem stłumionym, zacisznym, jakby stworzonym do wypowiadania tylko słów ważnych, tajemnic sekretnych – podobno chcecie pójść na to.

Chcę, odparła Harna, zasłaniając się rzęsami od badawczego ostrza jego spojrzeń.

Brunon przysunął się z krzesłem i jakby ze smutkiem i hamowanym wzruszeniem jął jej przekładać, że idzie na pewną śmierć, że więcej życia leży przed nią, niż za nią, że po Skałłonie będzie inny Skałłon, że ten zamach sprawy wcale nie rozstrzyga, rewolucyjną falę na mgnienie podnosi, ale o ile i na jak długo – któż zgadnie?

Jednym słowem, wbrew przewidywaniu, nie podżegał, nie namawiał jej wcale, a raczej przeciwnie, jakby przestrzegał, przedstawiając rzecz całą z najmniej dodatniej strony.

I dopiero, gdy Harna z zupełnym spokojem i surową powagą oświadczyła, że jest to sprawa zdeterminowana i rozstrzygnięta w niej samej ostatecznie, Brunon jednym zamachem odsłonił jej całą świetność i doniosłość czynu.

Pamiętam – powiada Harna – te jego słowa może jedyne, takie nigdy już potem nie słyszane, słowa więcej piękna ujawniające, niż go oczy objąć mogły.

Wszystko, wszystko, co przyszło później, było już tylko bladym powtórzeniem rzeczy dnia tego przeżytych.

Realnie Harna mało jeszcze wiedziała, co ma robić, strona organizacyjna zajmowała ją niewiele, niejako tylko z musu.

Z pierwszej tej schadzki z Brunonem wyniosła jedynie dobitne poczucie, że ma się stać symbolem protestu przeciw obeldze niewoli i tyranii, gwałtownym streszczeniem uczuć najszerszych warstw narodu, zbiornikiem jego woli, głosu jego namiętnym wyrazem.

Dnia tego cały wieczór błądziła po alejach łazienkowskiego parku, śniąc o cudnym dniu, który nadchodzi, o wysokości lotu, o potędze i pięknie czynu.

Wkrótce przeniosła się na Natolińską, gdzie się poznała z Joasią i Laleczką.

Dziewczęta szybko przylgnęły do siebie.

Joasia pociągała dziwnie pogodną prostotą i tak otwartą szczerością, że prawie niespotykaną. Miała serdeczną twarz i dobre, jasne oczy. Życia, które oddawała dla sprawy, było jej czasem żal, nie to, żeby bardzo, ale trochę, odrobineczkę. Mówiła zresztą o tym rzadko, mimochodem, jako o rzeczy małej wagi. Poza tym była niezwykle wesoła, nie ustępując pod tym względem Laleczce.

Ostatnia była urodzoną optymistką i kokotką, z główką piękną i dość ambitną. Wierzyła niezłomnie, że wszystko wypadnie jak najlepiej, że wyjdą ze sprawy zwycięsko jako triumfatorki, ozdobione wawrzynem.

Obie dziewczęta zachwycały się paradnym mieszkaniem, które im się wydawało pałacem po ciasnych izdebkach, starały się pokoje możliwie upiększyć, krzątając się po lokalu, jakby miały w nim na wieki pozostać. Cieszyły je eleganckie mebelki, na których siadały z widoczną satysfakcją.

W widnych, jasnych pokojach, z podwójną siłą rozkwitało ich młode życie, każąc zapomnieć o przyczajonej śmierci.

Bawiły się szczerze zalecankami kawalerów z przeciwka, którym wesołe bałamutki na dobre zawróciły głowę.

Szczególnie uzdolnioną była pod tym względem Laleczka, która chrupiąc cukier, lubiła balansować przed oknem, strzelając od niechcenia zalotnym spojrzeniem w stronę lornetujących aspirantów.

Parskały psotnym śmiechem, na myśl o tym, jak się ze strachu będą trząść ci szykowni faceci, gdy się wykryje, do kogo się umizgali, z kim prowadzili konszachty.

Harna trochę się tym flirtem gorszyła, wyczuwając przy tym, że między nią a towarzyszkami istnieją pewne różnice.

Ona na życie, na własne sprawy patrzyła niejako przez pryzmat kursujących w jej sferze poglądów, uczuciowych i myślowych nałogów przeszłości, a często przez kartki literatury. Laleczka zaś i Joasia zdrowymi, jasnymi oczyma: ładny chłopiec był dla nich ładnym chłopcem, miłość – gorącym, słodkim, bez grzechu napojem – zgładzenie Skałłona nie tyle aktem romantycznym i wzniosłym, ile sprawiedliwą pomstą i karą za wszystko, co uczynił.

Ujawniło się to szczególnie w krwawą środę – dzień dla spiskowczyń tragiczny.

Strzały, rozlegające się po mieście, wstrząsały każdą od stóp do głowy, jak wybuch miny… Czasem gęstość salw wzniecała przypuszczenie, że bitwa wre na ulicach Warszawy, i wahały się, czy nie wyjść z pociskami, by rzucić się w szał walki.

Gdy wieczorem trochę ucichło i dowiedziały się, co zaszło, zaczęło je niepokoić widmo rewizji.

Każdy żywszy ruch w bramie, łoskot na schodach, wzniecał trwogę, wzmagając bicie serca. Kiedy zaś w pobliżu znów zatrzaskały karabiny, wiedziały, już, co to znaczy…

– Strzelają psubraty! – odezwała się Laleczka i twarz jej przybrała niepowszednio poważny wyraz, śliczne rysy stężały, powlekając się czymś groźnym i surowym.

Joasia się podniosła i w grzechocie długiej salwy jakby wyrosła w oczach i zesztywniała ze zgrozy, ręką wskazując na kominek, z dzikim akcentem szepnęła: Tu leży dla nich zapłata! Okrągłe, srogie łzy stanęły w jej oczach – zawzięta twarz sposępniała tak strasznie, że Harnie wzdrygnęło się rozbolałe serce.

Następny dzień przeszedł im jakoś sennie, były znużone nocnym czuwaniem, stargane wrażeniami.

Brunon je stale odwiedzał i zamęczał po prostu drobiazgowością szczegółów i wskazówek, formalnymi egzaminami, czy pamiętają o wszystkim, czy nie zaniedbały czegokolwiek w sprawie zamachu i swego odwrotu. Rewidował starannie mieszkanie, usuwał z drogi każdy sprzęt, mogący choć na mgnienie oka opóźnić wyjście, które miało nastąpić przez kuchenne schody, jako bliższe bramy. Naradzał się ze wszystkimi, potem z każdą oddzielnie i wreszcie żegnał się jednym ze swych najlepszych czułych spojrzeń, za jakie przebaczały mu od razu te nużące spytki, których doniosłość miały zrozumieć dopiero w chwili krytycznej.

Cały czwartek przeszedł w podnieconym oczekiwaniu; każdy turkot odległy, tętent daleki podrywał dziewczęta i rzucał do okien, gdzie dygocąc, czekały.

Dzień mijał. Skałłon nie przyjechał.

Zaczęła je ogarniać desperacja, że wszystko na nic, że obrażonego konsula przeproszono listownie, że może otrzyma wizytę na Jasnej.

Harna czuła się zupełnie przybitą. Joasia niespokojna i trochę przygnębiona. Laleczka nawet zaczynała tracić otuchę.

Słoneczne południe piątku poprawiło znacznie nastrój.

Czuję, że dziś przyjedzie, balansując pod oknem zapowiedziała Laleczka.

Pewnie, może wyjąć pudełka – zaglądając do bomb w kominku, zgadzała się wesoło Joasia.

Czas, czas! – złowieszczo oponowała Harna, usiłując się zająć treścią jakiejś książki.

Zgadła. Cichy zmierzch wsunął się w ulicę, mrok osiadał w kątach, a nikt nie nadjeżdżał.

Wieczorem zjawił się Brunon. Był trochę nieswój, choć dowodził, że wszystko pójdzie dobrze. Sprawa musi wędrować przez Berlin, Petersburg, co wymaga czasu, zresztą gdyby ten sposób zawiódł, ma pomysł inny, którym sprowadzi stanowczo Skałłona. Potem opowiadał o rzeczach zupełnie postronnych tak zajmująco i miło, że się rozerwały dziewczęta. Od czasu do czasu, ale nie tak natarczywie, wtrącał swoje znane wskazówki, przy czym zalecał, by wychodząc, nie ukrywały swego wzruszenia, radził nawet Joasi, by lamentowała na głos, zawodziła po chłopsku: o Jezu, Jezu!, uderzając tym sposobem w ton, który będzie panował na ulicy, bo zrozumiał, że wspólne wzruszenie jednoczy ludzi, nastraja ku sobie życzliwie, a to znakomicie ułatwia sytuację.

W ogóle Brunon ujawnił w całej akcji niepospolite znawstwo poruszeń duszy ludzkiej; wyratowanie dziewcząt opierał całkowicie na psychologii chwili, którą stosownie do swych celów starał się urobić – i z talentem jasnowidza potrafił wyzyskać.

Obcowanie z Brunonem, posiadającym dar czarowania ludzi w sposób dziwnie uroczy i subtelny, orzeźwiło dziewczęta, które jak kwiaty po rosie przespały noc lekko, bez męczących widziadeł. Zbudził je ranek mglisty, zniechęcający; potem przeleciała burza z ulewą; obiad przeszedł w ponurym milczeniu, z unikaniem własnych spojrzeń.

Wreszcie dziewczęta się rozeszły: Laleczka do swoich tylnych okien, Joasia do sprzątania, Harna do książki.

Nagle uderzył w nie dziwny, szalony tętent, pospieszne łomotanie licznych kopyt.

Harna zerwała się: pod oknem przemknął pędem oddział czerkiesów z otwartym powozem pośrodku.

Zimny, wstrząsający dreszcz przepłynął wzdłuż ciała i siadła bezwiednie na krzesło.

On! – posłyszała jak zza ściany stłumiony głos Joasi.

I jednocześnie jakiś cichy, lecz dobitny głos zaczął jej podszeptywać, co czynić należy.

Wyjmij bomby! – mała na poduszki – duża na okno! Wata do uszu! Trucizna w kieszeń! Białą suknię na siebie! Boerski kapelusz na głowę! Otworzyć wszystkie drzwi! Zamknąć balkon!…

Momentalnie jak na komendę wszystko wykonywała.

Gdy wyjrzała, Skałłon w płaszczu stał pod dziewiątym, kręciły się na miejscu rozgrzane konie, błyszczały patrony czerkiesów.

Wpadła w kapeluszu Laleczka: Do widzenia – rzuciła – brama otwarta!

Stojąca przy swoim oknie Joasia, zawołała: Wyjdziemy, Harna, albo razem, albo wcale!

Potem umilkły, trzymając sztywno ręce na leżących na parapecie pudełkach. Gdy Harna podniosła je wyżej, zauważyła, że stojąca w jednej z bocznych bram grupa ciekawych schowała się szybko do środka, zatrzaskując furtkę…

W tym samym czasie powóz zawrócił.

Harna przestała oddychać, słysząc w sobie przejmujący szept: Gdy się zrówna z latarnią, z latarnią…

Powóz jechał wolno. Skałłon z adiutantem siedział swobodnie rozparty, wodząc spokojnie oczyma po domach i oknach.

Zbliżając się do latarni, obrzucił generalskim wzrokiem białą postać Harny i spojrzenia ich skrzyżowały się na moment…

W tej chwili prawie bezwiednie całą siłą rąk dziewczyna rzuciła…

Porwało się wszystko w galop… Sekunda – i wstrząsający grzmot – wysoki słup ognia.

W strasznym poczuciu, że coś jest nie tak, jak powinno, Harna puściła jeszcze cegiełkę.

– Suknia precz – wychodzić! – rozkazał cudzy głos.

Posłuszna zdarła drżącymi rękami płaszcz, czarny kapelusz przemieniła na schodach i biegła na dół, słysząc obok chlipiący płacz Joasi.

W bramie rozstępująca się przed nimi grupa struchlałych czerkiesów.

Na ulicy jakaś dorożka…

Jedźcie duchem – nie dodając, gdzie! – przez łzy zdyszane słowa Joasi.

A obok, jak cień potworny, mija powóz: w nim blady adiutant i sztywny jakby skamieniały generał…

Cały! Jezus Maria – cały! – w głos zaszlochała Joasia.

Przerażone spojrzenie dorożkarza! Gwałtowne ćwiczenie konia i jazda tuż za Skałłonem, a w czaszce bicie młotów: Więc nic, nic, nic!

Na rogu Alei tłum żołdactwa, grzmiące, urągliwe: hurra, hurra! witające ocalonego naczelnika. Generał się podnosi i salutuje.

Desperackie łkanie towarzyszki i ołowiane: I nic, i nic… i nic…

Potem rozstanie bez słowa pożegnania ze spłakaną Joasią, upokorzenie, wstyd, zapiekłe uczucie winy…

Winien był, jeżeli można mówić o winie, chemik. Skutkiem wadliwej konstrukcji, z przyczyn niewiadomych bomba Harny, która musiała rozszarpać konie i strzaskać powóz, nie wybuchła. Zacięte przez furmana i spłoszone konie poniosły gwałtownie, skutkiem czego bomba Joasi wybuchła z tyłu, za daleko, powodując lekkie tylko ogłuszenie i pierzchnięcie konwoju. Drugi pocisk Harny spełnił już jedynie przeznaczone mu przez Brunona zadanie – spotęgowanie popłochu i zamieszania, by umożliwić odwrót ostatniej.

O rozmiarach paniki może świadczyć fakt, że nikt z otoczenia Skałłona nie mógł wskazać, skąd rzucono bomby, i lokal właściwy, gdzie znaleziono krwawy ekran z groźnymi inicjałami partii, był zrewidowany po innych. Żołnierze do tego stopnia potracili głowy, że przysięgali, iż nikt spod trzynastego nie wyszedł, i stąd powstały legendy o ucieczce przez dach, o przebranym za kobietę mężczyźnie itp. plotki.

Zrujnowana głęboko Harna, czuła się jednak do tego stopnia winną, że za nic nie chciała wyjeżdżać z Warszawy, by, jak się terminem myśliwskim wyrażała, „poprawić”.

Oczywiście wywieziono ją niemal gwałtem w świat zabity deskami i złożono, niby amazonkę ranną, w wysokie trawy, między polne kwiaty, na przytulną pierś matki-ziemi.

Tu nieme doby, przeleżane samotnie w rozkwitłych wrzosach, kształty przedziwne płynących nad głową obłoków, strzępiaste przegony chmur, liliowe welony zmierzchu, złotolite zorze zachodu, skrzydlate balsamiczne wiatry i słodkie rosy goiły duszę, wtrącając ją w otchłań sennej zadumy.

W przelotnych chwilach przebudzenia Harna doznawała wrażenia, jakby załamała się nagle linia czasu, zmieniła kierunek i gdzieś w bok mknące, przedzielone wiekami godziny, oddalają się błyskawicznym pędem od tragicznego momentu. Odsuwała się szybko w błękitną, majaczną dal gorycz zawodu, wietrzał niedosyt braku materialnego skutku czynu, w który przelała wszystką krew młodości. Zaczynała się poezja wspomnień.

Harnę udało mi się jedynie na moment spotkać.

Widzenie nastąpiło w wiosce podgórskiej, w drewnianej izbie, pachnącej sosną, przybranej w gałęzie świerków i w duże osty.

W zmierzchu konającego dnia ujrzałem dziewczynę lat może dziewiętnastu z otwartą twarzą, która sprawiała wrażenie jasności; w wymownych oczach tuła się szczątek zadawnionego smutku, za nimi czuwa ciekawa dusza! Sposób bycia prosty, w danej chwili nieco zażenowany rolą oglądanej.

Wiedziała, po com przybył.

Nastąpiła kłopotliwa pauza, gdyż nie śmiałem wypytywać, bojąc się natrafić na bolesne miejsce.

Zaczęła w końcu pierwsza: Takie to mi się wydaje dalekie i dawne, że ledwie pamiętam, a zresztą, jestem już przecież inną, niż wtedy, relacje moje mogą być błędne, absolutnie niezgodne z istotnym stanem tamtych uczuć i wrażeń. Niech więc Pan polega na własnej intuicji.

Mówiła wolno, akcentując mocno wszystkie słowa, przez co wydają się nie tyle dźwiękiem, ile realną emanacją tęgiej pracy umysłu.

Tyle pani ma książek – zauważyłem, pragnąc zmienić temat.

Uczę się, póki czas!

Gdy rzecz zaszła o tak zwanej „robocie”, uśmiechnęła się winowajczo. Obecnie jestem wycofana – zaczęła – patrząc na nią z daleka, uznaję zawsze jej piękno… oby była zwycięska. Może kiedyś do niej wrócę, ale jak się całkowicie odbuduję własnymi siłami, wywabię wszystkie w sobie plamki, by niepokalanie czystymi rękami wznosić jasny gmach przyszłości.

Wszedł ktoś. Pożegnaliśmy się…

A Joasia i Laleczka?

Nurkują gdzieś zbytnice w olbrzymim skotłowanym dziś morzu ludowym, gdzie wzdymają się i huczą zbałwanione fale, fale wysokie i święte, które wyrzucają bohaterów i bohaterki, wynoszą heroiczne trupy na oczy narodu.

A ci, co mienią się jego mózgiem, czołem, dalekonośną źrenicą, boczą się i odwracają obłudnie oczy, by nie widzieć tych nowych relikwii polskiej ziemi.

Joasie, Laleczki, Kopisie, Okrzeje?! – Skąd tego tyle się bierze ? – szepcą z głuchą pasją – jakim prawem to się odzywa, rozognia bunt wolności, pcha się do dziejów, a co najgorsze, stanowczo za rycersko, jak na swe banalne nazwiska, ośmiela się iść na śmierć, zbyt mężnie walczyć, za rezolutnie ginąć!

To zżytych z niewolą irytuje, a już znikczemniałych wścieka i oburza.

Gustaw Daniłowski

Zapiski: Organizatorem zamachu był ś.p. Mieczysław Mańkowski. Harna – Wanda Krahelska, obecnie żona Tytusa Filipowicza.

____________________

Powyższy tekst jest rozdziałem książki autora, pt. „Bandyci z Polskiej Partii Socjalistycznej”, Nakładem Ludowego Spółdzielczego Towarzystwa Wydawniczego, Lwów 1924. Zawiera ona zmienione wersje uprzednio publikowanych w prasie tekstów autora, przedstawiających bohaterów ruchu socjalistycznego. Oczywiście słowo „Bandyci” w tytule jest użyte ironicznie, tak bowiem bojowców PPS nazywała prasa reakcyjna i ugodowa. Uwspółcześniono pisownię wedle obecnych reguł.

 

Gustaw Daniłowski (1871-1927) – pseudonim literacki Władysław Orwid. Pochodził z rodziny zesłanego w głąb Rosji powstańca styczniowego, od czasów studenckich w Warszawie i Charkowie działał w nielegalnych kółkach socjalistycznych. Od 1895 r. członek Polskiej Partii Socjalistycznej. Literat i publicysta, współpracownik m.in. „Głosu”, „Ogniwa” i „Prawdy”, współpracownik Stefana Żeromskiego, z którym w Nałęczowie prowadził działalność oświatową wśród ludu, wspólnie powołali tamże Uniwersytet Ludowy oraz stowarzyszenie oświatowe „Światło”. Uczestnik wydarzeń rewolucji 1905 r., podczas których w jego warszawskim mieszkaniu mieściło się biuro PPS. Po rozłamie w partii członek PPS – Frakcja Rewolucyjna. Więziony za działalność polityczną na Pawiaku, po uwolnieniu przebywał w Galicji, gdzie współpracował z prasą socjalistyczną („Trybuna”, „Naprzód”) oraz był autorem popularnych broszur biograficznych o bohaterskich działaczach polskiego ruchu socjalistycznego. Działacz Związku Strzeleckiego i Związku Walki Czynnej, po wybuchu wojny żołnierz I Brygady Legionów. W niepodległej Polsce urzędnik przy Naczelniku Państwa J. Piłsudskim. Wystąpił z PPS w roku 1927 wskutek różnicy zdań w kwestii stosunku do rządów Piłsudskiego. Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Niepodległości. Autor licznych publikacji prasowych i książkowych – poeta, prozaik, biograf.

2 komentarzy nt. “Zamach na Skałłona

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *