Tadeusz Krępowiecki

Przemówienie wygłoszone w Paryżu 29 listopada 1832 r. w rocznicę rewolucji polskiej

Panowie!

Jeżeli zabieram głos w tym uroczystym dniu, aby uczcić rocznicę rewolucji polskiej, nie spodziewajcie się, że zaślepiony próżnością narodową, pobudzony źle pojętym patriotyzmem, dam wam usłyszeć tylko napuszone słowa, mające przydać blasku pamiętnemu wydarzeniu. Nie będę się starał wzbudzić waszego podziwu przez to, co w nim może być uważane za piękne, ale raczej jak surowy sędzia postawię przed trybunałem rozumu, oskarżę przed tobą, najbardziej oświecony ludu świata, postępowanie ludzi, którzy przeszkadzając realizacji koniecznego dobra unicestwili najpiękniejsze nadzieje i pogrążyli na nowo naszą ojczyznę w otchłani, z której zdołała się ona na krótką chwilę wydobyć.

Jest to mój obowiązek, bo odsłaniać błędy wodzów to składać hołd narodowi. Był on wielki i wzniosły, gdy oni byli małostkowi i przyziemni jak płazy. Haniebne ich postępowanie nie powinno obciążać narodu; niechaj sami przetrawiają swą hańbę.[1] Nie chcę słuchać tych, którzy, podobni do kobiet roszczących pretensję do piękności, a przeto zmuszonych do ukrywania wad swej powierzchowności, radzą mi nie odkrywać naszych błędów wobec cudzoziemców. Ludy nie są już wobec siebie cudzoziemskimi, wspólne niebezpieczeństwo spaja je w jedność. Polacy są ujarzmieni, inni mogą ulec wkrótce podobnemu losowi. Ktokolwiek jest przyczyną upadku jednego z ludów, musi być odepchnięty przez wszystkie inne. Niech to będzie zbawienną lekcją dla tych, w których ręce los złożyć kiedyś może przyszłość naszej ojczyzny.

Sześćdziesiąt lat upłynęło od pierwszej zbrodni przeciw niepodległości Polski i oto znów dźwignęła się ona, aby zdetronizować uzurpatorów. Lecz tyle wstrząsów w niczym nie przyczyniło się do jej pomyślności, nic nie zyskała w tylu rewolucjach, bo żadnej z nich nie przyświecał cel leżący w interesie ludzkości; żadna nie zmierzała do dobra ogólnego; były one dokonywane przez szlachtę i tylko dla jej korzyści.[2]

Po obu stronach Wisły lud, aż do r. 1806 niewolnik drobnych panków, zawdzięcza uwolnienie od poddaństwa słowom wypowiedzianym przez wodza armii francuskiej: „Niewolnictwo w Polsce znosi się na zawsze”. Tak więc – musimy to z bólem przyznać –  trzeba było głosu cudzoziemca, aby przemówiła sprawiedliwość; trzeba było obcego ramienia, aby strzaskać kij ciemiężycieli, aby zetrzeć z czoła rolnika polskiego piętno poniżenia.

Ale czy wyzwolono chłopa naprawdę od supremacji jednej kasty? Nie, bo nie ogłoszono go właścicielem ziemi, którą zrasza swoim potem i którą przodkowie jego uprawiali od pradawnych czasów.

Po drugiej stronie Bugu żyje lud zgięty w twardym jarzmie jednej kasty, pod ohydnym panowaniem kilku rodzimych tyranów. Panowie, oszczędzam sercu obywatela francuskiego przerażającego obrazu nędzy i szczegółów poniżenia; nie chcę być wiernym malarzem bólu i cierpień, które znosi ten lud.

Murzyn jest nagi, ale ma palące słońce i cień listowia; na tej ziemi nieszczęśliwych, pod zimnym niebem, gdzie szaleje rozpętana wściekłość natury, człowiek, niewolnik barbarzyńskiego klimatu, jest w większym jeszcze stopniu niewolnikiem barbarzyństwa swoich panów. Bez ubrania, bez pożywienia, które daje mu siły do życia, pogrążony w błocie, walczy, aby wydrzeć ziemi środki na pełne uciech życie swego pana. Kiedy pan rozkoszuje się miękkim łożem, chłop po morderczej pracy składa zdrętwiałe członki na barłogu ze słomy, w ciemnej i zadymionej chałupie, w ciemnicy, do której nigdy nie dociera światło. Kiedy pan upaja zmysły wszystkim, co tylko sztuka ma najbardziej wyszukanego, chłop żyje pośród bydląt, które walczą z nim o kawałek czarnego, kleistego chleba, jedyne pożywienie pozostawione mu przez pana i władcę.

Los zwierzęcia lepszy jest niż los poddanego chłopa litewskiego. Zgarbiony pod knutem ekonoma, który bije go dla kaprysu, wyzyskiwany jest przez tyrana rodzimego, a bardziej jeszcze przez głównego tyrana –  cara.

Panowie, despotyzm carów z największą zaciekłością znęca się nad człowiekiem z ludu. Wysusza jak wiatr pustyni, spala aż do kości; we wszystkim, co nie jest pochodzenia szlacheckiego, uznaje tylko ciało. Dusza człowieka z ludu nie jest jego własnością; każda poszczególnie należy do pana, który czyni się jej właścicielem, a wszystkie razem – do despoty.[3] Szlachcic jest tam wolny od wszelkich obciążeń osobistych i ziemskich; obciążony jest wyłącznie chłop poddany, a ponadto, jeśli szlachcicowi przyjdzie fantazja włożenia liberii autokraty, jeszcze i w szeregach żołnierzy sprawuje brutalną przemoc nad biednym poddanym, przed którym droga do awansu jest na zawsze zamknięta i który podczas dwudziestu pięciu lat przymusowej służby ma w perspektywie tylko karierę głodu, nędzy i męczarni.

Nie myślcie, panowie, że to ohydne jarzmo nałożyli zwycięzcy zwyciężonym; nie myślcie, że panowie i niewolnicy różnią się pochodzeniem. Między pierwszymi kmieciami Polski panowała niegdyś wolność i równość. To księża katoliccy pod koniec dziesiątego wieku przynieśli do Polski maksymy niewolnictwa i prawo poddaństwa. W pogańskiej Polsce wybierano naczelników państwa spośród kmieci.[4] W XIV w. katolicyzm zaszczepił niewolnictwo na Litwie, a kiedy w wieku XVII, wspomagany mieczem panów, dopiekł do żywego dzielnemu ludowi Ukrainy, wówczas reakcja jego nauczyła ciemięzców, czym jest zemsta ludu. Wtedy to narodzili się nowi Spartakusi: Pawluk, Nalewajko, swój odważny opór odpokutowali, wbrew danemu im słowu, katuszami, przed którymi wzdryga się natura. Śmierć ich pomścił wkrótce groźny Bohdan Chmielnicki; pełzali przed nim ci, co nasycili swą zemstę poddając najstraszliwszym torturom Pawluka i Nalewajkę; bo poruszając 200 000 chłopów ukraińskich Chmielnicki wstrząsnął dumnymi oligarchami Polski.[5]

Miłość wolności kiełkuje jeszcze w tych masach, wśród których działa bezkarnie kij pana i miecz cara. Nie tak dawno temu lud Ukrainy zamanifestował krwawo swoje pragnienie wolności. Imiona Gonty i Doroszenki dziś jeszcze są postrachem dla ciemięzców. Pragnienie wolności przejawia się w żałosnych pieśniach żołnierskich, w elegijnych romansach Ukraińca, we wspomnieniach zaporoskiego Kozaka. Te właśnie pieśni, te romanse, te wspomnienia natchnęły wybitną postać nieszczęśliwego Rylejewa, jednego z pierwszych męczenników wolności w Rosji, zamordowanego przez Tyberiusza Północy.

Takie oto były elementy rewolucji polskiej. W chwili, kiedy wybuchła, przyjaciele wolności wydali radosny okrzyk. Zdawało im się, że widzą już ohydny despotyzm ścigany aż do swej kolebki, odepchnięty do Azji. Zdawało im się, że człowiek, wyzwolony już z niewolnictwa, przywrócony zostanie prawom natury; społeczeństwo odbudowane będzie na nowych podstawach i wolność ugruntowana ostatecznie w Europie. Popłynąć miały potoki krwi, ale krew ta miała zrosić ziemię deptaną dotychczas przez pysznego barbarzyńcę; nowe słońce północy wlać miało życie w kości ofiar. Wtedy z wnętrzności ziemi powstać mogli mściciele i człowiek zerwałby ostatnie ogniwo krępującego go łańcucha.

Niestety! Złudne marzenie rozwiało się. Strumienie krwi popłynęły, padły ofiary; a zamiast słońca ożywiającego wszystkie zalążki tej ziemi brzemiennej tyloma ofiarami, na pustkowiu śmierci zapłakana kobieta, siedząc na brzegu, odprowadza wzrokiem trupy pływające we krwi; to wolność rozmyślająca nad naszymi nieszczęściami.

Przekleństwo tym, którzy stworzyli tę otchłań; przekleństwo! Nie tobie, ponury Mikołaju, nie twoim żołnierzom, ofiarom, jak my, twego despotyzmu; ale tym, którzy nadużywając zaufania narodu chwycili w swoje zdradzieckie i słabe ręce najwyższą władzę i rząd narodu.

Oto, panowie, pobieżny obraz wypadków.

29 listopada powstanie wybuchło. Trzeba było zagarnąć osobę wielkiego księcia Konstantego i opanować jego armię, a następnie wyruszyć na Litwę. Nieprzyjaciel nie miał sił do przeciwstawienia się powstaniu, był osłabiony ostatnią wojną z Turcją. Na Litwie czekało powstanie, wojska litewskie byłyby się połączyły z wojskami polskimi. Szczęście, odwaga, entuzjazm dokonałyby reszty.

Co zrobiono?

Pozwolono swobodnie wycofać się wielkiemu księciu Konstantemu i jego armii; odepchnięto tych Rosjan, którzy chcieli współdziałać z powstańcami polskimi. Ogłoszono proklamację w imieniu Mikołaja; wystąpił dyktator mówiąc dumnie, że chce ocalić naród.

Kim był ten dyktator?

Był to żołnierz napoleoński, który w osobistym sporze nie ugiął się przed wielkim księciem Konstantym; uważano więc, że z bronią w ręku nie ugnie się przed despotą. Posiadał zaufanie narodu.[6] Ale wierzył tylko w liczbę armat i żołnierzy, a nie umiał wytworzyć w sobie wiary przez moc geniusza, przez siłę moralną narodu ożywionego entuzjazmem wolności. Został wtajemniczony w arkana kontrrewolucji przez ministra finansów, który przewidując z góry, że naród wezwie Chłopickiego do objęcia dowództwa armii, namawiał go, by wziął w swe ręce władzę nieograniczoną. Wódz poskromi rewolucję w Polsce, podczas gdy minister pojedzie do Petersburga, by ją dobić.

Światli patrioci jęknęli z bólu.

Sejm zbiera się; władza dyktatora ustaje, Sejm ją przedłuża. Lubecki pisze, że car nie chce żadnych układów, żąda poddania się bezwzględnego i obiecuje łaskawość. Wtedy to dyktator zdobywa się na odwagę przyznania, że nigdy nie zamierzał złamać przysięgi danej carowi. Dzieło ciemnych sił zostaje odkryte; zdrada jest jawna; głos ludu zrzuca dyktatora, wróg posuwa się, czyni się przygotowania do walki.

Zdrowy rozsądek mówi: ogłoście prawa człowieka i obywatela; walczcie w imieniu wolności i równości, uwłaszczcie chłopów; wzniećcie w ten sposób wojnę narodową.

Co robi Sejm?

Już lęka się republiki; zatwierdza dzieło Kongresu Wiedeńskiego; zachowuje konstytucję, która sankcjonuje czwarty rozbiór Polski, nierówność społeczną, przywileje; przestrzega skrupulatnie etykiety parlamentarnej; nazywa tych, którzy żądają reform społecznych, zdrajcami ojczyzny. Ich panowie mianują senatorów, łamiąc nawet zasady monarchii, gdyż w ten sposób jedna izba rekrutuje drugą. Dławią rewolucję.

Czym był Sejm?

Składał się z uprzywilejowanych. Z chwilą gdy wygasł [7] jego mandat, uzurpował go sobie, ogłaszając w zdaniu: „Nie ma już Mikołaja”, pozbawienie króla władzy. [8] 29 listopada nie było już króla. Wybaczono mu jednak uzurpację, bo wierzono, że Sejm może zbawić naród. Stworzył on więc pięcioosobowy rząd. Patrzcie, co za dobre chęci! Sejm tak był usłużny, że chciał zadowolić wymagania wszystkich partii formując rząd o potrójnych dążeniach: rząd jednocześnie arystokratyczny, doktrynerski i republikański. Popatrzcie na jego nieskończenie dobre chęci! Dołączył do rządu jeszcze dążenia wojskowe chcąc, aby wódz naczelny w nim uczestniczył. W ten sposób uzbroił człowieka pełnego ambicji we wszystkie środki przyszłej uzurpacji.

Światli patrioci wzruszali ramionami; nakazano im milczenie, prześladowano ich. Zmuszeni byli chronić się jako prości żołnierze w armii, która miała walczyć.

Rząd ten nie funkcjonował dobrze. Bo, panowie, jakżeż mógł funkcjonować? Był tu konflikt wszelkich niezgodnych dążeń: ten szedł na lewo, tamten na prawo, trzeci szedł ciągle, nie zastanawiając się, dokąd idzie; czwarty dzwonił szablą i mówił do innych: „Cicho!”, tak że całość nieruchomiała.[9]

Lecz czy przynajmniej wódz naczelny spełniał swój obowiązek?

Panowie, najlepszymi generałami byli żołnierze, ponieważ wierzyli w siebie; generał nie wierzył ani w nich, ani w siebie. To instynkt wolności, to nienawiść tyranii prowadziła żołnierzy; była to brawura, która sama obala wroga, która zwycięża na przekór dziełom strategicznym, znajdującym się w ręku generała. Można by powiedzieć, że żołnierze polscy chcieli zadać kłam rozumowaniu Makiawela.[10]

Wódz naczelny zajmuje się dyplomacją. Spójrzcie, panowie, spójrzcie! Ma trzydzieści tysięcy Polaków; otacza w Długosiodle osiemnaście tysięcy gwardzistów rosyjskich. Wojsko czeka na sygnał; z pewnością wróg się nie wymknie. Czekają; ale głos trąbki nie odzywa się, bo generał nie chce walczyć. Rzucają mu się do nóg. Nie chce – mówi – stawiać na jedną kartę losu kraju; ma zapewnienia dyplomatyczne Sebastianiego. Gwardziści rosyjscy wymykają się z matni; wódz naczelny wraca do Warszawy. Ale Dybicz, który widzi dyplomację w ostrzu swej szabli, uderza na niego pod Ostrołęką.

Panowie, Ostrołęka była dla polskiej armii Kannami. Dybicz popełnił błąd Hannibala; Sejm postąpił tak, jak Senat rzymski, ale czy Senat rzymski pozostawił dowództwo nad armią Terencjuszowi Warronowi?

Panowie, słyszę, jak mówicie: „Dość skarg, gdzież był rozum publiczny?”.

Prześladowany, ześrodkował się on w stowarzyszeniu kilku patriotów, objawiał się w prasie. Lecz kilka ciemnych sił dzierży władzę; ma ją w Sejmie, rządzie, w armii. Oto zasięg jej planów. Wiedząc, że autokrata będzie bezlitosny, chce rzucić się w ramiona Austrii: „Bierzcie nas – mówi pokornie Metternichowi – róbcie z nami, co chcecie; ale, na litość, weźcie nas, weźcie”. „Wezmę was – odpowiada – ale uciszcie hołotę”. Hołota, panowie, to jasnowidzący patrioci, którzy stają się głosem rozumu publicznego, którzy żądają wielkich środków zaradczych; to sama właśnie prasa. Toteż klika, wierna rzeczywistym czy też przypuszczalnym radom Metternicha, nie przestaje miotać oszczerstw, oczerniać samych nawet sprawców rewolucji – bo to właśnie hołota wywołała rewolucję. Prześladuje ta klika wszystko, co przejawia duszę szlachetną, oskarża o zdradę stanu każdego, kto chce oświecić naród; opłaca sprzedajne pióra głoszące pochwały uprzywilejowanych, rzuca się z zaciekłością na wolność prasy i stara się jej narzucić łańcuchy, popiera otwarcie winowajców zamachów na osoby pisarzy.[11]

Uzbrojona w panujący w narodzie przesąd, że nieszczęścia Polski sprowadzone są tylko przez niesnaski, tzn. przez niesnaski w łonie szlachty będącej niegdyś narodem, klika ta wywiera wpływ na lękliwych i prostaczków, ucząc ich odpowiadać ustawicznie na każdą zdrową i światłą uwagę łagodnymi słowy: jedność, zaufanie. Tak więc, kiedy rozum publiczny ukazywał kontrrewolucję wcieloną w dyktatora, wołano: jedność, zaufanie. Kiedy odkrywał pochyłość, na którą wciągali nas nasi amatorzy dyplomacji, wołano: jedność, zaufanie. Kiedy wskazywał błędy, nieudolność, zgubne zabiegi, spiskomanię wodza naczelnego, wołano: jedność, zaufanie.

Oby Opatrzność chroniła ludy przed jednością i zaufaniem! Są to dwie bękarcie i ogłupiające cnoty, które przyśpieszyły nasz upadek. Z jednością i zaufaniem rewolucja posuwała się powolnymi krokami jak umierający. I zdumiewające jest, że nieprzyjaciel tą jednością i zaufaniem nie potrafił zadać nam wcześniej śmiertelnego uderzenia; zdumiewające jest, że siłacz skrępowany w walce z olbrzymem wszystkim, co ignorancja, niedorzeczność i zdrada mogą wymyślić, zdołał przez 10 miesięcy opóźniać swoją agonię.

Jeżeli coś może osłabić zabójczy chłód słów Sebastianiego: „Polska jest przeznaczona na zagładę”, to nie fakt, że spodobało się Sebastianiemu pozwolić jej zginąć, ale że musiała zginąć wpadłszy w ręce kilku ludzi, których przeznaczeniem było jedynie doprowadzenie do jej zguby. Nie wiedzieli, jaką odpowiedź dał Napoleon Sułkowskiemu: „Niech pan im powie, że naród zmiażdżony przez swoich wrogów może się podnieść tylko z mieczem w ręku”. Nędznicy! Chcieli go podnieść z piórem w ręku, czołgając się u stóp monarchów. Jak gdyby to nie monarchowie dokonali rozbioru Polski, jak gdyby nie znali moralności królów.

Co mogło ocalić naród?

Druga rewolucja; lud to odgadł. Naczelny wódz, który pisze do Turcji, do Austrii, do Prus, do Francji, który bawi się w dyplomację, podejmuje walki z pisarzami, znieważa i rozprasza pospolite ruszenie, patrzy ze zbrodniczą obojętnością na Rosjan przygotowujących natarcie, pozwala im przejść bezkarnie Wisłę, zalać cały kraj, a na ogólne zaniepokojenie odpowiada tymi słowy: „To jest zgodne z regułami strategicznymi i żadna książka, nawet arcyksięcia Karola, nie widzi przeszkód w przejściu rzeki przez wroga, który ma ten zamiar”. Dzięki tej lekcji Polacy wkrótce będą mieli tylko obszar swojej stolicy. Rosjanie zbliżają się do niej, miasto nie jest zaopatrzone w żywność, wojska wroga otaczają je ze wszystkich stron. Zawisło nad nim bezpośrednie niebezpieczeństwo, konieczne jest stoczenie bitwy. Rada wojenna poleca to naczelnemu wodzowi: on odmawia, okazuje nieposłuszeństwo. Odbierają mu dowództwo – buntuje się. Sejm i rząd mają już ustąpić; czyż nie ustępowały tyle razy? Lud wdziera się do więzień, mordując nędznych szpiegów i ludzi znanych z przywiązania do Rosjan.

Teraz będzie się mówiło: lud zamordował ludzi zatrzymanych z powodu przekonań politycznych. Panowie, lud szukał prawdziwych winowajców, ale oni ukryli się pozostawiwszy w więzieniach ludzi, których sami oskarżyli o konspirowanie. Sąd uznał ich za niewinnych. W dalszym ciągu trzymano ich w więzieniu; wyciągnięto stamtąd na kilka dni przed tym wydarzeniem dwóch przyjaciół człowieka, którego przeznaczono na przyszłego szefa rządu. Pozostawiam waszej domyślności wyjaśnienie przyczyn tych machinacji. A ludowi poczytano za zbrodnię to, że zamordował uwięzionych! Ale przecież, jeżeli za przekonania nie zasługuje się na śmierć, nie zasługuje się tym bardziej na więzienie. Wy, którzy ich przetrzymywaliście, odkryjcie nam waszą ukrytą myśl, na wasze to bowiem głowy spada przelana krew.

I rzucono oszczerstwa na lud Warszawy. Jakże powinien rumienić się ze wstydu ten, który pierwszy odważył się powiedzieć, że zabijano kobiety i dzieci! Jest to okrutne posądzenie, a autora jego powinny dręczyć wyrzuty sumienia.

Rząd, niezdolny utrzymać się w tak krytycznym położeniu, pada przez własną niemoc, ale padając przekazuje władzę człowiekowi, który wkrótce wyda ojczyznę wrogowi. Rząd mianuje tego człowieka gubernatorem miasta, podobny do zgrzybiałego starca odtrącającego własne dzieci i oddającego majątek hipokrycie, który dusi go pieszcząc.

Dla ukoronowania dzieła tylu niedorzeczności Sejm, to laboratorium zgubnych poczynań, działający zawsze pod wpływem strachu, wydaje na świat rząd form doktrynerskich. Chce mieć szefa nieodpowiedzialnego, ministrów odpowiedzialnych. Na szefa wybiera tego, który umiał napędzić mu strachu.[12] I przy tym czyni się patriotom ciężki zarzut, że to oni go wybrali!

Jedynie więc doktryna i zdrada wyniosły korzyść z nocy 15 sierpnia.[13] One to dokonują sądu nad patriotami, których nienawiść arystokracji oskarża o podburzenie ludu, bo zdrada, doktryna i arystokracja zawsze były wiernymi sprzymierzeńcami. Sąd wojenny uniewinnia patriotów, ale doktryna żąda zemsty w imię znieważonego prawa: doktrynie potrzebne są bezwzględnie ofiary. Wybiera się cztery spośród ludu, rozstrzeliwuje się je. Prawda, że doktryna nie uważa swego sumienia za zbyt obciążone, gdy każe spaść czterem wybranym przypadkowo głowom tam, gdzie wkrótce ludzie padać będą tysiącami. Nie przejmuje się tym, widziała krew płynącą za przelaną krew; jest zadowolona. Wiadomo, że przez to posunięcie demoralizuje się ducha ludu; tego ludu, którego ramię jest niezbędne do odparcia nieprzyjaciela stojącego u bram miasta. Doktryna naraża ocalenie ojczyzny; cóż znaczy dla doktryny ocalenie ojczyzny! Ona chce tylko ocalenia prawa, porządku publicznego i swych fikcji.

Jej nieodpowiedzialny szef konspiruje przy jej boku, ona milczy. Oskarżanie bowiem nieodpowiedzialnej władzy nie jest dozwolone. Jej szef chce wydać ojczyznę nieprzyjacielowi; ministerstwo nie uprzedza nawet o tym narodu, podaje się tylko do dymisji, aby zdradzona Polska zginęła jeszcze zgodnie z formami doktrynerskimi.

W ten sposób zginęła Polska. Nie szukajcie, panowie, przyczyn jej upadku ani w braku sił: było ich dość, ani w ogromie sił wroga: stracił ich wiele, ani w interwencji Prus: można jej było łatwo zapobiec, wysyłając na granicę kilka setek Krakusów[14], ani w odmowie pomocy ze strony Anglii i Francji: ludzie rozsądni nigdy w ich stronę nie patrzyli. Polska zginęła przez ludzi, którzy pochwycili władzę, a nie umieli począć żadnej wielkiej idei, żadnej myśli rewolucyjnej.

Pochwycili władzę, gdyż uważali się za przygotowanych do jej sprawowania.

Ciężar ten był ponad ich siły. Lecz władza ma tyle uroku, że nawet najsłabsze stworzenie upierałoby się przy jej sprawowaniu; że nawet ruina, którą by spowodowało, nie zmusiłaby go do wyrzeczenia się władzy. Sprawowali ją i Polska zginęła.

Tadeusz Krępowiecki

_____________

Powyższy tekst przedrukowujemy za „Wskrzesić Polskę, zbawić świat. Antologia polskiej chrześcijańskiej myśli społeczno-radykalnej 1831-1864”, wybór i opracowanie Damian Kalbarczyk, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1981. Na potrzeby Lewicowo.pl przygotował i sporządził biogram Piotr Kuligowski.
Przypisy:

1. Ale oni nie chcą tego! Autor nie wymienił nikogo, a jednak znaleźli się ludzie, którzy uznali, że powinni zaprotestować przeciw temu przemówieniu. Członkowie Sejmu naradzali się przez pięć dni nad środkami, jakie należy przedsięwziąć przeciw autorowi, po czym postanowili wysłać adres do gen. Lafayette’a. Redaktorem jego jest Ludwik Plater. Trzeba przy tym wiedzieć, że p. Ludwik Plater, hrabia i senator-kasztelan, odegrał pewną rolę w dyplomacji. Sejm zalicza go obecnie do swoich członków, chociaż przedtem protestował przeciw niemu w swym manifeście. Manifest oskarżał Mikołaja, ponieważ mianował on bezprawnie Platera senatorem-kasztelanem. Proszę tylko spojrzeć, co za konsekwencja! Gen. Lafayette odpowiedział im z całą rozwagą, że nie wypada jemu, cudzoziemcowi, wypowiadać się w kwestii zatargów między partiami, i radził im, aby adresu nie ogłaszali. Sławny gen. Pac  oraz członkowie Sejmu: Lelewel, Hłuszniewicz, Przeciszewski, Zambrzycki i Karwowski, nie chcieli przyłączyć się do wystąpienia pozostałych i odmówili podpisania adresu.

2. Rozbiór Polski nastąpił z winy szlachty. Kiedy wszystko naokoło Polski chciało polepszenia warunków społecznych, wszczęto prześladowania religijne i szlachta nie dopuściła do jakiejkolwiek reformy. Nie chciała się ona nigdy zgodzić na utrzymywanie armii regularnej, zachowując wyłącznie sobie obronę kraju jak za czasów feudalnych. Tak dobrze broniła tego przywileju, że Moskale i Prusacy werbowali polskich chłopów w samym sercu Polski, a wojska ich wkraczały na terytorium Polski i stacjonowały tam w najzupełniejszym spokoju, jak we własnym kraju.

3. Stan majątkowy szlachcica oblicza się według liczby jego poddanych. Zdarza się, że pan, który przegrał w karty wszystkie pieniądze, stawia w grze równocześnie chłopów, służących i konie. Pariasi ci nazywają się w języku panów „chamami”: jest to coś, co się porusza jak maszyna i co Bóg stworzył do uprawy ziemi, czyszczenia koni i przyjmowania razów od pana. W czasie gry mówi się potocznie: „Stawiam tylu chamów, ile jest punktów na tym polu, i młodą klacz na dodatek”. Oto panowie, którzy nie chcą, abyśmy nazywali ich zdrajcami ojczyzny i ludzkości. (Patrz przypisek następny.)

4. Instytucja szlachty jest całkowicie antynarodowa. Nie ma nawet w języku polskim słowa na określenie szlachcica. Zapożyczono od Niemców wyraz „Schlacht”, który znaczy walkę lub rzeź, aby utworzyć zbiorowy rzeczownik ,,szlachta”, co znaczy „noblesse”. Powiedziałem, że księża katoliccy wprowadzili różnice społeczne i kasty. Oto wyjaśnienie: słowo „ksiądz” z różnymi końcówkami znaczy „książka”, „ksiądz”, „książę” i „księżyc”. Tak więc, ponieważ pierwszą książką, która ukazała się w Polsce, była Biblia, wszyscy, którzy umieli czytać, byli książętami. Księżyc jako pierwsze ciało niebieskie wśród gwiazd oświecających nocą ziemię, został nazwany książęciem. Płacenie dziesięcin wyprzedziło więc pańszczyznę i stało się dla niej wzorem. Zaczęto przywłaszczać sobie władzę nad tymi, którzy nie umieli czytać i jako ostatni przyjmowali religię katolicką. Wiadomo, że właśnie mieszkańcy wsi trwają zawsze przy swoich wierzeniach, dlatego też pierwsi chrześcijanie nazywali ludzi innej wiary „pagani”, co znaczy „mieszkańcy wsi”. Ale katolicy w Polsce wynaleźli inną nazwę dla tych, którzy nie od razu przyjęli religię katolicką; nadali im miano „chamów” wyprowadzając ich od Chama, przeklętego przez własnego ojca, Noego. W gniewie pan nie żałuje nigdy chłopu epitetu: „przeklęty chamie”.

Historia stwierdza prawdziwość tej tezy. Po śmierci trzeciego króla katolickiego, kiedy żona jego, Rixa, uciekła wraz z synem Kazimierzem, powstało wielkie zamieszanie w kraju. Historycy, którzy rzadko umieją podać prawdziwe przyczyny faktów, wymieniają między popełnionymi wówczas zbrodniami rzeź księży i panów przez chłopów i powrót ludu do pogaństwa. Z pewnością ludy nie powstają zbrojnie nie sprowokowane do tego uciskiem, a przytoczony fakt historyczny dowodzi, że ucisk chłopów rósł w związku z rozprzestrzenianiem się nowej religii.

Panowie polscy, z wyjątkiem Jaksy z Miechowa, nie brali udziału w wyprawach krzyżowych. Nie mieli jeszcze herbów, nie stanowili jeszcze siły, nie tworzyli nawet w państwie odrębnej warstwy. Stopniowo jednak zawładnęli ziemią spokojnych kmieci i zmusili ich do pracy dla siebie. Biedni kmiecie poskarżyli się królowi Kazimierzowi III, który ustanowił prawa mające chronić ich przed drapieżnością zbrojnych (Scarta Rellati [!]). Dobry ten król widząc, że wszystkie przedsięwzięte przez niego środki były niewystarczające dla ochrony chłopów, powiedział zanoszącym skargi: „Czyż nie macie krzesiwa w chatach i krzemieni na polach?”. Chciał przez to powiedzieć, że skoro ustawy nie wystarczają już dla ochrony obywateli, prześladowany ma prawo spalić dom swego ciemięzcy, który kpi sobie z ustaw. Toteż szlachta dała Kazimierzowi szyderczy przydomek „króla chłopa”.

Nieszczęściem dla Polski jego spadkobierca Ludwik Anjou miał dwie córki, dla których trzeba było dwóch koron. Ludwik dał koronę węgierską starszej, a dla młodszej zachował polską. Ponieważ zaniedbywał sprawy Polski i rzadko ją odwiedzał, było to równoznaczne z pozostawieniem panom wolnej ręki w uprawianiu rozboju na kmieciach. Panowie wymusili olbrzymie przywileje na tym królu, który im schlebiał, chcąc zapewnić córce tron. W tym właśnie czasie powstaje szlachta jako stan rządzący.

Pod słabymi rządami Jagiellonów potęga szlachty wzmogła się znacznie, tak że nie uznawała już przedstawicieli miast i wsi. Zygmunt Stary musiał osobiście wprowadzić przedstawicieli nie-szlachty, których szlachta wypędziła z sali posiedzeń [Sejmu]. Pod rządami królów obieranych przez szlachtę panowie zmienili wszystkich chłopów w poddanych, a wtedy ucisk ich nie znał już granic.

5. Król Władysław przewidywał już upadek Polski. Chcąc mu zapobiec usiłował wzmocnić swoją władzę; w tym celu stworzył order Św[iętego] Ducha, sformował gwardię złożoną z 1200 ludzi i skłonił szlachcica polskiego Bohdana Chmielnickiego do wzniecenia powstania Kozaków zaporoskich i chłopów Ukrainy przeciw panom. Sejm zniósł order i gwardię, ale nie mógł złamać siły Chmielnickiego. Gdyby ten człowiek zapragnął dalszych podbojów, mógłby dojść do Warszawy, ale brakło mu talentu i wykształcenia; siłę swoją czerpał tylko z zaciekłej nienawiści i żądzy zemsty chłopów w stosunku do panów. Chmielnicki poddał się Turcji. To odstępstwo drogo Polskę kosztowało. Osłabła do tego stopnia, że Jan Kazimierz abdykując przepowiedział rozbiór. Co było prawdziwą przyczyną rozbioru? Potworny ustrój społeczny Polski; otępienie i pognębienie mas przez szlachtę. To ona zadała masom ludu śmiertelny cios, wyłączając je spod praw człowieka. Panowie włożyli na swe barki ciężar utrzymania Rzeczypospolitej i widzieliśmy, jak ją utrzymali.

6. Można się słusznie dziwić, że w Polsce utożsamia się każdą rewolucję z jakimś człowiekiem. Rewolucję roku 1794 utożsamiono z Kościuszką, i po wzięciu przez Rosjan wodza do niewoli rewolucja upadła. Zupełnie naturalne jest, że tam, gdzie odmawia się praw przyrodzonych człowiekowi, nie chce się powierzyć losu narodu samemu narodowi, wyciągnąłby on bowiem z tego konsekwencje w postaci odzyskania praw, które zostały mu wydarte przez mniejszość nazywaną zazwyczaj arystokracją szlachty, prymasów, uprzywilejowanych, kupców itd., itd. Wielkim postępem dla narodu było przedłużenie ostatniej rewolucji pomimo odstępstwa Chłopickiego, z którym już ją utożsamiono. Trzeba by jednak wiedzieć, komu szczególnie przypisać należy zasługę jej przedłużenia. Z pewnością nie Sejmowi, który widząc dobrze złe zamiary dyktatora nalegał na niego nieustannie, aby zatrzymał dowództwo armii. Dziś za uosobienie Polski uważa się Sejm; nie dostrzega się nic ponad nim. Tak jak gdyby prawa narodu polskiego do niepodległości, do wolności, do dawnych jego granic potrzebowały widocznych form, jak gdyby Sejm zabrał ze sobą swoje palladium. Ludzie umierają albo zmieniają się, prawa narodów są wieczne. Trzech despotów podzieliło między siebie zakrwawione członki narodu powołanego przez swój charakter i położenie geograficzne do roli przedmurza Europy cywilizowanej i do cywilizowania Azji. Zadane przez nich ciosy, krew, która wytrysła, są namacalnym protestem przeciw dokonanej zbrodni. Głos nieszczęsnego narodu został zdławiony, ale jego wołania znalazły oddźwięk w sercu wszystkich innych, którym przeznaczony jest ten sam los. Przypomną sobie one, że brat ich upadł chwytając ostrze miecza, który zawisł nad ich głowami.

7. Mandat ten miał na podstawie konstytucji nadanej przez Kongres Wiedeński. Ponieważ jednak Kongres uznawał tylko szóstą część Polski, i to jeszcze poddawał ją obcemu władcy, konstytucja wraz z wszystkim, co z niej wypływało, została przedarta przez rewolucję, której celem było odzyskanie całej Polski. Mandat przedstawicieli wybranych w oparciu o powagę tej konstytucji stracił już ważność, Sejm więc był nielegalny.

8. Stwierdzić należy, że to strach wydarł ten okrzyk. Patrioci pokazali siłę, organizując masową ceremonię żałobną poświęconą cieniom pięciu nadnewskich męczenników wolności z r. 1826. Tłumy nie rozeszły się, póki sejm nie ogłosił detronizacji Mikołaja.

9. O sprawach państwa nie radzono tam kolegialnie, ale w sekcjach, bądź zajmowano się nimi indywidualnie. Stosunki z zagranicą należały do prezesa, inni członkowie rządu niewiele o nich wiedzieli. Wódz naczelny prawie nigdy nie słuchał rozkazów rządu; rozmawiał i utrzymywał ściślejszy kontakt jedynie z prezesem, traktując pozostałych członków rządu z właściwą sobie ironią i pychą.

10. Makiawel powiedział, że „woli dobrego generała niż dobrą armię, bo dobry generał najgorszą poprawi, kiedy tymczasem zły zepsuje najlepszą”.

11. Oficer artylerii Redel opuszcza obóz bez pozwolenia, wchodzi na czele czterech kanonierów do miasta będącego w stanie oblężenia, wyłamuje drzwi redaktora „Merkurego” i popełnia najokrutniejszy gwałt na jego osobie. Zaniesiono skargę przed naczelnego wodza, który odpowiedział, że wolność uderzeń kijem postępuje zaraz za wolnością prasy. Jednakże zmuszony krzykiem prasy stwarza pozory sądu i skazuje oficera na kilka dni więzienia.

12. Ten stary oszust pewny był głosów posłów arystokratycznych; aby zdobyć głosy pozostałych, pokazywał im 17 sierpnia, kiedy udawali się na posiedzenie zwołane w celu utworzenia nowego rządu, sporządzoną przez niego samego listę posłów przeznaczonych na wymordowanie. Dodawał przy tym, że ma władzę nad agitatorami i że on tylko może ocalić życie tych posłów. Wymknęły mu się, kiedy rozmawiał z autorem przemówienia, następujące słowa: „Czy pan myśli, że oni wybrali mnie z miłości? Nie, ze strachu; chcę ocalić naród, niech pan wierzy we mnie, ale trzeba mi obrońców, trzeba się ze mną związać, czyhają na moje życie” itd.

13. Nasi doktrynerzy łączyli się z arystokratami, gdy chodziło o zgniecenie partii ludowej, a z tą partią wtedy, kiedy chcieli objąć lub utrzymać się przy funkcjach, na które byli niesłychanie zachłanni.

14. Trzeba było tylko iskry, aby wzniecić rewolucję w Wielkim Księstwie Poznańskim. Korpus pruski, który znajdował się tam pod dowództwem gen. Rodera, miał rozkaz wycofania się za Wisłę w razie powstania.

 
Tadeusz Krępowiecki (1798-1847) – rewolucyjny żołnierz, publicysta i działacz polityczny. Jako uczestnik powstania listopadowego brał udział w bitwach pod Stoczkiem i Boremlem, a następnie został ciężko ranny podczas oblężenia Warszawy przez wojska rosyjskie. Był przeciwnikiem dyktatury gen. Chłopickiego. Po upadku powstania o klęskę oskarżał szlachtę, narażając się na zajadłe ataki środowisk konserwatywnych. Od 1831 r. do końca życia przebywał na emigracji we Francji, gdzie działał początkowo w Towarzystwie Demokratycznym Polskim, lecz z racji radykalnie antyszlacheckich przekonań rozstał się z TDP w 1835 r. Był następnie jednym ze współzałożycieli i czołowych ideologów Gromad Ludu Polskiego. W latach 40. z powodu trudnej sytuacji bytowej zmuszony do całodziennej, monotonnej pracy, powoli tracił zdrowie. Chory na serce, nie wycofał się jednak z aktywnej działalności politycznej – do końca życia był jednym ze spiritus movens polskiego ruchu rewolucyjnego. Po kres swych dni organizował manifestacje i działał aktywnie na rzecz szerzenia idei, o które walczył przez całe życie. Na krótko przed śmiercią (1846), jako członek Zjednoczonej Emigracji Polskiej, powrócił na łono TDP.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *