Kazimierz Kelles-Krauz

Rządy demokratyczne

[1904]

Teraz się właśnie przypatrzymy takim krajom, gdzie jest rzeczpospolita (czyli republika), gdzie nie ma żadnych monarchów, tylko naród zupełnie sam sobą rządzi. Zobaczmy, jak to jest w tych krajach: we Francji, w Ameryce Północnej i w Szwajcarii. Że tam jest swoboda, nie ma cenzury na gazety i książki, wolno swobodnie urządzać zebrania i stowarzyszenia, wszyscy są równi wobec prawa i policja nie poniewiera tak ludźmi, jak w innych krajach, to o tym nie ma co nawet mówić. My tu chcemy zobaczyć, jak to tam ten rząd jest urządzony bez króla i bez cesarza.

Ano, o tym to już opowiadaliśmy w IV rozdziale, jak to tam cały naród, przez głosowanie powszechne, wybiera izbę poselską. Jest tam i senat, czyli izba wyższa. Tych senatorów kto wybiera? Wybierają ich we Francji wyborcy przeznaczeni do tego przez rady gminne i miejskie. Każde miasto i każda gmina ma swoją radę, która rządzi sprawami miasta czy gminy, wybiera burmistrza albo wójta. A kto tę radę wybiera? A znowu głosowanie powszechne, cały naród, wszyscy co mieszkają w gminie albo w mieście, czy mają grunta lub też domy, czy nie, to wszystko jedno. Więc też i ci wyborcy, co wybierają senatorów, to wybierają takich, jakich naród chce, tylko że na 9 lat, a nie na 4 lata, jak posłów. I ci senatorowie nie śmią postępować przeciw woli narodu, bo choć przez 9 lat mógłby sobie taki być senatorem, ale w końcu by go na nowo nie wybrali, tylko innego.

Posłowie i senatorowie razem schodzą się, jest posłów blisko 600, a senatorów 300, i razem wybierają prezydenta rzeczypospolitej, czyli najwyższego naczelnika całego rządu. Jest on tak jakby królem, bo on naznacza ministrów. Ale musi zawsze postępować podług woli parlamentu, bo przecie od parlamentu ma swój urząd. Nie przechodzi ten urząd z ojca na syna, jak u królów, ani nawet nie jest się prezydentem do końca życia, tylko parlament wybiera prezydenta na siedem lat, jak się siedem lat skończy, to go może znów wybrać na drugie siedem lat, jeśli dobrze rządził, a jak się parlamentowi nie podoba, to może wybrać kogo innego. Ale i przedtem, choć jeszcze siedem lat nie upłynęło, parlament może zmusić prezydenta, jak źle rządzi, żeby złożył urząd. Bo najpierw izba poselska może go oddać pod sąd, tak samo jak ministrów, i sądzi go wtedy senat. A i bez tego, izba poselska może postanowić, że nie chce nic gadać z takimi ministrami, których ten prezydent naznaczy, i nie uchwali im budżetu. To wtedy prezydent nie może nic zrobić, bo nawet rozwiązać izbę poselską, czyli urządzić nowe wybory, może tylko wtedy, jeśli senat mu na to pozwoli. Więc jak parlament prezydenta nie chce, to on musi złożyć urząd. Dwa razy już tak było.

Poprzedni prezydent rzeczypospolitej francuskiej był synem prostych chłopów. Uczył się, skończył uniwersytet, był adwokatem, został wybrany na posła, potem na senatora, bywał i ministrem, aż go parlament wybrał na najwyższy urząd. Jego matka, chłopka, mieszkała sobie na wsi, a on ze swojego pałacu jeździł do niej na święta, odwiedzał ją i całował w ręce.

Trochę inaczej jest to urządzone w Ameryce i w Szwajcarii. Francja to jest jeden naród, jedno państwo, a Ameryka Północna i Szwajcaria to każda jest związkiem kilkudziesięciu państw, tak samo jak Niemcy; tylko że Niemcy to jest związek samych królestw i księstw, i rządzi nim główny cesarz, którym jest z ojca na syna król pruski; a w Ameryce i Szwajcarii to te państwa, co się połączyły w te związki, to wszystkie są też rzeczypospolite, bez królów i książąt, i związek sam jest jeden i drugi też rzecząpospolitą.

Rzeczpospolita amerykańska nazywa się właściwie Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Stany te znaczy nic innego tylko państwa. Pisaliśmy już, że w Ameryce Północnej były kolonie osadników angielskich. Należały te kolonie dawniej do Anglii, ale później zbuntowały się, bo ich król angielski zanadto podatkami cisnął, i wypędziły wojsko angielskie i ogłosiły, że chcą być same przez się niezależne. Było to temu lat sto kilkanaście. Musiały się te kolonie, czyli stany, połączyć w jedno, żeby mieć większą siłę i móc się obronić, i dlatego się nazwały Stany Zjednoczone. Było tych stanów wtedy 13; ale od tego czasu ludzie tam w Ameryce zajmowali coraz nowe ziemie, rozmnażali się, przyjeżdżało mnóstwo ludzi z różnych krajów Europy (i naszych Polaków jest tam przeszło milion); zakładały się nowe stany, i teraz jest tych stanów w związku 44, i zajmują one ogromny kawał ziemi od jednego morza do drugiego, i żyje tam blisko 80 milionów ludzi. Żadne państwo w Europie nie jest tak potężne! A jednak Stany Zjednoczone nie są żadnym cesarstwem, ani królestwem, tylko rzecząpospolitą.

Najpierw, już każdy stan jest rzecząpospolitą. W każdym stanie cały naród wybiera przez głosowanie powszechne parlament do wydawania praw, i tak samo cały naród wybiera gubernatora stanu do rządzenia. Ale są takie prawa, co muszą być dla wszystkich stanów, dla całego związku, np. o cłach, co się pobiera na granicach od obcych towarów, o wojsku, o okrętach, o handlu, o kolejach, i inne, i musi być też jeden najwyższy rząd, dla całego związku. Więc jest ogólny parlament związkowy. Ma ten parlament dwie izby: izbę poselską i senat. Posłów do izby poselskiej wybiera cały naród głosowaniem powszechnym tylko na dwa lata: to jest bardzo dobrze, tak być powinno; bo jak taki poseł nie postępuje w parlamencie tak, jak chce naród, co go wybrał, to już po dwóch latach można wybrać innego, lepszego, a nie tak, jak w innych krajach, co trzeba na to czekać 4, 5, 6, ba! nawet w Anglii 7 lat, a poseł może tymczasem robić, co chce. Senatorów to jest po dwóch tylko z każdego stanu, a wybiera ich parlament każdego stanu. Senat, tak samo jak w innych państwach, zatwierdza albo odrzuca prawa, co uchwali izba poselska. Ale tutaj senat ma trochę inne znaczenie jak w państwach europejskich. Posłów to jedne stany wybierają o wiele więcej niżeli drugie, bo mają więcej mieszkańców, więc jakby była tylko izba poselska, to te stany, co mają więcej mieszkańców, to by zaraz dużo więcej znaczyły, niż inne. A tymczasem w takim związku tego nie może być: bo te wszystkie stany połączyły się dobrowolnie, więc każdy chce być równy innym w rządzie, choć jest niniejszy. Więc na to jest senat, i w tym senacie każdy stan, czy mały, czy duży, ma senatorów po równo: po dwóch.

Jest w Ameryce tak samo, jak we Francji, prezydent rzeczypospolitej, czyli naczelnik całego związku. Wybiera go tutaj nie parlament, jak we Francji, tylko cały naród; w każdym stanie naród wybiera tylu wyborców, ile ten stan ma posłów i senatorów razem, i dopiero ci wyborcy ze wszystkich stanów głosują na prezydenta i jego zastępcę, i wybierają go na 4 lata, ale potem można go znów wybrać na 4 lata, i jeszcze raz na 4 lata. Więcej niż trzy razy jeden człowiek nie może być na prezydenta wybrany, żeby zanadto nie zasmakował w rządzie i nie chciał rządzić samowładnie.

Ten prezydent w Ameryce ma wielką władzę, jak król, naznacza różnych urzędników i ministrów, i zatwierdza też prawa, co uchwali izba poselska i senat. Może też i nie zatwierdzić takiego prawa, ale to jest tak urządzone, żeby jednak parlament więcej znaczył, niż prezydent. Bo jak izba poselska i senat drugi raz uchwalą to samo prawo, i jest w izbie poselskiej i w senacie dwie trzecie części głosów większości za tym prawem, to wtedy prezydent już musi zatwierdzić i ogłosić, bo jakby tego jeszcze nie zrobił, i jakby w ogóle źle rządził, to izba poselska może go oskarżyć, tak samo jak i ministrów, i senat ich wtedy sądzi.

Widzimy więc, że w tych rzeczach pospolitych, we Francji i w Ameryce Północnej, to wszystko jest tak urządzone, żeby naród naprawdę mógł sam sobą rządzić i żeby zawsze działo się to, czego chce większość narodu. Ale najlepiej i najpiękniej to jest urządzone jeszcze w jednej rzeczypospolitej: w Szwajcarii.

Szwajcaria leży w górach. Przed jakimiś kilkuset laty mieszkali w niej sami chłopi. Chłopi ci gorąco kochali wolność swoją. A wtedy w całej Europie już panowie i królowie zamieniali chłopów na niewolników, jakeśmy to już opisywali. Chcieli więc panowie i książęta Niemiec i Francji, co są obok Szwajcarii, tak samo i chłopów szwajcarskich zawojować i zrobić z nich niewolników. Ale chłopi szwajcarscy nie dali się: zwyciężyli dzielnie wojska pańskie i zostali wolni. Ale żeby się lepiej mogli bronić, to ich gminy, albo, jak tam nazywają, kantony, musiały się połączyć. Z początku było ich w tym związku tylko kilka, ale później przyłączały się do niego coraz to nowe kantony, bo wolały żyć w wolności, niżeli żeby ich jaki książę zawojował i rządził nimi. Tym sposobem teraz jest w tym związku 22 kantony. Ale nie trzeba myśleć, że są to takie wielkie państwa, jak Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Wcale nie: cała Szwajcaria razem wzięta nie jest większa od polowy Królestwa Polskiego; weźmy na przykład razem gubernie warszawską, kaliską, piotrkowską, kielecką i radomską. I mieszkańców też mało co więcej, niż trzy miliony. A jednak żadne potężne państwo sąsiednie, ani Niemcy, ani Francja, ani Włochy, ani Austria nie śmie zawojować Szwajcarii, bo wiedzą, że Szwajcarzy nade wszystko kochają wolność i że broniliby się do upadłego.

Każdy kanton szwajcarski, chociaż malutki, czasem mało co większy od jednego naszego powiatu, ma swój rząd. Cały naród przez głosowanie powszechne wybiera radę kantonalną, i naczelnicy różnych wydziałów: szkolnego, drogowego, przemysłowego i tak dalej, także są wybierani. A oprócz tego jest parlament i rząd dla całego związku szwajcarskiego, co się zajmują takimi sprawami, co obchodzą wszystkie kantony razem. Parlament jest urządzony podobnie, jak w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej: jest izba poselska, czyli „rada narodowa”, do niej wybiera posłów cały naród, po jednym pośle od dwudziestu tysięcy mieszkańców, i głosuje każdy mężczyzna, jak tylko skończył 20 lat; wybierani są posłowie na 3 lata. Jest też druga izba; do niej każdy kanton, czy większy, czy mniejszy, wysyła dwóch przedstawicieli.

Te dwie izby razem nazywają się „zgromadzenie związkowe” i wybierają razem rząd, czyli siedmiu ministrów, na trzy lata: do spraw zagranicznych, do policji i zarządu, sądów, wojska, poczt i kolei, przemysłu, skarbu; z tych ministrów zgromadzenie narodowe wybiera tylko na jeden rok prezydenta rzeczypospolitej szwajcarskiej. W tamtych dwóch rzeczach pospolitych, we Francji i w Ameryce, widzieliśmy, że prezydent ma jednak dużą władzę, bo on naznacza ministrów i urzędników, chociaż, ma się rozumieć, musi uważać na to, czego chce parlament. W Szwajcarii jest najlepiej, bo sam parlament wybiera sobie ministrów, jakich chce, i prezydent jest tylko najpierwszy między ministrami i musi rządzić razem z nimi tak, jak parlament każe. Ma się rozumieć, że jak źle rządzą, to parlament może ich też oskarżyć, i wtedy ich sądzi osobny sąd, który jest wybrany także przez parlament.

Ba! W Szwajcarii są jeszcze inne rzeczy, dobre dla narodu. Nie tylko posłów wybiera sam naród, ale i wielu urzędników, i nawet sędziów. To jest bardzo ważne i dobre, bo, ma się rozumieć, taki sędzia, co jest wybrany przez cały naród, to nie będzie krzywdził biednych, nie będzie się kłaniał bogatym. W Ameryce Północnej sędziowie także są wybierani, chociaż najczęściej nie przez naród, tylko przez parlament każdego stanu, ale ten parlament wybierany jest znów przez naród. A we Francji to jeszcze tego nie ma: sędziów naznacza tam minister.

Ale w Szwajcarii jest jeszcze jedno doskonałe urządzenie, którego niema i we Francji, i nawet w Ameryce. W obydwóch tych krajach, tak samo jak w innych, jak obydwie izby parlamentu uchwalą jakie prawo i prezydent, a w innych krajach monarcha, zatwierdzi to prawo i ogłosi, to już wszystko skończone: każdy musi słuchać nowego prawa. A jednak prawo to może się nie podobać narodowi. Prawda, że posłów wybiera naród, ale jak już są wybrani, to przez ten czas aż do drugich wyborów, mogą robić, co chcą, nie potrzebują się pytać narodu. A akurat może przez ten czas naród zaczął myśleć inaczej i nie chce już takiego prawa. Przy każdym prawie trzeba by się więc po sprawiedliwości pytać narodu, czy się zgadza na to prawo. Tak samo może naród chce jakiego nowego prawa, albo żeby jakie stare prawo zmienić i poprawić, a tu akurat nie znajdzie się żaden poseł, żeby w parlamencie postawił taki projekt, bo może rząd tego akurat nie chce, a posłowie nie chcą zrobić kłopotu rządowi. Więc po sprawiedliwości trzeba by, żeby nie tylko posłowie mogli stawiać projekty nowych praw, ale i sam naród. Wtedy już nikt i nigdy nie mógłby przeszkodzić narodowi rządzić samemu sobą.

I to właśnie jest doskonale urządzone w Szwajcarii. W niektórych kantonach (czterech) dotychczas naród rządzi sam sobą, tak jak za najdawniejszych czasów, tak, jakeśmy to opisywali w drugim rozdziale, kiedy to jeszcze ani królów, ani panów nie było; a dlaczego? Bo w Szwajcarii nigdy nie było królów ani panów. Wszyscy dorośli mężczyźni z całego kantonu schodzą, się parę razy na rok w jednym miejscu, wybierają urzędników i sędziów i ustanawiają prawa. Ale to jest możliwe tylko w malutkich kantonach; bo jakby się dużo ludzi musiało tak schodzić w jednym miejscu, to nie mogliby do siebie gadać, jeden by drugiego nie słyszał, tylko byłby straszny nieporządek. Więc w innych kantonach to jest urządzone inaczej: Jak parlament kantonu uchwali jakie prawo, to się czeka parę tygodni. Jeżeli nikt nic nie mówi przeciw, to znaczy, że prawo jest przyjęte. Jeśli pewna ilość obywateli, dajmy na to, parę tysięcy, w ciągu tego czasu podpisze się, że im się to prawo nie podoba to rząd musi to prawo oddać pod głosowanie powszechne: cały naród kantonu głosuje swobodnie „za” albo „przeciw”, jak kto chce i uważa, i jak jest większość za, to jest prawo przyjęte, jak przeciw – to odrzucone. Tak samo jeśli kilka tysięcy ludzi podpisze się, że chce jakiegoś nowego prawa, to choćby parlament nie chciał, to znów rząd musi to oddać pod głosowanie powszechne, i znów większość postanawia. I zupełnie tak samo jest w całej Szwajcarii, kiedy idzie o sprawy, co obchodzą cały naród szwajcarski, nie tylko jeden kanton.

Widzimy więc, że w rzeczach pospolitych, a szczególniej w tej prawdziwej ludowej rzeczypospolitej – Szwajcarii, to wszystko jest tak urządzone doskonale, żeby naród mógł zupełnie sam sobą rządzić i żeby nikt a nikt nie mógł w tym narodowi przeszkadzać.

***

W Szwajcarii mieszkają ludzie, co mówią nie jednym językiem, ale trzema różnymi językami: po niemiecku, po francusku i po włosku. Jakeśmy to już pisali w poprzednim rozdziale, do Szwajcarii przyłączały się dobrowolnie różne kantony. Z początku były w Szwajcarii tylko niemieckie kantony. Potem zaczęły się przyłączać i francuskie i włoskie, bo wolały w Szwajcarii mieć wolność, niż należeć do króla francuskiego, bo wtedy jeszcze nie było we Francji rzeczypospolitej, albo do jakiego księcia włoskiego. Więc teraz mieszkają w Szwajcarii i Niemcy, i Francuzi, i Włosi. Ale tam nikt nikogo nie uciska, wszyscy są równi, mają równe prawa. Wszystkie prawa są wydawane i po niemiecku, i po francusku, i po włosku; żeby każdy mógł zrozumieć; w każdym sądzie i w każdym urzędzie każdy może się też rozmówić swoim językiem, bo trzymają na to tłumaczy, a szkoły są w każdej gminie takie, jaki w tej gminie naród mieszka: jak naród mieszka francuski, to dzieci uczą po francusku, jak niemiecki, to po niemiecku i tak dalej.

Ale też na całym świecie tylko w jednej Szwajcarii jest tak dobrze, bo tam naród zupełnie sam sobą rządzi. Gdzie indziej jest gorzej. My wiemy już, że w niejednym państwie żyje po kilka narodów, bo królowie i cesarze często wojowali i zawojowywali kawałki ziemi innych narodów. Więc we wszystkich takich państwach główny naród, ten, którego jest najwięcej i do którego należy monarcha i rząd, uciska inne narody. Człowiek, co nie należy do głównego narodu w tym państwie, musi w szkole uczyć się w obcym języku, i potem w sądzie, w urzędzie, w wojsku też nie może rozmówić się w swoim języku, tylko w cudzym.

Najgorszy ucisk zawojowanych narodów jest, ma się rozumieć, w państwach samowładnych, jak w Turcji i w Rosji. Jak to ciężko jest w Rosji Polakom pod rządem rosyjskim, to przecie sami najlepiej wiemy, nie potrzebujemy o tym szeroko pisać..

Ale i w Niemczech jest też nie lepiej, chociaż tam jest konstytucja, choć co prawda widzieliśmy, że cała ta konstytucja niemiecka nie jest dobra dla narodu. Ale jeszcze Niemcowi jako tako żyć w Niemczech; wszędzie, w parlamencie, w urzędzie, w sądzie, w szkole, wszystko po niemiecku. Ale Niemcy trzymają pod swoim panowaniem także dużo Polaków i trochę Duńczyków i trochę Francuzów; to tym wszystkim jest bardzo źle. Są i w Niemczech, jak i w każdym kraju, różne rady miejskie i powiatowe, żeby to niby naród i na miejscu mógł sam sobą rządzić, nie tylko w parlamencie; ale cóż, kiedy już wiemy, że tam tak jest urządzone, że do tych wszystkich rad wybiera posłów nie cały naród, tylko bogacze. A oprócz tego, choćby i cały naród wybierał, to i tak by nie było zupełnie dobrze, bo tam wszystko musi być po niemiecku. Polak, ani Duńczyk, ani Francuz nie może się ani w sądzie, ani w urzędzie rozmówić swoim językiem, i dzieciom każą się uczyć tylko po niemiecku i w ogóle prześladują ludzi, bo chcieliby, żeby wszyscy zostali Niemcami.

Lepiej już jest w Austrii. Dawniej to i w Austrii Niemcy uciskali inne narody, ale inne narody buntowały się, a Niemców jest tam mniej, więc musieli ustąpić. Najmocniej się buntowali Węgrzy, więc też najwięcej dla siebie zdobyli. Cesarz austriacki musiał uznać, że Węgrzy mają zupełnie osobne państwo, tylko że on jest także i królem węgierskim; ale Węgrzy mają swój całkiem osobny parlament, osobny rząd, osobne prawa, wszystko po węgiersku, nie po niemiecku. Tylko na to musieli się Węgrzy z cesarzem zgodzić, żeby wojsko było jedno dla Austrii i dla Węgier razem, i w tym wojsku jest wszystko po niemiecku, i sprawami zagranicznymi rządzi też jeden minister dla Austrii i dla Węgier razem, to znaczy, że wszystkie umowy z innymi państwami muszą zawierać Austria i Węgry razem, nie osobno. A do pilnowania tych wspólnych ministrów od wojska i od spraw zagranicznych, co są razem dla Austrii i dla Węgier, to każdy parlament, austriacki i węgierski, wybiera takie rady, co się nazywają delegacje i zbierają się raz na rok, uchwalają dla nich budżet i wszystko.

Ale w Austrii, jak się Węgrzy oddzielili, to jeszcze zostali nie sami Niemcy, tylko różne inne narody: Polacy, Rusini, Czesi, Słoweńcy, Włosi. Tym narodom już nie jest tak dobrze jak Węgrom, ale takiego ucisku, jak w Niemczech, to znów nie mają. Każdy kraj w Austrii ma swój sejm i na przykład w Galicji, gdzie mieszkają Polacy i Rusini, to się w sejmie mówi po polsku i po rusińsku, i tak samo w sądach, w urzędach i w szkołach. Ale jednak nie jest tak we wszystkich urzędach i sądach, a w wojsku jest wszystko po niemiecku; i rządu Polacy i inne narody w Austrii nie mają swojego, tylko jest jeden rząd dla całej Austrii, i jest w tym rządzie najwięcej Niemców, jako i cesarz jest Niemiec.

A i Węgrzy też mają pod sobą różne inne narody: Słowaków, Rumunów, Chorwatów i uciskają ich, bo tam wszystko znów jest po węgiersku. Tylko Chorwaci mają swój osobny sejm, ale ten sejm niewiele znaczy, bo namiestnika dla Chorwacji naznacza rząd węgierski. Wszystkie narody uciskane przez inne narody, są, ma się rozumieć, niezadowolone. Każdy by chciał mieć swój własny, osobny rząd, żeby wszystko było we własnym języku, a nie żeby służyć obcemu. Nawet Węgrzy, choć już tak dużo sobie zdobyli od cesarza austriackiego, to jednak są jeszcze niezadowoleni, bo w wojsku jest wszystko po niemiecku, i chcą teraz, żeby wojsko u nich było węgierskie i żeby Węgry były zupełnie niezależne od Austrii. A Szwecja i Norwegia to były jeszcze niedawno połączone pod jednym królem. Król ten był Szwed, ale Norwegia miała jeszcze większą swobodę i niezależność niż Węgry. Wszystko tam było osobne, norweskie, nie szwedzkie, nawet wojsko. Tylko minister spraw zagranicznych był jeden dla obydwóch krajów, Szwed. Więc i z tego już Norwegowie byli niezadowoleni, bo mówili sobie: może my byśmy chcieli z jakimś państwem inną mieć umowę jak Szwedzi, to po co oni nam się mają w to wtrącać i naszymi sprawami rządzić? I Norwegowie też postanowili sobie, że się zrobią zupełnie niezależnymi od Szwecji i postawili na swoim, stanowią teraz zupełnie niepodległe państwo.

Z tego wszystkiego widać, że niedobre jest, jak jeden naród nad drugim panuje choćby tylko trochę; a już bardzo źle, jak jeden naród drugi uciska Każdy naród chce sam sobą rządzić i to jest sprawiedliwe, a nie żeby nim obcy rządzili. I te wszystkie urządzenia, co służą do tego, żeby naród sam sobą rządził, to są dopiero wtedy zupełnie doskonałe, jak każdy naród u siebie jest niezależny i nikt mu się obcy nie wtrąca do tego, jak on sobą rządzi.

***

Teraz już widzieliśmy, jak to naród sam sobą rządzi w najrozmaitszych krajach, jak w jednych krajach jeszcze różne są do tego przeszkody, a w innych to już doskonale jest urządzone. Ma się rozumieć, nie trzeba myśleć, że w tych krajach już naród jest zupełnie szczęśliwy. Jeszcze są tam i bogaci i biedni, i tacy, co żyją w zbytkach, i tacy, co nie mają co do gęby włożyć i przez to nieraz muszą i ukraść, i dopiero zamykają ich do więzienia; i inne różne są nieszczęścia, i niejedno jest jeszcze źle urządzone w tych krajach. Ale jeżeli tam naród nie jest jeszcze zupełnie szczęśliwy, jeżeli jeszcze dużo jest złych urządzeń i nie ma zupełnej sprawiedliwości, to dlaczego? Dlatego, że sam naród jeszcze nie dosyć zmądrzał i nie zrozumiał, co mu potrzeba, i jak wszystko ma być zrobione, żeby nie było biedy i żeby była sprawiedliwość dla wszystkich. Sam naród wybiera takich posłów, co jeszcze nie umieją wszystkiego dobrze urządzić i sam uchwala niezupełnie dobre prawa. Ale tam, w tych swobodnych krajach, naród może łatwo zmądrzeć, bo go każdy może swobodnie oświecać przez mowy, książki, gazety; a jak naród zmądrzeje, to może łatwo zrobić, co chce, bo mu rząd nie przeszkadza, bo on sam sobą rządzi, sam posłów wybiera i prawa wydaje. Nie tak, jak w rządzie samowładnym, co choćby naród nie wiem jak zmądrzał i chciał czegoś, to car i tak może na to nie pozwolić –dopóki ma siłę za sobą.

Więc z tego widać, że te urządzenia, przy których naród sam sobą rządzi, są ogromnie dobre dla narodu i sprawiedliwe.

A jeżeli inne narody mają takie urządzenia, to i nam by się one należały. Dlaczego my byśmy sami nie mieli sobą rządzić? Czy my gorsi od innych?

Powiedzmy więc sobie, czego my to powinniśmy chcieć, jakiego rządu?

Oto najpierw musimy chcieć, żeby Polska była niezależna, żebyśmy Polacy sami sobą rządzili, nie żeby nami rządzili Rosjanie, ani Niemcy.

A po wtóre powinniśmy chcieć, żeby ta nasza Polska była rzecząpospolitą, bośmy widzieli, że w rzeczypospolitej najłatwiej narodowi sobą samym rządzić i nikt mu w tym nie przeszkadza. Nie potrzeba nam żadnych królów, bo królowie zawsze z panami trzymają, bo sami są najwięksi panowie i myślą, że oni muszą narodowi rozkazywać, a nie naród im; więc my sami musimy wybierać sobie swój rząd, żeby rządził tak, jak naród by chciał.

I powinni wybierać posłów wszyscy ludzie dorośli w całym narodzie przez głosowanie powszechne, czy bogaci, czy biedni, czy co mają, czy nie, bo tak jest sprawiedliwie. Powinni oni wybierać parlament, zgromadzenie narodowe, a to zgromadzenie powinno wybierać ministrów i prezydenta rzeczypospolitej polskiej.

Tak samo powinno być w każdej gminie i w każdym mieście, żeby wszyscy mieszkańcy wybierali sobie zarząd gminny i miejski, żeby rządził, jak oni chcą. A każde prawo to powinno jeszcze być oddawane pod głosowanie powszechne całego narodu, żeby wiedzieć, czy go naród chce, czy nie.

Takich rzeczy powinniśmy chcieć koniecznie, jeżeli mamy rozum i jeśli chcemy, żeby nam było dobrze.

Ale może kto powie: a cóż nam przyjdzie z tego, że będziemy chcieli, kiedy nie możemy tak zrobić? Kto chce taką niemądrą rzecz powiedzieć, to niech sobie przypomni, że nie dalej, jak sto kilkanaście lat temu i inne narody nie miały wolności i samorządu i cierpiały ciężko pod rządem samowładnym, a nieraz i obcym, tak samo, jak my teraz. Ale nie myślały sobie te narody, że tak musi być wiecznie, tylko zrozumiały, że to jest niesprawiedliwe, i mocno zapragnęły urządzenia, sprawiedliwego samorządu i wolności, i walczyły o to. Nieraz się ta walka nie udawała, ale w końcu postawili oni na swoim, królowie musieli ustąpić, niektórzy swoich królów i obce wojska precz wypędzali i teraz mają konstytucję, mają swobodę. A więc:

Mocno chciejmy tego, co nam się należy i co jest sprawiedliwe.

Jak który to już zrozumiał, to niech opowiada innym, żeby i inni zrozumieli, bo najważniejsza rzecz, żeby cały naród pracujący chciał jednego.

Zmawiajmy się, przygotowujmy się, oświecajmy się, walczmy.

Będziemy wolni!

Kazimierz Kelles-Krauz

_________________________________

Powyższy tekst to rozdziały VI, VII i VIII z książki Kazimierza Kelles-Krauza (pod pseudonimem Michał Luśnia) „Jak się narody rządzą?”. Przedruk za wydaniem IV, Warszawa 1906, od tamtej pory tekst prawdopodobnie nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, tytuł wybranego fragmentu pochodzi od redakcji Lewicowo.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *