Michał Król

Pierwsze bomby PPS

[1937]

Wojna rosyjsko-japońska, w którą carat wplątał się dzięki nieokiełzanej zachłanności kamaryli dworskiej, obudziła nowe nadzieje na wyzwolenie wśród ciemiężonych przezeń ludów. Wiedziano wszak, że ten kolos na nogach glinianych jest na wskroś zgangrenowany, że każdy silniejszy wstrząs zachwiać musi stare, zbutwiałe podstawy, sztucznie, bo na ciemnocie, krzywdzie i przemocy wzniesionej budowli. Szanse zwycięstwa caratu w tej bądź co bądź ciężkiej dla niego wojnie były wątpliwe, nie ulegało zaś kwestii, że w razie klęski carat straci dotychczasową pewność siebie i, jeżeli nie bezpowrotnie, to na długie lata zniknie urok rzekomej jego potęgi.

W kołach partyjnych PPS zdawano sobie sprawę, że idą czasy niespokojne, że sytuacja polityczna zmienia się, i wojna bezwzględnie wywoła następstwa, które wpłyną na konieczność zmiany taktyki dotychczasowej. Zrodziła się konieczność przekształcenia aparatu organizacyjnego i przystosowania go do nowych potrzeb i wymogów chwili. Poza tym należało wyzyskać kłopoty caratu i niepokoić go stałymi wystąpieniami, które jednocześnie rewolucjonizowałyby masy robotnicze i budziły nastroje czynnego oporu.

Wiosną roku 1904 byłem delegatem Warszawskiego Komitetu Robotniczego na dzielnicę Wolę i jako taki otrzymałem instrukcję tworzenia ścisłej organizacji na dzielnicy. O ile pamięć mnie nie myli, wskazówek co do reorganizacji dzielnicy udzielił mi w mieszkaniu moim przy ul. Żelaznej tow. Gustaw (Walery Sławek), który obszernie wyłożył mi poglądy ciał kierowniczych PPS na tę sprawę. Chodziło głównie o wybranie z organizacji fabrycznych dzielnicy jednostek bardziej uświadomionych, bezwzględnie oddanych sprawie, gotowych stanąć na każde wezwanie partii, i utworzenie z nich organizacji ścisłej, którą w każdej chwili dałoby się zmobilizować i „puścić w ruch”.

Pierwszy dziesiątek tej organizacji, którą później nazywano organizacją spiskowo-bojową, udało mi się zawiązać jeszcze na Woli przed przejściem na robotę do dzielnicy praskiej. W skład pierwszego koła weszli znani w przyszłości bojowcy wolscy, jak tow. tow. Burza, Anioł, Cezar i inni. Kiedy objąłem po tow. Adrianie (doktorze Jarkowskim) Pragę, zastałem sprawę tworzenia ścisłej organizacji w pełnym biegu. W tym też okresie rozpoczęły się lotne demonstracje, kierowane przez organizacje spiskowo-bojowe, które, wywołane prawie jednocześnie w różnych punktach miasta, miały na celu nękanie i dezorientowanie policji. Demonstracje te, aczkolwiek uczestnicy uzbrojeni byli co najwyżej w kije, miały często przebieg krwawy, gdyż na widok policji zwarte wokół spiskowców grupy demonstrantów nie pierzchały w popłochu, lecz stawiały czynny opór, broniąc sztandaru. Coraz częściej i głośniej na zebraniach partyjnych poczęto domagać się broni dla spiskowców, by móc stawiać opór zbrojny przy wystąpieniach.

Wczesną jesienią r. 1904 na jedno z posiedzeń WKR zjawił się delegat Centralnego Komitetu, którego dotychczas nie znałem i z którym w robocie nie spotykałem się. Szczupły, niewysokiego wzrostu brunet prawie że zupełnie łysy – nazywany był przez uczestników zebrania towarzyszem Tadeuszem. Wygłosił długie i bardzo rzeczowe przemówienie, dobitnie charakteryzując sytuację polityczną, wytworzoną przez wojnę i klęski ponoszone przez carat na polach dalekiej Mandżurii. Mówił o konieczności zmiany taktyki w pracy partyjnej, o przygotowaniu członków do ewentualnych przyszłych wystąpień zbrojnych, wreszcie o zamiarze rządu carskiego ogłoszenia mobilizacji w Warszawie (niektóre powiaty b. Kongresówki były już poprzednio częściowo zmobilizowane). Na ukaz o mobilizacji należy odpowiedzieć demonstracją masową, która w odpowiedniej mierze dałaby wyraz coraz bardziej wzrastającemu rewolucyjnemu nastrojowi mas robotniczych i wykazałaby zdecydowaną wolę ludności Warszawy przeciwstawienia się dalszym zakusom mobilizacyjnym caratu. W tym celu część demonstrujących, należąca do ścisłej organizacji, winna być uzbrojona i okazać opór zbrojny policji, gdy ta usiłować będzie nie dopuścić do tego, żeby demonstracja stała się masową i była wyrazem buntu zrewoltowanych mas robotniczych.

Aczkolwiek nigdy nie widziałem Józefa Kwiatka, nazwisko to dobrze było mi znane jako studentowi wyższej uczelni warszawskiej. Należał on do generacji akademickiej o lat kilka starszej ode mnie, ale wśród współczesnej mi młodzieży postępowej postać jego otoczona była już aureolą bohaterstwa i męczeństwa. Wysunął się w swoim czasie na czoło wszystkich czynnych wystąpień młodzieży akademickiej przeciwko systemowi bezwzględnego ucisku i rusyfikacji, stosowanemu przez Hurkę i Apuchtina w dziewięćdziesiątych latach ubiegłego stulecia. Za moich czasów studenckich znikł już z terenu legalnej Warszawy; krążyły tylko legendy o martyrologii jego w X pawilonie, batalionach karnych gdzieś na krańcach Turkiestanu itp. I nie wiedziałem też wówczas na zebraniu WKR, że inicjator demonstracji zbrojnej, tow. Tadeusz, jest właśnie tym legendarnym Józefem Kwiatkiem.

W tydzień niespełna po tym pierwszym zetknięciu się z Józefem Kwiatkiem, zwrócił się do mnie tow. Kuroki (Bolesław Berger), ówczesny instruktor organizacji spiskowo-bojowych na terenie Warszawy, i powiadomił mnie, że tow. Tadeusz pragnie porozumieć się ze mną w pewnej sprawie, dotyczącej przygotowań do demonstracji. Okazało się, że od tow. Anny (Posnerowej), przed którą byłem zdekonspirowany, jako że była żoną kolegi-politechnika, dowiedział się tow. Tadeusz, że jestem studentem ostatniego roku chemii. Wobec tego zaproponował mi, czy nie podjąłbym się przygotować w laboratorium politechniki materiał wybuchowy i sporządzić zeń ze 2 lub 3 bomby, które można byłoby użyć na demonstracji zbrojnej, przygotowywanej już przez nas na dzielnicach.

Wyjaśniłem, że aczkolwiek jestem już prawie chemikiem, z materiałami wybuchowymi praktycznie dotychczas nie stykałem się, że nie wiem, czy w laboratorium mieć będę pod ręką odpowiednie preparaty, by móc użyć ich bez zwrócenia uwagi kierownictwa, a wreszcie, co najważniejsze, że w najszczęśliwszym przypadku, gdy uda mi się przyrządzić kilka kilogramów tego lub innego materiału wybuchowego, nie mam najmniejszego pojęcia, jak go ewentualnie zastosować, gdyż o budowie pocisków nic nie czytałem i trudno mi zdobyć w tak krótkim czasie jakąkolwiek literaturę w tym względzie, bez zwrócenia na siebie uwagi czynników niepożądanych. Tłumaczenie moje odniosło bardzo słaby skutek. W odpowiedzi usłyszałem o skromnych możliwościach partii w dziedzinie uzbrojenia, o niezwykłych trudnościach w tym względzie, o bojowym nastroju na dzielnicach; wreszcie Kwiatek dodał, że na wszystkich zebraniach domagają się bomb. Wiedziałem dobrze, że zadanie, które zostaje mi narzucone, przekracza me siły i możliwość mało doświadczonego chemika, mającego przy tym do dyspozycji tylko laboratorium rządowe pod okiem carskich profesorów i pedli, których zadanie polega wszak na węszeniu nastrojów młodzieży i nie spuszczaniu jej z oka.

Jako chemik broniłem się przed atakami tow. Kwiatka, nie chcąc podejmować się dyletanckiej fuszerki; jako żołnierz rewolucji wyraziłem w końcu zgodę na propozycję uczynienia próby, obawiając się, że mogę być źle zrozumiany i posądzony o tchórzostwo. Pocieszałem się okolicznością, że tow. Kwiatek nie rozporządza wszak możliwością zwrócenia się do konkurencyjnej bardziej solidnej firmy.

W laboratorium, w którym pracowałem podówczas nad swą pracą dyplomową, warunki były o tyle znośne, że poza dwoma kolegami Rosjanami o dosyć niewyraźnych przekonaniach, którzy wieczorami jednak nie pracowali, miałem kolegę z lat dziecinnych, prawdziwego już doktora chemii Ludwika Hantowera, o którym wiedziałem, że był wówczas bezwzględnym sympatykiem ruchu. Drugim był student Julian Rutkiewicz, od którego słyszałem, że ma brata nielegalnego w PPS, aczkolwiek nie miałem pojęcia o tym, że jest nim tow. Wicek. Doktora Hantowera, który o pracy mej partyjnej nic konkretnego nie wiedział, a domyślał się tylko, że „kręcę się tam około czegoś”, wtajemniczyłem częściowo, mówiąc, że interesuję się materiałami wybuchowymi i chciałbym na próbę coś spreparować, co może się w przyszłości przydać. O nitroglicerynie nie mogło być mowy, gdyż proces nitrowania gliceryny musiałby zwrócić uwagę niepożądanych czynników; nie był to preparat, przygotowanie którego mógł bym w razie wsypy objaśnić czymkolwiek z dziedziny moich prac zawodowych, chyba że faktyczną pracą dla PPS, która stawała się już wówczas po części moim zawodem. Wybrałem więc coś bliskiego dziedziny barwników, nad którymi wówczas pracowałem, a mianowicie kwas pikrynowy, materiał wybuchowy o dużej sile, który jest podstawą tzw. melinitu i prochu bezdymnego.

W krótkim względnie czasie, pracując z zachowaniem jak największej ostrożności, tylko wieczorami, spreparowałem około 2 kg materiału, próby którego przyniosłem tow. Kuroki, z którym robiliśmy doświadczenia wybuchowe tam gdzieś na Woli. Doświadczenia wybuchowe wypadały świetnie, ale trudności z przygotowaniem pocisków nie zostały przezwyciężone. W tych warunkach, bez znajomości rzeczy i przy zupełnym braku środków, obmyśliliśmy z tow. Kurokim dosyć prymitywną konstrukcję, która jednak teoretycznie powinna była przy silnym rzucie wywołać wybuch o dosyć dużej sile ze względu na to, że ładunek każdego pocisku zawierał około kilograma materiału wybuchowego.

Jeżeli demonstracja na pl. Grzybowskim była pierwszą próbą zbrojnego przeciwstawiania się mas robotniczych gwałtom carskich pachołków, to myśl tow. Józefa Kwiatka i moje usiłowania były pierwszą próbą PPS wprowadzenia do walki materiałów wybuchowych. I ta pierwsza próba dokonana została w laboratorium politechniki, noszącej imię cara Mikołaja i pod opiekuńczymi skrzydłami władz tej uczelni.

Bomby doręczono tow. Kuroki, który już winien był udzielić odpowiednich instrukcji dzielnicy, jak należy użyć ich, by osiągnąć efekt należyty. Koniecznym warunkiem było rzucenie ich z dużą siłą na bruk lub trotuar. Tow. Kwiatek i ci towarzysze z dzielnic, którzy domagali się bomb, idąc na demonstrację, mieli świadomość, że bomby są. Tow. Gawroński, który jedną z bomb tych rzucił podczas demonstracji bez rezultatu jednak, utrzymywał, iż bomba szczęśliwie nie wybuchła, gdyż musiał rzucić ją w takich okolicznościach, że bezwzględnie w razie wybuchu raniła by wielu towarzyszy. Druga bomba w ogóle nie była podobno rzucona, nie wiadomym więc jest, jaki byłby efekt. Bezspornym faktem jednak jest, że PPS, która w przyszłości rozporządzała specjalnymi laboratoriami i bombami pierwszorzędnej konstrukcji, nie używała ich nigdy podczas masowych wystąpień. Nasze usiłowania, które były rezultatem dużego napięcia woli rewolucyjnej, natrafiały przeszkody nie tylko w braku umiejętności wytwarzania bomb, ale, co ważniejsze, w nieznajomości podstaw taktyki bojowej, która wykluczała stosowanie materiałów wybuchowych przy ataku w zwartym szyku. Dwie te luki w naszym przygotowaniu bojowym uzupełniły się wzajemnie i dały tę „szczęśliwą” okoliczność, o której mówi pierwszy bombista PPS, tow. Gawroński, świadomość, że jakieś bomby są, podniosła może nastrój bojowy niektórych uczestników demonstracji, to zaś, że nie wybuchły, w niczym nie pomniejszyło wrażenia, jakie na kraj cały wywarło to pierwsze od r. 1863 masowe wystąpienie zbrojne.

Doskonalsze i prawdziwie wybuchające bomby PPS nie dały długo czekać na siebie. W cztery miesiące po pierwszych nieudanych próbach rozległ się w Warszawie ogłuszający huk bomb, rzuconych przez Okrzeję i towarzyszy z „mojej” Pragi. Odgłosu ich tow. Józef Kwiatek, ani też ja nie słyszeliśmy. Znajdowaliśmy się już podówczas na chwilowym przymusowym odpoczynku w X pawilonie Cytadeli.

Michał Król

_______________________________

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie – z podtytułem „Ze wspomnień o tow. Józefie Kwiatku” – w „Kronice Ruchu Rewolucyjnego – kwartalniku poświęconym dziejom walk o niepodległość i socjalizm”, organie Stowarzyszenia Byłych Więźniów Politycznych, pod redakcją Jana Krzesławskiego i Adama Próchnika, nr 4(12), październik – grudzień 1937 r.. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *