Eugeniusz Pieńkowski

Wspomnienia „Dziecka ulicy” z lat 1905-1907

[1932]

Urodziłem się w Łodzi, dnia 4 maja 1897 r., z ojca Bolesława i matki Bronisławy z domu Lewandowskiej. Łódź, jaką miałem możność oglądać w latach mojego chłopięctwa, pozostawiła w mej duszy niezatarty obraz ruchu wyzwoleńczego, choć już przed rokiem 1905 jako dziecko miałem możność dowiedzieć się dużo rzeczy z opowiadań mej matki. Dziadek jej bowiem za udział w powstaniu z 1831 r. został przez Moskali wywieziony do Rosji i tam w kopalniach Sachalina, przykuty do taczki, zakończył życie.

W roku 1905 mieszkaliśmy w mieście Łodzi, przy ulicy Gubernatorskiej nr 26, na czwartym piętrze. Okna nasze wychodziły na podwórze, z którego roztaczał się widok na pobliskie fabryki oraz pola i ulice – Pustą i Orlą. Do okien pierwszego piętra sięgała przybudówka; jedna część przybudówki należała do domu nr 26, druga do posesji nr 24. W posesji nr 24 w owej przybudówce mieścił się warsztat masarski (nieczynny), a w domu pod nr 26 były komórki, przeznaczone dla tych lokatorów, którzy zajmowali większe pomieszkania. Przybudówka ta, na pozór niewinna, odgrywała jednakże swoją rolę jako miejsce przechowywania broni i bibuły agitacyjnej oraz przyrządów do fabrykowania bomb. Materiał do fabrykacji bomb przynosili kuzyn mej matki, Humbert Rossi, i Stanisław Zybała (później rozstrzelany za udział w zamachu na naczelnika żandarmerii rosyjskiej w Łodzi). Przestrzeń pomiędzy komórkami (korytarz po lewej stronie muru, graniczącego z posesją nr 24) była wolna, a w ścianie pod dachem znajdowało się kilkanaście cegieł ruchomych, które się wyjmowało. Otwory w ten sposób powstałe prowadziły do kominów, umieszczonych wewnątrz przybudówki. W środku kominów powbijano gwoździe, na których można było zawieszać dość duże pakuneczki, a pakuneczek taki mógł wysadzić dom w powietrze, pozostawiając po sobie gruzy. Skrytkę tę wykombinował instruktor PPS Zybała i poza nim wiedzieli o niej tylko matka moja i kuzyn mej matki, Rossi.

Matka moja, pracując w fabryce koronek Geyera przy Górnym Rynku, zajęta była tam od godziny 6 rano do 6 wieczorem, później zaś pracę dostawała do domu, wobec czego i my musieliśmy pomagać w niektórych pracach matce, ale jak tylko można było wyrwać się na ulicę, wtedy wszystkie pola i ogrody, dozwolone i niedozwolone, były przez takich obdartusów jak my, dzieci ulicy, odwiedzane.

Nikt z najrozmaitszych zakątków Łodzi lepiej nie znał jak właśnie te dzieci ulicy. Jeżeli na jakim podwórzu gospodarz lub stróż zabronił grać w palanta lub w temu podobną grę, to nazajutrz wszystkie piece w tym domu dymiły, nie chciało się w nich palić, bo otwory kominów pozatykaliśmy cegłami, aby kamienicznik wiedział, że z nami nie warto zadzierać, gdyż umiemy się mścić. Czasami leżało się na brzuchu na dachu jakiej kamienicy, czekając, aż nadejdzie policjant lub czynownik, a wtedy nabierało się w usta grochu i przez długą szklaną rurkę wydmuchiwało się go danemu osobnikowi w głowę, tak że nie wiedząc, gdzie się ukryć przed pociskami, doprowadzany bywał do pasji. A nieprzyjaciel, leżący w ukryciu, był niedostrzegalny i nieuchwytny.

Filozofom się nie śniło o tajnych przełazach, ruchomych deskach w płotach, dziurach zastawionych prowizorycznie cegłami, gdzie można było przedostać się z jednego budynku do drugiego, i innych miejscach, znanych tylko nam. Jakżeż to mi się później przydało przy przenoszeniu bibuły lub wskazywaniu drogi mówcy, przybyłemu na wiec do którejś z fabryk. Wtedy to zjawiał się u nas w domu ktoś z partii i mówił: „Słuchaj, Gienek, przeprowadź tego a tego do fabryki Silbersteina lub Leonhardta, tylko uważaj, aby was szpiki nie nakryli”. Promieniałem radością, że komitetowy powierza mi tak ważną rolę.

Później, kiedy matka moja została wciągnięta do komitetu fabrycznego i do roboty konspiracyjnej, dopiero była uciecha. Powierzono mi przenoszenie bibuły do fabryk raz lub dwa razy w tygodniu. Dnia jednakże, kiedy bibułę przyniosą, nie znałem. Wtedy dopiero dowiadywałem się o tym, kiedy wieczorem przychodził ktoś z partii lub komitetu i wręczał ją mej matce, ta zaś rano wydawała mi szczegółową instrukcję, gdzie, jak i komu mam wręczyć, w jakiej fabryce i o którym czasie, na jakie hasło i odzew. Wówczas brałem koszyk, jakimi noszono śniadania i obiady do fabryk. Komitetowy danej fabryki, towarzysz robotnik, był już poinformowany, że bibułę przyniosę, i chodził między czekającymi bądź to z obiadem, bądź ze śniadaniem – zależało to od tego, o której porze dnia miałem doręczyć bibułę, i mówił niby żartem: – „masz, chłopcze, nosek jak ogóreczek”. Było to hasło. Wtedy zapytywałem: „jaki odzew?”. Odzew był „czerwony” i „biały”. Wręczając koszyk, nie czekałem na jego zwrot, tylko z miejsca ruszałem biegiem i, krążąc jak najdalszymi ulicami, wracałem dopiero po dwóch lub trzech godzinach do domu.

Byłem wychowany w takich warunkach życia, że nie znałem, co to łzy, ból, głód. Na łzy nie było czasu, na ból nie wolno było narzekać, bo nie było komu się użalić. A jeżeli dokuczał głód, to kładłem się na brzuchu i tak zasypiałem, oczekując powrotu z fabryki matki, która zawsze jakąś kolację ugotowała.

W dziewiątym roku mego życia zacząłem chodzić do szkółki prywatnej, która mieściła się w tym samym domu przy ulicy Gubernatorskiej, tylko o dwa piętra niżej. Kiedy zacząłem chodzić do szkoły, już potrafiłem dosyć dobrze czytać i pisać, gdyż uczyła mnie moja matka po ukończeniu pracy w fabryce. Z przyjemnością wtedy i ku udręce stróżów oraz rewirowego wypisywałem na chodnikach: „Niech żyje Polska!” lub „Niech żyje PPS!” itp. Jeżeli jednego dnia zmazali, nazajutrz na nowo mazać musieli. Za naukę, na którą uczęszczałem, płaciło się 25 kopiejek tygodniowo. Do owej szkoły chodziło 30 dzieci. Uczono nas czytania, pisania, rachunków i historii Polski – wszystko w języku polskim, tylko raz w tygodniu była lekcja języka rosyjskiego lub niemieckiego. Szkołę taką nazywano „Tajniak”, przy tym nie każdemu dane było dostać się do takiego „Tajniaka”. Trzeba było nie lada protekcji, nim kto się do niej dostał.

15 dzieci uczęszczało na naukę do południa, a reszta po południu. Nigdy z „Tajniaka” nie wychodziliśmy razem, tylko pojedynczo, i to w odstępach 3-5 minut jeden po drugim z książkami pod marynarką lub płaszczem. Tak samo nie wolno było nam się nigdzie zatrzymywać, z nikim rozmawiać, tylko leciało się biegiem do domu. Z książek przynosiliśmy tylko te, które były potrzebne na lekcję. Pamiętam pierwszy wykład o rozbiorze Polski, czynach Kościuszki, Poniatowskiego, Legionach Dąbrowskiego i różnych bohaterów narodowych. Trzeba było widzieć tych bębnów, z jakim ogniem w oczach i rozpromienionymi twarzami słuchali każdego słowa, wypowiadanego przez nauczyciela.

Pamiętam raz mieliśmy wykład o powstaniu 1863 r., o zsyłaniu całych szeregów powstańców na Sybir i o zakuwaniu ich do taczek, w których musieli pracować do końca życia. Pamiętam, że płakałem nad losem tych nieszczęśliwców. Do takich lekcji przygotowywano nas ze dwa tygodnie naprzód i tylko tych, którzy potrafili płynnie czytać, to jest najstarszych wiekiem. Wykłady te przygotowywano z wszelkimi środkami ostrożności. Tak np. w bramie stał jeden czujka i uważał, aby ktoś niepożądany nie wszedł do nas. Drugi stał na schodach, a trzeci przy drzwiach wejściowych do szkoły. Lekcje odbywały się bez jakichkolwiek zapisków, wszystko było mówione niegłośno, bo i tak panowała cisza, że można było słyszeć, jak pająk dusi muchę w drugim pokoju. Środki ostrożności stosowano dlatego, aby wczas ostrzec całe zgromadzenie w razie wsypy lub rewizji. Dymnik na dachu domu, w którym mieszkaliśmy, był zawsze otwarty i stół lub skrzynia przystawione pod nim dla szybszego wydostania się na dach, a na dachu czuł się człowiek jak u Pana Boga za piecem.

W roku 1906, zdaje się w miesiącu sierpniu lub wrześniu, było u nas zebranie bojówki, na którym między innymi byli instruktorzy bojówek Stanisław Zybała, Piotr Zybała, Humbert Rossi, Bitwa (pseudonim, nazwiska nie znam) i Marcin Wnuk, pseudonim Swic – starszy sanitariusz z Pogotowia Ratunkowego z ulicy Długiej, który był stale w kontakcie z partią. Jeżeli chodziło gdzie o robotę albo wydobycie rannego lub zatajenie nazwiska ranionego bojowca w potyczce z policją, Wnuk oddawał nieocenione usługi partii. Była to niedziela, godzina popołudniowa, tematem obrad było sprzątnięcie jednego z komisarzy. Wtem wlatuje Władysław Szczepanowski i powiada: „chłopcy w nogi, za kilkanaście minut będzie rewizja, bo widziałem, jak oddział wojska wraz z policją kroczy w kierunku waszego domu”. Wtedy dach był jedynym wyjściem dla wszystkich, stąd przedostali się na dachy następnych kamienic i rozlecieli się, jak każdy uważał za stosowne. Ucieczka ta zresztą była zbyteczna, bo rewizja była przeprowadzona nie w naszym domu, tylko w innej kamienicy.

Matka moja, należąc do komitetu fabrycznego, gdzie była przewodniczącą grupy kobiet oddziału fabryki Geyera, weszła w kontakt z poszczególnymi członkami Frakcji Rewolucyjnej PPS. Wyżej wymieniłem tzw. bliskich, a takich towarzyszy, których nazwisk lub pseudonimów nie pamiętam, było bardzo dużo.

W Pabianicach szykowano się do wystąpienia na dzień 1 maja. Wieczorem przybył do nas towarzysz Wojna z Humbertem Rossi, przynosząc z sobą kupę odezw, które rano miałem zawieźć do fabryk w Pabianicach celem oddania towarzyszowi Sznejderowi lub Maciejewskiemu, których znałem osobiście; adresów ich nie znałem, gdyż oczekiwać mnie mieli przed wjazdem do Pabianic, na szosie od strony Łodzi. Do Pabianic udałem się jedną z furmanek, które przewoziły towary z Łodzi przez Pabianice do Kalisza. Furami tymi było lepiej, tj. bezpieczniej jechać, niż koleją lub tramwajem, ponieważ w tych karawanach eksportowych mieliśmy ludzi zaufanych, którzy znów z Kalisza przewozili broń pochodzącą z Niemiec. Przybyłem do Pabianic na wskazane mi przez towarzysza Wojnę miejsce, lecz po półgodzinnym czekaniu nikogo nie spotkałem. Wobec tego ruszyłem w kierunku miasta.

Odezw, bitych na hektografie, miałem około 300 sztuk – część w tornistrze szkolnym, część zawiniętą w papier. Nie widząc towarzyszy Sznejdera i Maciejewskiego, którzy bibułę mieli odebrać, postanowiłem rozrzucić ją pomiędzy robotników w czasie wyjścia ich z fabryk na obiad. Nie miałem takiego polecenia, ale rozdawanie proklamacji pomiędzy robotnikami, a nawet żołnierzami, nie przedstawiało się tak tragicznie, jak to sobie niektórzy przedstawiają. Gorzej było przenosić i być przyłapanym na gorącym uczynku, bo wtedy groziła ciupa murowana. Ale zmieszać się z kupą robotników i rozrzucić pomiędzy nimi odezwy było dla mnie fraszką.

Kiedy przybyłem na rynek, uderzył mnie niezwykły ruch ludzi, sklepy gdzieniegdzie były pozamykane, przy moście stał oddział dragonów, na rynku, a także przed więzieniem (obecnie Magistrat) były skonsygnowane oddziałki policji i dragonów. Poza tym na głównej ulicy widziałem tłum robotników, od którego dolatywała wrzawa i pieśń „Czerwonego Sztandaru”. Chciałem dostać się do tłumu robotników, aby między nimi rozdać bibułę i wrócić do domu. Przez most w kierunku tego tłumu iść nie mogłem, gdyż można było narazić się na wsypę, wobec czego okrążyłem rynek i most na śmierdzącej strudze wody, tak zwanej rzece Dobrzynce, zanieczyszczonej przez fabryki. Bocznymi ulicami dostałem się pomiędzy tłum robotników, rozdając na lewo i na prawo proklamacje, tak że w ciągu kilku minut nic mi nie pozostało z przywiezionego zapasu.

W czasie rozdawania odezw przez tłum przeciska się do mnie towarzysz Maciejewski i powiada: – „chłopcze, od dwóch godzin czekamy na ciebie, a ciebie nie ma, skąd się tu wziąłeś?”. Zaledwie zdołałem mu wytłumaczyć nasze rozminięcie się w drodze, kiedy policja z wojskiem przypuściła szarżę na tłum, który znów ze swej strony odpowiedział gradem kamieni i strzałami rewolwerowymi. Ratując się ucieczką przed szarżą dragonów, tuż koło mnie upadła dziewczyna-Żydówka, której kula przeszyła szyję. Upadając, rozbiła dzbanek z mlekiem, które pomieszało się z wypływającą z szyi krwią.

Towarzysz Maciejewski, uciekając razem ze mną, prędzej się zmęczył aniżeli ja, wobec czego zaprowadził mnie do swojej matki, która dała mi jeść, za co byłem jej bardzo wdzięczny, gdyż naprawdę byłem bardzo głodny, ponieważ od rana do popołudnia nie miałem absolutnie nic w ustach. Około godziny 4 popołudniu odesłano mnie furą powracającą do Łodzi, gdzie matka moja oczekiwała mnie z niepokojem. Tak się zakończyła moja eskapada pabianicka.

Później nawiązaliśmy kontakt z poszczególnymi komitetami lub członkami partii w Łasku, Sieradzu, Zgierzu i Ozorkowie, dokąd woziłem bibułę agitacyjną. W Łasku oddawałem bibułę pewnemu weterynarzowi, który, jak słyszałem później, został wywieziony do Rosji i skazany na 18 lat katorgi – nie tyle za kolportaż bibuły, ile za ułatwianie poborowym ucieczki z armii rosyjskiej i namawianie ich do tego. W Zgierzu i Ozorkowie dostarczałem bibułę przeważnie towarzyszom robotnikom z fabryk. Najczęściej bibułę agitacyjną przynosiła z partii kuzynka moja, Teresa Rossi, którą później skazano na wysiedlenie z granic państwa rosyjskiego jako poddaną włoską, ale nic to nie pomogło, gdyż wróciła potajemnie i prowadziła dalej robotę agitacyjną wśród robotników. Policja, dowiedziawszy się o jej powrocie, aresztowała ją powtórnie i wyrokiem sądu skazano ją na trzy lata więzienia, które odsiedziała w Piotrkowie. Obronę prowadził adwokat Piotr Kon z miasta Łodzi.

Drugą poważną działaczką była Maria Skiba, przewodnicząca komitetu, która dostarczała bibułę i była później aresztowana w fabryce Silbersteina na zebraniu robotników. Podczas przeprowadzanej w jej mieszkaniu rewizji policja znalazła różne pieczątki i stemple partyjne oraz materiał agitacyjny, za co dostała 3 lata więzienia i zsyłkę w głąb Rosji.

Z tych, o których tu piszę, większa część nie żyje: jedni pomarli w ciemnych kazamatach więzień rosyjskich, inni w kopalniach złota Leny lub przy wyrębie lasów na Sachalinie. A jeszcze inni zostali na miejscu rozstrzelani lub zginęli z bronią w ręku na posterunku. Z tych, których znałem, najwięcej jest rozstrzelanych. Tak rozstrzelani zostali: Władysław Szczepanowski, Stanisław Zybała, Bitwa (pseudonim), Humbert Rossi, skazany na pięć lat katorgi, później został zastrzelony na zsyłce. Franciszek Grocholski, pseudonim Lis, otrzymał trzy lata zsyłki, Stefan Rossi został skazany na kilkuletnie więzienie i wydalony z granic państwa, jako poddany włoski. Piotr Zybała został zastrzelony w Łodzi przy ulicy Widzewskiej 48. Tropiono go jak dzikiego psa. Ścigany ze wszystkich stron, ukrywał się gdzie mógł, a dość często i u matki mojej. Był to jeden z tych bojowców, którzy brali udział w napadzie na pociąg w Rogowie. Pomimo że partia kazała mu wyjechać za granicę, jednakże wyjazd odkładał, a powodem tego odkładania, jak mówił, miało być kropnięcie jednego z komisarzy łódzkich, który przyczynił się do rozstrzelania jego brata, Stanisława Zybały. Piotr Zybała sprowadzał do Łodzi broń z Niemiec przez Kalisz lub Słupcę. U nas mieścił się cały arsenał broni w początkach 1906 r., lecz ze względu na to, że w domu zamieszkiwanym przez nas w 3/4 zamieszkiwały rodziny należące do ND, a wśród nich było dużo bojowców endeckich, którzy znów znali bojowców z Frakcji, więc aby nie wynikła wsypa spowodowana przez tych pierwszych, arsenał został przeniesiony częściowo do rodziców Piotra Zybały, częściowo zaś przechowywał go Marcin Wnuk (pseudonim Swic) z Pogotowia Ratunkowego, który został później zesłany na 3 lata do Rosji, jako pomagier partii. Piotra Zybałę bardzo lubiłem, bo nie tylko otrzymywałem łakocie i pieniądze od niego, ale on to nauczył mnie strzelać z browninga i zapoznał z całą jego manipulacją. Opowiadał mi dużo, jak trzeba być dobrym Polakiem, jakimi środkami i poświęceniem wyzwolić Polskę spod panowania moskiewskiego. Nauczył mnie piosenki, częściowo przez niego, częściowo przez innych ułożonej. Piosenka ta dotyczyła roboty w Rogowie, a zaczynała się od słów, z których po tylu latach coś niecoś jeszcze pamiętam:

Stacja Skierniewice, a przystanek Rogów

A z tamtych stron jechał pociąg

W tym bomba eksploduje i wagon się rozsypuje,

A nasz naczelnik [1] każe nam strzelać pif-paf, flotę bierz!

Dalej, chłopcy bojownicy, browningi za pas

Rąbcie szpicli i Moskali, bo już nadszedł czas.

Ze śmiercią Piotra Zybały policja łódzka odetchnęła, gdyż był dla niej prawdziwym biczem bożym, albowiem niejeden, który chciał „usmirit’ buntowszczykow”, padł z jego ręki i więcej „Matuszki Rassiei” nie zobaczył.

Idąc ulicą Gubernatorską w kierunku ulicy Widzewskiej (obecnie ul. Kilińskiego), na rogu po lewej stronie widać było, o ile sobie przypominam, czteropiętrowy dom, a po prawej stronie ulicy ciągnął się płot od domu, w którym mieściła się „Zgoda” – kooperatywa Narodowej Demokracji, główne siedlisko bojówek endeckich. Na samym rogu w płocie była budka z węglem i owocami, w której miałem kolegę – skończonego obwiesia, lecz dobrego sercem chłopca. Gdyby jego ojciec wiedział, jak jego syn zachowywał się podczas jego nieobecności, to – jestem przekonany – wyrwałby sobie resztki włosów z głowy. Na wprost ul. Gubernatorskiej, którą przecina ul. Widzewska, stał mały jednopiętrowy domek, w którym mieściła się restauracja III rzędu. W dzień 1 maja 1907 roku na wprost restauracji zawieszono na drutach telegraficznych czerwony sztandar. Kiedy dowiedziałem się od Fr. Pawlaka, mego kolegi (obecnie prezes Związku Inwalidów Wojennych w Łodzi), że na Widzewskiej wisi sztandar, jakiś chochlik szepnął mi do ucha, by zabrać z sobą rurkę szklaną i groch i pobiec do kolegi, który rezydował w budce z węglem. Gdy przybyłem na miejsce, zastałem go manipulującego przy płocie wychodzącym na ul. Widzewską. Wypychał sęk w płocie, aby przyjrzeć się zdejmowaniu sztandaru przez Moskali. Zza płotu zaczęliśmy przypatrywać się, jak patrol wojskowy usiłuje ściągnąć sztandar na ziemię. Pomimo dość długich i bezowocnych zabiegów sztandaru w żaden sposób nie mogli ściągnąć. Kiedy nadjechał wóz od rozwożenia piwa, zdaje się z browaru Ansztata, zatrzymano go w przejeździe i jeden z Moskali wszedł na jego dach i przy pomocy tyczki usiłował sztandar ściągnąć. Zaraz z początku zauważyłem, że konie przy wozie są jakieś niespokojne, czy to z powodu łopotania sztandaru, czy też Moskala znajdującego się na dachu wozu i wymachującego tyczką. Niedużo brakło, aby żołnierz sztandar uchwycił, wobec czego, śledząc jego manipulacje zza płotu, postanowiliśmy przeszkodzić zdjęciu sztandaru. Obejrzałem się wokoło, czy nas kto nie siedzi, spod marynarki wyciągnąłem rurkę, włożyłem groch w usta i począłem celować koniowi między uszy. Efekt był nadspodziewany. Pierwszy groch odbił się o okulary przy naczółku, drugi groch przeniósł, dopiero czwarty trafił konia w samo ucho. Koń ruszył z miejsca, powodując upadek Moskala z dachu wozu na ziemię. W ciężkim stanie odwieziono go do szpitala. Po kwadransie zjawił się oddział kozaków i przy pomocy związanych lanc sztandar zdjęto z drutów telegraficznych.

Dzień ten zakończył się pogromem braci tercjarzy przez szpicla Mikołaja, przezwanego później „Mikołajem z tłuczkiem”. Kółko tercjarzy w liczbie około dwudziestu osób oddawało się modlitwie. Szpik Mikołaj, przeprowadzając rewizję, natrafił na to zebranie, a sądząc, że jest to wiec, dobrał się modlącym braciszkom do skóry. Zmęczony biciem ręką, złapał tłuczek od moździerza i nim zaczął grzmocić co wlazło Bogu ducha winnych braciszków.

Po aresztowaniu mego kuzyna, bojowca Stefana Rossi, partia dała mej matce osiemdziesiąt rubli, aby wyprowadziła się z Łodzi, co też uczyniła. Chodziło o to. że jeden z bojowców wygadał się po pijanemu, jakoby u nas można było nocować w razie deptania przez policję po piętach. Początkowo mieliśmy zamiar wyprowadzić się do Częstochowy lub Skierniewic, lecz matka moja zdecydowała się na Pabianice, mnie zaś wysłała do mego wujka do Skierniewic, u którego byłem przez dłuższy czas, dopóki represje w Łodzi nie zmniejszyły się do pewnego stopnia.

***

Po tylu latach niewoli i upokorzenia narodowego sen mego dzieciństwa spełnił się wreszcie w roku 1915, kiedy do Piotrkowa wmaszerował oddział żołnierzyków z pieśnią na ustach:

Na bok wisielcy, bo idą strzelcy

Hej strzelcy, hej strzelcy wraz

Siwe mundury, a w butach dziury

Bo strzelcy, bo strzelcy kochani są.

Eugeniusz Pieńkowski
________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Niepodległość – czasopismo poświęcone dziejom polskich walk wyzwoleńczych w dobie popowstaniowej”, tom VI zeszyt 2 (13) 1932. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Przypis:

[1]: Kwapiński.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *