Pieśni i wiersze postępowe

Ludwik Mierosławski

Hymn rewolucyjny

Do broni, ludy, powstańmy wraz

I bratnią sobie podajmy dłoń;

Zetrzeć tyranów już nadszedł czas,

Wieńcem wolności ozdobmy skroń!

Hasłem do boju: Wolność i lud,

Do broni, do broni, powstańmy wraz!

Zwalczyć tyranów, wszak to nie cud,

Do broni, do broni, już nadszedł czas!
Precz z tytułami: książę i pan,

Zetrzyjmy ślady haniebnych lat;

Jeden Bóg, wiara i jeden stan,

I jedno miano: bliźni i brat.

Niechaj królewski zaginie ród,

Do broni, do broni, powstańmy wraz!

Niech mądre prawa stanowi lud,

Do broni, do broni, już nadszedł czas!
Miliony ludów wołają krwi

Tych, co nam tyle zrządzili zdrad;

By zetrzeć zemstę co w sercach tkwi,

Więc trzeba ofiar, więc wyrok padł.

Hasłem do boju: Wolność i lud,

Do broni, do broni, powstańmy wraz!

Zwalczyć tyranów wszak to nie cud,

Do broni, do broni, już nadszedł czas!
Tych co Sekwany kosztują wód,

I tych co Wisły zalegli brzeg,

I ten z nad Newy nieszczęsny lud

Niechaj dwudziesty zjednoczy wiek.

Wszakżeśmy bracia, jeden nasz Bóg,

Do broni, do broni, już nadszedł czas!

I jedna wiara i jeden ród.

Do broni, do broni, już nadszedł czas!
A gdy ciemięzców zetrzemy ślad,

Tyranom zgubny zadamy cios,

W jedną rodzinę zmienimy świat

I szczęsny ludom zgotujem los.

Wówczas spoczniemy i złożym broń,

Wolności, pokoju użyjem wraz!

We krwi zbroczoną obmyjem dłoń,

Wykrzykniem: Precz z tronem na wieczny czas!

 

 

Wacław Sieroszewski 

Czegóż chcą?

„Czegóż chcą oni? – I gawiedź szumi,

Szyderstwem wita, obelgą plwa;

Czegóż chcą oni? – Któż ich zrozumie?

Chleba, swobody?… któż o to dba!

My złota chcemy! – Za złota blaski

Ja mogę życie z rozkoszy spleść,

Za złoto kupię tłumów oklaski

I honor mężów i niewiast cześć…

Złoto to siła! Więc dalej, gwarnie

Pogońmy za nim przez życia szlak!

Co nam łzy ludu, ludu męczarnie…

Złota! bo złoto potęgi znak…

Że tam ktoś głodny, że tam ktoś płacze,

Głupstwo! on słaby… W walce o byt

Mogą się ostać tylko siłacze

Jak my! a płakać czyż nam nie wstyd?
I na cóż płakać? Droga otwarta:

Kradnij, rozbijaj, tak jak i my,

A każda cząstka innym wydarta

Będzie kozyrem do życia gry.

Złoto-czarodziej! Dukat dukata

Spłodzi od czarnej, roboczej dłoni…

Więc na bok troski!… Użyjmy świata!

Bo życie staje… śmierć goni.

Cierpią? Hej głupstwo! Niech dla rozkoszy

Gotuje kupny uścisk dziewczyna;

Niech pieśń wesoła smutek rozproszy!…

Hej służba, dolać mi wina!”.
Wam wina trzeba, pieszczot dziewczyny,

Złota, rozkoszy?!… Więc jak dzień długi,

Dzwonią kowadła, szumią maszyny,

I koła warczą, i orzą pługi,

I grzbiet się ludu gnie roboczego…

Wam wina trzeba! więc w znoju, w pocie

Lud ten za kawał chleba czarnego

Dobywa dla was miliony, krocie…

A zawsze mało! Gdy on mrze z głodu,

Gdy mu się chata nad głową wali,

Dla was frykasy i szampan z lodu,

I przepych, zbytek złoconych sali.
Lecz hola, dumne świata władyki!

Podnieście z łona nałożnic głowy,

I tam spojrzyjcie, skąd szum i krzyki

Donosi wichru podmuch surowy,

Tam, gdzie kamienne gmachu filary

Podmywa ludu wzburzona fala!

Cisza!… Zamilkły hałasy, gwary,

Tylko głos jeden dobiega z dala –

Dźwięczny, donośny… łamie się echem,

Srebrną kaskadą spada na lud,

A pod gorącym słowa oddechem,

Lud drga i szumi, jak fala wód…
Hurra! Swobody, Fabryk i Ziemi!

I powiał w górę czerwony znak,

Zwojami w słońcu mignął barwnymi,

I na ludzkości dziejowy szlak

Wpłynął, przez nasze dźwignięty dłonie.

Może zbyt wcześnie? Lecz cóż my winni,

Że nadsłuchując w ludzkości łonie,

Słyszymy lepiej – lepiej niż inni,

Co tam bezwiednie zrywa się, waży…

Że myśli chyżej puściwszy wodze,

Biegniem od waszych złotych ołtarzy

W przyszłość… A chociaż wielu z nas w drodze

Padnie, złamanych przez los surowy,

Na swoją dolę nikt nie zapłacze,

I nie uchyli pokornie głowy!
O tak! my teraz biedni tułacze!

Ale zjawieniem swym jak jaskółki

Zwiastujem gromy! Słyszycie wrzawę?

To ciągną mnogie robocze pułki,

A górą znamię powiewa krwawe.

Znaku nasz, znaku! My pośród boju

Piersiami ciebie wkoło otoczym,

Osmolim prochem, wykąpiem w znoju

I krwią serdeczną ubroczym.

A kule, gdy się przez pierś przebiją,

Rwąc twego płótna barwioną nić,

Jasno, wyraźnie na nim wyszyją:

„Legli, bo ludźmi pragnęli być!”.

 

Cytadela warszawska 1879

 

 

Edward Milewski

Kościół i rewolucja

Żebrzącym szlochem huczały kościoły,

Pałały zbożne sutann złorzeczenia,

A przez cmentarze – nad ofiarne doły

Płynęły walki rozłożyste pienia.

Choć rewolucję wyklęły ambony,

Choć lud obłudną trawiły trucizną,

On szedł zgodnymi poświęceń legiony,

Wielki walecznych zapasów puścizną.

I czarne mnichów krasomówczych chmary

Ze swą zbutwiałą infułą na czele

Padły – krwawymi pobite sztandary

W rewolucyjnym Narodu Kościele.

 

 

Edward Milewski

Czy byłeś bracie w pochodzie czerwonym

Czy byłeś bracie w pochodzie czerwonym,

Gdy od sztandarów jasne łuny biły,

Gdy lud się zdawał bogiem rozognionym,

Niecącym lawę nadziei i siły?…
Czy byłeś bracie w tych tłumach bez końca,

Co przez ulice ciągnęły i place,

Czyś słyszał hymny do wolnego słońca,

Słów uniesienia i okrzyków race?…
Ja w tłumach byłem. Pierś z piersią, dłoń w dłoni,

Usta i duszę z pochodem złączyłem,

Krwi płomieniami, słonecznością skroni

I duszą serca dzień radości czciłem.
A chociaż potem dnie płynęły inne,

Znów w rdzawych kajdan skiełznane wędzidła,

Chwil tryumfalnych blaski dobroczynne

Ciągle nam w walce pokrzepiały skrzydła.
Promienną wolną jutrznią rozwidnione

Długo w zapasów świeciły pomroce,

Wiarą poiły źrenice zmęczone

I gwiazdą Jutra osrebrzały noce.
Ach, dzień ten wielki czerwonego święta

Póki żyć będzie serce nie zapomni,

I tylko chwała, szkarłatem rozpięta,

W oddali czasu walkę wyolbrzymi.

 

 

autor nieznany

Pieśń pracy

Hej, wznieśmy, bracia, wolny śpiew!

Niech w żyłach ludu zagra krew,

Radosną głosim wieść!

Zamilknie wrogów niecnych zgrzyt,

Wolności nam zabłyśnie świt.

Cześć pracy, cześć!

Cześć pracy, cześć!

My zwartą ławą pójdziem w bój,

Nie będzie próżnym krwawy znój,

Zwycięstwa zabrzmi wieść;

Więziennych runie siła krat,

Zdobędziem sobie wolny świat!

Cześć pracy, cześć!

Cześć pracy, cześć!

I odtąd w ludu krwawy znój

Nie wpije się już trutniów rój,

By żywot na nim wieść;

Zaginie darmozjadów ród,

A hasła swe uświęci lud.

Cześć pracy, cześć!

Cześć pracy, cześć!

 

 

 

Maria Markowska

Czuwaj drużyno!

Czuwaj drużyno! Idzie Maj!

Wiosennym liściem szumią drzewa,

Kapela wiosny już rozbrzmiewa,

Czuwaj drużyno, idzie Maj!
Czuwaj drużyno! rośnie wieść,

Nowego życia idzie czas:

Nie będzie ciemnych, głodnych mas!

Nie daj się gnębić, nie daj gnieść,

Czuwaj drużyno, rośnie wieść!
To nasze święto, to nasz Maj!

Z warsztatów, fabryk, kopalń – rwąca

Płyń falo ludu, w blaski słońca,

Świadectwo sile swojej daj,

Robocza braci, to nasz Maj!
Do góry głowy! w słońcu lśni

Nasz znak barwisty, znak wybrany,

Ze wszystkich naszych nędz utkany,

Z naszego potu łez i krwi –

Czerwony sztandar w słońcu lśni.
Hej, braćmi my! Dłoń każdy daj,

Kto praw człowieka bronić chce,

Kto w męce wlecze życie swe

Za wolny lud, za wolny kraj!

Czuwaj drużyno, idzie Maj!

 

 

Maria Markowska

Plon niesiemy, plon!

(Na 25. rocznicę ruchu socjalistycznego w Polsce)

A otwórzcie nowe wrota,

Wyjdźcie witać, gospodarze!

Dziś wesoło, dziś ochota,

Plon niesiemy w darze.

Otwierajcie, nieście stoły,

Zapraszajcie duszą całą.

W dobrą chwilę, w czas wesoły,

Jak bywało, jak przystało…

Plon niesiemy, plon!

W górę, w górę harde głowy,

Na bok smutki, na bok lęki,

Niesiem wieniec dożynkowy,

Ćwierćwiekowej cichej męki…

Grają, grają skrzypki – braty

A rzęsiście, a od ucha!

…………………………………………….

Wtórzą echem kazamaty

Grzmi północna zawierucha –

Plon niesiemy, plon!

Barwny wieniec, barwne kwiaty

Tu na naszych polach rosły,

Jest i żytni kłos bogaty

I pszenicy kłos wyniosły…

Ha, i krwawa jarzębina!

Suchy, zblakły mech z daleka…

Wieńcom gada, przypomina,

Jak na „Dziadach” woła, czeka…

Na dożynki! Dalej z nami,

Cienie Siewców i Mścicieli!

Za waszymi kajdanami

Dla nas niebo świt już bieli,

Plon niesiemy, plon!

Dalej z nami! wasze zgony,

Szubienice i męczarnie

Dla nas w złote wzeszły plony,

Wybujały w złotem ziarnie.

Hej, do góry harde czoła!

Plon niesiemy krwi i trudu.

Krzywda woła, praca woła,

Tobie ludu, polski ludu,

Plon niesiemy, plon!

Dalej z nami, dzisiaj gody,

Nowej walki spełnić czaszę,

O świat wolny, o świat młody,

O, to jutro, jutro nasze!

Śmierć, wygnanie, turma może…

My idziemy siać na łanie,

Już się budzą krwawe zorze –

Kto chce życia – z nami stanie

Plon niesiemy, plon!

 

 

Zofia Filipowicz

Hej bracia, bracia robotnicy!

Hej bracia, bracia robotnicy,

A wszak to dziś jest pierwszy maj,

Z fabrycznej wyjdźcie dziś ciemnicy,

Marzeniem lećcie w inny kraj!
Niech dłoń, co ciężki młot dźwigała,

Niech się podniesie znojna skroń,

Niech robotnicza klasa cała

Powiewów wiosny wchłonie woń!
Szeregiem, naprzód idźmy śmiało,

Po drodze sennych zbudzi pieśń;

Potęgą naprzód ruszym całą

Wiekowych ciemnic strząsnąć pleśń.
Na jasnym niebios dziś lazurze,

Gdziekolwiek się nasz zwróci wzrok,

Czerwony sztandar szumi w górze,

Wyrasta już nad mgły i mrok…
Ku przerażeniu sytej zgrai

Idziemy razem, w dłoni dłoń,

Wolność nam przyszły los umai,

W solidarności nasza broń!
A więc szeregiem, bracia, dalej!

Od żądań naszych grzmi ten śpiew,

Wezbranym nurtem huczą fale,

Zbyt długo płyną łzy i krew…

 

 

Zofia Wojnarowska

Pierwszy Maj

Utrudzeni wielkim trudem,

W oczach możnych tacy marni,

A naprawdę tak ofiarni

I wiedzący, że nie cudem

To się niszczy, co jest złem –

Z wytrwałością a zawziętą

Wspólnych pragnień głoszą święto

Robotnicy wszystkich ziem.

Pierwszy Maj – to wiew swobody,

Buntu okrzyk to radosny!

O, połączcie się, narody,

W różnobarwne korowody,

Wszechprotestu święćcie gody

W blaskach wiosny!

Na szczyt idzie się pomału

Drogą stromą niepomiernie;

Na tej drodze rosną ciernie,

A na cierniach kwiat zapału,

A na kwiecie rosa – krew.

Lecz kto drogę tę zdobędzie,

Ten nizinom da orędzie:

Tryumfalnej pracy śpiew.

Pierwszy Maj – to w dziejach świata

Dzień, co czynem, a nie słowy

Bojujące rzesze brata.

O, niech się na wieczność splata

Z dłonią dłoń, a myśl ulata

W świt majowy!

Precz z drapieżną władzą złota!

Precz z wyzyskiem! precz z uciskiem!

Celem to, co sercu bliskim –

Robotnicy i biedota –

Równość pracy, równość praw!

Święć się, walko nieustanna,

W mrok się wdzieraj, jak hosanna,

Ziemię – całą ziemię zbaw!

Pierwszy Maj – to zawołanie,

Co z ust słońca w świat daleki

Po światłości oceanie

Leci w pozwów huraganie,

Wieszcząc biednym z nędzy wstanie

Już na wieki!

 

 

Feliks Perl

Armia postępu

W majowym słońcu lśnią sztandary

I ciągną pułki niezliczone –

A pieśń, ognistej pełna wiary,

Huczy, jak fale wód spienione.
Idą tak dumni w blaskach słońca,

A w oczach zapał im się żarzy –

Od końca świata aż do końca

Przed nimi blednie zastęp wraży!
Idą wciąż dalej – moc ich rośnie –

Nic tych zuchwałych nie powstrzyma –

I hardy okrzyk brzmi rozgłośnie:

Dla śmiałych żadnych przeszkód nie ma.
Dziwna to armia! Nie Cezary,

Ani Atylle w bój ich wiodą,

I nie królewskie ich sztandary,

Ni ksiądz święconą czcił je wodą.
Pod czerwonymi sztandarami

Idzie – o dziwo – wojsko nowe:

Własnej swej sprawie oni sami

Dali te godła – te bojowe.
Dziwna to armia! Rzekł „Bicz boży”,

Gdy szedł na Romy kwietne błonie:

„Nie wzejdzie trawa ni kwiat hoży,

Gdzie stąpią Hunów moich konie”.
Gdzie hufce przejdą zaś czerwone,

Tam kwiat wyrasta wnet uroczy,

Niwy tam cudnie umajone:

Tam kwiat piękności nęci oczy.
O, dziwna armia – armia święta!

Ona nie idzie siać zniszczenie –

Lecz tępić chwasty, targać pęta

I płoszyć nocy groźne cienie.
Armia postępu i swobody,

Co rzuca wieści nam radosne,

Zwiastuje przyszłe świata gody,

Po ciężkiej zimie – cudną wiosnę.
W majowym słońcu lśnią sztandary

I ciągną pułki niezliczone –

A pieśń, ognistej pełna wiary,

Huczy, jak fale wód spienione!

 

 

Edward Słoński

1 listopada 1905

Czarnym mrowiem idzie po ulicach swoboda

i na rogach wielkim krzykiem wybucha,

i płachtami czerwonymi powiewa,

i swój wielki, uroczysty hymn śpiewa –

swoboda…
Rozwaliła uderzeniem obucha

bram więziennych zardzewiałe zawory,

i powiała nad szarymi tłumami

czerwonymi od krwi skrzepłej płachtami –

z kazamatów wyzwolona swoboda.
Jeszcze w mroku na odludnych ulicach

błyszczą noże, dzwonią krwawe topory,

krew się leje po kamieniach, jak woda,

słychać krzyki i zgrzytanie łańcucha.
Jeszcze w mroku na odludnych ulicach

leżą trupy, chodzą krwawe upiory,

łzy spływają po woskowych gromnicach…

Ktoś się modli: W imię Ojca i Ducha –

ktoś się modli – nikt modlitwy nie słucha,

bo przez miasto ciągną wielkie pochody

i czerwone powiewają sztandary –

wyszły z lochów wszystkie nędze i głody,

niewolnictwa i bezprawia ofiary –

wyszły święcić wielkie święto swobody…

Hej, przez krew i przez głód

stał się cud!

Czerwone wieją sztandary,

roboczy idzie lud…

O, Polsko, w wizjach poczęta szalonych,

dziś wstajesz z potu ludzkiego i trudu

pod cichym szumem sztandarów czerwonych,

na twardych rękach roboczego ludu,

bo lud przypomniał to, co zapomniano,

że nam w dziedzictwie wolność zapisano.
A zapisano ją nam w testamencie

ostrym pałaszem na wieku grobowym,

z serc naszych żywe zrobiono pieczęcie

i położono je pod wielkim Słowem,

a Słowo buntem żyło między nami

pod kajdanami i karabinami.
W pielgrzymstwie swoim przeszliśmy pół ziemi

wieczni tułacze, wieczni bojownicy…

Pod Somosierry szczytami śnieżnymi

wiodła do boju pieśń Bogarodzicy

tych, których wygnał w świat z domu niedoli

sen o wolności prześniony w niewoli.
Ten sen się tułał po moskiewskich śniegach,

u stóp piramid, u ścian Saragossy,

szedł zwartą ławą w żołnierskich szeregach,

marł ze znużenia obdarty i bosy

i w strasznym ryku kartaczów i w dymie

na obce znaki kładł swe polskie imię.
A kędy przeszedł, łunami krwawymi

płonęły senne półzmierzchy wieczorów,

i z chat płonących wychodził jęk ziemi,

i konał w sercu niedostępnych borów

i tym złorzeczył, co gnani rozpaczą,

drogę wolności krwią i ogniem znaczą.
A oni przeszli… lecz, który do domu

wrócił, ten z siewby swej nie przyniósł sprzętu

i miał w swej duszy jad, i ogniem sromu

wyryte wielkie słowo testamentu,

to słowo, które po świata rubieżach

ze szczyptą ziemi polskiej niósł w szkaplerzach.
I przeszły lata… Są place, gdzie stały

białych szubienic straszne, długie rzędy,

są dotąd jeszcze oczy, co widziały

krwawych przerażeń bezsilne obłędy,

kościoły pełne lamentu i kiru i

krwią znaczone drogi do Sybiru.
Na owych drogach dotąd jeszcze stoją,

jak drogowskazy, te ofiarne znaki,

których się w nocy małe dzieci boją,

które wędrowne omijają ptaki,

bo na nich w wichrze śniegowej zawiei wyrasta napis:

Tu niema nadziei!
Straszne dziedzictwo po ojcach rycerzach

przekleństwem spadło w niewoli na synów

sen o wolności zaszyty w szkaplerzach

i lęk przed widmem bohaterskich czynów,

młodość bez myśli, starość bez mądrości

i groby pełne kajdanów i kości.
Synowie dzieciom podcinali skrzydła,

żeby nie poszły lotem wielkich ptaków

gonić po świecie złudnych snów mamidła

i szukać w tajgach owych krwawych znaków,

po których przeszła polska męka żywa,

zakuta w kajdan żelazne ogniwa.
A lud się ruszał.. Co dzień biły młoty

i co dzień w szybach dzwoniły oskardy,

spod młotów żywe wstawały tęsknoty,

pod oskardami pękał granit twardy –

i z gór wysokich na niziny dolin

schodziła jasna promienność wyzwolin.
Co dzień się jakieś spełniały ofiary,

Z rąk ślepych jeszcze padały pioruny,

i nowych pragnień nieciły pożary,

w sumieniach krwawe zapalając łuny,

i budząc w duszach głosami żywymi

Moc, która idzie od pracy i ziemi.
I drgnął i powstał lud… Czas przyszedł taki

że skroś noc ciemną dzień zaczynał świtać,

do lotu skrzydła rozwinęły ptaki,

i kwiaty jęły pod rosą zakwitać,

i powiał z dolin na ziemie i wody

od roboczego ludu zew swobody.

Hej, przez krew i przez głód

Stał się cud!

Czerwone wieją sztandary

roboczy idzie lud.

 

 

 

Es-El

Pan z Wami

Robotnikom poległym w dniu 6 listopada 1923 – poświęcam. 

Pan z Wami bracia!

Pan z Wami, bo głodni

Szliście za chlebem dla żon i dla dzieci.

A że ci syci są aż tak wyrodni,

Że zamiast chleba częstują kulami –

Pan z Wami!

Pan z Wami bracia!

Pan, co wypędził z świątyni handlarzy,

Co niebo zamknął dla sytych bogaczy,

Co z robotniki we winnicy gwarzył,

Co nie złorzeczył na własnych siepaczy…

Choć Was obrzucą śliną… kamieniami,

Śpijcie spokojnie –

Pan z Wami!

Pan z Wami bracia!

Choć bez krzyku, wrzawy

Tych, co się mienią Jego kapłanami,

Legliście w ziemi na wieczne spocznienie.

Wszak żywot Wasz krwawy –

Usłany cierniem i oblany łzami,

Był Chrystusową Golgoty ofiarą…

Był walką wieczną i goryczy czarą,

A Wyście byli życia kapłanami,

Pan z Wami!

 

Kraków, 10 listopada 1923

 

 

 

Benedykt Hertz

Podpory i wrogi

Po gazetach szczęk słychać papierowej zbroi:

W Polsce pono od wrogów wewnętrznych się roi.

A z alarmów tych każdy już rozpoznać mógł,

kto podpora Ojczyzny, a kto państwa wróg.

***

Ten, co z carem paktował, buty lizał w Pitrze,

co w rabstwie widział źródło zysków najobfitsze,

wartość wolności mierzył objętością wora –

państwa podpora.

Kto carowi stał hardo, kto targał kajdany,

kto znał drogę na Sybir, Cytadeli ściany,

był mieczem Damoklesa dla najeźdźcy sług –

wewnętrzny wróg.

***

Kto przed Niemcem czy Trockim w strachu gubił spodnie,

w obliczu wroga zmyślał polskich wodzów zbrodnie,

Za morzem ich szkalował, nie szczędząc ozora –

państwa podpora.

Ten, co pragnął zachować Polskę niezawisłą,

i na żadne nie spuszczał się cuda nad Wisłą,

ale stanął w szeregu i Sowdepię tłukł –

wewnętrzny wróg.

***

Ten, co zbożem paskuje, kto z nędzy miast krew ssie,

kto ma funty, dolary w zagranicznym safes’ie,

kto państwu nic dać nie chce z zysków plantatora –

podpora.

Kto za grosze pracując, ma podarte buty,

kto z głodnej pensji państwu haracz płaci suty,

choć nie może załatać budżetowych luk –

wróg.

***

Kto w walce z mniejszościami zbiera laury tanie,

podkopuje na kresach Polski panowanie;

kto wskrzesza czarnej sotni zdechłego potwora –

podpora.

Kto chce, by wśród ludności państwa różnolitej

łączyła wszystkich miłość Rzeczypospolitej,

by każdy za swe prawa czuł wdzięczności dług –

o, ten to już na pewno wróg!

 

 

M. Rodoć

Zasady

Oddycha dla ogółu,

Jasno swój sztandar niesie:

Wariacja! Wariacja!

Ssie bliźnich bez skrupułu

I coraz wyżej pnie się:

Racja! Racja! Racja!

Stracił i zlikwidował,

Został w jednej kapocie:

Winny! Winny! Winny!

Trzy razy bankrutował,

Ma składy, sklepy, krocie:

Czynny! Czynny! Czynny!

Nie chodzi do kościoła,

Nie wierzy w boga-kata:

Przeklęty! Przeklęty!

Do głodnych „pośćcie!” woła,

A sam półmiski zmiata:

Święty! Święty! Święty!

Uboga, głodna wreszcie

Skradła bochenek chleba:

Złodziej! Złodziej! Złodziej!

Skradł milion – dał na kweście

Aż tysiąc – wielkie nieba!

Dobrodziej! Dobrodziej!

 

 ___________________________

Powyższe utwory wybrano z „Lutnia robotnicza. Wybór poezji dla ludu pracującego”, wydanie nowe, rozszerzone i poprawione, Nakładem Związku Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych „Proletariat”, Kraków 1925, ze zbiorów Remigiusza Okraski.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *