Herman Lieberman

Paradoksy życia polskiego

[1939]

W czasie pobytu włoskiego ministra spraw zagranicznych odsłonięto w Warszawie pomnik garibaldczyka włoskiego, pułkownika Francesco Nullo, który wraz z garstką Włochów przybył po wybuchu powstania styczniowego w roku 1863 do Polski, by walczyć za jej wolność. W potyczce, stoczonej w okolicach Olkusza, zginął ugodzony kulą moskiewską. Piękną tę rycerską postać czciły gorąco pokolenia całe. Polacy ukochali w niej nie tylko towarzysza walk Garibaldiego, lecz także szlachetnego bohatera, który porzucił swoją przepiękną Ojczyznę, by pójść na śmierć dla zupełnie mu obcego, uciśnionego narodu.

W uroczystości odsłonięcia pomnika, ufundowanego kosztem miasta rodzinnego Nulla, wzięli udział także ministrowie polscy i najwyższe szczyty polskiej biurokracji. Wraz z całą publicznością pochylili głowy przed popiersiem bohatera…

* * *

Tu rozpoczyna się paradoks, który pobudzić musi do głębszego zastanowienia. Nullo wyprawił się do Polski, nie pytając wcale władz swojego ojczystego kraju o pozwolenie. Usunął się ze swojej ojczyzny, mimo że dzieło zjednoczenia i wyzwolenia Italii nie było dokończone. Ojczyzna włoska nie pozbawiła go jednak prawa obywatelstwa, nie złorzeczyła mu i nie napiętnowała go mianem wyrzutka społeczeństwa. Dzisiaj w Polsce jest inaczej. Ci sami potentaci urzędowi, którzy pochylili głowy przed pomnikiem Nulla, postępują z dziećmi Polski, które poszły w ślady bohaterskiego ducha wielkiego garibaldczyka, jak ze zbrodniarzami, jak z wyklętymi przez Boga i ludzi zatwardziałymi grzesznikami. W hiszpańskiej wojnie domowej wzięły pomiędzy innymi udział także tysiące polskiej młodzieży robotniczej, krwawiąc się w obronie tych samych ideałów, dla których zginął waleczny Włoch, a które drogie były Wielkiej Emigracji polskiej z naszymi wielkimi wieszczami na czele. Wszystkim milicjantom hiszpańskim państwo polskie odbiera prawo obywatelstwa i zamyka im drogę do kraju, grożąc w razie powrotu ciężkimi karami. Jak pogodzić to stanowisko z czcią dla Nulla? Gdyby Nullo był Polakiem i zrządzeniem dziejów sytuacja Włoch i Polski byłaby odwrotną aniżeli w roku 1863, Nullo nie miałby pomnika w Warszawie, a przeciwnie, miałby w policji czy w sądzie swoje akta karne jako przestępca. W roku 1863 jednak ludzie nie znali jeszcze dzisiejszego zdziczenia faszystowskiego. W Bergamo, mieście rodzinnym Nulla, jest pomnik bohatera, a na nim napis: „Francesco Nullo, bojownik wolności, dnia 5 maja 1863 poległ chwalebnie, walcząc dla Polski”. Włosi więc chlubią się jego śmiercią poniesioną za wolność obcego narodu, narodu pokonanego.

Zapytać muszę: co za zbrodnie popełnili ci liczni robotnicy i inteligenci, którzy już to z emigracji, już to wprost z kraju, pospieszyli na pomoc narodowi hiszpańskiemu, zdradzonemu przez wiarołomnych i ambitnych generałów? Utarło się w prasie polskiej pogardliwe miano „czerwonych” na określenie ludu hiszpańskiego i cudzoziemców przybyłych mu na pomoc z obcych krajów w walce o wolność i niepodległość. Ale kto zetknął się z polskimi milicjantami, wie, że jest wśród nich liczny zastęp ludzi, którzy się wcale nie uważają za „czerwonych”. Są między nimi komuniści i socjaliści, ale są także ludowcy, członkowie stronnictw katolickich, ludzie bezpartyjni itd. Wszystkich zawiodło nad brzegi rzek hiszpańskich wielkie umiłowanie ideałów, które wchłonęli w kraju i na obczyźnie, wczytując się w historię walk wolnościowych własnego Narodu. Nie była im nieznaną sławna i chlubna tradycja Polski porozbiorowej, która przykuwała do siebie dusze wszystkich pokoleń, tradycja sięgająca w swych początkach Kościuszki i ciągnąca się poprzez wojny napoleońskie i rewolucje XIX stulecia, aż do wielkich manifestacji wolnościowych klasy robotniczej byłego zaboru rosyjskiego w latach 1905-1906. Leży to w naturze Polaków, że mają, jak to powiedział Pułaski na ziemi amerykańskiej, obrzydzenie do wszelkiej tyranii i walkę o wolność, gdziekolwiek wybucha, uważają za swoją własną sprawę. Można o tym mieć różne zdanie, ale nie wolno porywów entuzjazmu i poświęcenia, w tej tradycji swoje źródło mających, poniżać i degradować do rzędu zbrodni popełnionej na państwie i narodzie. Wielu z tych młodych ludzi, co z całym hartem ducha złożyło w ofierze idei swoje młode życie, spoczywa na zawsze w ziemi hiszpańskiej. A ci co pozostali? Zwiedzałem paryskie szpitale, gdzie leżą polscy bohaterowie republikańskiej Hiszpanii: jedni z podziurawionymi brzuchami, drudzy sparaliżowani od postrzałów, inni z amputowanymi nogami, wszyscy z małymi wyjątkami pogrążeni w dotkliwych fizycznych cierpieniach. Lecz z oczu wszystkich tych kalectwem i chorobą obezwładnionych bojowników wolności szła ku mnie wzruszająca pogoda ducha i jakby promienne zadowolenie, które daje czystym duszom poczucie spełnionego świętego obowiązku. Nie żalili się na nic, nie żałowali swojego porywu, nie narzekali na swój los, który z pewnością jest smutny, rozmawiali ze mną bez pozy i w słowach prostych, przyjmując straszliwe przeżycia wojenne jako coś, co stać się musiało, bo serce rwało się do walki o wolność i milczenia nakazać mu nie można było. Gdybyście wy, wysocy dygnitarze Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej, widzieli tych bohaterów i męczenników w szpitalu, gdybyście się mogli z nimi rozmówić, z pewnością podzielilibyście moje zdanie, że ci „czerwoni” to krew z krwi, kość z kości prawdziwe dzieci polskie, którego swojemu narodowi nie wstyd i hańbę, lecz tylko chlubę przynoszą.

***

Jeszcze jedno opowiedzieć muszę z moich wspomnień i spostrzeżeń. W czasie drugiego rządu Bluma jeden z wysokich dygnitarzy francuskiego ministerstwa spraw zagranicznych zapytał mnie, czy to prawdą jest, że Polacy są tak walecznymi żołnierzami, jak mu powiadają. Na moje zapytanie wyjaśnił mi bliżej, że pochwały te usłyszał z ust Negrina (premier Republiki Hiszpańskiej – przyp. red.), który w toku rozmowy na temat wycofania ochotników cudzoziemskich z armii republikańskiej, w gorących słowach opowiadał o bohaterskich czynach polskich ochotników, podkreślając, że należą do najlepszych żołnierzy i tej armii chlubę stanowią. Potwierdziłem mojemu rozmówcy opinię Negrina, dodając, że Polacy po wsze czasy byli znakomitymi żołnierzami, na co dygnitarz zamyślił się przez chwilę i, jakby mówiąc sam ze sobą, odparł: „W takim razie my, Francuzi, musimy wszystko uczynić, by przymierze z Polakami zachować, zacieśnić i jeszcze bardziej naszą przyjaźń z nimi we wszystkich kierunkach pogłębić”. Nasi rodacy więc nad rzeką Ebro i w górach Guadalajary walczyli i swoją krew przelewali nie tylko dla republikańskiej Hiszpanii, lecz także dla Ciebie, Polsko, dla Twojego imienia, dla Twojej chwały i dla Twojej przyszłości!

***

Po co więc to okrutne ustawodawstwo, które jak topór spada na karki prawdziwych, szlachetnych i miłości godnych synów Polski? W szeregach republikańskich walczyli ochotnicy 53 narodów. Żaden inny naród, jeżeli oczywiście pominiemy państwa totalitarne, nie karze tak okrutnie swoich obywateli za udział w walkach armii republikańskiej. A i Polacy dawniej tak samo po ludzku i szlachetnie przygarniali swoich braci, którzy walczyli na obcych ziemiach za wolność. Kościuszko był z pewnością potrzebny krajowi, kiedy w czasie groźnym dla całości Rzeczypospolitej wyjechał do Ameryki na osiem lat, które spędził w wojnie przeciw Anglii. A gdy powrócił do kraju, ojczyzna go się nie wyparła, lecz powierzyła mu najwyższe stanowisko w armii, wykorzystując jego doświadczenie, w walce o niepodległość Stanów Zjednoczonych zdobyte. Niechaj ci, który się oburzą na mnie, że Kościuszkę, bohatera narodowego, porównuję z „czerwonymi”, uciszą się! Raz dlatego, że w opinii swoich współczesnych Kościuszko uchodził za „czerwonego”, a po wtóre, że wprawdzie wielcy mężowie narodu są wielkimi, ale i ci maluczcy, którzy swoją odwagą, poświęceniem i umiłowaniem najpiękniejszej tradycji polskiej, składają przed światem świadectwo o wysokim poziomie moralnym całego narodu, zasługują na nasz szacunek, na nasze współczucie braterskie, na naszą wdzięczność i opiekę.

Wiem, że głos mój jest za słaby, ale do wszystkich Polaków, którzy wraz ze mną żyją na obcych ziemiach i do tych, co są w kraju, na jakimkolwiek znajdują się stanowisku, jakąkolwiek mają władzę i jakiekolwiek są ich przekonania polityczne, wołam z głębi mojej strapionej duszy: nie dajcie zmarnieć prawdziwym bohaterom, synom Polski nieodrodnym, na obcej ziemi, gdzie dzisiaj żyć jest tak trudno. Nie dajcie się im tułać bez pomocy, otwórzcie dla nich granice Rzeczypospolitej, usuńcie bariery z nieludzkich i nie z ducha polskiego się wywodzących praw. Dajcie im trochę swojego uczucia, przygarnijcie ich jak braci. Oni się krwawo namozolili i zasłużyli na chwilę ludzkiego wytchnienia wśród swoich i na ojczystej ziemi.

Herman Lieberman
_______________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Świat i Polska”, nr 11/1939, 12 marca 1939 roku. „Świat i Polska” był emigracyjnym tygodnikiem demokratycznym, wychodzącym w Paryżu w latach 1938-1939. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany. Na potrzeby Lewicowo.pl przygotował Przemysław Kmieciak.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *