Jan Maurycy Borski

Socjalizm a faszyzm. Kryzys w socjalizmie

[1939]

Po konferencji monachijskiej na jesieni 1938 r. zarysował się niepokojący – dla obozu socjalistycznego – kryzys w socjalizmie. Ukrywanie tego faktu byłoby równie bezcelowe, jak szkodliwe dla samego socjalizmu. Tylko ujawnienie prawdy, szczera obiektywna analiza rzeczywistego stanu rzeczy, poznanie przyczyn kryzysu – mogą uzbroić należycie do dalszej walki o socjalizm.

Ruch socjalistyczny znajduje się obecnie w sytuacji bardzo trudnej, obowiązki jego i zadania są niezmiernie złożone, musi on być czujny wobec tysiąca wrogów i tysiąca niebezpieczeństw, otaczających go zewsząd. Błędy są nieuniknione, ale z błędów należy się uczyć, by ich w przyszłości nie powtarzać, nigdy zaś nie mogą one służyć za utartą ścieżkę, po której wygodnie się kroczy.

Piszemy o kryzysie w socjalizmie na tle stosunku socjalizmu do faszyzmu. W chwili obecnej kryzys ten nie jest tak aktualny, jak przed kilku jeszcze miesiącami, choć bynajmniej przezwyciężony nie jest. Ale skutki „monachijszczyzny” działają po dzień dzisiejszy i dlatego nie można nad nią przejść do porządku.

Kryzys nie teorii, lecz praktyki

Gdy mowa o kryzysie w socjalizmie, nie mamy na myśli jego podstaw teoretycznych. Gdyby teoria socjalistyczna nie wytrzymała próby życia, to należałoby mówić nie o kryzysie socjalizmu, lecz o jego bankructwie i końcu. Tak na naszych oczach zbankrutował komunizm, który swą podstawową ideę dyktatury proletariatu porzucił – mniejsza o to, czy szczerze, czy nie – na rzecz demokracji. Ale do obrony demokracji czy walki o nią komunizm jest nie tylko zbyteczny, lecz szkodliwy.

Idea socjalizmu (to znaczy jego założenia i cele) jest dzisiaj bardziej żywotna niż kiedykolwiek. Nie możemy tu szeroko uzasadniać tego twierdzenia, gdyż wybiega ono poza ramy naszego tematu. Wskażemy tylko na kilka punktów, zdaniem naszym, bezspornych.

Analiza socjalistyczna ustroju kapitalistycznego i jego rozwoju okazała się – w punktach zasadniczych – słuszna. Dzisiaj tylko nieliczni pogrobowcy liberalizmu gospodarczego wierzą jeszcze w możliwość utrzymania się kapitalizmu, który przecież nie może zaspokoić elementarnych potrzeb społecznych, ani zapewnić pracy milionom ludzi, ani zabezpieczyć światu pokoju.

Koncentracja kapitału w formacjach monopolistycznych czyni ogromne postępy. Podział dochodu społecznego wykazuje coraz jaskrawsze różnice między uprzywilejowaną garścią kapitalistów i spekulantów a milionowym masami wytwórców i konsumentów. Kryzys gospodarczy wstrząsa raz po raz światem z taką mocą, że powrót do pomyślnej koniunktury staje się złudny, a znamię charakterystyczne kryzysu – bezrobocie – jest zjawiskiem stałym, wywołanym w dużej mierze postępami techniki i racjonalizacji metod produkcji. Sprzeczności między możliwościami produkcji, urastającymi do niebywałych rozmiarów, a istotą produkcji kapitalistycznej – zyskiem indywidualnym – są tak przepastne, że kapitalistyczny ustrój gospodarczy musiał się załamać.

Wyrazem politycznym tego załamania jest faszyzm, ten gnilny produkt kapitalizmu, ta zbrojna pięść kapitalistyczna do walki z socjalizmem.

Nawet tam, gdzie socjalizm, w danym wypadku marksizm częściowo się mylił, np. co do zaniku małych warsztatów pracy na rzecz wielkich skoncentrowanych ośrodków wytwórczych, widzimy obecnie w Niemczech zjawisko przymusowego likwidowania właśnie takich małych warsztatów i wcielania ich właścicieli do załóg fabrycznych. Zjawisko to, wywołane przez gospodarkę wojenną hitleryzmu, nie może służyć za wzór dla innych krajów, ale nie wiadomo, w jakiej mierze po likwidacji owej gospodarki małe warsztaty powrócą.

A z drugiej strony w przodujących krajach kapitalistycznych drobny przemysł i handel do tego stopnia uzależniają się od wielkiego przemysłu i hurtowników, że o samodzielności małych warsztatów pracy mówić niepodobna.

Zarówno faszyzm, jak bolszewizm, jak „nowy ład” Roosevelta, uciekają się do planowej polityki gospodarczej, zaczerpniętej w zasadzie z teorii socjalizmu. Ale żaden z tych kierunków nie ma cech trwałości i nie rozwiązuje zagadnień ekonomicznych stojących przed ludzkością. Wszystkie te kierunki są etapami etatyzmu, po których może nastąpić uspołecznienie środków produkcji, socjalizm.

Może, ale nie musi. Jesteśmy stanowczymi przeciwnikami tzw. automatyzmu rozwojowego, wiary, że rozwój ekonomiczny doprowadzić musi do zwycięstwa socjalizmu. Nie ma „musu” pojawienia się socjalizmu jako konieczności dziejowej, jako spadku po kapitalizmie. Ani Marks tego nie uczy, ani dzieje nie dają nam najmniejszych danych, które by mogły służyć za przesłanki do wyciągania podobnych wniosków. Ludzie są twórcami dziejów. I socjalizm, jeśli ma być, będzie dziełem ludzkim, dziełem świadomym wspólnoty ludzkiej. Upadek kapitalizmu może równie dobrze doprowadzić do socjalizmu, jak do swoistego średniowiecza, posługującego się wszystkimi zdobyczami techniki i wiedzy, do światowego zwycięstwa faszyzmu, albo do wojny powszechnej i zwyrodnienia ludzkości. Pewnie, że taki stan rzeczy nie byłby ani trwały, ani długotrwały. Ale w każdym razie ludzkość musiałaby od nowa dźwigać się z upadku i mozolnie odbudowywać pozycje utracone.

Żyjemy w dobie najostrzejszego spiętrzenia walk klasowych, już nie tylko w ramach poszczególnych społeczeństw kapitalistycznych, lecz w skali międzynarodowej. Polityka międzynarodowa kieruje się w stopniu coraz większym interesem klasowym. Rokosz gen. Franco, stanowisko wobec tego rokoszu rządu konserwatywnego Anglii i radykałów francuskich, postawa konserwatystów angielskich wobec „osi” Berlin-Rzym, wreszcie samo zjawisko faszyzmu – oto kilka jaskrawych przykładów walk międzynarodowych, walk między dwiema grupami imperialistycznymi – grupą tzw. państw demokratycznych, kolonialnie nasyconych i grupą państw faszystowskich, poszukujących „przestrzeni” – walk, w których interes klasowy na pierwszy wybija się plan i wytycza kierunek postępowania, jakże często sprzeczny z interesami państwa i narodu.

Należyta ocena momentu klasowego w polityce wewnętrznej i zewnętrznej jest jednym z podstawowych warunków umiejętnej polityki socjalistycznej. Teoria walki klasowej jest trwałą zdobyczą socjalizmu, którą wszakże właściwie posługiwać się należy, o czym jeszcze niżej.

Socjalizm po wojnie

Po wojnie światowej i rewolucjach przez nią wywołanych nastąpił gwałtowny wzrost wpływów socjalistycznych, olbrzymi napływ do partii socjalistycznych. Był to bowiem moment sprzyjający socjalizmowi. Ale warunki obiektywne w Europie nie były tego rodzaju, by ten nastrój, dla socjalizmu korzystny, mógł trwać długo.

1) Wojna nie skończyła się po myśli socjalistycznej, by nie było zwycięzców i zwyciężonych. Traktat Wersalski uczynił wprawdzie zadość niektórym słusznym i uprawnionym postulatom ciemiężonych przed wojną narodów i naprawił krzywdy im wyrządzone, stworzył wiekopomne dzieło Ligi Narodów i Międzynarodowe Biuro Pracy, ale też fatalnie rozwiązał sprawę pobitych Niemiec: nałożono na nie astronomicznej wysokości dług, tytułem odszkodowań wojennych, rozbrojono je, stworzono strefę zdemilitaryzowaną nad Renem, obsadzono na lat 15 Zagłębie Saary. Spełnienie tych warunków można byłoby wymusić na Niemczech tylko w razie poddania ich ścisłej kontroli mocarstw zwycięskich, inaczej mówiąc: przez dalsze prowadzenie wojny środkami pokojowymi, co jednak mogło w każdej chwili doprowadzić do wybuchów buntu. Ale na to Anglia znowu nie chciała pójść. Stały rozdźwięk między Anglią a Francją w stosunku do Niemiec stał się przyczyną, że politykę mocarstw na tym punkcie cechowały chwiejność, zmienność, drobne ustępstwa bez jasno wytkniętej linii postępowania, kompromisowość bez określonego celu. Polityka ta tylko drażniła Niemców, budziła gorycz w tych elementach, które szczerze pragnęły porozumienia z mocarstwami, a hodowała zarodki odwetu wśród licznych grup społeczeństwa niemieckiego, nie chcących się pogodzić z przegraną Niemiec i czekających tylko chwili do obalenia nienawistnej republiki weimarskiej.

W dodatku mocarstwa, rozbroiwszy Niemcy, a zobowiązane według Traktatu Wersalskiego do stopniowego rozbrojenia siebie samych, nic nie zrobiły w tym względzie, co później dawało Hitlerowi m.in. argument na rzecz zbrojeń własnych.

Socjalizm w państwach zwycięskich nie mógł nawet myśleć o rewolucji, do której nie było tam żadnych przesłanek. Musiał się liczyć z rządami zwycięskiej burżuazji.

2) Socjalizm w Niemczech był w chwili rewolucji i dłuższy czas po niej rozbity na dwa obozy, z których większy liczebnie i bardziej wpływowy nie zdobył się na odważną politykę, jeśli nie wykończenia, to przynajmniej sparaliżowania pobitych w wojnie czynników reakcyjnych i kontrrewolucyjnych. W dążeniu do uratowania czego się da ze świetności Niemiec cesarskich, a częściowo z przesadnej obawy przed mocarstwami zachodnimi, socjaliści tzw. większościowcy nie uczynili prawie nic dla zabezpieczenia zdobyczy rewolucyjnych, dla utrwalenia republiki. Pozostawiono w Reichswehrze, w aparacie administracyjnym państwa i w sądownictwie elementy reakcyjne i kontrrewolucyjne. Tajne organizacje kapturowe, uprawiające terror polityczny, nie spotykały się z należytą akcją obronną ze strony republiki. Po zamachu Kappa i po próbie zamachu Hitlera w Monachium nie przedsięwzięto środków do walki z dojrzewającym ruchem faszystowskim. Socjalizm niemiecki niezbyt energicznie i umiejętnie torował drogę młodej republice niemieckiej. Więcej ubolewał nad „korytarzem” polskim, niż przewidywał przyszłość republiki.

3) Wojna rozbiła ruch robotniczy i w wyniku rewolucji bolszewickiej powstał komunizm, który wyrządził socjalizmowi najwięcej szkód. Nie tylko przez sam fakt swego istnienia i zwalczania socjalizmu, ale także przez szerzenie demoralizacji wśród mas pracujących, wśród organizacji socjalistycznych i we współpracujących z socjalizmem związkach zawodowych. Przez lata całe – a trwa to jeszcze teraz – komunizm za jedyne swe zadanie uważał rozbicie partii socjalistycznych i związków zawodowych. Komunizm stał się głównym czynnikiem hamującym rozwój socjalizmu, a jeśli chodzi o Niemcy, to najwięcej przyczynił się do zwycięstwa hitleryzmu.

4) Wreszcie sytuacja gospodarcza świata, dotkniętego w r. 1929 wielkim kryzysem, dotkliwie dawała się we znaki socjalizmowi, który w żadnym z wielkich krajów nie rządził i nie mógł bezpośrednio wpłynąć na losy gospodarstwa.

Ale mimo tych wszystkich przeszkód socjalizm rozwijał się pomyślnie, choć nierówno. W krajach nie targanych sprzecznościami interesów w takim stopniu co mocarstwa lub małe kraje o dużym rozwoju przemysłowym (np. Belgia), socjalizm kroczył od zwycięstwa do zwycięstwa. Przykładem Skandynawia, która mimo kryzysu gospodarczego, który przecież i jej nie ominął, i mimo wstrząsów politycznych dookoła, pod kierownictwem socjalistycznym zażywa spokoju i dobrobytu. Może się oczywiście i tam zmienić na gorsze, jeżeli fala faszystowska zaleje także Północ. Ale na razie to się jeszcze nie stało.

Na ogół da się powiedzieć, że w krajach demokracji, z wyjątkiem jednej Ameryki Północnej, gdzie są warunki specjalne, socjalizm rozwijał się już to po linii prostej, już to zygzakowatej, ale stale i nieprzerwanie. Objawów cofania się nie było, pochód socjalizmu miał w sobie cechy regularności i trwałości.

Ten znamienny objaw był najlepszym dowodem żywotności idei socjalistycznej i dawał rękojmię jej bliskiego zwycięstwa w Europie. Ale – powtarzamy – to wszystko się działo w warunkach demokracji, w warunkach swobody politycznej. Kartka wyborcza stała się orężem niezawodnym w ręku mas pracujących tam, gdzie ta kartka decydowała o rządach kraju. A socjalizm stał i stoi na stanowisku demokracji, w której widzi najlepszą drogę do zwycięstwa, do zdobycia władzy i przekształcenia ustroju społecznego.

Stanowisko słuszne. Socjalizm jest nieodłączny od demokracji i wolności. Obrona demokracji jest czołowym hasłem programu socjalistycznego.

I póki w większości krajów europejskich panowała demokracja, póty droga socjalizmu była jasna i mimo wszelkich przeszkód ze strony prawicy i komunizmu droga ta prowadziła do pożądanego celu, siły bowiem socjalizmu rosły, a z nimi i wpływ socjalizmu na bieg spraw państwowych w Europie.

Zwycięstwo Hitlera

Rok 1933 stanowi punkt zwrotny w dziejach Europy, jak też socjalizmu. Zwycięstwo Hitlera, będąc klęską demokracji europejskiej, było też klęską socjalizmu, i to największą od wybuchu wojny światowej. Było klęską socjalizmu nie tylko dlatego, że zeszła z powierzchni wielka partia socjalistyczna Niemiec, ale w stopniu może większym dlatego, że zeszła bez walki, że skapitulowała bez oporu. Klęska moralna była może dotkliwsza i w skutkach swych poważniejsza aniżeli klęska fizyczna. Ale skąd się wzięła ta klęska moralna? Czemu potężna partia socjalistyczna załamała się nagle i niby domek z kart zawaliła się z dnia na dzień?

Dużo przyczyn złożyło się na tę katastrofę socjalizmu niemieckiego. Część już wymieniliśmy wyżej: słabość republiki weimarskiej, chwiejność polityki socjalistycznej na początku istnienia republiki, polityka komunizmu, kryzys gospodarczy. Można by jeszcze dodać krótkowzroczność przywódców, brak wybitnych jednostek w partii socjalistycznej.

Ale to wszystko jeszcze nie wystarcza do wyjaśnienia tego, co zaszło. Przecież istniała i organizacja wojskowa „żelazny front”, przecież w ostatnich chwilach można było łatwo wejść w porozumienie z komunistami, którzy w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa hitlerowskiego chcieli – w ostatniej chwili! – pójść na wspólną walkę, przecież w wielu ośrodkach robotniczych czekano na hasło do walki. Czemu wszystko zawiodło? Czy wystarczy powołać się na ducha koszarowego, który opanował całe społeczeństwo niemieckie, a więc i klasę robotniczą?

Wydaje się, że rozwiązanie zagadki jest prostsze, aniżeli można przypuszczać. Socjaliści niemieccy zawiedli głównie dlatego, że nie byli przygotowani do walki z hitleryzmem, byli rozbrojeni przede wszystkim psychicznie.

Dzieje socjalizmu niemieckiego nie znają okresów rewolucyjnych. W czasie bismarckowskich ustaw wyjątkowych partia socjalistyczna nie potrzebowała stosować metod rewolucyjnych i rozwijała się doskonale mimo owych ustaw, a może właśnie dzięki nim. Po przegranej wojnie światowej cały impet rewolucji skupił się w walce z komunistami, a niebezpieczeństwa reakcyjnego „nie dostrzegano”.

Zważmy, że bojówki hitlerowskie przez kilka lat terroryzowały robotników socjalistycznych, napadały na ich zebrania, lokale, na poszczególne jednostki, a wszystko przeważnie uchodziło bezkarnie. Organizacje socjalistyczne nie przedsiębrały energiczniejszej akcji przeciw temu terrorowi, a sądy niemieckie traktowały przestępstwa hitlerowskie pobłażliwie, władze administracyjne nie zdobywały się na poważniejszy przeciw nim krok. Hitler sam i jego najbliżsi nie pozostawiali przecież wątpliwości, że po dojściu do władzy zastosują najsroższe represje przeciw swym przeciwnikom politycznym. „Die Köpfe werden rollen” – wołał Hitler, a prasa socjalistyczna to skrzętnie notowała, jako przykład odstraszający.

I pamiętajmy, że Hitler nie zagarnął władzy od razu, że poprzedziły go rządy Papena, wyraźnego zwiastuna hitleryzmu, tego Papena, który przepędził rząd pruski z socjalistami Braunem i Severingiem na czele, a partia socjalistyczna nie ruszyła palcem. Wciąż snadź wierzono, że wybory parlamentarne uratują demokrację.

Socjaliści nie przygotowali się do walki i w chwili decydującej skapitulowali. Niektórzy z nich sądzili, że może po zwycięstwie Hitlera da się uratować pozycję legalnej opozycji w państwie, a związki zawodowe oddały się nawet do dyspozycji Hitlerowi, który je nazajutrz rozwiązał i zagarnął ich majątek. Do tego stopnia czuli się socjaliści bezradni w obliczu brutalnego zerwania z demokracją. Z trudem mogli zrozumieć, że Hitler, zdobywszy władzę na drodze demokracji, użył tejże władzy do zniszczenia demokracji, mimo że on żadnej nie robił tajemnicy, że tak właśnie postąpi. Traktowali to widocznie jako demagogię. Wielu też przypuszczało, że po kilku miesiącach Hitler ustąpi, nie mogąc sobie dać rady z trudnościami dyktatorskiego rządzenia. Znowu patrzyli oczyma „starych” demokratów z czasów kryzysów politycznych w parlamentarnie rządzonych państwach. „Niemcy to nie Włochy” – myśleli wreszcie tacy, co uprzytamniali sobie przykład Włoch, gdzie faszyzm również mordował robotników i palił ich dobytek, zanim zagarnął władzę, a robotnicy nie potrafili przeciwstawić mu solidarnej obrony. Ten odstraszający przykład nie działał, jak w ogóle mało które doświadczenie lat powojennych miało wpływ wychowawczy na kraje, które tych doświadczeń jeszcze nie przeżyły.

Mówiąc o nieprzygotowaniu do walki, kładliśmy nacisk na nieprzygotowanie psychiczne, brak zrozumienia i wyczucia, że nastąpił moment zwrotny w historii, że dotychczasowe sposoby i środki walki już nie mogą być stosowane, że na gwałt i przemoc nie można odpowiadać kartką wyborczą, deklaracją czy protestem. Gdyby socjaliści byli psychicznie gotowi do walki, podjęli ją na własną rękę, a komuniści musieliby się przyłączyć do niej. Ale nie zdawano sobie sprawy z chwili dziejowej i stanęło się w obliczu tej chwili—rozbrojonym [1].

W rok niespełna po zwycięstwie Hitlera, socjaliści austriaccy zdali egzamin dziejowy i zrehabilitowali sztandar socjalizmu.

Mimo sytuacji beznadziejnej, ponieważ nawet w razie powodzenia powstania lutowego, faszyzm włoski i hitleryzm wkroczyłyby i zgniotłyby socjalizm austriacki, mimo tej sytuacji, socjaliści podjęli walkę z Dollfussem.

I cóż się okazało? Okazało się, że przegrana socjalistów z r. 1934 stała się klęską klero-faszystów w r. 1938. Ale podczas, gdy socjalizm uległ przemocy fizycznej w walce otwartej, to klero-faszyzm austriacki padł bez walki, w wyniku zdrad i intryg własnych „przyjaciół”. Przepowiednie socjalizmu co do losu Austrii spełniły się co do joty. W Austrii socjalizm wygrał moralnie, a to dzięki temu m.in., że był przygotowany do walki i walkę podjął (Schutzbund austriacki, mimo że rozwiązany, stał w pogotowiu bojowym, niemiecki „żelazny front” był organizacją raczej porządkową). A każda taka wygrana to wielki, bezcenny wkład ruchu socjalistycznego do walk w przyszłości.

Szczytowy punkt kryzysu: Hiszpania

Zwycięstwo Hitlera to początek wojny – jawnej i ukrytej – narzuconej Europie przez faszyzm. Ale mało kto zdawał sobie z tego sprawę.

Minęły dwa lata od rewolucji austriackiej. Jednocześnie z tą rewolucją faszyzm francuski dokonał próby sił i w walce ulicznej chciał obalić republikę. Próba się nie powiodła, masy pracujące w pięknym strajku powszechnym odparły zamach. Siła okazała się po stronie tych mas. Jako wyraz tej siły powstał Front Ludowy, złożony z radykałów, socjalistów i komunistów (drobniejszych ugrupowań nie liczymy). Powstała organizacja zwycięstwa wyborczego, jak pokazały wybory z lata 1936 r., organizacja zrodzona z walki z faszyzmem i powołana do dalszej z nim walki.

A był to już czas, kiedy faszyzm zaczął się formować w blok środkowo-europejski, kiedy w tej środkowej Europie jedna już tylko Czechosłowacja tworzyła wysepkę demokratyczną, kiedy Hitler obsadził już był strefę nadreńską i wprowadził powszechną służbę wojskową.

Socjalizm europejski widział ofensywę faszyzmu i rzucił hasło walki z faszyzmem, jako hasło dnia, pozostawiając każdemu krajowi odpowiadającą mu taktykę walki.

Front Ludowy we Francji opracował program akcji ustawodawczej, który w sumie miał stanowić zaporę przeciw faszyzmowi i utrwalić demokrację. Ale ten program miał dwie luki. Po pierwsze, nie brał pod uwagę możliwości powikłań międzynarodowych właśnie z winy faszyzmu. Socjalizm musi zdawać sobie sprawę, że skoro ofensywa faszyzmu ma charakter międzynarodowy, to i defensywa powinna być prowadzona w skali międzynarodowej i gdziekolwiek uderza faszyzm, tam musi w tej lub innej formie nastąpić odpór. Tego w programie Frontu nie przewidziano i na to zresztą nie zgodziliby się zapewne radykałowie. Drugą luką było to, że nie określono obowiązków partii stanowiących Front Ludowy. I dlatego np. komuniści mogli nie brać udziału w rządzie, a poza parlamentem podburzać masy przeciw socjalistom, których „popierali” w parlamencie. Front Ludowy we Francji od początku opierał się na nieszczerości i był formacją chybioną. Niebawem przyszła ciężka, próba, która zdecydowała o jego losie.

Oto w lipcu 1936 r., wkrótce po utworzeniu rządu Bluma, wybucha wojna hiszpańska, wybucha rokosz przeciw rządowi republikańskiemu Hiszpanii Wnet pokazuje się, że rokosz jest wspólnym dziełem faszyzmu hiszpańskiego i sprzymierzonych z nim faszyzmów włoskiego i niemieckiego. Z przygotowań do rokoszu, sięgających początków republiki hiszpańskiej po obaleniu monarchii w r. 1931, a dalej z prób opanowania Hiszpanii jeszcze za cesarstwa niemieckiego i czasu wielkiej wojny, widać, że chodzi tu o wielką grę, w której stawką jest nie tylko republika hiszpańska i demokracja młodej republiki, ale także imperializm włosko-niemiecki, usiłujący wyprzeć z Morza Śródziemnego, z Afryki Północnej i z Bliskiego Wschodu Anglię i Francję lub przynajmniej je osłabić.

Cały ten splot był jasny już w początkach wojny domowej, która od razu miała charakter wojny faszyzmu z demokracją i imperializmu niemiecko-włoskiego z imperializmem angielsko-francuskim. Ani jedno, ani drugie nie mogło pozostawić socjalisty obojętnym na wojnę hiszpańską, albowiem i wobec imperializmu faszystowskiego socjalista powinien bronić obecnego stanu posiadania Anglii i Francji, jako mniejszego zła i mniej szkodliwego dla pokoju i dla ludności kolonialnej, co nie przesądza, oczywiście, zasadniczej sprawy podziału kolonii.

Dla rządu Bluma rokosz hiszpański przyszedł bardzo nie w porę, rząd był bowiem zajęty reformami społecznymi w kraju, a osiągnięcia mas pracujących w pierwszych tygodniach rządów Frontu Ludowego zdawały się wróżyć złotą erę demokracji francuskiej. Rokosz hiszpański zjawił się niby dywersja na pięknie wytkniętym szlaku polityki społecznej Francji.

Trzeba było rozstrzygnąć, co w owej chwili było ważniejsze: ratowanie Hiszpanii, a więc i demokracji, a może i pokoju i – w konsekwencji – samych reform społecznych, których los jest ściśle związany z losem demokracji, czy też pozostawienie Hiszpanii własnemu losowi i zamknięcie się w granicach obrony zdobyczy społecznych i pokoju we Francji, o ile w ogóle takie samoograniczenie się jest możliwe.

Nadeszła chwila decyzji dla socjalizmu. Socjalizm francuski mógł pobrać decyzję, gdyż był u władzy i musiał powziąć decyzję, szło bowiem o rzeczy wielkiej wagi. Tłumaczenie, że socjaliści nie sprawowali przecież niepodzielnej władzy i byli zależni od innych partii Frontu Ludowego, nie jest przekonywające. Na początku wojny hiszpańskiej Front był jeszcze spoisty i żadne ze stronnictw nie wzięłoby na siebie odpowiedzialności za jego rozbicie. Jeśli występowały w nim rysy, to raczej na tle polityki wewnętrznej: radykałowie [autor ma na myśli francuską Partię Radykalną – centrolewicowe stronnictwo mieszczańskie – przyp. redakcji Lewicowo.pl] niezbyt miłym okiem patrzyli na rozmach reform i na rewolucyjny entuzjazm mas, komuniści zaś starali się wyzyskać ten entuzjazm na korzyść własną, a na szkodę socjalistów, których licytowali w hasłach i przeciw którym (w rządzie) organizowali niekończące się strajki. W sprawie hiszpańskiej – powtarzamy: w owym czasie! – można by było uzyskać jednomyślność, zwłaszcza że był na to sposób prosty, mianowicie zaopatrzenie rządu hiszpańskiego w sprzęt wojenny, bez pytania kogokolwiek, bez obawy do czego to mogłoby doprowadzić. Toż między Francją a Hiszpanią istniał układ handlowy, zobowiązujący Hiszpanię do nabywania broni we Francji i zakup już był poczyniony, ale jeszcze nie wykonany. Cóż Niemcy i Włochy mogłyby zdziałać przeciw takiej normalnej wymianie handlowej, zwłaszcza że same wysyłały sprzęt wojenny do gen. Franco [2].

Rząd Bluma wybrał drugą możliwość i pozostawił Hiszpanię własnemu losowi. Sam pomysł nieinterwencji – bez względu na to, czy powstał w Anglii, czy we Francji – był z gruntu chybiony, jasną bowiem jest rzeczą, że gdyby Niemcy i Włochy istotnie chciały nie interweniować, to by komitet londyński był zbyteczny i wojna skończyłaby się rychło klęską rokoszan. Nieinterwencja była ogromnie na rękę Niemcom i Włochom i ułatwiła im ich całą dalszą politykę w sprawie Hiszpanii. A jeżeli już wkroczono na tę drogę, to należało przynajmniej dbać o to, by była uczciwie przestrzegana przez faszystów i przy pierwszym uchybieniu z ich strony należało nieinterwencję porzucić [3].

Nieinterwencji nie porzucono. Ponoć w imię solidarności z Anglią. Ale i ta solidarność nie wymagała poświęcenia ani Hiszpanii, ani żywotnych interesów samej Francji. Gdyby Anglia istotnie postawiła jako warunek przymierza z Francją poświęcenie Hiszpanii, to w owym czasie Francja mogła śmiało zaniechać sojuszu z Anglią i zamiast niego raczej zawrzeć sojusz z Hiszpanią. W tym wypadku wojna skończyłaby się w zarodku, a Niemcy i Włochy wycofałyby się szybko z całej afery. Był juz przecież dowód, że hitlerowcy potrafią błyskawicznie szybko się cofać z przegranej imprezy: pucz w Wiedniu i morderstwo Dollfussa.

Zresztą nie jest prawdą, że Anglia zerwałaby z Francją w razie sprzeciwu w sprawie Hiszpanii. Przecież Anglia potrzebuje Francji do obrony własnego kraju i tylko dlatego zawarła z nią sojusz, a nie z miłości do demokracji francuskiej. A skoro tak, to Francja mogła skłonić Anglię do innej polityki w sprawie hiszpańskiej. Nie jest też trafny argument, wysuwany przez socjalistów francuskich, broniących polityki Bluma, że Francja musiała się zgodzić na politykę nieinterwencji, ponieważ Niemcy groziły wojną, a Anglia oświadczyła, że w razie wojny o Hiszpanię nie przyjdzie Francji z pomocą. Mamy tu do czynienia z podwójnym straszakiem: hitlerowskim i angielskim, a żaden z nich nie ma nawet pozorów prawdy. Jeżeli chodzi o Anglię, to wystarczy przytoczony argument, że Francja jest potrzebna Anglii jako przednia straż obrony. Co zaś do straszaka hitlerowskiego, to jeśli istotnie był, w takim razie należał do rzędu najbardziej frywolnych szantaży, którego nie można było brać na serio. Gdzie by Niemcy w r. 1936 poszły na wojnę z Francją, skoro jeszcze w r. 1938 nie były przygotowane do wojny, nawet – jak twierdzą wtajemniczeni – w krytycznych dniach września [autor ma na myśli konferencję monachijską we wrześniu 1938 r. – przyp. redakcji Lewicowo.pl]?! Wojna o Hiszpanię nie miałaby w dodatku najmniejszych szans popularności w Niemczech, a przecież nawet dyktatura musi się liczyć podczas wojny z nastrojami mas, nawet wojny totalnej. Hiszpania nie mogła w żadnym wypadku dostarczyć ponętnego hasła wojennego. Dlatego Hitler jest tak powściągliwy z rozpętaniem wojny. Wie on przecież, czym ona grozi w razie przegranej. Dlatego też, jeśli chodzi o Hiszpanię, Hitler czynny tam może więcej niż Mussolini trzymał się zawsze jakby na uboczu, by móc w każdej chwili wycofać się stamtąd.

Nie mógł on przecież przypuszczać, jak nie przypuszczał zapewne Mussolini, jak nie przypuszczał nikt na świecie o jako takim zdrowym i rzetelnym stosunku do rzeczy, że Anglia i Francja okażą się w sprawie hiszpańskiej aż tak powolne już nie żądaniom, lecz życzeniom Niemiec i Włoch. A w tej powolności prym trzymał francuski rząd Frontu Ludowego, który zagubił własną politykę i stał się dodatkiem do polityki angielskiej. Takiej niesamodzielności nie ujawnił żaden rząd francuski po wojnie, a przecież każdy z nich mniej lub więcej zabiegał o współdziałanie z Anglią. Wystarczy przypomnieć politykę Lavala podczas wojny abisyńskiej. Wtedy Laval prowadził za sobą Edena, który pod naciskiem Lavala zrezygnował z sankcji przeciw Włochom i w ten sposób umożliwiono Mussoliniemu zwycięstwo nad Abisynią. W sprawie hiszpańskiej było odwrotnie: Francja, jakby ociągając się i niechętnie, ale robiła wszystko, co dyktowała Anglia. Powtarzamy: polityka ta ze strony Francji nie była oparta na koniecznościach obiektywnych, nie było bowiem bezpośrednio obawy wojny z Niemcami, a w razie wojny Anglia musiałaby, czy obiecała czy nie, stanąć po stronie Francji, jak stanęła w r. 1914 nie z miłości do Francji i Belgii, lecz w obronie swego własnego kraju i swych własnych interesów mocarstwowych.

Z jakiegokolwiek punktu rozpatrywać będziemy sprawę hiszpańską, szczególnie w jej początkowej fazie, kiedy wystarczyłby minimalny wysiłek energii, by uratować Republikę, która przecież sama o własnych słabych siłach zdusiła rokosz w wielkich miastach swego kraju i przy odrobinie pomocy ze strony państw demokratycznych uporałaby się łatwo z rokoszem – z jakiegokolwiek punktu spojrzymy na tę sprawę, uderza nas przeraźliwa po prostu niemoc i bezradność polityki francuskiej, polityki rządu Bluma, trwającej rok cały, a następnie przez bardzo krótki okres za drugiego jego rządu w r. 1938. Przez cały ten czas Blum z uporem powtarzał, że uważa politykę nieinterwencji za jedynie dobrą i że jej nie odstąpi. A gdy ta jedynie dobra polityka doprowadziła do upadku Barcelony, Blum załamywał ręce, domagał się pomocy dla Hiszpanii, zerwania nieinterwencji. Wtedy dopiero, po dwu i pół latach nieinterwencji spostrzegł, do czego ona doprowadziła! A przecież nie szło tu bynajmniej o przewidywanie rzeczy nieprzewidzialnych, lecz o rzeczy oczywiste, które widział każdy, kto chciał widzieć i o których pisała cała prasa demokratyczna, a nawet faszystowska, o rzeczy omawiane na kongresach i konferencjach socjalistycznych i dostatecznie wyjaśnione w uchwałach partii, do której należy sam były premier Blum.

Austria i Czechosłowacja

Można śmiało powiedzieć, że wszystkie zwycięstwa faszyzmu udawały się z winy lekkomyślności i bezczynności tzw. demokracji. Faszyzm rozstawiał sidła na demokracie i patrzał, czy one się dadzą złapać do nich. I dawały się. Zaczęło się w roku 1931, od zagarnięcia Mandżurii przez Japonię. To była data przełomowa i początek końca Ligi Narodów. Wtedy spisała się Anglia po raz pierwszy. Później Mussolini wszczął wojnę z Abisynią. Anglia już drgnęła, ale powstrzymana przez Francję, nie przeszkodziły razem zagarnięciu Abisynii. Następnie poszła seria hitlerowska: wprowadzenie powszechnej służby wojskowej, obsadzenie Nadrenii i wypowiedzenie układu locarneńskiego itd. Anglia i Francja nie ruszyły palcem.

Gdy tak wszystko gładko poszło, Niemcy i Włochy zawarły na jesieni 1936 roku spółkę i na dobre zabrały się do Hiszpanii. Mimo że – jak wiadomo – przygotowania do opanowania Hiszpanii sięgają jeszcze czasów przedwojennych, jeśli chodzi o Niemcy, a po wojnie czynione były próby ze strony Mussoliniego za rządów Primo de Rivery (Mussolini zawarł z nim układ o budowie na Majorce włoskiej bazy wojennej), wspólne zaś wysiłki niemiecko-włoskie w przymierzu z kontrrewolucją hiszpańską datują się od chwili obalenia monarchii hiszpańskiej – mimo tego długiego łańcucha intryg i knowań mamy przeświadczenie, że ani Hitler, ani Mussolini, nawet po tylu zwycięstwach nad wygodnictwem tzw. demokracji, nie spodziewali się, że im wszystko tak łatwo się uda z Hiszpanią. Obaj dyktatorzy traktowali przedsięwzięcie hiszpańskie raczej jako „badanie terenu”, jako próbę wytrzymałości mocarstw zachodnich. Tyle tu przecież było niebezpieczeństw i trudności, które, wobec nieudania się rokoszu w głównych miastach Hiszpanii, były prawie nie do pokonania i przy najsłabszym wysiłku ze strony Anglii czy Francji rokosz byłby zdławiony w samym zarodku. Przecież chodziło tu o prowokację dwóch wielkich mocarstw i możliwość zagrożenia ich bezpośrednich interesów imperialnych. Miało się tu do czynienia z akcją zuchwałą i to po tylu już poprzednich akcjach, zakończonych klęską mocarstw. Czyż w tym wypadku nie powinno się były nareszcie obudzić instynkt imperialny i duma wielkomocarstwowa lwa brytyjskiego i koguta galijskiego? Czy istotnie świat da się ogłupić wrzaskiem o bolszewiźmie Madrytu i Barcelony, gdzie bolszewizm miał zapanować akurat w chwili, kiedy gen. Franco zachciało się laurów dyktatora hiszpańskiego?

A przecież wszystkie te zuchwalstwa powiodły się w stu procentach, powiodły się tak, że Hitler i Mussolini na pewno sami byli zdumieni swym nieprawdopodobnym zwycięstwem. (Mussolini w przededniu upadku Barcelony mógł sobie pozwolić na publiczne oświadczenie, że demokracje są zbyt głupie, by należało się ich bać).

Ze wszystkich zasadzek, zastawionych przez faszyzm na demokracje, zasadzka hiszpańska była najzuchwalsza i najłatwiejsza do usunięcia. A ponieważ to się nie stało, ponieważ tzw. demokracje prześcigały się w tym, by ułatwić faszyzmowi ujarzmienie Hiszpanii, więc skutki takiej polityki, jak nie mogło być inaczej, okazały się zabójcze.

Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by stwierdzić, że okupacja Austrii, a następnie rozbiór Czechosłowacji i w końcu jej zabór, byłyby niemożliwe, gdyby wstrzymano zaborczość faszyzmu w Hiszpanii. Ale półtoraroczna wojna w Hiszpanii i jej przebieg, który wykazał, że Chamberlain tak samo pragnie zwycięstwa gen. Franco jak państwa „osi”, jeno inną stosuje taktykę, taktykę biernego pomagania faszystom, Francja zaś nie czyni kroku bez i przeciw Anglii – przebieg tej wojny ośmielił faszyzm do dalszych zaborów. Ofensywa faszyzmu w razie odparcia jej w Hiszpanii – nie byłaby raz na zawsze wstrzymana, ponieważ „dynamizm” faszyzmu pcha go do zaborów, ale przybrałaby inne formy i nie mogłaby przekroczyć pewnych granic, zakreślonych pewną zasadą, np. narodowościową.

A zresztą zwycięstwo Republiki hiszpańskiej stworzyłoby nowy układ sił w Europie o wyraźnej przewadze demokracji, a to z kolei wpłynęłoby dodatnio na samopoczucie demokracji i na dalszy bieg wypadków.

Nie będziemy tu powtarzali dziejów aneksji Austrii, ponieważ z wyjątkiem bardzo krótkiego czasu w marcu 1938 r. socjaliści francuscy nie brali już udziału w rządzie i odpowiedzialność – jeśli nie liczyć współodpowiedzialności za popieranie rządu – spadła na radykałów. Współodpowiedzialnymi zaś państwami były Anglia, Francja i Włochy, gwałcące wspólnie kilkanaście układów i deklaracji gwarantujących niepodległość Austrii. Francja dopiero w ostatniej chwili proponowała Włochom wspólną akcję dla ratowania Austrii, ale Mussolini odmówił. Widocznie obliczył, że Hiszpania warta Austrii, a bez pomocy Hitlera Hiszpanii nie zdobędzie.

Rozbiór Czechosłowacji – to epopeja głupoty, nikczemności i zaprzaństwa, jakich mało w dziejach. Głównym aktorem ze strony tzw. demokracji Zachodu był tu Chamberlain, ale główną winę ponosi Francja, która była związana sojuszem z Czechosłowacją, do ostatniej prawie chwili zapewniała ją, że wypełni swój obowiązek sojuszniczy, a w momencie decydującym zdradziła ją i usunęła się na plan drugi, oddając pierwsze skrzypce Anglii.

Szczytowym punktem masowego ogłupienia, paradą głupoty w stroju entuzjazmu, było Monachium. W tej orgii głupoty i socjaliści francuscy zatracili poczucie zdrowego sensu i głosowali w Izbie – za Monachium! Socjaliści angielscy, którzy aż do Berchtesgaden i Godesbergu nie przejrzeli podstępnej gry Chamberlaina, przecież odrzucili Monachium. Dopiero po kilku dniach socjaliści francuscy w Izbie ocknęli się i powzięli rezolucję, wypowiadającą się przeciw metodzie dyplomatycznej, zastosowanej w Monachium. Dopiero po głosowaniu za Monachium…

Załamanie się prawa i moralności

Skutki polityczne zdrady Hiszpanii przez Anglię i Francję pokażą się dopiero w najbliższej przyszłości. Ale wraz z narastaniem tej zdrady, która ciągnęła się przez 2 i pół roku, następowały spustoszenia natury prawnej i moralnej – wręcz zatrważające.

Stwierdziliśmy, że w sprawie Austrii pogwałcono kilkanaście traktatów i deklaracji. Ale zarówno w sprawie Austrii, jak i Czechosłowacji „ratowano” pokój, chciano uniknąć wojny i oba te państwa istotnie nie wystąpiły zbrojnie w swej obronie, w obu tych wypadkach Hitler wygrał – jak się ktoś wyraził – białą wojnę, choć zupełnie biała ona nie była, jeśli się weźmie pod uwagę los demokratycznych Niemców sudeckich, wydanych na pastwę hitleryzmu, los opozycji w obu zagarniętych krajach, oraz Żydów austriackich i czeskich.

Ale w Hiszpanii lud walczył od wielu miesięcy, walczył jak lew, mimo że pozbawiony poparcia i pozostawiony samemu sobie.

Względem Hiszpanii walczącej pogwałcono:

1) Wszelkie możliwe prawa Republiki, jako państwa niepodległego, rządzącego się konstytucyjnie i zgodnie z wolą większości swego kraju. Nie uszanowano układu handlowego, zawartego z Francją. Odmówiono jej prawa nabywania broni. Zastosowano wobec niej najsurowsze rygory, nie pytając jej wcale o zdanie. Usunięto ją poza prawo za to, że odważyła się bronić praw swoich i swej niepodległości.

2) Prawo międzynarodowe i statut Ligi Narodów, do której Hiszpania należała wraz z Anglią i Francją.

3) Elementarne prawa ludzkie, przez bezczynne przyglądanie się i tolerowanie zbrodni faszystowskich, popełnianych na ludności cywilnej Hiszpanii, przez jednostronne traktowanie tzw. nieinterwencji, która od początku była wyraźną interwencją na rzecz gen. Franco.

Jeżeli sfery kapitalistyczne i zachowawcze Anglii i Francji obojętnie traktowały taką politykę i nawet popierały ją, to były w zgodzie ze swym sumieniem klasowym. Ale postępowanie socjalistów niczym usprawiedliwić się nie da.

A że takie postępowanie nie uszło bezkarnie, bo ujść nie mogło, pokazało się wkrótce, podczas i po Monachium, które było jakby „logicznym” zakończeniem taktyki wobec Hiszpanii. Przypomnijmy sobie, jak entuzjastycznie masy pracujące Francji – jak zresztą we wszystkich krajach, gdzie mogły swobodnie ujawniać swą wolę – wsparły walkę Republiki hiszpańskiej z najazdem. I oto masy te przez długie, długie miesiące musiały przypatrywać się, jak mordowano naród hiszpański, a rząd francuski z socjalistą na czele nie tylko nie pomógł temu narodowi w jego walce, ale szedł ręka w rękę z Anglią, która szła z Hitlerem i Mussolinim.

To była dla mas pracujących całego świata, a dla francuskich w szczególności, okrutna szkoła demoralizacji. Żaden socjalista takiej polityki nie mógł rozumieć, nie mógł rozumieć, dlaczego i po co socjalista ma robić to, co „nie gorzej” robiłby jaki Laval czy Flandin. W tych długich miesiącach rozczarowań, zawodów, a nieraz piekącego bólu i wstydu – załamała się moralność mas pracujących Francji, wystawionych na eksperyment, który przechodził ich możność rozumienia i odczucia.

Zważmy: w świecie przepojonym duchem kapitulacji i strachem przed faszyzmem, porywa się bezbronny niemal lud hiszpański do walki z faszystowskim najazdem, przeciwstawia się pochodowi barbarzyństwa i nadludzkim wysiłkiem wytrzymuje i wstrzymuje ten pochód. Czyż socjalista któregokolwiek kraju i w jakiejkolwiek sytuacji mógł przez chwilę się wahać, gdzie jego miejsce i jaki jego obowiązek?

Ale skoro w obliczu takiej walki jak hiszpańska socjalizm francuski stanął w praktyce obok Chamberlaina, a przeciw Negrinowi, to robotnik i pracownik francuski musieli sobie powiedzieć: tu coś grubo nie w porządku i – machnęli ręką na taką „wielką” politykę. Pozostali w organizacji, ale odsuwali się od walki, a gdy Monachium „uratowało” pokój, to się cieszyli, bo naprawdę nie warto umierać z powodu Czechosłowacji, gdy obok dzieją się takie rzeczy, jak ta samotna walka hiszpańska, zdradzona przez wszystkich. A kiedy padła Barcelona, to już nie było echa ze strony mas. Monachium zabiło Barcelonę. Zgasł ogień walki. Zmarnowano entuzjazm i zapał.

Tak sobie tłumaczymy to załamanie się w francuskiej partii socjalistycznej, załamanie częściowo jakby naprawione na kongresie w końcu 1938 r., ale głęboko tkwiące po dzień dzisiejszy w całym socjalizmie zachodnim, załamanie, które znalazło swój „klasyczny” wyraz w powiedzeniu sekretarza partii francuskiej, Severaca: „lepiej być niewolnikiem w faszyzmie, niż trupem na wolności”. Na taką filozofię może się pisać każdy faszysta, gdyż on do niczego innego nie dąży, jak do społeczeństwa niewolników.

A republikanie hiszpańscy wołali: lepiej umrzeć stojąc, niż żyć klęcząc!

Porównajmy te dwie postawy socjalistów z tej i tamtej strony Pirenejów, a będziemy mieli pojęcie o przepaści dzielącej obóz socjalistyczny.

Demokracja i parlamentaryzm

Demokracja, jeżeli się nie broni skutecznie, a przynajmniej jeśli nie okazuje woli obrony przed faszyzmem, wyrodnieje, staje się formą bez treści.

Tak się też stało w krajach demokratycznych Europy, z wyjątkiem tych kilku, które, jak dotąd, trzymają się na uboczu walk dzisiejszych (skandynawskie) i demokracja nie jest tam tak zagrożona, jak w reszcie Europy.

Uderza to przede wszystkim w dwóch przodujących krajach Europy, decydujących o jej przyszłości: w Anglii i we Francji.

Rząd konserwatywny Anglii opiera się na tradycyjnym ustroju demokracji angielskiej. Ale idąc w polityce zagranicznej na rękę faszyzmowi, mordując wraz z nim (biernie) demokrację innych krajów, rząd ten sprowadza i demokrację wewnętrzną prawie do pozorów, powiedzielibyśmy – do demokratycznej negacji. Wolno w Anglii konserwatywnej wyrażać bez ograniczeń swe zdanie w druku i na zebraniu, wolno wypowiedzieć się w parlamencie. Ale pozytywnie demokracja niczego dokonać nie może. Co przez to rozumiemy, skoro konserwatyści mają większość w parlamencie i siłą rzeczy przeprowadzają swą wolę aż do czasu ewentualnego zwycięstwa lewicy?

Rozumiemy to, że jedną z cech zasadniczych demokracji angielskiej była wrażliwość na opinię publiczną i liczenie się z nią. Opinia może się zmienić po pewnym czasie po wyborach głównych i z tym rząd powinien się liczyć. Opinia ta wypowiada się bezpośrednio w wyborach uzupełniających do parlamentu, w prasie, na zebraniach, w petycjach. Otóż to liczenie się z opinią publiczną rząd konserwatywny w znacznej mierze wykreślił z życia politycznego Anglii.

W ciągu wojny hiszpańskiej opinia w większości swej była niewątpliwie po stronie Republiki hiszpańskiej, a przeciw polityce „nieinterwencji”. Mimo to rząd angielski nic sobie nie robił ani z wyników wyborów, w których przepadali jego kandydaci, ani z protestów, ani – co więcej – z poważnych strat w okrętach i ludziach na Morzu Śródziemnym – strat zadanych przez faszyzm. Wbrew opinii kraju, rząd prowadził politykę własną, to jest klasową, politykę nieraz osobistą Chamberlaina, który nawet na rozkaz Mussoliniego usunął ministra ze swego gabinetu. W sprawach tej doniosłości, co konflikt czechosłowacki, co uznanie rządu gen. Franco, Chamberlain stawiał parlament przed faktami dokonanymi i głosami swej większości uchwalał sobie zaufanie. Różni się to już tylko raczej formą od zwoływanego od czasu do czasu Reichstagu celem wysłuchania mowy Hitlera. Pewnie, opozycja w Izbie Gmin może krytykować rząd i użyć najostrzejszych pod jego adresem słów, ale istoty rzeczy to w niczym nie zmienia. W Anglii w najważniejszych wypadkach decyduje bezapelacyjnie rząd albo jego premier. Chamberlain jest w polityce zagranicznej i zbrojeniowej, w dwóch najważniejszych dziś dziedzinach działalności państwowej, tak samo dyktatorem, jak dyktator w krajach totalnych.

Oczywiście jest to dyktatura przejściowa, aż do nowych wyborów, dyktatura kontrolowana przez parlament. Ale cóż, kiedy właśnie w tym przejściowym czasie działy się rzeczy historycznej doniosłości, których, być może, później nie można będzie odrobić? Nam nie chodzi przecież o słuszną zasadę demokracji, lecz o demokrację w praktyce. I jeżeli praktyka ta wygląda tak opłakanie, jak w przedstawionych przez nas wypadkach, to nie obroni się jej przez wskazanie na to, że praktyka nie zawsze jest tak ponura, że po zaborze Czech i Moraw ten sam Chamberlain zmienił swą politykę i skierował ją przeciw państwom faszystowskim.

To jest prawda, ale stało się to po pierwsze nie pod naciskiem opinii publicznej, lecz pod musem obrony interesów samej Anglii. A po wtóre nie wiadomo, czy ta zmiana ze strony Chamberlaina nie przyszła już za późno. A jeśli tak, to by dopiero się pokazało, jaki bezmiar nieszczęścia sprowadził Chamberlain (i rząd francuski) na Europę. Wtedy by się pokazało, że ów przejściowy okres sprawowania dyktatury w polityce zagranicznej był okresem decydującym w historii współczesnej.

Znacznie gorzej przedstawia się sprawa we Francji z jej licznymi partiami politycznymi.

Front Ludowy okazał się, jak pisaliśmy, formacją sztuczną i w końcu się rozpadł. Mimo to wciąż pokutuje fikcja, jakoby jeszcze istniał. A z chwilą, kiedy Front przestał istnieć, a jakaś większość rządowa musiała być, powstała większość prawicy z radykałami. I oto jesteśmy świadkami demoralizującego i zabójczego dla parlamentaryzmu widowiska, jak większość lewicowa zamienia się w większość prawicową pod wodzą tej samej partii, która przed tym przewodziła lewicy i tej lewicy zawdzięcza swe rządy. I radykałowie udzielają temu rządowi (z łaski prawicy) nieograniczonych pełnomocnictw w nadziei, że kadencja Izby, kończąca się w roku 1940, zostanie przedłużona o dwa lata i oni nie będą potrzebowali stanąć przed wyborcami i usprawiedliwiać się ze swej zdrady.

I to ma być demokracja! I żadne ze stronnictw Frontu Ludowego nie domaga się nowych wyborów, by nie być uczestnikiem tej niemoralnej farsy parlamentarnej. Nawet niebezpieczeństwo wojny nie jest okolicznością łagodzącą na tolerowanie podobnego politykierstwa.

I we Francji, jak w Anglii, najważniejsze decyzje zapadały poza parlamentem, który zresztą popierał rząd w sprawie hiszpańskiej i w sprawie czechosłowackiej. Ci sami radykałowie, co przystąpili do grupy „przyjaciół Hiszpanii”, grupy założonej w Izbie już po klęsce katalońskiej, głosowali w Izbie za uznaniem rządu gen. Franco.

I nie tylko w sprawach polityki zagranicznej, ale też w sprawach polityki wewnętrznej, co do których obowiązywał ich układ z innymi stronnictwami Frontu Ludowego, jak w sprawach finansowych, w sprawach reform społecznych, radykałowie przeszli do porządku nad swymi zobowiązaniami i znaleźli się w jednym z prawicą szeregu. Ministrowie radykalni stali się wykonawcami polityki prawicy. Lewicowym parlamentem rządzi prawica.

Ale pomijając krętactwa parlamentarne radykałów, trzeba stwierdzić, że rząd Bluma przygotował grunt do ich polityki. Musiało dojść do niej, skoro na samym początku – jak już wspomnieliśmy – pierwszy rząd Frontu Ludowego, rząd Bluma, sądził, że Francja będzie mogła spokojnie kroczyć po drodze reform społecznych i gospodarczych, mimo, że faszyzm będzie zwyciężał dokoła. Okazało się wkrótce, że faszyzm zabija nie tylko demokrację, lecz także 40-godzinny tydzień pracy i inne reformy.

Pacyfizm

Tragikomiczne są dzieje pacyfizmu w przeżywanym przez nas okresie deprecjacji wszelkich wartości.

Faszyzm jest ruchem na wskroś wojennym. Nie potrzeba tego uzasadniać, ponieważ praktyka codzienna dostatecznie nas o tym poucza. Wyścig zbrojeń wyszedł od faszyzmu, wojna abisyńska, hiszpańska i chińska – to dzieło trójkąta faszystowskiego Berlin-Rzym-Tokio. Zresztą sami wodzowie faszyzmu tyle razy wyśmiewali pacyfizm, że na ten temat nic dodać nie trzeba.

Socjalizm, przeciwnie, jest ruchem na wskroś pokojowym, zarówno w swej idei, jak w swym działaniu. I tego udowadniać nie potrzeba.

Ale oto raz po raz zaborcze plany faszyzmu w Europie udają się bez wojny, gdyż mocarstwa zachodnie kapitulują przed faszyzmem. I cóż się dzieje?

Dzieje się to, że kapitulacja przed zaborczością faszyzmu urasta do cnoty pokojowości, pacyfizmu w tym wypadku mile przez faszyzm widzianego, a opór przeciw kapitulacji czy nawet krytyka polityki kapitulacyjnej są piętnowane jako wojowniczość, jako mącenie pokoju. Co więcej: wojnę wywołuje nie ten, kto napada zbrojnie na sąsiada czy na bezbronny daleki naród, lecz ten, kto się broni, nie daje się żywcem brać do niewoli. Japonia przecież oskarża Chiny, że to one, stawiając opór najazdowi, wywołały wojnę. I takie rzeczy głosi się publicznie, a wychodzą one z ust odpowiedzialnych kierowników polityki w państwach faszystowskich i pełno ich w prasie faszystowskiej.

I nie tylko faszystowskiej. Pacyfizm konserwatystów angielskich, polegający na kapitulacji przed faszyzmem, jest jedną z najpotężniejszych broni w ich walce z socjalizmem. I tak jest wszędzie. Wszędzie reakcja jest dzisiaj ogromnie „pacyfistyczną”, gdyż jej pacyfizm jest w stosunku prostym do jej gotowości do kapitulacji przed faszyzmem. Wojna stała się środkiem szantażu, a zarazem straszakiem faszystowskim i w ogóle reakcyjnym. Uczucia pokojowe mas wyzyskuje się do kapitulowania przed faszyzmem, do ujarzmiania mas pod względem politycznym i społecznym.

To jest jedna strona polityki kapitulacyjnej. Ale jest jeszcze druga, nie mniej niebezpieczna. W samym obozie socjalistycznym istnieje już poważny odłam pacyfistów „integralnych”, którzy pokój za wszelką cenę uważają za wyznanie swej wiary. Jeszcze do niedawna pacyfiści tego rodzaju byli nieszkodliwymi sekciarzami w rodzaju Lansbury’ego, jednostki o ideologii raczej tołstojowskiej. Dziś pacyfizm „integralny”, niby grzyb, podgryza zdrowy rdzeń socjalizmu.

Albowiem hasło pokoju za wszelką cenę jest przecież wymarzoną platformą faszystowską. To przecież faszyzm głosi to samo hasło, ale pod adresem demokracji, i żąda coraz wyższej ceny za pokój, który, wedle „integralistów”, wart jest wszelką cenę. W ten sposób otwiera się faszyzmowi wrota na oścież, zaprasza się wprost do coraz to nowych zaborów. Hasło pokoju za wszelką cenę oznacza kapitulację socjalizmu przed faszyzmem bez wystrzału.

Socjalizm a faszyzm

Pacyfiści „integralni”, głosząc pokój za wszelką cenę, muszą oczywiście w konsekwencji domagać się współżycia z faszyzmem. I to też czynią. Żądają rokowań z państwami faszystowskimi, a niektórzy z nich są gotowi do najdalej idących ustępstw dla faszyzmu, byle utrzymać pokój. Ci socjaliści są wciąż zdania, że państwa faszystowskie zostały pokrzywdzone przez Traktat Wersalski, chociaż traktat ten już leży w gruzach, a Niemcy zagarnęły Austrię i Czechosłowację, których nie miały przed wojną światową.

Trzeba stwierdzić fakt smutny i dość dziwny, że Zachód, mimo wszystkie doświadczenia z faszyzmem, nie zna i nie rozumie istoty tego ruchu. Dopiero zabór Czech dokonał pewnej zmiany pod tym względem. Uważa się faszyzm za ruch pokrewny konserwatywnym i imperialistycznym ruchom zachodnim o cechach wprawdzie barbarzyńskich, ale nie dostrzega się cechy istotnej faszyzmu, mianowicie jego charakteru wojennego. Faszyzm i wojna to jedno. Mit wyższości rasowej czy narodowej, głoszony przez faszyzm, jest tym bodźcem, który zmusza go do potwierdzenia tej wyższości na drodze wojny. Nie chodzi faszyzmowi o same zdobycze polityczne i gospodarcze, lecz o zaspokojenie żądzy panowania, o wypieranie innych, jako rzekomo mniej wartościowych, i zajęcie ich miejsca.

Czymże była wojna abisyńska? Czy Mussoliniemu szło tylko o obszary kolonizacyjne i zdobycze gospodarcze? Mógł mieć jedne i drugie bez przelewu krwi, nawet bez wielkich zachodów dyplomatycznych. Zarówno Abisynia, jak mocarstwa zachodnie były gotowe do daleko idących ustępstw. Ale Mussolini wcale nie chciał o tym mówić. On chciał podboju Abisynii, mimo że ten kraj jest dla Włoch ciężarem ponad siły. Zapewne chodzi mu nie tylko o „prestiż”. Abisynia ma być bazą wypadową do wypierania wpływów angielskich i francuskich z Afryki i Dalekiego Wschodu. Ale młodzież włoska szła na bój, upojona hasłami nacjonalistycznymi, hasłami wyższości Włoch nad barbarzyńską Abisynią, hasłami „kulturtregerstwa” włoskiego. „Prestiż” imperialny górował nad wszystkim, i to jedno rzeczywiście zostało z wojny abisyńskiej.

To samo się da powiedzieć o wojnie Japonii z Chinami. Czy Japonia kiedy próbowała na drodze rokowań znaleźć wyjście dla przeludnienia swego kraju, dla swych potrzeb gospodarczych? Nie. Bo cóżby robiła kasta militarna rządząca Japonią? A kasta ta, nie naśladując we wszystkim faszyzmu europejskiego, idzie przecież z nim razem, gdy chodzi o politykę podbojów.

A w polityce Hitlera ta cecha megalomanii nacjonalistycznej, podsycana jeszcze przez obłęd rasistowski, aż bije w oczy. Ona jest bodaj jedynym impulsem popychającym młodzież niemiecką do szeregów hitleryzmu. A czy sam Hitler nie żywi ambicji „kosmicznych”, połączonych z żądzą odwetu? Czy wszystkie potrzeby życiowe Niemiec, utrzymane w rozsądnych ramach obecnych możliwości międzynarodowych, nie mogłyby być zaspokojone bez wygrażania pięścią? Czy ktokolwiek w Europie zagraża granicom Niemiec, że się tak szalenie zbroją?

A skoro wojna jest nieodłączną od faszyzmu, to jak pacyfiści „integralni” mogą żądać rokowań z faszyzmem właśnie w imię unikania wojny, w imię pacyfizmu?

Gdyby faszyzm mógł współżyć w pokoju z demokratycznymi państwami, to by nie porzucił Ligi Narodów, nie dążył – i z powodzeniem – do zniszczenia Ligi, nie zbroił się w takim tempie i w takich rozmiarach. Przecież to są fakty, mające swą wymowę i swe konsekwencje. Jakże można ich nie dostrzegać, a na ich miejsce umieszczać fikcje?

Układy z faszyzmem? A któreż z państw „trójkąta” dotrzymuje umów? Historia ostatnich lat to jedno nieprzerwane pasmo gwałcenia traktatów przez Berlin, Rzym i Tokio, traktatów dawnych, jak i świeżo zawartych przez dyktatorów faszystowskich.

Prawda, że i Anglia, i Francja nie dotrzymywały swych zobowiązań. Ale to wynikało z kapitulacji przed faszyzmem, to było już zjawisko wtórne, zapoczątkowane przez faszyzm. Nie usprawiedliwia to bynajmniej mocarstw zachodnich, ale w porównaniu z faszyzmem w pewnej mierze łagodzi ich winę. Faszyzm zaś i układy są to rzeczy nie do pogodzenia, tak jak faszyzm i pokój. Układy bowiem, jeśli mają być dotrzymane, zawierają w sobie element trwałości i pokoju, zgody i współżycia. A to nie leży w charakterze „dynamizmu” faszystowskiego, który musi wciąż polować na coraz to nową zdobycz, w przeciwnym bowiem razie traci na „atrakcji”, a nie mogąc – pod grozą upadku – rozluźnić dyktatury w kraju, szamotałby się bez wyjścia.

Państwa faszystowskie zawierają układy, owszem, ale zawsze z myślą, aby wygrać je przeciw kontrahentom, albo stronie trzeciej, czyli korzyść z tych układów jest jednostronna, a tą stroną jest faszyzm. Układy więc tylko wzmacniają faszyzm i pomagają mu w dziele opanowania świata.

Nie pomoże tedy najlepsza wola do rokowań i współpracy z faszyzmem, skoro istota faszyzmu na współpracę nie pozwala.

Były przecież próby „dogadania się” z faszyzmem. Najtragiczniejszą z nich było Monachium. A skutek? Najazd na Czechy i inne zabory tuż po Czechach, tudzież jeszcze gwałtowniejsze zbrojenia. Po każdym „porozumieniu” z faszyzmem sytuacja światowa zaostrza się i zamiast odprężenia mamy jeszcze większy kryzys. Czy to także nic nie mówi? Czy to nie potwierdza, że między faszyzmem a państwami pokojowymi nie ma drogi porozumienia?

„Integraliści”, propagujący współpracę i współżycie z faszyzmem, nie mogą przytoczyć ani jednego faktu, który by dowiódł możliwości współpracy państw demokratycznych z faszyzmem. Takiego wypadku jeszcze nie było od czasu zwycięstwa hitleryzmu. A najazd Albanii świadczy, że Mussolini idzie zupełnie w ślady Hitlera, nie co do zaborczości, której nie potrzebował się uczyć od nikogo, ale co do metod, mianowicie zaskakiwania i „wyjaśniania” kroku zaborczego (ofiara „doprasza się” kata).

Ale wyznajemy szczerze, że gdyby nawet współpraca z faszyzmem była możliwa, to socjalista nie powinien na to pójść. Są pewne elementarne normy moralności ogólnoludzkiej, poniżej których żaden szanujący się człowiek nie powinien i nie może zejść bez narażenia swej godności ludzkiej (i socjalistycznej). Jeżeli organizacje socjalistyczne i zawodowe głoszą i przeprowadzają bojkot ekonomiczny krajów faszystowskich, to z niemniejszą racją należy faszyzm bojkotować politycznie i towarzysko, trzeba się trzymać od niego z daleka. Wszelkie układy, tzw. kulturalne, między krajami demokratycznymi a faszystowskimi są obłudą i fałszem. Nie ma kultury tam, gdzie nie ma elementarnego poszanowania godności ludzkiej.

Kto tego nie rozumie, z tym żadne dyskusje nie są możliwe.

Dotyczy to zresztą i bolszewizmu.

Neutralność

Jedną z form pacyfizmu, uprawianą przeważnie przez mniejsze państwa, a bardzo wygodną dla faszyzmu, jest neutralność wobec tego, co się dzieje w Europie, chęć trzymania się na stronie, w nadziei, że w ten sposób uniknie się wciągnięcia w wir wydarzeń europejskich. Taką neutralność głoszą też prawie wszyscy socjaliści małych państw, jak Belgia i państwa skandynawskie.

Neutralność jest – jak powiedzieliśmy – bardzo wygodna dla faszyzmu, ponieważ osłabia ona front państw pokojowych, a przez to samo wzmacnia faszyzm. Ogłoszenie neutralności przez Belgię osłabiło Anglię i Francję na wypadek wojny, a tym samym wzmocniło faszyzm. Nie trzeba tłumaczyć, że dla faszyzmu ta neutralność jest fikcją. Jeżeli wojna będzie tego wymagała, faszyzm bez wahania pogwałci neutralność każdego państwa, choćby przed tym najuroczyściej zobowiązał się do poszanowania jej.

Ta ucieczka do neutralności jest objawem strachu przed faszyzmem. Ale jeżeli wielkie mocarstwa doprowadziły do takiego stanu rzeczy, że małe państwa pozostały bezbronne, to trudno się dziwić, że neutralność wydaje się tym małym państwom mniejszym złem aniżeli uczestnictwo w ryzykownej polityce po stronie mocarstw. Specjalnie, jeśli chodzi o socjalistów małych państw, to, nie podzielając ich wiary w skuteczność neutralności, trzeba jednak przyznać, że w warunkach obecnych nie mają oni wyjścia. Skoro wielkie mocarstwa kapitulują przed faszyzmem, skoro z bezpieczeństwa powszechnego i z paktu Ligi Narodów pozostały jeno wspomnienia, to trudno wymagać, aby akurat socjaliści małych państw wyręczyli towarzyszy z wielkich mocarstw i przywrócili do życia instytucje, których się nie obroniło. Małe kraje solidarnie podtrzymały akcję sankcji przeciw Włochom podczas wojny abisyńskiej. Ale skoro Anglia i Francja wycofały się z tej akcji w chwili, kiedy była najbardziej potrzebna i mogła zadać cios śmiertelny faszyzmowi włoskiemu, skoro małe państwa przekonały się, że nie mogą uzależnić swego bezpieczeństwa od wielkich mocarstw, które krok za krokiem wycofywały się z podstawowych zobowiązań paktu Ligi Narodów, więc szukają – złudnego zresztą – bezpieczeństwa w neutralności.

Tragedia Czechosłowacji, Hiszpanii, Kłajpedy, Albanii, Chin – oto pasmo kapitulacji, które mogą tylko wzmocnić w małych państwach przekonanie, że postępują dobrze.

Że neutralność oznacza usunięcie się socjalistów małych państw od wspólnych zadań socjalizmu w dobie dzisiejszej i rozluźnia akcję socjalizmu w skali międzynarodowej – jest rzeczą niewątpliwą. I to jest także jednym z przejawów kryzysu w socjalizmie.

Międzynarodówka

Tu wkraczamy w działalność Międzynarodówki Socjalistycznej.

Międzynarodówka jest swobodnym zrzeszeniem poszczególnych partii socjalistycznych, pozbawionym mocy egzekutywy, jeśli chodzi o wykonanie jej uchwał. Siła Międzynarodówki polega na sile poszczególnych partii i na ich osiągnięciach.

Statut Międzynarodówki w art. 3 głosi: „Międzynarodówka jest o tyle tylko żywą rzeczywistością, o ile jej uchwały we wszystkich sprawach międzynarodowych są wiążące dla wszystkich jej członków. Każda uchwała organizacji międzynarodowej oznacza tedy dobrowolne ograniczenie autonomii partii poszczególnych krajów”.

Jak widać, partie Międzynarodówki wiąże nakaz moralny do wypełniania uchwał wspólnie podjętych, nie ma zaś nakazu formalnego ani sankcji w razie uchybień uchwałom. Zbyteczna roztrząsać na tym miejscu, czy taka forma organizacyjna jest celowa, czy nie. Świadczy ona w każdym razie, że kierownicy Międzynarodówki, w chwili jej odbudowania w r. 1923, zdawali sobie sprawę, że nie można z centrali Międzynarodówki kierować polityką poszczególnych partii i że takie kierownictwo tylko by zaszkodziło działalności partii należących do Międzynarodówki.

Pod tym względem Międzynarodówka Socjalistyczna różni się zasadniczo od Międzynarodówki Komunistycznej, kierowanej centralistycznie z Moskwy, co daje Kominternowi niewątpliwie przewagę sprawności i dyscypliny, ale też czyni z niego narzędzie Moskwy i jej interesów. Z tej zasadniczej różnicy w samej budowie obu Międzynarodówek widać, jak nieuzasadnione są zarzuty przeciwników socjalizmu co do rzekomego wykonywania rozkazów Międzynarodówki przez poszczególne partie.

Oczywiście moralna więź partii wchodzących w skład Międzynarodówki była silniejsza wtedy, kiedy socjalizm w szeregu państw Europy Środkowej pierwszorzędną odgrywał rolę, kiedy faszyzm istniał w jednych tylko Włoszech. Zwycięstwo hitleryzmu było dla Międzynarodówki dotkliwym ciosem. Od tego czasu nie zwołuje ona kongresu i stała się właściwie związkiem partii krajów demokratycznych i częściowo sfaszyzowanych, gdzie socjalizm może legalnie działać. W miarę pochodu faszyzmu sytuacja Międzynarodówki stawała się coraz trudniejsza, a zadania jej coraz bardziej skomplikowane. Międzynarodówka musi przede wszystkim pamiętać o utrzymaniu pozycji socjalizmu w krajach demokratycznych i możliwe je rozszerzyć, musi mieć na oku kraje, w których demokracja, a z nią i socjalizm są zagrożone, musi wreszcie dbać o socjalizm podziemny krajów faszystowskich i o ich, mnożące się z dnia na dzień, ofiary.

Kiedy się weźmie pod uwagę wszystkie te okoliczności, to w ocenie działalności Międzynarodówki trzeba być powściągliwym i nie domagać się rzeczy niemożliwych.

Można z całym obiektywizmem stwierdzić, że Międzynarodówka w latach powojennych oceniała sytuację europejską trafnie, a jej wskazania okazały się zawsze słuszne i zbawienne. Dość przypomnieć, że w sprawie Niemiec i ich długów wojennych, w sprawie Austrii, w sprawie stosunku do Rosji sowieckiej, w sprawie rozbrojenia, bezpieczeństwa powszechnego, sytuacji gospodarczej i kryzysu – uchwały Międzynarodówki sprawdziły się, dając świadectwo jej mądrej i przewidującej analizie rzeczywistości. Gdyby rządy Anglii i Francji postępowały w myśl tych uchwał, to by świat dzisiaj inaczej wyglądał. Gdyby w myśl wskazań Międzynarodówki rozwiązano zagadnienie Niemiec powojennych i przestrzegano zasad bezpieczeństwa powszechnego, to by dzisiaj wielkie mocarstwa nie potrzebowały kapitulować raz po raz przed Hitlerem, a świat nie uginałby się pod ciężarem zbrojeń.

Za te śmiertelne grzechy rządów kapitalistycznych muszą pokutować obecnie milionowe rzesze mas pracujących całego świata.

Ale, oczywiście, i błędy partii socjalistycznych odbiły się i odbijają ujemnie na Międzynarodówce, jako że – powtarzamy – siłę jej stanowią partie poszczególne ją tworzące. Klęski socjalizmu w krajach opanowywanych przez faszyzm, łącznie z powodzeniem w krajach demokratycznych, wytworzyły linię podziału i rozdziału, psychologicznie zrozumiałą, ale dla Międzynarodówki wielce niekorzystną. Socjaliści krajów demokratycznych, zazdrośni o swój stan posiadania, zajęci obroną wolności i zdobyczy społecznych w swych krajach, zaczęli się nieznacznie, a przecież dość wyraźnie, wycofywać z polityki prawdziwie międzynarodowej i zamykać w granicach własnych państw. Tym samym więź moralna, stanowiąca jedyny łącznik solidarności poszczególnych partii Międzynarodówki, zaczęła się rozluźniać i pękać.

Najjaskrawiej wystąpiło to w sprawie hiszpańskiej. Międzynarodówka wielokrotnie wzywała partie socjalistyczne do wpływania na rządy, by porzuciły tzw. nieinterwencję. Takie same uchwały pobierała na swych kongresach także francuska partia. Ale rząd Bluma twardo i niewzruszenie obstawał przy nieinterwencji. Uchwała Międzynarodówki pozostała głosem na puszczy.

Międzynarodówka od chwili zwycięstwa Hitlera uznała walkę z faszyzmem za naczelne zadanie partii socjalistycznych. Hasło Międzynarodówki: „faszyzm to wojna”, po stokroć słuszne, było hasłem dnia wszystkich partii socjalistycznych. Ale nikt inny jak właśnie rząd Bluma swą polityką hiszpańską i całą polityką zagraniczną zaprzepaścił to hasło [4].

I oto uchwała Egzekutywy Międzynarodówki po Monachium (z października 1938 r.) już nie mówi o walce z faszyzmem. Uchwała wzywa narody do zrobienia rachunku ze zobowiązań międzynarodowych, by jedne odrzuciły, a inne lojalnie wykonały (czy można z góry wiedzieć, jakie zobowiązania mają być dotrzymane? Zasadniczo państwa chciałyby dotrzymać wszystkich zobowiązań dobrowolnie przyjętych), wzywa wielkie mocarstwa demokratyczne do stworzenia zapory przed wszystkim, co mogłoby zniszczyć pokój w wolności i sprawiedliwości.

Wielkie mocarstwa, to znaczy Chamberlain i Daladier, uczestnicy Monachium, potępionego przez tę samą uchwałę.

I w samej rzeczy: jak po Monachium, za którym głosowali socjaliści francuscy, wzywać jasno i wyraźnie do walki z faszyzmem?

Zdajemy sobie doskonale sprawę, że socjaliści będący w rządzie nie mogą i nie mają obowiązku wykonywać uchwał Międzynarodówki, a nawet własnej partii. Ale co innego jest niewykonanie pewnej uchwały, a co innego robienie na przekór uchwale partyjnej. Czy socjalista po to wchodzi do rządu, by krzyżować dzieło socjalizmu?

Międzynarodówka – przypominamy – opiera się na odpowiedzialności moralnej swych członków. Jest to mało, jeśli chodzi o kierowanie tą organizacją, ale jest bardzo wiele, jeśli idzie o współdziałanie w pracy i w walce poszczególnych partii o socjalizm. Jest rzeczą śmieszną i odpychającą, kiedy Moskwa sprawuje sądy nad członkami Kominternu. Ale jest rzeczą smutną, kiedy odpowiedzialność moralna w Międzynarodówce Socjalistycznej przeradza się w brak odpowiedzialności w ogóle. A, niestety, tak jest teraz w Międzynarodówce. Partie robią co chcą, a Międzynarodówka nie zajmuje wobec tego stanowiska. Prowadzi to, rzecz jasna, na manowce. Uchwały tracą swój nakaz moralny. Uchwały stają się ogólnikowe i mgliste, jak wyżej przytoczona.

Międzynarodówka obawia się nazywać rzeczy po imieniu. Zamiast np. w sprawie hiszpańskiej żądać od partii francuskiej – kiedy partia stała na czele rządu – zaniechania tzw. nieinterwencji, Międzynarodówka zwraca się do wszystkich partii, by one wpłynęły na swe rządy itd. To są frazesy, ponieważ żadna partia prócz francuskiej (a na drugim planie angielska, gdyby francuska spełniła swe zadanie), nie mogła zmienić polityki w sprawie hiszpańskiej.

Stawianie na jednym poziomie partii socjalistycznych wielkich mocarstw i małych krajów i obarczanie jednaką odpowiedzialnością jednych i drugich nie świadczy o dobrej orientacji Międzynarodówki.

Międzynarodówka powinna być czymś więcej – nawet przy obecnym statucie – niż zwykłą sumą poszczególnych partii. Powinna być skupieniem ideowym, promieniującym na wszystkie kraje, o wielkim autorytecie moralnym. A tego Międzynarodówce obecnej brak.

Kryzys ludzi i charakterów

Niedawno na jednym z wieców w Brukseli przewodniczący Międzynarodówki, czcigodny de Brouckère, oświadczył: „Uratowano pokój”, wytwarzając taką atmosferę, że wystarczy iskry, by wybuchł proch. „Dokonano obniżenia moralności i charakterów, od którego moglibyśmy umrzeć z taką samą pewnością jak od wojny”.

Słowa bardzo słuszne. Dotyczą oczywiście także tych socjalistów, którzy w większej czy mniejszej mierze ponoszą współodpowiedzialność za postępy faszyzmu. Z chwilą, gdy w szeregach socjalistycznych znalazły się jednostki i całe grupy głoszące porozumienie z faszyzmem, z tą chwilą czerw rozkładu zaczął toczyć także socjalizm, który jest przede wszystkim prawdą, faszyzm zaś opiera się na kłamstwie.

Zdawał sobie sprawę z tego niebezpieczeństwa Emil Vandervelde, który na kilka tygodni przed śmiercią pisał w organie centralnym partii belgijskiej, że partia jest na rozstajnych drogach i że on, Vandervelde, jako prosty szeregowiec partyjny, zabierze się do dzieła uzdrowienia partii. Śmierć jego jest jakby symbolem kryzysu, jaki przechodzi socjalizm: Vandervelde był bodaj ostatnim wodzem socjalizmu ze „starej gwardii”, który zaczął się czuć obco w środowisku nowego „realizmu”. Był też niewątpliwie ostatnim wielkim autorytetem w Międzynarodówce.

A skąd powstał u Vandervelde ten rozdźwięk? Powstał właśnie na tle stosunku do faszyzmu. Na małym odcinku – w sprawie wysłania przedstawiciela Belgii do Hiszpanii faszystowskiej – odzwierciadliło się rozdwojenie w socjalizmie, zrodzone z kapitulacji przed faszyzmem.

Vandervelde nie pozostawił następców tej co on miary. Międzynarodówka ma wiele pierwszorzędnych intelektów, ale nie ma wielkich bojowników, obecnie tak bardzo niezbędnych. Międzynarodówka nie ma, niestety, wodza. Piszemy: niestety, ponieważ w czasach chorobliwego „wodzostwa” i socjalizm, obcy wszelkiemu bizantynizmowi krajów totalnych, nie może przecież obejść się bez własnego uznanego powszechnie autorytetu. A i w ogóle – co jest brakiem poważniejszym – wszystkie partie na kontynencie europejskim i poza nim cierpią na brak wybitniejszych jednostek, dalekowzrocznych polityków socjalistycznych. To jest też jedną z przyczyn paraliżu Międzynarodówki. Ale na to, rzecz jasna, nie ma rady. „Czasy pogardy” nie wydają, widocznie, na świat wielkich ludzi.

Największe obawy natomiast budzić musi kryzys charakterów, grożący rozkładem socjalizmu od wewnątrz. Zagadnienie to jest zbyt złożone, byśmy mogli je tu rozważać szczegółowo. Faktem jest, że we wszystkich partiach socjalistycznych krajów demokratycznych – ale bynajmniej nie wszędzie w stopniu jednakowym – ten kryzys charakterów istnieje. Kryzys ten jest po części nieunikniony w ustroju kapitalistycznym, w który socjalizm „wrasta” i w którym się rozwija. Środowisko działa demoralizująco, a o tworzenie własnego świata obyczajowo-kulturalnego socjalizm na razie kusić się nie może. Od partii socjalistycznych i ich organizacji zależy, by to zło, idące od otoczenia, w miarę możności zmniejszyć i ujemnym skutkom przeciwdziałać.

Ponieważ piszemy tylko o faszyzmie, zwrócimy na tym miejscu uwagę na jeden tylko moment. Socjalizm w przodujących krajach demokratycznych stworzył wiele pierwszorzędnych instytucji i placówek służących sprawie robotniczej we wszystkich jej przejawach (polityka, gospodarstwo, reformy społeczne, sztuka, kultura fizyczna i duchowa), i w obliczu ofensywy faszyzmu niejeden z socjalistów pragnąłby je uratować od zagłady. Dlatego jest gotów pójść na daleko idące kompromisy z faszyzmem, na porozumienie z nim, byle ocalić ten dorobek pracy, inicjatywy i twórczości. Ale faszyzm nie zna ugody i z faszyzmem nie wolno pod grozą zatraty własnej zawierać kompromisów.

W tym starciu między socjalizmem a faszyzmem dokonać się musi w końcu „dobór naturalny”: odpadną ci, co lekkomyślnie dali się złapać w sieci faszyzmu albo nie potrafili się obronić. Ale w tej walce, która na naszych odbywa się oczach, zdarza się, że socjalizm maszeruje ręka w rękę z faszyzmem i nie zdaje sobie widocznie z tego sprawy, do tego stopnia zatarły się różnice między prawdą a kłamstwem. I tu tkwi największe niebezpieczeństwo.

Jaskrawym przykładem takiego współżycia w jednej partii socjalizmu z faszyzmem jest obecnie przede wszystkim francuska partia socjalistyczna. Znaczny jej odłam, tzw. pacyfistyczny, głoszący porozumienie z faszyzmem w imię „pokoju”, znajduje się na krawędzi między socjalizmem a faszyzmem. Jeżeli na posiedzeniu rady narodowej (naczelnej) tego stronnictwa (4 i 5 marca r. b.) padają żądania utrzymania nieinterwencji hiszpańskiej i wyrazy ubolewania, że nie próbowano rozwinąć korzyści polityki monachijskiej (!) i że za mało się zwalcza Kościół i finansjerę międzynarodową, ponieważ one trzymają z demokracją przeciw faszyzmowi – to naprawdę nie wiadomo, gdzie się kończy socjalizm, a zaczyna faszyzm.

Odwrotna strona medalu: faszyzm wyrwał socjalizm z życia spokojnego i często już nieco zgnuśniałego. Wielu socjalistom się wydaje, że będą mogli w spokoju przetrwać okres zarazy faszystowskiej. Ale gdy się przekonają, że fala faszystowska zaleje każdego, kto się jej nie obroni, to staną w szeregach walczących. I to będzie jedyną dobrą stroną faszyzmu, na przekór, oczywiście, jego zamierzeniom.

Zaniedbania i obowiązek

Nieznajomość istoty faszyzmu, brak orientacji co do dążeń i planów faszyzmu, ciasnota widnokręgów polityków Zachodu sprawiły, że Europa znalazła się w obliczu możliwości wojny. Wojna potencjalna (ukryta) istnieje – jak podkreśliliśmy – od chwili zwycięstwa Hitlera, a jak długo taki stan potrwa, nikt dzisiaj przewidzieć nie zdoła.

Za ten stan rzeczy część winy spada także na socjalistów zachodnich, przede wszystkim francuskich, ale po części i angielskich.

Przypomnijmy, że gdy Hitler obsadził Nadrenię i wymówił traktat lokarneński, socjaliści angielscy nic słyszeć nie chcieli o jakiejś akcji przeciw Niemcom. Przyjęli z największą ulgą fakt, że Hitler zadowolił się wówczas owym „faktem dokonanym” i że pokoju nie naruszono, a na przyszłość doradzali… rozmowy z Hitlerem. Że Hitler swym posunięciem szachuje linię obronną Francji, że w poważnej mierze utrudnia zadania obronne wypływające z sojuszu francusko-polskiego – kto by wtedy w Partii Pracy o takie rzeczy się troszczył? Wagę tych spraw zrozumiano dopiero w marcu 1939 r. Socjaliści angielscy wprawdzie nie mogli wtedy wpłynąć na kierunek polityki rządowej, ale postawą swą przyczynili się do uśpienia czujności wobec faszyzmu i ułatwili kapitulacyjną politykę konserwatystów.

O fatalnej polityce socjalistów francuskich w sprawie hiszpańskiej i czeskiej pisaliśmy już obszernie [5].

Albo inny przykład braku orientacji. Jeszcze w końcu marca r. b. zarząd Międzynarodówki Zawodowej powziął uchwałę domagającą się zwołania międzynarodowej konferencji pokojowej. Jednocześnie zażądano utworzenia bloku państw (Anglii, Francji, Polski i Rosji) przeciw jakimkolwiek dalszym napadom „osi”. Obie te uchwały nie bardzo się godzą ze sobą. Dopiero inicjatywa Roosevelta w depeszy do Hitlera i Mussoliniego pokazała, że taka konferencja, jeśli ma mieć jakiś sens, to tylko po otrzymaniu gwarancji ze strony faszyzmu, że nie będzie napadał na żadne z państw [6].

Rozejrzyjmy się teraz przez chwilę w sytuacji obecnej.

Po zaborze Czech i Moraw, który podziałał na bohaterów monachijskich, Chamberlaina i Daladiera, jak uderzenie obuchem po głowie, nastąpił zwrot w polityce mocarstw zachodnich wobec „osi”, chociaż co prawda nie ruszyły palcem w obronie swej ofiary monachijskiej.

Socjaliści angielscy są skłonni przypisać ten zwrot ich wpływom. Bardzo byśmy byli radzi, gdyby tak było. Ale mamy wątpliwości pod tym względem. Przypominamy sobie, że Chamberlain już na jesieni r. ub. podczas najwyższego rozkwitu „pokoju monachijskiego” oświadczył Izbie, że gdyby Hitler sięgnął po całą Czechosłowację i tym dowiódł, że dąży do panowania w Europie, to by Anglia tego nie mogła tolerować. Dalej: z górą dwuletnie doświadczenie z wojną hiszpańską pokazało, że Chamberlain jest zupełnie głuchy na żądania, rady czy przestrogi socjalistów. Albo dowód jaskrawy: w sprawie przymusowej służby wojskowej Chamberlain wielokrotnie przyrzekał i solennie zapewniał socjalistów, że przymusu nie będzie, a mimo to bez ich wiedzy i zgody zaprowadził przymusową służbę. (Inna rzecz, że mimo wszystkich słusznych zarzutów socjalistów w tej sprawie racja merytoryczna jest – zdaniem naszym – po stronie Chamberlaina).

Mówimy o tych sprawach dlatego, że należy się obawiać, by nie powstały złudzenia co do cudownego nawrócenia się Chamberlaina. Jego kurczowe trzymanie się władzy po niesłychanej kompromitacji monachijskiej nie świadczy, by on i jego koledzy paryscy wyrzekli się całkowicie polityki monachijskiej. Co prawda po wystąpieniu Hitlera z 28 kwietnia mało jest widoków na taką politykę. Ale nigdy nie można być dość ostrożnym z tymi neofitami walki z faszyzmem, walki bez przekonania wewnętrznego o jej potrzebie i na przekór woli własnej. Chwiejna postawa Chamberlaina wobec Mussoliniego tym bardziej nakazuje ostrożność.

Faktem jest niewątpliwym, że zwrot w polityce Anglii i Francji wywołany został koniecznością obrony interesów własnych obu mocarstw, zagrożonych przecież bezpośrednio ze strony „osi”, która już sposobiła się do ofensywy na Morzu Śródziemnym, nie mówiąc o dalszych próbach rozszerzenia jej panowania w Europie (na Bałkanach i na Bałtyku).

I faktem jest, że do chwili zaboru Czech podłoże klasowe polityki angielsko-francuskiej było aż rażące. Do tego stopnia, że w zaślepieniu swym Anglia i Francja same sobie stworzyły nowego wroga w postaci Hiszpanii i kiedy cały świat już widział zbliżające się nowe zabory „osi”, Anglia i Francja pośpiesznie uznały gen. Franco, szły mu na rękę we wszystkim, czego chciał, i oddały mu nawet flotę republikańską, by miał czym pomagać na morzu – Mussoliniemu.

Jakie są widoki na przyszłość najbliższą?

Socjaliści w kryzysie ostatnim, po zaborze Czech, zajęli stanowisko słuszne. Żądali stworzenia koalicji państw pokojowych przeciw „osi”, koalicji z udziałem Rosji Sowieckiej, jako państwa o bądź co bądź potężnej armii (zwłaszcza lotnictwa) oraz ze względów strategicznych i geograficznych na wypadek wojny.

Wypadki posuwają się tak szybko, że nie wiemy, czy uwagi niniejsze, gdy dojdą czytelnika, nie będą już spóźnione.

Jeżeli tylko nie nastąpią jakieś nowe matactwa monachijskie i jeżeli dojdzie do silnej koalicji przeciw „osi”, to faszyzm, przynajmniej na razie, wyrzeknie się swych światoburczych planów i cofnie się albo – z tych czy innych względów – na cofanie się będzie już za późno i wybuchnie wojna, rozpętana przez faszyzm.

W tym drugim wypadku socjaliści podejmą narzuconą wojnę i spełnią wszędzie swój obowiązek, stając w pierwszych szeregach obrońców ojczyzny i pogromców faszyzmu [7].

Gdyby zaś faszyzm obecnie się cofnął, to byłby to dowód, że on nie odważy się na wojnę z koalicją o przeważającej sile.

Ale to nie oznaczałoby, że faszyzm chce porozumienia, że gotów na uczciwe rokowania z państwami demokratycznymi. Na to nie pójdzie.

A w takim razie należałoby z tego faktu wyciągnąć konsekwencje.

Ta sama koalicja antyfaszystowska winna wówczas przejść do ofensywy i zmusić państwa faszystowskie do złożenia broni. Nie wolno dopuścić, by faszyzm wciąż zagrażał światu. Koalicja obronna winna się zamienić na koalicję zaczepną i uwolnić świat od faszyzmu. Są na to różne środki, jak np. bojkot gospodarczy, blokada.

Ale byłoby wobec ludzkości zbrodnią, gdyby dano faszyzmowi znowu możność wytchnienia i rozbijania solidarności państw pokojowych, możność szukania przychylniejszej okazji do odegrania się.

W takiej atmosferze, jaka panuje teraz, świat długo nie wytrzyma i bez wojny może się stoczyć ku katastrofie.

Narody uginają się pod ciężarem wydatków na zbrojenia, które pochłaniają lwią część budżetów państwowych. Gospodarka wszystkich państw zbliża się coraz bardziej do gospodarki wojennej, istniejącej już od lat w krajach faszystowskich. Nie można bez końca trwać w pogotowiu wojennym, wyczekując, czy, gdzie i kiedy faszyzm uderzy. Świat nie może uzależnić siebie od faszyzmu i od jego dobrej – to znaczy złej – woli, ponieważ skazałby siebie na powolną ruinę.

Faszyzm może do tego właśnie dąży, wierny zasadzie: po nas potop… powszechny.

Inicjatywę w tej sprawie winni podjąć socjaliści, inne bowiem stronnictwa, szczęśliwe, że znowu uratowano pokój, gotowe będą czekać na nową ofensywę faszyzmu, na nowy kryzys.

Inicjatywa ta jest obowiązkiem socjalizmu.

Walka klas

Wspomnieliśmy wyżej o walce klasowej, która już osiągnęła natężenie olbrzymie. Mieliśmy ją w skali międzynarodowej w wojnie hiszpańskiej i zachowaniu się wobec niej konserwatywnej Anglii i prawicowo-radykalnej Francji, oraz tejże Anglii i Francji wobec Niemiec i Włoch w sprawie wszystkich zaborów faszyzmu.

Dopiero zabór Czech dokonał wyłomu.

Sprawa ta jest tak jasna, że nie wymaga objaśnień. Walka klas nie jest jedynym czynnikiem stanowiącym o polityce państw dzisiejszych, lecz jednym z czynników głównych, a często decydujących.

O pojęciu walki klasowej musimy powiedzieć kilka słów, mimo że wybiega to poza właściwy temat naszych rozważań, tyle bowiem nagromadziło się dokoła tego pojęcia nieporozumień – i świadomego zaciemniania rzeczy bardzo jasnej – że wyświetlenie sprawy staje się koniecznością.

Jeżeli zatrzymamy się tylko przy ustroju kapitalistycznym i uwzględnimy w nim tylko dwie klasy, to zasada walki klasowej sprowadza się do stwierdzenia faktu, że interes klasy kapitalistycznej i interes klasy robotniczej, z tytułu samej istoty produkcji kapitalistycznej, są sprzeczne, i że ta sprzeczność interesów znajduje wyraz w walce klasowej (dzisiaj powiedzielibyśmy: między wielkim kapitałem monopolistycznym a całym światem pracy).

Jest to fakt natury ekonomicznej, niezależny od jakichkolwiek domieszek politycznych, moralnych lub uczuciowych. Socjalizm nie „wymyślił” walki klasowej, tylko stwierdza jej istnienie. Socjalizm nie krzewi nienawiści klasowej przez to stwierdzanie, lecz uświadamia świat pracy o jego sytuacji w świecie kapitalistycznym i o wypływających stąd konsekwencjach. A to właśnie uświadamianie biorą mu za złe przeciwnicy socjalizmu.

„Socjalizm, jako kierunek klasowy – czytamy – więc opierający się na sprzeczności interesów materialnych, bierze za punkt wyjścia i akcentuje to wszystko, co dzieli warstwy tego samego narodu pomiędzy sobą. W ten sposób jest to kierunek osłabiający wewnętrzną spoistość organizmów państwowych, szczególnie niebezpieczny w okresach wielkiego napięcia i nacisku na życie narodowe od zewnątrz. Zwłaszcza dla Polski, położonej między Niemcami a Rosją, pogłębianie walk klasowych przedstawia oczywiste niebezpieczeństwo”. („Gazeta Polska” z 26 II 1938 r.).

Co zdanie – to nieścisłość! Socjalizm jest o tyle kierunkiem klasowym, że działa wśród klas pracujących. Ale tak samo kierunkiem klasowym są organizacje przemysłowców i bankierów, grupujące świat kapitału, tylko do tego nie chcą się one przyznać.

Socjalizm nie akcentuje tego wszystkiego, co dzieli warstwy narodu, lecz uświadamia masy pracujące o istocie produkcji kapitalistycznej i o podziale klasowym, wynikającym z tej produkcji. Przez to, że się ukrywa tę prawdę, bynajmniej nie wzmacnia się narodu, lecz przeciwnie, jak każde zamykanie oczu na prawdę, tak i to się mści na samym narodzie. Spoistości narodu nie wzmacnia się przez to, że się rzuca zasłonę na jego ustrój społeczny.

Walka klasowa „pogłębia się” nie przez to, że ludzie pracy dążą do lepszych warunków bytu, lecz przez to, że się im tych warunków odmawia.

A co do niebezpieczeństwa dla Polski walk klasowych ze względu na jej położenie geograficzne, to istotnie lepiej byłoby, gdyby tych walk było jak najmniej, ale to zależy przede wszystkim od poczucia państwowego klas posiadających i pod ich adresem należy się zwrócić. Socjalizm nie potrzebuje nauk patriotyzmu, czego nie można powiedzieć o innych kierunkach politycznych.

Ale w rozumowaniu powyższym uderza – jak zresztą we wszystkich wypowiedziach przeciwników socjalizmu – odwracanie uwagi od istoty rzeczy. Jak widać z tego rozumowania, uznaje ono istnienie klas (które nazywa warstwami) i walki klasowej, ale uważa, że nie trzeba o tym mówić i że gdy o tym będzie cicho, to naród będzie spoisty i mocny. Wedle tej recepty nie rozbicie narodu na klasy jest groźne dla jedności narodowej, lecz świadomość tego rozbicia, szerzona przez socjalizm. Termometr jest winien, że chory ma gorączkę!

I w tym właśnie rozumowaniu ujawnia się też stanowisko klasowe przeciwników socjalizmu, stąd wypływają dążenia do kneblowania wolności słowa. Dowód to oczywisty, że prawda jest po stronie socjalizmu.

Faszyzm posuwa się dalej i walkę klasową nazywa w ogóle niedorzecznością. Ale tylekroć i przy każdej sposobności to powtarza, że widać, iż walka klasowa, której jakoby wcale nie ma, nie daje faszyzmowi spokoju. Kiedy w lutym r. b. przybył do Polski z wizytą minister Ciano, to dziennikarz faszystowski Gayda uważał za stosowne oznajmić Polsce przez Radio, że walka klasowa to właśnie niedorzeczność!

Trafne uwagi o stosunku faszyzmu do walki klasowej znajdujemy w artykule Wincentego Rzymowskiego („Czarne na Białym”, r. 1939, numer 12):

„Gdziekolwiek obejmuje rządy faszyzm, tam wszędzie siła kapitału się wzmaga. Tam dochód i stanowisko społeczne pracy się obniżają. Im zaś bardziej przeciwieństwo interesów między kapitałem a pracą zaostrza się w rzeczywistości, tym mocniej występuje pokusa, aby to przeciwieństwo zatrzeć, zamaskować, zakłamać we frazeologii i w propagandzie.

Lecz jeśli ktoś chce obraz prawdziwy przesłonić, cóż czyni? Zmyśla coś innego i podstawia w te same ramy, utrzymując, że jest to – to samo. Tak właśnie czyni kapitalizm współczesny, gdy uda mu się obalić demokrację polityczną i na jej gruzach utwierdzić rządy dyktatorskie. Ponieważ nie może przyznać się do swej własnej podstawy bytu, tj. do wyzysku klasy pracującej przez klasę finansjery, więc twierdzi, że w ogóle podział na wyzyskiwanych i wyzyskiwaczy jest nieistotny, jest nieprawdziwy. Istotny jest, wedle niego, podział każdy inny, byle nie ten. A więc gotów jest on dzielić ludzi wedle narodowości, pochodzenia, wedle wyznania i rasy, nawet wedle miejsca zamieszkania, byle nie wedle ich pozycji społecznej”.

Tyle co do walki klasowej jako faktu ekonomicznego. Ale walka klasowa jest nie tylko faktem, lecz także narzędziem i środkiem: dla klas pracujących do polepszenia bytu, a dla klas posiadających – do walki z tymi dążeniami, do obrony swego stanu posiadania.

Zachodzi wszakże ta zasadnicza różnica między obu klasami, że dla socjalizmu walka ta służy do zniesienia klas jako do celu ostatecznego, dla klas posiadających zaś – do utrwalenia obecnego stanu rzeczy, utrwalenia społeczeństwa klasowego. I to także jest powodem, dla którego przeciwnicy socjalizmu tak niechętnie słuchają o walce klasowej. Dla socjalizmu walka klasowa jest środkiem do celu bezklasowego, dla przeciwników zaś walka ta jest celem samym w sobie, bo kto nie dąży do zniesienia klas, ten chce tę walkę uwiecznić, tylko bowiem społeczeństwo klasowe umożliwia produkcję dla zysku i opiera się na wyzysku.

Gdy mowa o polityce klasowej obecnych rządów w krajach kapitalistycznych, trzeba odróżnić kraje tzw. demokratyczne od faszystowskich.

Jeżeli mówimy, że rządy Chamberlaina i Daladiera będą kapitulowały przed faszyzmem aż do chwili, gdy narażone będą żywotne interesy Anglii i Francji, to chcemy przez to powiedzieć, że w pewnej chwili drogi tych rządów będą musiały się rozejść z drogą kapitału monopolistycznego i wielkiej finansjery, dla których upadek faszyzmu byłby większą klęską niż najdalej idąca kapitulacja i przegrana ich własnych krajów. Wszędzie istnieje garść targowiczan, gotowych ugiąć kark przed najeźdźcą, jeżeli tylko można uratować kabzę.

W takiej oto chwili występuje jako czynnik rozstrzygający opinia publiczna. Państwo demokratyczne (nawet, jak tu wciąż piszemy, tak zwane demokratyczne) ma swą opinię publiczną, która w chwili decydującej dla państwa jest silniejsza od Targowicy i rząd nawet prawicowy musi z tą opinią w takiej chwili się liczyć. Rząd ten i w tym wypadku broni interesów klasowych państwa kapitalistycznego i imperialistycznego, ale broni przed faszyzmem, czyli w interesie istotnym narodu, a nawet ludności kolonialnej.

W tym wypadku formuła „wulgarnego marksizmu”, że państwo kapitalistyczne jest wyrazem interesów klasy kapitalistycznej, nie odpowiada prawdzie.

Należy natomiast stwierdzić, że zachodzi tu wyraźne załamanie się samego ustroju kapitalistycznego, zmuszonego do walki „bratobójczej”.

W państwach dyktatury, gdzie opinia publiczna jest stłumiona, a walka klasowa podziemnym toczy się nurtem, dyktator może się tak dalece zapędzić w swych awanturach zdobywczych i wojennych, że wbrew interesom wszystkich klas postawi na jedną kartę los państwa. W państwach faszystowskich, jak Niemcy i Włochy, już niedaleko do takiego stanu rzeczy.

W tym wypadku znowu formuła „wulgarnego marksizmu” o tyle zawodzi, że nie można mówić jedynie o panowaniu klas posiadających, lecz trzeba dodać poprawkę: same te klasy są zależne od czynnika nieobliczalnego dyktatury. Czynnik ten winna uwzględnić taktyka socjalistyczna w swej walce z dyktaturą: chodzi tu nie tylko o walkę klas, lecz także o walkę z jednostkami, wyłamującymi się z ram organizacji klasowej społeczeństwa [7].

Gdy mowa o taktyce, rzućmy jeszcze kilka uwag na ten temat.

W powszednim życiu agitacyjno-propagandowym partii socjalistycznych i organizacji zawodowych zaciera się często istotne znaczenie hasła walki klasowej. Niektórzy socjaliści w ferworze walki zapominają, że walka klasowa jest tylko środkiem, i wołają: niech żyje walka klasowa! Tak może i powinien mówić przeciwnik socjalizmu, dla którego walka klasowa – jak stwierdziliśmy – jest celem samym w sobie, który z tej walki żyje i z niej czerpie zyski. Zawinili tu dużo esdecy przedwojenni (nie tylko w Polsce), którzy z walki klasowej czynili bezkrytycznie jakieś tabu i posuwali się w bałwochwalstwie tego hasła tak daleko, że gdy socjaliści np. udawali się w delegacji do króla, to omal nie dochodziło do rozłamu partyjnego za sprzeniewierzenie się „czystości” walki klasowej.

Obecnie tego już nie ma. Ale i dzisiaj zdarzają się nieporozumienia. Na przykład w „Robotniku” z 12 III 1939 r. czytamy: „(…) w Związku literatów, w którym przewodniczącym jest p. Goetel, wróg socjalizmu i przeciwnik walki klas (…)”. Autor (n. t.) chciał niewątpliwie powiedzieć: przeciwnik walki klasowej proletariatu, albowiem wróg socjalizmu i przeciwnik walki klas wyłączają się wzajemnie. Każdy socjalista, dążąc do społeczeństwa bezklasowego, musi być przeciwnikiem walki klas.

Nie widzimy też racji, dlaczego związki zawodowe w Polsce, należące do Komisji Centralnej Związków Zawodowych, stale nazywają siebie związkami klasowymi (nawet w uchwałach, np. z 23 marca r. b.). Rozumiemy, że nazwa ta jest dogodna dla odróżnienia od innych związków. Ale przeciwnicy widzą w tej nazwie inną, niż te związki powiadają, treść, a wielu zwolenników nie zdaje sobie sprawy z istoty nazwy. Warto przy tym dodać, że w żadnym kraju prócz Polski związki zawodowe należące do Międzynarodówki Zawodowej nie używają nazwy klasowych związków.

Są to wszystko pozornie drobiazgi, ale w praktyce te drobiazgi urastają do rzeczy poważnych, zaciemniają bowiem istotę haseł socjalistycznych i ułatwiają przeciwnikom socjalizmu niewybredne sposoby walki.

Należy sobie uprzytomnić, że dzisiaj nie można operować hasłem walki klasowej tak jak przed wojną światową. Wówczas socjalizm przeżywał swój okres młodości, okres propagandowo-agitacyjny, i musiał podkreślać swą odrębność, by tym mocniej przyciągnąć ku sobie masy proletariackie. Obecnie socjalizm znajduje się w okresie przejściowym między kapitalizmem a socjalizmem (o ile socjalizm zdoła przezwyciężyć faszyzm), w okresie wstępnym ku realizacji socjalizmu. Przed socjalizmem nowe stają zadania.

Socjalizm winien dzisiaj podkreślać na każdym kroku, że jest jedynym kierunkiem ideowym, który wyprowadzić może ludzkość z otchłani rozbicia, w jakiej się ona znajduje, jedynym prawdziwym urzeczywistnieniem jedności narodowej, opartej nie na frazesach, lecz na bezklasowym społeczeństwie, na granitowej podstawie jedności ludzi pracy.

Jan Maurycy Borski

Maj 1939 r.
__________________________
Powyższy tekst to cała broszura, brak wydawcy, odbito w drukarni „Robotnika”, Warszawa 1939. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Jako ilustrację wykorzystano plakat wyborczy Socjalistycznej Partii Niemiec.

 

Jan Maurycy Borski (właśc. nazw. Essigman) (1888-1940) – działacz socjalistyczny, publicysta i redaktor. Ukończył studia filozoficzne i społeczno-ekonomiczne w Zurychu. Od 1913 r. w PPS – Opozycja, aresztowany przez władze carskie przed obchodami 1 maja 1914 r., po wybuchu wojny przymusowo wcielony do armii rosyjskiej, z której uciekł. Następnie aresztowany przez Niemców, więziony przez niemal 3 lata. Po odzyskaniu niepodległości publicysta centralnego organu prasowego PPS – dziennika „Robotnik”, od 1 marca 1919 do 1939 r. członek redakcji tego pisma, m.in. zastępca redaktora naczelnego i kierownik działu zagranicznego oraz autor wielu wstępniaków, wyrażających stanowisko partii wobec ważnych bieżących wydarzeń. Redagował także przez kilka lat coroczne książkowe wydanie „Kalendarza Robotniczego”, a roku 1921 był oddelegowany przez partię do redagowania lokalnego „Dziennika Robotniczego” w Łodzi. Publicysta prasy partyjnej, autor kilku broszur, m.in. „Dyktatura proletariatu”, „Sprawa żydowska w socjalizmie”, „Socjalizm a faszyzm”. Przygotowywał biografię Feliksa Perla, jednak wskutek wybuchu II światowej nie dokończył tych prac. Po hitlerowskiej napaści na Polskę działał w podziemiu, wiążąc się z grupą skupioną wokół pisma „Barykada Wolności”, należał do najbliższych współpracowników jej lidera, Stanisława Dubois. Podczas jednego z konspiracyjnych spotkań z Dubois, zostali w sierpniu 1940 r. aresztowani przez Gestapo. Uwięziony na Pawiaku, został zakatowany podczas śledztwa.

 

Przypisy:

[1]: Usiłujemy wyjaśnić to, co się stało w Niemczech, ale – rzecz jasna – nie jest to z naszej strony żaden „akt oskarżenia”. Chylimy czoło przed socjalistami niemieckimi, tysiącami, dziesiątkami tysięcy zapełniającymi więzienia i obozy koncentracyjne.

[2]: Obrońcy polityki Bluma i Chamberlaina, także spośród socjalistów, powtarzali nieskończoną ilość razy, że w wypadku sprzedawania broni republice hiszpańskiej wojna byłaby nieunikniona. Na ten bzdurny argument (inaczej go nazwać nie potrafimy), używany jeszcze u końca wojny hiszpańskiej, odpowiedział trafnie „Daily Herald”, polemizując z ministrem Halifaxem, który użył tego samego argumentu na zebraniu publicznym w marcu 1939 r. „Daily Herald” pisze: „Czy lord Halifax istotnie wierzy, że gdyby Anglia zezwoliła na sprzedaż broni republice hiszpańskiej (a to było wszystko, czego opozycja się zawsze domagała), Mussolini zaatakowałby połączone floty angielsko-francuskie na Morzu Śródziemnym, podczas gdy lotnicy niemieccy nagle zaczęliby pustoszyć Londyn? Jest to fantastyczne przypuszczenie i kiepską usługę oddaje się narodowi angielskiemu, jeżeli się żąda od niego, by w to uwierzył”. Tak pisał „Daily Herald” w marcu 1939 r. To, co było wtedy prawdą, było też prawdą w roku 1936, ale wtedy organ Partii Pracy tego nie mówił, nie chcąc widocznie krytykować polityki Bluma.

[3]: Jeżeli prawdą jest, że radykałowie w rządzie Bluma obstawali przy nieinterwencji i grozili wystąpieniem z rządu w razie jej porzucenia, to świadczyłoby to, że Front Ludowy już wtedy dojrzał do zerwania. Nie uczyniono wówczas tego – kosztem Hiszpanii, ale i Frontu nie uratowano.

[4]: Niech czytelnicy nie sądzą, żeśmy się „uwzięli” na Bluma i robimy z niego kozła ofiarnego za winy także cudze. Stwierdzamy tylko fakty i ich nieuniknione konsekwencje.

[5]: Rzecz znamienna, że głosując za Monachium, socjaliści oczywiście przebaczyli rządowi Daladiera złamanie sojuszu z Czechosłowacją i pogodzili się z oddaniem Sudetów Niemcom. Ale nie mogli przebaczyć powrotu Zaolzia do Polski. Nawet w socjalistycznej prasie belgijskiej, zupełnie przecież niezainteresowanej w tej sprawie, ukazywały się pod adresem Polski jadowite i wyzywające notatki (nie chcemy przez to powiedzieć, że się zgadzamy z polityką Polski wobec Czechosłowacji w dniach wrześniowych i przed tym).

[6]: W porównaniu z socjalizmem zachodnim PPS może o sobie z dumą powiedzieć, że jeśli chodzi o stosunek do faszyzmu, to nigdy nie zalecała konferencji wspólnych i ani przez chwilę nie ulegała złudzeniom „monachijskim”.

[7]: Podkreślając z naciskiem pokojowy charakter socjalizmu, nie możemy jednak wpaść w przesadę pacyfistów integralnych (de Man), głoszących, że wojna niczego nie rozstrzyga. Wojna światowa przecież rozstrzygnęła, że padły w niej trzy monarchie, w tym carat, że szereg narodów odzyskał niepodległość. W razie wojny z faszyzmem rozstrzygnęłoby się to, że świat pozbyłby się najokrutniejszej i najbardziej barbarzyńskiej formy ucisku i reakcji, jaką jest faszyzm. „Integraliści” używają też przeciw wojnie argumentu, jakoby ona scementowała narody gnębione przez faszyzm i obudziła w nich uczucia patriotyczne, które by się skierowały przeciw państwom demokratycznym. Na to trzeba odpowiedzieć: wojna wychodzi nie od demokracji, lecz od faszyzmu. Jak tam byłoby z nastrojami szerokich mas krajów faszystowskich w razie wojny – trudno z góry przewidzieć. W każdy razie jeśli chodzi o świadome masy pracujące, to raczej z utęsknieniem oczekują wojny, jako jedynej możliwej drogi do obalenia faszyzmu, rewolucje bowiem przy obecnym aparacie policyjno-wojskowym państw faszystowskich są prawie nie do pomyślenia, przynajmniej przy dotychczas stosowanych sposobach i środkach walk rewolucyjnych.

[8]: Ponieważ w walce klasowej chodzi o walkę KLAS, a nie jednostek, przeto wszelkie próby przenoszenia cech i czynności klas na jednostki z wielką trzeba traktować oględnością. Jeżeli się np. twierdzi, że minister należący do wielkiej finansjery musi prowadzić politykę w jej interesie, to musi to być prawda wtedy, kiedy ten minister jest po prostu delegatem finansjery w rządzie; takie wypadki obecnie często się zdarzają. Sama tylko przynależność jednostki do pewnej klasy jeszcze nie oznacza, że ta jednostka musi być wykonawczynią woli tej klasy i broni jej interesów. Tak często spotykane „zaglądanie”, kto „stoi” za tą czy ową jednostką, w wielu wypadkach zawodzi. A już poza dziedziną polityki „dedukcja” z klasy na jednostkę prowadzi po prostu na bezdroża.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *