Stanisław Wąsowski

Święto filistrów

[1904]

Dzienniki w telegramach specjalnych notują skrzętnie każdy objaw hołdu rozentuzjazmowanej prowincji dla Sienkiewicza z racji odczytów na powodzian. Dowiadujemy się więc, że poutwarzane zostały specjalne komitety Sienkiewiczowskie z prezesami dyrekcji szczegółowych na czele; że Sienkiewicz był tu i ówdzie wzruszony i blady; że wreszcie wieńców, wiązanek, bukietów otrzymał tyle a tyle. Ale najcharakterystyczniejszą bodaj jest wzmianka przy końcu telegramów: w bankiecie na cześć Sienkiewicza uczestniczyło 120, 150, 200 osób, co przełożone na język zwykłych praktycznych śmiertelników znaczy: na powodzian zebrano podczas odczytu 500-600 rubli, a na „bankiecie” na cześć „szlachetnego inicjatora” zjedzono i wypito za 800-1000 rb. Nasza brać szlachta e tutti quanti mają serce bardzo czułe na niedolę bliźniego…

Niechby Sienkiewicz zbierał sobie widome laury na prowincji; niechby wreszcie był dwakroć bardziej wzruszony i blady przed bankietami, a nawet i po bankietach – ku wielkiej radości wszelkiego rodzaju recenzentów. Rzecz cała nie nadawałaby się do omawiania w poważnym tygodniku, gdyby nie pewne strony tych uroczystości, na które trzeba zwrócić uwagę.

Przyjęcia, jakich doznawał i doznaje Sienkiewicz w Częstochowie, Piotrkowie, Lublinie, Siedlcach, dowodzą jeszcze raz, że nimb wielkości Sienkiewicza jaśnieje dla prowincji całym swoim blaskiem – i że wpływ jego na szerokie masy inteligencji prowincjonalnej jest olbrzymi. I rzecz również charakterystyczna: Sienkiewicz bardziej jest tutaj znany

jako autor „Trylogii” i „Rodziny Połanieckich”, niż jako autor wszechświatowego „Quo Vadis”. Z tego i z owych entuzjastycznych przyjęć, wypływa jedno: Sienkiewicz cieszy się takim uznaniem i hołdami prowincji, ponieważ blaskiem swego talentu opromienił i podniósł na wyżyny zasługi społecznej – najbardziej sfilistrzałego ducha; i – dalej – ponieważ dostarczał i dostarcza olbrzymim masom strawy duchowej, wymagającej – jak baśnie wszelkie – najmniejszego wysiłku ducha.

Prowincjonalna tak zwana  inteligencja pod względem aspiracji ideowych może być podzieloną na dwa duże odłamy: na inteligencję dobrze urodzoną – inteligencję wiejską, i inteligencję miejską, adwokatów, lekarzy, urzędników. I jedni, i drudzy połączyli się we wspólnym i zgodnym hołdzie dla swego wielkiego przywódcy, stwierdzając stare francuskie przysłowie: les beaux esprits se rencontrent [tęgie głowy rozumieją się, wpadają na podobne pomysły].

Pierwsi – obywatele wiejscy mniejsi i więksi – adherenci „Kraju”, „Słowa”, szlachta z dziada pradziada eo ipso musi uważać Sienkiewicza za swojego, nawet za ogromnie swojego. On przecież apoteozował szlachtę, królewiątka; on stwierdził, że wszystko przemija, a msza jak się odprawiała, tak się odprawia; wskutek tego nie jest w kolizji ideowej ani z księdzem proboszczem, ani z hrabią sąsiadem. Wszystko to aż nadto dobrze usposabia ich dla Sienkiewicza tym bardziej, że tak wybornie nadaje się do czytania w długie zimowe wieczory, kiedy winta [gra w karty, podobna do wista, rozgrywana w dość dużym gronie osób – przyp. redakcji Lewicowo.pl] lub polowania urządzić nie można. Nic więc dziwnego, że brać szlachta ciągnęła, zdaje się, do Częstochowy, na wózkach, bryczkach, powozami, aby wreszcie ujrzeć „ogromnie swojego” Sienkiewicza, i wypić dobrze za zdrowie nieszczęśliwych powodzian; przy sposobności kropnąć mówkę, aby ten oto Sienkiewicz poprowadził ich „Na pole chwały” (!!!). Ci wiejscy – jak się wyraził kiedyś Nałkowski – troglodyci, w konstrukcjach ideowych nie bardzo daleko odsunęli się od swego dziadka, który twórczość Sienkiewicza pewnie by określił w sposób: „bo Sienkiewicz, proszę pana, to dopiero!”.

Pozostaje inteligencja miejska. W większej ilości składa się ona również z ludzi tak dzielnie scharakteryzowanych przez Nałkowskiego. Kiedyś, kiedy skrzydła młodości u ramion szumiały, ludzie ci stanowili może jedną z forpoczt postępu; może mierzyli siły na zamiary, nie zamiary podług sił. Ale było to tak dawno! Dzisiaj wygodne leże, spokojne synekury zabiły w nich tego ducha młodości; nie podsycany zgasł zapał, skarlały dążenia, zmalały idee. Ale jak w każdym człowieku, który cząstkę swego życia przemarzył, i w nich czasami odzywają się dawno zapomniane hasła, jakieś wyrzuty sumienia i żal nad utraconym mirażem. Więc uczuwają gwałtowną potrzebę usprawiedliwienia się przed sobą, stworzenia sobie bóstwa, któremu znosić mogliby ofiary. Ale nie stwarzają go sobie we własnej duszy, jak dawniej bywało, nie wysnuwają go z przędzy własnych dum i myśli, ale szukają na zewnątrz, obniżając swój wybór właśnie tym swoim wyborem. Nic więc dziwnego, że dla ludzi tych geniusz Sienkiewicza był owym plastrem na uspokojenie sumienia: Sienkiewicz apoteozujący Połanieckich, Bigielów, ogromnie swojskie Marynie, i ogromnie naszą przeszłość – stał się dla tych panów czymś w rodzaju bóstwa lub bohatera narodowego.

Przy tym są ludzie na świecie, którzy nie podźwignęli się nigdy tak wysoko, aby przestały im wystarczać bajeczki i baśnie.

I nic dziwnego, że wszyscy ci ludzie z niekłamanym zapałem witali Sienkiewicza, że obrzucano go kwiatami i wieńcami, że „wstawiano się” za jego zdrowie i za zdrowie powodzian. Uroczysto-frakowego nastroju nic nie mąciło; duch filistrów święcił przyjazd Sienkiewicz, jako dzień epokowy, w którym ujrzeli nareszcie ucieleśnienie swych myśli, i skrystalizował się z głębin jaźni ideał: on – Sienkiewicz – wiodący ich na „Dwie łąki”. Wszyscy ci „prowincjonalni inteligenci”, którzy stracili ducha, albo nigdy go nie mieli, swoje gliniane dusze, odziane w modne fraki (koniecznie – fraki!) nieśli na odczyt i słuchali go wzruszeni i bladzi, aby pokrzepić się w swoim sfilistrzeniu, aby zagłuszyć w sobie protest, jeśli był, przeciwko własnemu upadkowi. Od wzruszonych i bladych słuchaczy, od panów z „komitetu”, od „wstawionych” na bankietach przedstawicieli społeczeństw miejscowych, od pań i panien, wahających się między małomiasteczkową plotką a konfesjonałem, szedł poszept ku niemu –Sienkiewiczowi – poszept cichy jak szum niw w skwarny czas południa, ale wyraźny: „Tyś nasz!… Tyś usypiał nas czarem swych przepięknych baśni przed pracą nad sobą i nad społeczeństwem, tyś wyniósł Połanieckich i postawił ich na świeczniku społecznym. Tyś wreszcie mówił nam o służbie bożej – w naszym stylu… Tyś nasz! Tyś wielki”.

A wielkie Jutro kopało w tej chwili grób zapomnienia i wzgardy dla nich – najnędzniejszych z nędzarzy tej ziemi… Zaś małe Dziś wiodło ich rozentuzjazmowanych hen – na „dwie łąki…”.

Dr Stanisław Wąsowski

_______________________________________

 Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w tygodniku „Ogniwo” nr 1/1904, 20 grudnia 1903 – 2 stycznia 1904. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię według obecnych reguł. „Ogniwo” było jednym z najważniejszych ówczesnych polskich legalnych czasopism lewicowo-postępowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *