Aleksander Lewin

Śladami Janusza Korczaka w Ein Harod

Kibuc ten powstał po pierwszej wojnie światowej (1921 rok) w Galilei, niedaleko Deganii, jako jeden z sześciu kibuców rozmieszczonych u podnóża historycznej góry Gilboa, znanej z przekazów biblijnych (tu zginął w czasie bitwy król Saul i jego syn). Dzieje tego kibucu są nam szczególnie bliskie z wielu powodów. Każdy, kto przyjeżdża do Izraela i szuka śladów Korczaka, zaczyna od wizyty w Ein Harod. Powiedziałbym nawet więcej: obraz tego kibucu wszedł na trwałe do literatury polskiej dzięki relacjom wielu pisarzy, którzy przyjeżdżali tu w różnych okresach.

Korczak przebywał w Palestynie dwukrotnie (1934 i 1936) – łącznie 7 tygodni. Przyjechał na zaproszenie byłych wychowanków Domu Sierot (rodzina Simchonich) i byłych bursistów, czyli młodych wychowawców, z którymi korespondował od lat (m.in. Józef Anion) i którzy bardzo pragnęli gościć go u siebie. Miał nawet zamiar przyjechać jeszcze raz w roku 1937, ale z różnych powodów nie zdołał swego zamiaru zrealizować.

Jego korespondencja i relacje z dwóch pobytów oraz plany następnego wyjazdu świadczą dobitnie o tym, że nie były to krótkotrwałe epizody w życiu Korczaka, lecz wydarzenia znaczące tak dalece, że zastanawiał się nawet nad tym, czy nie powinien szukać w Palestynie rozwiązania wielu kwestii, których nie mógł rozwiązać w ówczesnej Polsce. Lata trzydzieste – może nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę – były w życiu Korczaka okresem bardzo dramatycznym. To nie przypadek, że pisząc o tych latach nieco później, w getcie, charakteryzował je tak: nikczemne, przeklęte, kłamliwe. „Nie chciało się żyć. Błoto, cuchnące błoto” [1].  Miał w tym czasie poczucie, że grunt usuwa się mu spod nóg i wszystkie jego wysiłki w zakresie opieki nad dzieckiem idą na marne.

Jechał do Palestyny, szukając odpowiedzi na wiele bolesnych pytań, które dręczyły go. W czasie swoich pobytów na Ziemi Świętej starał się poznać i zrozumieć psychikę dziecka żydowskiego, przebywającego w zupełnie odmiennych warunkach, zapewne niełatwych, uciążliwych, ale jakże głęboko przeobrażających istotę człowieka, jego stosunek do życia, ludzi, historii. Choć nie znał języka hebrajskiego, umiał jednak nawiązać bliski kontakt z dziećmi i dorosłymi (część osób dorosłych znała język polski). Wśród najstarszych członków kibucu oraz ich następców zachowały się dotąd żywe wspomnienia i fotografie z okresu pobytu Korczaka, wytworzyła się trwająca do dziś legenda [2].

Zachowała się fotografia Janusza Korczaka w białym fartuchu, wśród personelu kuchennego, obierającego kartofle. To zrozumiałe, nie chciał być ciężarem dla gospodarzy. Wieczorami spotykał się z wychowawcami i rodzicami, rozmawiał, wygłaszał pogadanki. Pracowity tryb i sposób życia w kibucu bardzo mu odpowiadały, najbardziej zaś – co zrozumiałe – interesowały go dzieci, warunki ich egzystencji i rozwoju. Przychodził z rana do szkoły, obserwował zajęcia i pracę maluchów, a nawet pomagał im pół-żartem, pół-serio. Bardzo dużą wagę przywiązywał do tego, by dzieci jak najwięcej bawiły się. Nauczył je m.in. robić i puszczać latawce.

Do owego czasu dzieci nie znały tej zabawy. Od czasu pobytu Korczaka i aż do chwili obecnej, rokrocznie, obchodzi się w Ein Harod z udziałem setek dzieci z okolicznych miejscowości – Święto Latawca. Jest to radosne święto dzieci i dorosłych, organizowane z dużym rozmachem. Miałem nawet okazję w roku 1989 uczestniczyć w takim święcie, które zrodziło się z inspiracji Korczaka.

W ostatnim liście do swojego przyjaciela, młodego poety hebrajskiego, Gileada Zerubawela, mieszkającego w Ein Harod, Korczak informuje go – tuż przed wybuchem II wojny światowej – że prosił konsula polskiego w Jerozolimie, by podarował dzieciom Palestyny tuzin wiewiórek, ale konsul widocznie nie zrozumiał intencji Korczaka i jego prośby. Być może potraktował ją jako dziwactwo znanego pisarza. W innych listach Korczak porusza kwestie bardziej zasadnicze. Uogólniając swoje wrażenia z pobytu w Palestynie, pisze, że „Erec Israel jest próbą odrodzenia ziemi, człowieka, jego losu i wiary”. Dostrzega ogromne trudności, jakie trzeba pokonać na tej drodze. Zwraca uwagę na zjawiska ujemne, zwłaszcza w środowiskach miejskich, natomiast kibuce wydają mu się środowiskiem, które najbardziej sprzyja temu odrodzeniu i wychowaniu dzieci. W swoich uwagach o Palestynie zastrzega się, że nie chce patrzeć na to, co się tam dzieje, oczyma turysty. W czasie 7 tygodni pobytu szukał odpowiedzi na dręczące go pytania o los świata, ludzi, narodu żydowskiego. Jego przeżycia i refleksje znalazły odbicie nie tylko w listach i odczytach, jakie później wygłaszał w Polsce, ale w oryginalnej twórczości literackiej („Trzy wyprawy Herszka”, „Dzieci Biblii” i wiele drobnych opowiadań).

Na rok przed pobytem Korczaka w Ein Harod zawędrował tam w czasie swoich peregrynacji po Palestynie Ksawery Pruszyński (1933). Już na statku, w czasie podróży do tego kraju, nawiązuje bliski kontakt z młodymi ludźmi, chalucami (pionierami), którzy wyjaśniają mu, co skłania ich do opuszczenia Europy i dlaczego mają zamiar osiąść w kibucach.

Jeden z nich, Mojżesz Schamrot, argumentuje w ten sposób: „Palestyńskie komuny i Rosja, to jedyne punkty, gdzie świat naprawdę szuka jakichś nowych form życia, gdzie już się wyzwolił spod przewagi klas nieprodukcyjnych… Nasza Palestyna pokaże drogę światu” [3]. Są to argumenty i nadzieje, które bardzo wiernie odzwierciedlają ówczesny punkt widzenia i ówczesne oczekiwania. Pruszyński zwiedza wiele ośrodków, rozmawia z wieloma ludźmi, m.in. w kibucach. Rzecz ciekawa – jego przewodnikiem w kibucu Ein Harod jest Arie Buchner, pedagog, który w latach 1924-1927 pracował jako bursista w Domu Sierot J. Korczaka na Krochmalnej 92. Autor odnotowuje w swoim reportażu, że Ain Charoth (Pruszyński używał takiej pisowni) nim stał się kibucem, był tylko bagnem. „Ain Charoth jest rasowym, pełnokrwistym kibucem. Salutuję w nim pierwszy rolniczy kolektyw spotkany na mej drodze życia, nowy typ osady rolniczej” [4]. Autor podziwia schludność i funkcjonalność budownictwa kibucowego, interesuje się gospodarstwem rolnym, jego dochodami. Dowiaduje się, że w kibucu żyje 120 rodzin, 180 dzieci, około 30 nieżonatych i 14 starszych ludzi sprowadzonych z diaspory. Największe wrażenie robią na nim dzieci urodzone już w kibucu, sabry. Porównuje je z nędznymi, słabowitymi, cherlawymi dziećmi, jakie spotykał w Polsce i konkluduje: „Gdyby można zestawić takich dwoje – synów jednego i tego samego narodu, tak postawić po prostu obok siebie i pokazać ludziom – może by się uzmysłowiła najlepiej ta ogromna przestrzeń drogi, jaka leży między światem wygnania, a światem odnalezionej ojczyzny” [5].

W kibucu Ein Harod gościła również Maria Kuncewiczowa, w kilka lat później, bardzo krótko. Z jej relacji wyłania się obraz ludzi pracujących ciężko („ręce zgrubiałe i twarz jak spękana kora”), borykających się jeszcze z ubóstwem. Przy jednym ze stołów – notuje ona – „pożywiał się oddział policji, ochraniającej ludzi przy pracy: Anglicy, Żydzi, Arabowie” [6]. Najobszerniej opisuje spotkanie z dziećmi, które bawiły się pod okiem freblanki: powiewnie ubrane, ogorzałe, śliczne, nie dające się dotknąć, samodzielne, niezależne. „Nikt by nie uwierzył, że to dzieci tamtych, ciężkich ludzi. A może nie żyjących od godziny rodziców” [7].  Ta ostatnia uwaga miała, niestety, swoje tragiczne uzasadnienie. Przebywając w Ein Harod, autorka dowiedziała się, że oto niedawno zabito niedaleko kibucu 2 mężczyzn i 1 kobietę.

Ein Harod oraz inne kibuce stanowiły przedmiot zainteresowania wielu innych pisarzy, którzy przyjeżdżali z Polski, by poznać i zrozumieć przemiany dokonujące się w Izraelu po roku 1948. W swoich relacjach przekazywali oni bardzo interesujące spostrzeżenia i refleksje. W latach pięćdziesiątych pisał o tym Artur Sandauer („W 2000 lat później”), w latach sześćdziesiątych i osiemdziesiątych – Józef Hen („Nie boję się bezsennych nocy”), a ostatnio – Hanna Krall („Hipnoza”).

Niemało jest zatem polskich tekstów (książek, artykułów, audycji), które od lat sygnalizują istnienie i szczególny charakter problematyki kibucowej.

Pomijając w tym miejscu kwestie sporne i różne opinie wyrażane przez autorów, jedno przekonanie wydaje się wspólne: nikt z nich nie zaprzecza, iż kibuce stanowią fenomen w skali światowej, zasługujący na szczególną uwagę i że należałoby o nich wiedzieć jak najwięcej, zwłaszcza o tym, co dzieje się teraz, m.in. w dziedzinie wychowania.

Aleksander Lewin

_________________________________

Powyższy tekst Aleksandra Lewina jest fragmentem jego książki „Kibuce w Izraelu. Utopia czy rzeczywistość”, Fundacja im. Kazimierza Kelles-Krauza, Warszawa 1992.

 

Przypisy:

1. J. Korczak: Pamiętnik, w: Pisma wybrane, Tom IV. Nasza Księgarnia Warszawa 1978, s. 352.

2. Por. Gideon’s Spring. A Man and His Kibbutz, Zerubawel Gilead and Dorothea Krook, Ticknor Fields, New York 1985, ss. 187-194.

3. K. Pruszyński: Palestyna po raz trzeci, Warszawa 1930, Tow. Wyd. „Rój”, s. 12.

4. Tamże, s. 90.

5. Tamże, s. 93.

6. M. Kuncewiczowa: Miasto Heroda. Notatki palestyńskie, Warszawa 1939, Tow. Wyd. „Rój”, s. 92.

7. Tamże, s. 93.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *