Jan Kwapiński

Proces brzeski

Proces brzeski rozpoczął się 26 października 1931 roku. Przed rozpoczęciem procesu na terenie Sejmu rozgrywały się ostre utarczki opozycji z blokiem rządowym. Z chwilą ujawnienia zwierzęcego znęcania się nad więźniami, stronnictwa Centrolewu zgłosiły interpelację, w której podano fakty tyczące tego smutnego zdarzenia. Interpelacja ta ogłoszona w prasie opozycyjnej wstrząsnęła krajem i wywołała olbrzymie oburzenie. Zaczęła się masowa akcja protestacyjna, której przewodziły sfery intelektualne, te same, które zareagowały na uwięzienie posłów w twierdzy brzeskiej w kilka tygodni po tym fakcie ubiegłego roku, a więc profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego i pisarze. „Ten głos protestu najwybitniejszych uczonych polskich podyktowany głęboką troską o moralność i etykę publiczną – pisał w swej książce o tamtych czasach „Pierwsze piętnastolecie Polski niepodległej” znakomity historyk socjalistyczny, poseł PPS Adam Próchnik, używając pseudonimu Henryk Swoboda – zagrzmiał jak głos sumienia narodowego. Powyższe fakty, niespotykane w świecie cywilizowanym – pisali profesorowie – musimy uznać za hańbę dwudziestego wieku”.

Tak określił uczucia kraju Adam Próchnik.

Za tym listem otwartym uczonych krakowskich posypały się liczne protesty z całego kraju. Tak samo wystąpili przeciw hańbie Brześcia profesorowie innych wyższych uczelni; uniwersytetu warszawskiego, politechniki warszawskiej, Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, uniwersytetu lwowskiego, poznańskiego, wileńskiego. Profesorowie politechniki lwowskiej wprawdzie nie zabrali głosu publicznie, złożyli jednak memoriał prezydentowi Mościckiemu, który był profesorem tej uczelni. Protestowały zrzeszenia adwokackie, lekarskie, literaci, artyści. Tysiące protestów ogłosiły związki i organizacje robotnicze. Fala protestów ogarnęła wszystkie zawody. Protestowano zbiorowo i pojedynczo. Przez cały kraj przeszła fala oburzenia. Tutaj chcę powołać się znów na Adama Próchnika, który pisał, że jeden z największych pisarzy polskich Andrzej Strug ogłosił płomienne artykuły przeciwko metodom brzeskim. Wprawdzie artykuły te były skonfiskowane przez cenzurę, ukazały się jednak w prasie zagranicznej. Na tym tle powstał ostry zatarg pomiędzy Strugiem a Wacławem Sieroszewskim, dawnym, starym pisarzem socjalistycznym, a obecnie zwolennikiem kursu rządowego. Sieroszewski wysłał do Stanów Zjednoczonych kablogram, w którym oświadczył, że „wystąpienie Struga ma swe źródło w jego nienawiści do Piłsudskiego”. Ponadto Sieroszewski stwierdził, że władze sądowe nie znalazły przekroczeń. Strug odpowiedział oświadczeniem, że kablogram Sieroszewskiego wysłany do prasy zagranicznej kładzie na karb jego pobudliwości nerwowej, rozluźnienia centrów hamujących, zużycia się intelektu. „Nie jest to” – konstatuje Strug, „pierwsze głupstwo, którego dopuścił się on w życiu publicznym i nie jest zapewne ostatnim”.

Interpretacja ta została opublikowana za granicą przez wybitnego wodza II Międzynarodówki Socjalistycznej, Emila Vanderveldego. Natomiast komuniści nie przyłączyli się do akcji protestacyjnej, uznali bowiem w swej nieprawdopodobnej nonszalancji i cynizmie politycznym, że to nie była zbrodnia, ale po prostu rzekomo „burżuazja pobiła swoich lokai”.

Opozycja sejmowa starała się przy każdej nadarzającej się okoliczności podnosić sprawę traktowania więźniów. Na przykład przy omawianiu i dyskusji nad budżetem ministerstwa sprawiedliwości opozycja zaczęła domagać się zajęcia przez ministra sprawiedliwości stanowiska wobec postawionych w interpelacji zarzutów, ale on wykrętnie odparł, że to „sprawa sądów a nie Sejmu”, dodając, że „poszkodowani mogą się skarżyć”. Przy tym zaznaczył, że nikt z więźniów brzeskich nie zgłaszał zażaleń na złe traktowanie.

Poseł Stanisław Dubois zawołał z miejsca: „Ja zgłaszałem zażalenie”. Minister zarzucił mu kłamstwo, ale Dubois natychmiast wymienił datę i nazwiska sędziów, na których ręce zgłaszał zażalenie. Pan minister Michałowski musiał zamilknąć, przygwożdżony przez posła Dubois.

W takiej gorącej atmosferze, w powodzi powszechnego oburzenia w kraju, sanacja rozpoczęła proces brzeski. Na rozprawie stanęło przed sądem sześciu posłów PPS: Lieberman, Barlicki, Pragier, Ciołkosz, Dubois i Mastek. Ze Stronnictwa Ludowego bylo oskarżonych pięciu posłów: Wincenty Witos, Kiernik, Putek, Bagiński i Sawicki. Jak z tej listy widać, Piłsudski przeprowadzał osobiste porachunki z posłami socjalistycznymi i ludowymi.

Rozprawa odbywała się w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Grono najlepszych adwokatów polskich, wśród nich wielu wybitnych obrońców z epoki caratu, podjęło się obrony oskarżonych. Rozprawa trwała niemal 80 dni. Zdawało się, że nadszedł wreszcie moment, kiedy więźniowie brzescy będą mogli publicznie wyjawić swe przeżycia w twierdzy brzeskiej. Sąd jednakże udaremnił im ujawnienie okrutnej prawdy, odbierając im głos, gdy tylko próbowali nawiązać do swych przeżyć w czasie aresztowania lub usuwając ich z sali, jak to było np. z posłem Mastkiem, który gniewnie zawołał „niech świat się dowie, co się działo za murami Brześcia!”. Naturalnie należy stwierdzić, że oskarżeni mimo wielkiego sprytu i brutalności sędziów bardzo często zamieniali się w oskarżycieli, bowiem obrona ich, bardzo mądra obrona, polegała na stałym atakowaniu systemu rządzenia. I tak np. – „Nie jest prawdą – oświadczył Lieberman – że przygotowywałem zamach, że chciałem obalić przemocą rząd marszałka Piłsudskiego, prawdą jest, że chciałem i chcę rząd obalić, ale drogą nowych, uczciwych wyborów”. Mówiąc o Brześciu, zawołał: „Przez Brześć zerwano łączność z demokracją zachodnią”. Ponieważ nie pozwolono mu mówić o tym, co przecierpiał w Brześciu ograniczył się do stwierdzenia: „Na Honor i Boga przysięgam, że wszystkie fakty w interpelacji podane są prawdą!”. „Dwie ostatnie przyczyny swego oskarżenia dostrzegam: Dziś jestem oskarżony dlatego, że nakazywał to interes wyborczy. Jestem oskarżony dlatego, że byłem oskarżycielem przed Trybunałem Stanu”. Lieberman kończy: „Żadnego uczynku w życiu publicznym nie żałuję i niczego nie odwołuję. Niczego się nie wypieram i wierzę, że dyktatura runie pod naporem sił moralnych narodu”.

Wincenty Witos stwierdził: „Jestem przeciwnikiem dyktatury i rządów jednostki z głębokiego mojego przekonania. Uważam za rzecz konieczną, ażeby z tym systemem rządu w Polsce skończyć”.

A dalej podniósł, że nie był on organizatorem zamachu, lecz ofiarą. – „Nie ja dokonałem zamachu, ale ja wraz z rządem stałem się ofiarą zamachu, a więc kto inny robił zamach i spisek, a ja siedzę na ławie oskarżonych”.

I skończył wyrażeniem nadziei: „Spodziewam się, że nareszcie przyjdą w Polsce takie zmiany, kiedy prawo i sprawiedliwość będą górą i kiedy na ławie oskarżonych zasiądą ci, co nie tylko zamach przygotowali, a także którzy go chcieli i dokonali”.

Poseł Bagiński oświadczył na rozprawie: „Nas skopano, ale nie udało się nas złamać”. To dramatyczne oświadczenie zawierało wielką prawdę. Piłsudski sądził, że oddając bezbronnych posłów socjalistycznych i ludowych w ręce tak doświadczonego oprawcy, jak Kostek-Biernacki, uzyska główny swój cel, że ich moralnie złamie. Ale to się Piłsudskiemu nie udało. Na ławie oskarżonych nie siedzieli przerażeni, złamani ludzie, ale odważni i zdecydowani na wszystko przywódcy ruchu socjalistycznego i chłopskiego.

Dnia 13 stycznia 1932 roku zapadł wyrok skazujący. Jeden z sędziów, Leszczyński, głosował przeciwko skazaniu. Dwaj byli za uznaniem winy i wymierzeniem kary. Sędzia Leszczyński zgłosił votum separatum. Była to godna odpowiedź niezależnego sędziego, który     przeciwstawił się naciskowi Piłsudskiego i jego administracji.

Wymiar kary był następujący:

Dubois, Ciołkosz, Mastek, Pragier i Putek zostali skazani na trzy lata więzienia. Odtwarzam z pamięci „motywy” zemsty sanacji. Tak np. poseł Mastek pewnego razu, gdy sanacja przygotowała wiec poselski dla swoich posłów, on wiedząc o tym sprawił im niespodziankę, że na godzinę przed rozpoczęciem wiecu przez Bolesława Pochmarskiego tylnym wejściem przyprowadził na salę robotników krakowskich i cała sala była szczelnie wypełniona przez przeciwników sanacji. I za to zapłacił teraz. Pragier był znienawidzony za doskonałe przemówienie przy budżecie ministerstwa spraw wewnętrznych, w którym określił Składkowskiego jako „generalnego odkurzacza”. Składkowski mu to pamiętał.

Stanisław Dubois przy każdej nadarzającej się sposobności piętnował działalność rządu Piłsudskiego. Czynił to tak samo Putek i Ciołkosz. Oni wszyscy dali się dotkliwie we znaki różnym pułkownikowskim i generalskim dygnitarzom sanacyjnym.

Lieberman, Barlicki i Kiernik dostali wyroki po 2 i pół roku. Bagiński dwa lata, Witos półtora roku. Sawickiego uniewinniono.

W rok później, 7 lutego 1933 warszawski Sąd Apelacyjny przystąpił do ponownego rozpatrzenia sprawy. W czasie minionego roku minister sprawiedliwości przeprowadził reorganizacją sądu i w skład jego wprowadzono szereg nowych sędziów.

Na samym początku rozprawy apelacyjnej obrońcy zażądali wyłączenia jednego z sędziów. Zanim powołano go do kompletu rozpatrującego sprawę więźniów brzeskich, wyraził już swój pogląd w tej sprawie, a zatem uzasadnione było stanowisko obrony, domagającej się jego usunięcia, ponieważ nie dawał gwarancji bezstronności sędziowskiej.

– „Nie mamy żadnych złudzeń co do losu, jaki nas czeka” – oświadczył Lieberman. – „Jakikolwiek będzie skład osobowy tego sądu nie zmieni to faktu, że nasz los został fizycznie opanowany przez siły, które dzięki biegowi zdarzeń okazały się bardziej zwycięskie aniżeli wszystkie czynniki prawa i moralności tkwiące w narodzie”.

Sąd oddalił wniosek obrony o usunięcie sędziego, który nie dawał gwarancji bezstronności, opierając się na oświadczeniu kwestionowanego przez obronę sędziego, że w swoim sumieniu nie czuje się jednostronny. Wobec tego oskarżeni stwierdzili, że obrona została im uniemożliwiona. Adwokaci złożyli swe mandaty jako obrońcy. Razem z oskarżonymi opuścili salę. W pustej niemal sali sędziowie rozpatrzyli skargę apelacyjną i zatwierdzili wyrok pierwszej instancji.

Obrona skierowała natychmiast skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego, który wyznaczył bliski termin rozprawy. Mianowicie na dzień 9 maja 1933.

Sąd najwyższy podzielił stanowisko obrony i skasował wyrok Sądu Apelacyjnego, polecając mu ponowne rozpatrzenie sprawy nowym składzie sądowym. W ten sposób sprawa brzeska pozostała nadal przedmiotem obrad sądowych. Pozostawała też wciąż na porządku dziennym polskiego życia politycznego, jako sprawa czołowa.

Niezależnie od tego, w jakim stadium sądowym sprawa brzeska się znajdowała, odgrywała ona w tym okresie role tła politycznego, podobnie jak przedtem była nią sprawa przekroczeń budżetowych, a zwłaszcza słynnych ośmiu milionów złotych wydanych na wybory przez rząd Piłsudskiego, pogłębiając jeszcze bardziej przepaść pomiędzy rządem a opozycją.

W okresach poprzednich punkt ciężkości życia politycznego znajdował się w Sejmie. Sejm stanowił wierny obraz poglądów i nastrojów społeczeństwa. Po przewrocie majowym Sejm utracił możność oddziaływania na politykę państwa, tym niemniej dramatyczna walka Sejmu z aparatem rządowym przykuwała do Sejmu uwagę i zainteresowanie całego społeczeństwa, pozostawiając nadal na pierwszym planie Sejm.

Po wyborach „brzeskich” sytuacja uległa dość gwałtownej zmianie. Sposób, w jaki przeprowadzono wybory, wytworzył przekonanie szerokich warstw społecznych, że parlament przestał odzwierciedlać istotne potrzeby społeczeństwa. Przekonanie to pogłębiało się z każdym dniem. W państwach o ustroju wyraźnie parlamentarnym większość wyłania rząd, będący organem wykonawczym władzy tej większości; jakżeż daleko od tego była rzeczywistość polska!

Wybory 1930 roku dobitnie wykazały, że to rząd wyłonił większość sobie podporządkowaną, a nie na odwrót. Posłuszny Sejm był jedynie wyłącznym narzędziem rządu dyktatury Piłsudskiego.

W tych warunkach nie było mowy o jakiejś kontroli Sejmu nad rządem. Wiadomo, że Polacy są nawet w ciężkich chwilach dowcipni i umieją ośmieszać swoich wrogów. Ciekawe jest co w tym czasie jeden z dzienników zbliżonych do rządu pisał o większości Sejmu: „Kategoria urzędników, którzy za pomocą kosztownie opłaconego wstawania i siadania pieczętują to, co pałac namiestnikowski z góry pozytywnie zaopiniował”.

Na krótko przed zwołaniem pierwszej sesji nowo wybranego Sejmu nastąpiła zmiana rządu: Oczywista, że wpływ opozycji, która stanowiła mniejszość w Sejmie, nie mógł być skuteczny przy formowaniu tego rządu. Tym bardziej, że dość częste zmiany, które później następowały, przestały interesować w ogóle społeczeństwo. Jeszcze przed zwołaniem pierwszej sesji nowo wybranego Sejmu nastąpiła zmiana rządu. Naturalnie wpływ Piłsudskiego był jedynie rozstrzygający przy jego formowaniu. Koterie otaczające Piłsudskiego podsunęły mu takich kandydatów na ministrów, jacy jemu będą dogadzać. Piłsudskiego jako szefa rządu zamienił znów Sławek. Ciekawe, że ponownie znalazł się w tym rządzie Zaleski. Było to czwartego grudnia 1930 roku i po raz pierwszy w rządzie Sławka znalazł się Leon Kozłowski, któremu kazano być ministrem reform rolnych. Ten Sejm brzeski przystąpił do załatwienia „przekroczeń budżetowych”. Tym razem Piłsudski nie miał żadnych kłopotów z Sejmem, bo Sejm ten zatwierdził „przekroczenia budżetowe”, jak również sprawę Czechowicza. Opozycja głosowała przeciwko budżetowi, a zgodnie z uchwałami organizacji partyjnych PPS poszła dalej, głosując przeciwko ustawie o poborze rekruta. Opozycja próbowała przeprowadzić dyskusję na temat sprawy brzeskiej, ale Sejm w tym składzie odrzucił wnioski opozycji. Tak samo, Sejm odrzucił wniosek o zbadanie ponurej sprawy pacyfikacji w Małopolsce wschodniej. W sprawie przekroczeń budżetowych, a w szczególności w sprawie Czechowicza przemawiał w Sejmie poseł Zygmunt Zaremba w imieniu PPS. – „To się kończy akt drugi – mówił Zaremba – ale tragedia żyje. Nie spieszcie się z rozchodzeniem, bo kurtyna znów się podniesie i dalszy ciąg nastąpi”.

Jan Kwapiński

_________________________________________

Powyższy tekst Jana Kwapińskiego to rozdział jego książki pt. „Moje wspomnienia (1904-1939)”, Księgarnia Polska w Paryżu, Paryż 1965.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *