Edward Szymański

Wiersze

LOKAUT

W gabinecie pana prezesa
siadła Rada Nadzorcza spółki.
Ktoś słuchawkę szarpał i wieszał.
Ktoś zdejmował foliały z półki.

Chodzili, radzili głośno
grubi, łysawi panowie.
Jarzyło się światło w oknach
przez ciężkie firanki powiek.

Po miękkich, puszystych dywanach
stąpali poważnie, powoli,
oglądali wykresy na ścianach,
rozkładali ceduły na stole.

Obliczali w dolarach i centach
koniunkturę, kapitał i czas.
Dywidendę w promilach, procentach,
zsumowali raz i jeszcze raz.

Szeleściły im akcje w dłoniach,
dym cygar nad głowami się wieszał –
służba roznosiła koniak
w gabinecie pana prezesa.

*

Szarym świtem w zamarłej fabryce
była cisza zimna, szeroka.
Przed bramą stał pluton policji,
nad bramą wisiał napis: „Lokaut”.

Były słowa o kryzysie, o płacach,
słowa mądre, wyraźne jak druk.
Pan przodownik przeczytał, rzekł: „Racja!”
Policjanci stali z bronią u nóg.

*

Przydreptali – szeptali półgłosem
robociarze zwyczajni, bladzi:
że tej nędzy jeszcze widać nie dosyć,
że widocznie nie ma już rady.

Pan przodownik kazał rozejść się. Poszli.
Głód im patrzył z oczu wyblakłych.
Nie wiedzieli, że dla Rady Nadzorczej
w tym sezonie grubszych premii zabrakło.

Że pan prezes miał słuszną pretensję,
w kalkulacji wziąć nie mniej, a więcej.
Że musiałby dyrektorom z pensji
zdjąć po głupie kilkanaście tysięcy.

*

A za miesiąc, gdy już brać roboczą
głód mocno zdławił w postronkach,
wieść gruchnęła, że w fabryce rozpoczną
znów przyjmować (na nowych warunkach).

 

 

MANIFEST

Któż nam kazał, mdlejącym pod bramą,
trupią twarzą patrzeć w uśmiech dni,
kiedy wszystko, wszystko jest tak samo –
słońce, lipiec i zapach żniw?

Kto nam kazał padać z głodu na bruku,
kiedy w polu rośnie pszenny chleb?
Kto i z czego takie prawo ukuł,
że my mamy zdychać, bo jest źle?

Na gardłach naszych twardo zacisnął kleszcze głód,
na twarzach bruzdy, jak kraty, orała rozpacz i nędza.
Spojrzenia są jak pięści i biją tylko w przód –
nie wolno wołać pracy – nie wolno: policja rozpędza!

Nie chcemy żadnej jałmużny, nie czekamy znikąd pomocy,
musi być jutro lepiej, jaśniej, czyściej, pogodniej!
Wstanie szkarłatne słońce po ciężkiej burzliwej nocy
i nikt nie będzie bezdomny, szczuty jak pies – i głodny.

Zahuczą wszystkie maszyny, z kominów w niebo dym strzeli,
nasze będą fabryki, domy i słońce, i ziemia.
Chlebem i szczęściem – nie złotem – wszyscy będziemy się dzielić. Towarzysze! Nadchodzi dzień przemian!

 

 

GROMADA

Wielkie miasto, duszne gniazdo nasze,
nie karmiło nas mlekiem i miodem.
Suterena, piwnica, poddasze –
oto wille i pałace nasze,
witające wilgocią i chłodem.

Rzadko do nas schodziło z obłoków
słońce: jasny, pozłocisty gość.
Za to co dzień, od rana do zmroku,
wdychaliśmy powietrze rynsztoków
i dziś już mamy go dość.

Nikt się z nami nie pieścił, nie cackał,
nie mieliśmy guwernerów i bon.
Nie chowano nas z francuska, z niemiecka,
ale wszyscy rozumiemy od dziecka,
co to lokaut, strajk, akord i lon.

Salonami nam były podwórza;
kurz nas dławił i deszcz nas moczył,
i nikt nie mdlał, nikt się nie oburzał,
że się dzieciak w zaduchu nurza
i że głód mu zagląda w oczy.

Wykarmiony dzieciństwa zakalcem
każdy z nas już zła i dobra świadom.
Dziś już wiemy: żyć, to żyć w walce,
dziś już w pięści ściskamy palce
i naprzód idziemy gromadą.

 

 

PIEŚŃ MŁODZIEŻY

Z podmiejskich uliczek, z wilgotnych kamienic,
gdzie ciała i dusze brud gryzie i pleśń –
ku słońcu idziemy, skąpani w zieleni,
by ciała i dusze, i życie przemienić,
przez słońce, zieloność i pieśń.

Uczymy się kochać, pracować i tworzyć,
budować, co dobre, i burzyć, co złe –
być wolnym, nie nosić na karku obroży
i słońcu na oścież drzwi serca otworzyć,
rozproszyć pomrokę i mgłę.

Zgnieciemy, co w drodze do celu nam stanie,
i sił nam nie zbraknie, by zawsze iść w przód –
aż ziemia się cała uśmiechnie, a na niej,
gdy prawda i radość, i miłość nastanie –
po stokroć opłaci się trud.

My gromady czerwonej młodzieży,
przyszłości przednia straż!
Kiedy czynu godzina uderzy –
czyn nasz i tryumf nasz!
Nic za nami – wszystko przed nami.
Gdy dojdziemy sił pełnych i lat,
własnymi ramionami
ruszymy, dźwigniemy świat!

 

 

 

OJCIEC I SYN

Mamy obaj szerokie ramiona,
twarde dusze i twarde dłonie.
Tylko ojciec ma plecy zgarbione
i gdzieniegdzie siwy włos na skroni.

Odkąd sięgnę pamięcią, co rano,
gdy na Woli zabrzmią syren ryki –
ojciec wstaje, idzie do fabryki
kuć żelazo dłonią spracowaną.

…Tak niedawno byłem jeszcze pędrakiem;
sam pamiętam w życiu wiele stacji.
Tylko ojciec był zawsze jednaki,
zawsze silny i zawsze miał rację.

Dla tych dni, które nadejść muszą,
którym dziś już czas na bój i sąd rość,
dla jednego celu, jedną duszą,
ojciec kuje żelazo, ja – mądrość.

Kiedy krzywd się ocean zapieni,
wstanie burza od brzegu do brzegu –
w szarym tłumie ramię przy ramieniu
syn i ojciec staniemy w szeregu.

 

 

 

TRANSPARENT PIERWSZOMAJOWY

Jeszcze raz nam, wiosno, wyrastasz
na miedzami poszarpanych polach,
jeszcze raz nad kominami miasta
zawiśnie słońce – malowany dolar.

Jeszcze raz się uśmiechniesz bezzębnie
rozwieszoną nad domami pogodą.
Nóg milionem na bruku zabębni
głuchy werbel robotniczym pochodem.

Jeszcze piersi goryczą zapieką,
spali krzywda, przygniecie niemoc.
To nie niebo na ziemi – piekło!
To nie wiosna – burza nad ziemią!

Święto pracy w lokautów wyścig,
święto wiosny w święto rozpaczy
idzie oczy ze złudzeń oczyścić,
krokom krótką drogę wyznaczyć.

Jasna wiosno, wiosno ponura,
rozigrana kolorów grą!
Wolno wzbiera nad nami w chmurach,
ciężko rośnie szkarłatny grom.

Niecierpliwym krzykiem pobudki
przeleć dzisiaj po wsiach i miastach.
Mocno w piersi powietrza! Czas krótki!
Na zegarze za pięć dwunasta.

 

 

 

BUDŻET

Paragrafy, punkty, resorty,
strony, skróty, pozycje,
na szkoły, sądy, paszporty,
na wojsko i na policję.

Rata dla Pierpont Morgana,
monopol, stempel, cło,
pożyczka zapałczana,
PKP, PKO.

Po śliskich kartach po cichu
szeleści szeregiem zer
bilans, rozchód i przychód
rządzących, liczących sfer.

Gruba, czerwona księga –
drobniutki, czarny druk.
Porządek, władza, potęga,
waluta, orzeł, Bóg.

Tysiące, miliony złotych,
tysiące, miliony cyfr –
dla zwykłej ludzkiej biedoty
niezrozumiały szyfr.

Nigdzie nie pisze: węgiel,
nie pisze: buty, chleb.
Zgrzyta czerwona księga
po życiu jak po szkle.

W wielkim gmachu przy ulicy Tej
skrobie piórkiem półślepy urzędnik.
(„…w tym miesiącu mogłoby być lżej,
gdyby jakoś to wszystko opędzić.

…Chociaż — żona znów zaszła na złość…
…i z komornym zalegam za kwartał…;
…szef powiedział, że ma mnie już dość…
…takie tępe są schody na czwartak…”)

Wąskie plecy pochylił nad stół,
Coś mu teczki z aktami przesłania…
Pisze dalej, przekrzywiony wpół,
w śmieszny, czarny znak zapytania.

Kiedy przyszli Kubie na Kępie
za podatki wziąć ostatnią krowę,
twarz jak pięść zaciśniętą zasępił,
nie odezwał się jednym słowem.

Tylko głupie, chłopskie dzieciska,
nieporadne jak wesz na kożuchu,
uczepiły się krowiego pyska,
nijakiego nie znając posłuchu.

Tylko baba jak głodna suka,
gdy już wzięli krasulę i znikli –
skowyczeniem nagłym wybuchła
i podniosła pięść jak wykrzyknik.

Pan starosta był właśnie na sumie,
gdy przed głównym, miejskim urzędem
bezrobotni stanęli tłumem,
policjanci stanęli rzędem.

Bezrobotni nie mieli pałek,
bezrobotni nie mieli pensji,
nie wołali: niech żyje [Marszałek],
tylko coś tam pletli bez sensu.

Pan starosta powrócił z kazania
o miłości bliźniego (jak siebie) –
kazał tłum policjantom rozganiać,
plac oczyścił [bagnetów] grzebień.

Tylko w śniegu zdeptanym zostały
kropki czarne i kropki czerwone,
które ktoś tam zapomniał postawić
w grubej księdze na każdej stronie.
*
Tylko ktoś, kto wyliczał deficyt
i wydatki konieczne, państwowe,
wpisał jeszcze w budżecie policji:
dwa miliony [na pałki gumowe].

 

 

 

REDUKCJA

Wyliczyli na Radzie Ministrów
(preliminarz, koniunktura, bilans),
że zabraknie milionów trzystu
i że nie ma czym rezerw zasilać.

Wyliczyli, uchwalili zgodnie
przetasować uposażenia –
gdzie obniżyć trzeba, gdzie podnieść
wyrównanie, stawki, scalenia.

Wojsko, kościół, policja, sądy –
kolej, szkoły, fundusze, renty
– obliczyli czysto, porządnie,
w cyfrach globalnie ujętych.

Potem każdy szef departamentu
dostał z góry wykaz, okólnik,
aby budżet o x procentów
„skomprymował” i podał ogólnie,

w jakim stopniu, na jakim wydziale
może z płacy, diet i zapomóg
zmienić rozchód. Podano dalej:
zwiększyć, zmniejszyć – i ile komu.

Szef tarł czoło i wąsy kręcił,
palił „sfinksy”, po biurze chodził –
pochylali się referenci,
stukały underwoody.

A w biurze wiał strach, a z biura
po warsztatach, zakładach, dyżurkach
nad głowami kołował ponuro
dym ze „sfinksa” z szefowego biurka.

A pierwszego co ósmy, co czwarty
brał przy kasie z rąk zgrabnej panny
obok pensji króciutką kartkę:
„…od dnia… (data) …zredukowany”.

A drugiego na Radzie Ministrów
wykaz PUPP lakonicznie obwieścił:
bezrobotnych tysięcy czterysta
powiększyło się znów: sto, dwieście…

A trzeciego tysiąc, dwa, cztery
– wsi nie licząc w czarnym bilansie,
szeleściły suche papiery,
że na więcej, wciąż więcej szans jest.

A czwartego Ministrów Rada
(koniunktura, bilans, preliminarz)
uchwaliła, że znów wypada
(brak pokrycia) redukować, obcinać.

 

 

 

BOLESŁAWOWI LIMANOWSKIEMU

Kołysały cię dzwony
kołysanką pomroczną.
Europie na gardle
krwawym butem stał car.
Huczał pomruk po ziemi,
że chcąc walczyć nie spoczniesz,
że sił ludzkich za mało
dla wolności umarłej,
że wystarczy, wystarczy
kul, szubienic i mar.

Uczył ciebie słów pierwszych
język strachu i zdrady,
szeleściły, skrzypiały
ruble, szable i stryki –
śmiało, śmiało rósł w piersi
płomień zimny i blady –
wolne słowa kipiały krzykiem.

Nie ugiąłeś w dół czoła,
nie złamały cię klęski –
gdzie bunt płonął, tam miałeś przystań.
O krew wołał, krwią wołał
niezwalczony, zwycięski
twój duch, wieczny rewolucjonista.

Czy pamiętasz? przy tobie
barykady Paryża
pierwszy raz sztandarami
zakwitnęły czerwono,
by na zawsze, na zawsze
dumnie świecić nad nami,
bój ostatni milionom
przybliżać.

Czy pamiętasz? Spod ziemi,
więzieniami zduszonej,
w zęby bogom i katom
biły bomby alarm śmiertelny?
Patrz: wiek minął. Idziemy
pięścią proletariatu
kwity pisać czerwone
za każdą bombę oddzielnie.

Za głód, knuty, za złoto,
za to samo, co wtedy,
gdy nad twoją kołyską
biły dzwony na Kremlach.
Nie zmieniło się wiele,
tylko koniec już blisko –
tylko morzem, nie rzeką,
będzie wkoło się krew lać.

Po Madrytach, po Wiedniach
bruk jak proch się zapala.
Sto lat dla rewolucji
nie na darmo przeżyłeś.
Towarzyszu – spoglądaj!
Już przed nami, nie z dala
wykopaliśmy dzisiaj
wszystkim carom, żandarmom
świeżuteńką, głęboką mogiłę.

Taki wiek, jak ty, przeżyć,
by przez uśmiech popatrzeć
na sto lat, jak na księgę,
krwią pisaną i ogniem  —
warto było najszerzej
w mrocznym dziejów teatrze
jak ty – serca pochodnię podnieść!

 

 

 

CURRICULUM VITAE

Przemierzyłem cię całą,
przemieszkałem cię na dnie,
oczadziały w twoich fabryk dymie,
Tupot nóg robociarskich
wołał tętnem gromadnym
wspólne
życia naszego imię.

Z rana
od gwizdu syren huczały dni w gorączce
w tysiąc młotów
po sekund blachach,
za kominem Ursusa wstawało obce słońce,
zachodziło
za komin Gerlacha.

Srebrnym rublem księżyca wieczór za oknem
dyndał
jak podwyżka ojcowego lonu.
W mrok charczący
sen nocą
zwoził sprawnie, jak windą,
wszystkich chłopców z fabrycznego domu.

Było takie podwórze tuż pod ścianą przędzalni,
komórka,
nad komórką sadza,
dom – jak sztandar, czerwony,
dach – jak sztandar, czarny
rosnąć nikt nie przeszkadzał.

Za późno drzwi szwejserni przyszedł mi otwierać
dzień-poganiacz o rękach pilnych.
Czeladnik w hali idei robię po fajerant,
papier – warsztat, a pióro – pilnik.

Nauczyłaś mnie,
Wolo,
spojrzeń przez dym najprostszych,
słyszeń czujnych,
jak idzie robota.
Dla ciebie słowa moje chcę
jak noże
naostrzyć
i położyć przy twoich młotach.

 

 

 

DWA BANKI

Naprzeciw siebie stały, na jednej ulicy,
dwa banki: spółdzielczy i prywatny – ale –
niepodobne do siebie wcale! –
Spółdzielczy się mieścił w zwykłej kamienicy,
prywatny zaś w pałacu, lśniącym od neonów,
od marmurów i betonów,
ze schodami wysłanymi dywanami…
Gabinet prezesa – bajka!… Dyrektora – druga!…
Poczekalnia dla publiczności
z hebanu – 10 metrów szeroka i długa…
I – Bóg wie – ile jeszcze innych wspaniałości!

Stosownie do wyglądu – każdy miał inne metody
lokowania pieniędzy i inne rozchody.

Prywatny – grał na giełdzie, robił operacje
na kursach – to kupował, to sprzedawał akcje…
Finansował przeróżne spółki, a dochody –
szły na pensje dyrekcji, wille, samochody,
kolacyjki, obiadki, jazdy za granicę,
i różne inne takie i podobne cele…

Spółdzielczy – nabywał papiery państwowe
i finansował kraju rozbudowę:
spółdzielnie, szkoły, fabryki, warsztaty,
osiedla i kamienice…

A teraz powiedzcie, proszę, przyjaciele,
który z tych obu banków, waszym zdaniem,
bardziej pożyteczny i większe wzbudza zaufanie.

 

 

 

ODA DO ROMANA DMOWSKIEGO

Czyjeż to imię w kadzideł dymie
płonie wieczorem i z rana?
Komuż to farby drukarskiej strugi?
Czyjeż zasługi,
jak kraj nasz długi?
Imię, zasługi
Romana.

To Ty, Romanie, jeszcze za „taty”
– poddaństwem gardząc podłem –
o Lud, o Wolność szedłeś za kraty,
świecąc w twarz krwawą autokraty
Niepodległości godłem.

Toś Ty drukował nocą w piwnicach
odezwy, co piekły w ręce.
Tobie knut groził i szubienica.
Tyś przez granicę płomień przemycał,
Ty jeden i nikt więcej.

Gdy w piątym roku od żółtych szabel
carat brał cięgi co dzień –
skomlało w Pitrze wszystko, co słabe,
a Tyś traktował z japońskim sztabem
o polski legion na Wschodzie.

Tyś dużo czynił i mało gadał,
z niewolą się nie godząc.
Historii prawdę oddać wypada.
Pod kim w bój poszła Pierwsza Brygada,
jak nie pod Twoją wodzą?

W dwudziestym roku krwawe zmagania
chwałą okryły niewielu.
Gdy folksfront zmiatał het, do Poznania,
tyś od Warszawy Moskwę odganiał
na czele NZL-u.

Kiedy Piłsudski na III moście
stał, by kark skręcić swawolom –
Tyś mu Warszawę otwarł na oścież
i w Belwederze częstymś był gościem,
witanym chlebem i solą.

Chwała Ci, chwała, Wielki Romanie,
równa Batorym i Chrobrym.
Kiedy tu nasza władza nastanie
wszystkich do żłobu puść nas, kochanie,
i bądź nam władcą dobrym.

 

 

 

WIERSZYK PIESZCZOTLIWY
do pracownika, który unika pracowniczej organizacji

Kiedy odbierasz pensję,
ciesz się, że jeszcze tak dużo!
Stłum w sobie ciche pretensje
na świat, na życie, na urząd.
Jeszcze by mogło być mniej
w ogóle mogli cię wylać.
Przez chwilę oddychasz lżej.
Krótka to chwila…

A potem praca na nowo
i co dzień więcej trosk:
nie starcza na to, na owo,
kurczy się każdy grosz,
kobieta głowę ci suszy,
dzieciaki chcą więcej jeść…
coraz ci ciężej na duszy,
coraz ci trudniej znieść.

Nie robisz od innych więcej,
nie robisz lepiej – uważaj!
Patrz wszystkim innym na ręce,
rozglądaj się po twarzach.
Im praca przynosi godność,
braterstwo wspólnej roboty –
a tobie może wygodniej
odsunąć się od hołoty.
Gdy robią co – z obowiązku.
A ty rób wszystko ze strachu.
Oni należą do związku,
a ty sam jesteś, brachu.

Gdy przyjdzie szef lub kierownik –
patrz, gdzie oczami strzyże,
i bądź usłużny na gębie.
Ty się pokłaniaj najniżej,
ty bądź (o innych) wymowny,
ty właź bez mydła najgłębiej.

Oni się uczą wspólnoty,
szacunku dla praw i prawd –
a ty, aniołku mój złoty,
płyń mętną wodą wpław.
Dla siebie, tylko dla siebie!
Partaj robotę i kłam.
Myśl tylko o swoim chlebie,
a los poprawi się sam.

Gdy cię nieszczęście spotka,
gdy cię z roboty wyleją –
nie będzie na to środka,
żegnaj się, bracie, z nadzieją!
Nikt się za tobą nie ujmie,
nie poprą cię swoi chłopcy –
zginiesz w nędzarskim tłumie
niepotrzebny nikomu
i obcy.

 

 

 

O DWÓCH SĄSIADACH CIEKAWA BALLADA

Robotnik w fabryce kurzu,
Apolinary Pętelek,
wyszedł z mieszkania w niedzielę
I chodził po podwórzu.
Może by poszedł i dalej
na ulicę, we świat, na zabawę,
lecz palta nie miał wcale,
a buty miał – dziurawe.
Zaglądał do sąsiadów,
wstąpił tu raz, tam raz,
aby tak gadu-gadu
schodził niedzielny czas.

Sąsiedzi pana Pętelka
wraz z nim utyskiwali,
że bida, bida wielka,
że co to będzie dalej?

Apolinary Pętelek
razem z innymi biadał,
klął, wzdychał, sapał, fukał –
aż przez pomyłkę zapukał
do drzwi nieznanego sąsiada.

Sąsiad otworzył drzwi.
Pętelek chce go przeprosić,
jąka się – marszczy brwi –
omyłka – chce się wynosić.

Sąsiad nie gniewa się wcale,
że obcy, że nagle gość.
– Proszę – powiada – dalej!
Patrzy Pętelek – mieszkanie,
dywanik, kwiaty na oknie,
lśniąca podłoga.
– Wybacz pan, miły panie
– panie sąsiedzie – widocznie
pan bogacz?

– Nazywam się Jan Spółdzielski.
Robotnik jestem jak pan.
Żywot mój nie jest anielski,
lecz wiele bogactwa mam.
Chociaż nie jestem bankierem
(pracuję ciężko na chleb),
mam własnych fabryk szereg,
skład mam niejeden i sklep.

Fabryki moje – sąsiedzie –
są tu, w Włocławku i w Kielcach.
Wspólników mam – przyjacielu –
jest nas w ojczyźnie wielu,
a – każdy – to spółdzielca.

Pętelek Apolinary
powiada: – Czyżem zwariował?
Sąsiedzie! Toż nie do wiary
fabryki mieć i pracować!
Przecież pan zyski źle liczy!
Pan winien mieć moc złota,
nie mieszkać w tej kamienicy,
gdzie przecie taka biedota!

– Oj, panie Apolinary!
Źle pan zrozumiał me słowa.
Ja jestem z roboczej wiary
i chcę, i umiem pracować.
Wszystko, co pan tu ogląda,
z uczciwej pracy powstało.
Tylko o moich poglądach
rozumie pan zbyt mało.

Fabryki, jakie ja mam,
i przyszłość moją jasną
może mieć i pan sam
– to nasza, spółdzielcza własność.

Razem zbratani, możemy
wszystko zbudować śmiało,
wziąć w ręce cały przemysł,
wziąć w garście Polskę całą!
Że pan, że inni są biedni,
ktoś na tym przecie korzysta!
A wie pan kto? Pośrednik
i gruby kapitalista.

– Oj, racja! Dużo racji!
Tłumaczyć nie trzeba komu!
A jak ja mogę w tej pracy
i wam, i sobie pomóc?

– Hej, miły panie Pętelek!
Człowieku z roboczej masy!
Na dzień powszedni, niedzielę,
gdzie pan kupuje zapasy?
Z jakich to fabryk pan bierze
herbatę, mydło i ocet,
cukierki, gilzy i wszystko?
I sam pan powiedz szczerze,
ku czyim zyskom?

Głodny i smutny łażąc,
mieszkanie mając ubogie
– daje pan zyski paskarzom.
Niech złamią rękę i nogę!
Kto o ich szczęście stoi?
Kto z nich się o nas kłopocze?
Nikt!
Więc kupujmy u swoich
spółdzielcze produkty robocze!

Panie Apolinary!
Nie chcę być wcale bogatym!
Jestem spółdzielca stary –
źle nie wychodzę na tym.
Przyszłość jest tylko przed nami,
społem zakwitnie nam wiosna.
Życie przemienić zdołamy
we własnych rękach los nasz!
Produkty, fabryki nasze,
nasza spólnota i siła
niech naszą ziemię opasze,
jak ziemia ojczysta miła!

Apolinary Pętelek,
robotnik w fabryce kurzu,
chodził przez całą niedzielę
po schodach, po podwórzu.
Chodził po wszystkich sąsiadach,
pukał do wielu drzwi,
lecz już nie kwękał, nie biadał
– lecz mocno zmarszczył brwi
i mówił, i przekonywał,
aż trząsł czupryną nad czołem,
że dobro, że przyszłość zdobywa
robocze hasło „Społem!”

Po roku przyjdźcie, kochani,
odwiedźcie pana Pętelka.
U wszystkich sąsiadów zmiany,
u niego też niewielka.
Ma palto, buty całe
i humor, i żywot inny.
I ja przez niego zostałem
spółdzielcą czynnym.

 

 

 

PO ŚWIĘCIE ROBOTNICZYM

Niektórych panów źle nastraja
i złości to oczywiście,
że i w tym roku dzień 1 Maja
święcono tak uroczyście.
Złość im do reszty na rozum szkodzi
i strawić tego nie mogą,
że kiedy oni robią pochodzik —
pies idzie z kulawą nogą…

 

 

 

SPÓŁDZIELCZOŚĆ

Skądżeście wyszli, ludzie dziwni?
Za czyim to rozkazem
naprzeciw burzy pod wichr przeciwny
idziecie naprzód i razem?

Wyszliśmy z całej ziemi,
na cały świat idziemy
z dobrą nowiną.
Idziemy zawrócić burzą
i nad ziemią
– jak niebo duże –
tęczę rozwinąć.

A jakże to wam się uda?
Skąd wam te siły potrzebne?
Czyimi rękami chcecie czynić cuda
świetliste i podniebne?

Naprzeciw burzom i gradom
idziemy sami gromadą,
razem kruszymy przeszkody.
Świat przemieniamy nie cudem –
rąk własnych ciężkim trudem
i czarodziejstwem zgody.

A któż za wami na skąpej grudzie
drogę kwiatami wymościł?
Skądżeście wzięli, dziwni ludzie,
tyle pieśni i tyle radości?

Gdy w ziemię – jak chleb czarną –
rzucamy wspólne ziarno –
na stokrotne żniwa nasz siew.
Śpiewa przed nami, za nami,
szumi kwiatami, kłosami –
i w nas jest radość i śpiew.

Przez wsie,
przez miasta olbrzymie,
w brzęku sierpów i w fabryk dymie,
rośniemy roboczą gęstwą.
Rośniemy w siłę i wiarę –
nam pod tęczowym sztandarem
zwycięstwo!

 

 

 

DZIEDZICTWO
(w rocznicę śmierci E. Abramowskiego)

Kiedyśmy wyszli w bój o chleb i wolność –
mrok był przed nami i za nami mrok.
Kroki nam w ziemię grzęzły boleśnie i wolno,
kajdany dzwoniły co krok.

Dzwonami kajdan w ciszy biliśmy na alarm,
w pierwszych szeregach ginąc.
Nasz jest świt, co się dzisiaj nad światem zapala
jak pożar nad pustynią.

Nasz jest krzyk, który dzisiaj z piersi stu milionów
wystrzela w przyszłość.
Pierwsze rdzawe ogniwo u złotego tronu
nam w rękach prysło.

Nikt nie zna imion naszych, zagubionych w walce.
Usta mamy milczące.
Nakarmiła nas ziemia cmentarnym zakalcem,
kości wybieli słońce.

Nie chcemy sławy od was. Precz marmur i wieńce!
My i za grobem żywi.
Niech przejdzie nam przez piersi dużo – jak najwięcej –
stóp śmiałych i szczęśliwych.

Niech się żadna godzina na marne nie traci
naszej walki szalonej.
Waszym młotem i pługiem dniówki naszej pracy
wojnie są policzone.

Niech ziemię – jak chleb orną –
chłop i robotnik kroi
śmiechem jak nożem!
Chcemy wam na tej ziemi, co się w zieleń stroi
Wyrosnąć zbożem…

 

 

 

MARTWY SEZON

– Chłopcy z budowy – jasne pieruny!
Tragarze cegieł, kopacze, zduny!
Chłopcy z budowy – murarze, cieśle!
Cóż u was? Cisza głucha?

– Ano, nie sezon w naszym rzemiośle.
Pasy ściskamy na brzuchach.

Budowaliśmy noce i dnie.
Stoi robota, stoi i schnie.
Jedna za drugą spocone cegły
jak po komorne równiutko biegły,
jakby je ludzka niedola sprzęgła,
tak się zębami trzymają węgła.
W głowę prażyło, za kark nam ciekło –
budowaliśmy noce i dnie,
zbudowaliśmy gliniane piekło.

– Wszystko skończone?
– Nie!

Jeszcze nam innej cegły potrzeba
na nowe domy z ziemi do nieba.
Jeszcze kamieni trzeba do schodów
na takie domy, gdzie nie ma głodu,
gdzie będzie słońce schodziło w krąg
do wyciągniętych, zmęczonych rąk,
gdzie będzie dzwonił przez białe ściany
śpiew roześmiany, śmiech rozśpiewany.

Chociażby Wisłę zagasić w wapnie,
to jeszcze dla nas wapna zabraknie.
O dzień nie będzie krócej ni dłużej,
choć się i wszystkie rudery zburzy.

– Komu będziecie budować? – Nam!
– Gdzie zbudujecie? – I tu, i tam.
Nowy fundament wzniesiemy wszędzie.
Będzie robota, będzie,
będzie!

 

 

 

ZEJDŹ Z CHODNIKA

Nie bardzo cię obchodzi
jakieś święto,
spółdzielczość,
pochód w tęczowych wstęgach.
A czy wiesz, że właśnie w Łodzi,
w czerwonej Łodzi,
nasz ruch – to potęga?

Czy wiesz,
że my nie tylko sklepy budujemy,
ale domy, fabryki, miasta?
A to jest także walka
i na naszej ziemi
z naszej walki
nowy ład wyrasta.

Walczysz o nowy ustrój.
Masz partię i związek.
Każdy dzień – to klasowy bój.
Burzyć zło? – Tak.
A budować – to czyj obowiązek?
nie twój?

Nie jesteśmy mocni
w okrzykach
– na okrzyki czasu nie mamy.
W robocie
twardą przechodzimy szkołę.
Nie patrz z boku, bracie!
Zejdź z chodnika,
chodź z nami,
społem!

 

 

 

HISTORIA JEDNEGO KARTELU

Za wsią był staw bagnisty,
taki sobie stawek,
gdzie chlapały się kaczki,
krowy piły wodę.
W tym stawie dnia pewnego
gromada pijawek
zawarła kartelową ugodę.

Umowa była taka,
spisana na tatarakach:
– Ponieważ czynność nasza
w różnych dziedzinach wielu
jest szlachetna, czysta i jasna jak słońce,
stanowimy niniejszym dla naszego kartelu
przywileje następujące:

1. Wypijanie krwi cudzej (czy ludzkiej, czy krowiej)
od dziś się gospodarczą inicjatywą zowie.

2. Odbywać się będzie od zmroku do świtu
aż do zupełnego przesytu.

3. Z kolacji, podwieczorku, obiadu, śniadania
kartel nigdzie nie będzie składał sprawozdania.

4. Komu zatruta woda niemiła,
niech sobie zapamięta,
że kartel – to gromada,
gromada – to siła,
a siła – to rzecz święta.

Hej, zaczęło się życie dla pijawek
dobre, tłuste, aż za dobre nawet,
aż z cuchnącego bagna żaby i pająki
uciekły het na inne stawy, inne łąki.

Aż tu nagle nastał dzień taki,
że nad staw przyszło ze stu chłopa.
Wycięli trzciny, tataraki,
przez bagno zaczęli rów kopać.
Wywieźli szlam
tu i tam,
zdrenowali łąkę wszerz i wzdłuż.
Nie wiedzieli – nie widzieli nawet,
jak się skończył kartel pijawek.
Był. Nie ma go. I już.

 

 

 

ZAGŁĘBIE

Może lepiej konać po trochu,
może lepiej milczeć i czekać
gdyby nie ta iskra na prochu,
iskra w oczach zdeptanego człowieka.

Tyle długich, beznadziejnych tygodni,
z wszelkich złudzeń do cna wyzutych…
Kiedyż, bracia bezdomni i głodni,
w sercach waszych zapalicie jak w hutach?

Życie duszne, złe – na dnie szybów –
przywalone węglem – kamieniem.
Wybuch gazów – czy w piersiach wybuch
na powierzchnię buchnął płomieniem.

 

 

 

KANTYCZKA O STRAJKU CHAŁUPNIKÓW

Pięćset jest sklepów w mieście Warszawie,
jeden sklep mały, drugi sklep wielki –
we wszystkich sklepach są na wystawie
buty, kamasze i pantofelki.

Jeden but tani, drugi but drogi,
chromy i giemzy, świeże fasony –
w ruchu są buty, w ruchu są nogi,
butów i nóg trzy miliony.

Na każdym bucie żywy zarobek,
żywe złocisze, forsa – rzecz święta,
a tylko trzeba grzecznym sposobem
uzyskać ją od klienta.

Musi hurtownik i musi kupiec
niemało zdrowia i sprytu stracić,
musi pośrednik swój procent upiec,
a klient musi zapłacić.

Płać, płać, kliencie. Nie bądź ciekawy,
komu zysk mały, komu zysk wielki,
i kto dla sklepów wielkiej Warszawy
wyrabia buty i pantofelki.

Nie osiem godzin, nie dziesięć godzin
siedzi na zydlu i młotkiem tłucze
szewc, co z niedbalstwa bez butów chodzi,
twórca obuwia – producent.

Hej, produkuje w wyścigu pracy
szybkość i zręczność niewiarygodną,
że się od maszyn więcej opłaci
jego robota na głodno.

Klepie od rana aż do wieczora –
płatny co tydzień, płatny co miesiąc –
złocisza dziennie, czasem półtora:
100 groszy lub 150.

Miła robota przy wielkiej wprawie,
własny warsztacik, własna gruźlica,
piękne są buty w mieście Warszawie,
każdy się nimi zachwyca.

Jasne są sklepy, tłuści handlarze,
słone są ceny, zysk bywa czysty –
a któż to szewcom strajkować każe?
Wiadomo: Żydy i socjalisty.

__________________________
Powyższe wiersze opublikowane zostały pierwotnie w latach 30. w różnych pismach, m.in. „Robotniku”, prasie związkowej i spółdzielczej oraz w satyrycznych „Szpilkach”. Następnie zamieszczono je w: Edward Szymański – „Dzieła zebrane”, tom I, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1971. Przedruk za tym ostatnim źródłem.

 

 

 

Edward Szymański (1907-1943) – poeta, prozaik, publicysta, dziennikarz, działacz społeczno-polityczny. Pochodził z robotniczej rodziny z warszawskiej Woli, o silnych tradycjach socjalistycznych. W roku 1928, po rozpoczęciu studiów polonistycznych, wstąpił do PPS. Był autorem licznych wierszy, publikowanych w prasie dla dzieci, w pismach socjalistycznych i spółdzielczych, m.in. w „Robotniku”, „Płomieniach” (organ Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej; był członkiem jego redakcji), „Głosie Kobiet”, „Spólnocie”, „Społem”, „Kolejarzu Związkowcu”, „Głosie Tytoniowca”, „Tygodniu Robotnika”, „Chłopskiej Prawdzie”, „Lewym Torze”, a także w satyrycznych „Szpilkach”. Autor kilku tomów wierszy: „20 milionów” (skonfiskowany przez cenzurę), „Do mieszkańców Marsa”, „ABC” (wiersze dla dzieci), „Słońce na szynach” (wiersze o tematyce związkowej), zredagował także tom „Piosenki robotnicze”. Autor przekładów utworów klasycznych: „Lenora” A. G. Bürgera i „De rerum natura” Lukrecjusza. Zarobkowo pracował m.in. jako nauczyciel, urzędnik pocztowy, redaktor pisma „Przegląd Futrzarski i Kuśnierski”, bywał bezrobotnym. Jego utwory budziły uznanie m.in. Juliana Tuwima, Władysława Broniewskiego i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Pod koniec lat 30. wraz z rodziną przeniósł się z Warszawy na Podlasie, gdzie zastała go wojna. Podczas ucieczki na wschód przed hitlerowcami uległ wypadkowi, którego skutkiem było pęknięcie czaszki. Ciężko chory, operowany i poddany rekonwalescencji, został w czerwcu 1943 r. aresztowany przez Gestapo w niejasnych okolicznościach, przebywał na Pawiaku, a następnie został uwięziony w Auschwitz, gdzie zmarł pod koniec tego roku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *