Edward Abramowski

Odczyt

[ok. 1915]

Gdy się obserwuje uważnie różne przejawy życia warszawskie­go w dobie obecnej, przejawy występujące u góry i u dołu społe­czeństwa, to istotnie nasuwa się smutne pytanie, czy Warszawa godną jest stać się stolicą niepodległego państwa, czy dojrzała do takiego stanowiska, aby być wobec świata całego przedstawicielką wielkiego wolnego narodu?

Czy dojrzała? Dziwnie brzmi to pytanie. Warszawa była prze­cież tą stolicą przez kilka wieków potęgi, wielkości i sławy Rzeczy­pospolitej. Warszawa widziała carów moskiewskich przyprowadzo­nych jako jeńców, widziała, jak poselstwa francuskie, austriackie, szwedzkie, ubiegały się o zyskanie względów wszechmocnego Na­rodu; jak najpotężniejsze dynastie, panujące na Zachodzie, Habsburgów, Walezych, Wazów wyciągały błagalne ręce na elekcjach królów polskich; widziała powracające ze zwycięskich walk skrzy­dlate rycerstwo i jego wielkich wodzów Żółkiewskich, Batorych, Chodkiewiczów, Zamojskich, Sobieskich, których samo imię siało postrach wśród nieprzyjaciół. To wszystko przeżyła dawna Warszawa, stolica prawdziwa, znająca swą godność, swoją moc, swoje zna­czenie jako przedstawicielki prześwietnej Rzeczypospolitej. Taką była jeszcze w roku 1830, gdy ściągała koronę polską z głowy Mi­kołaja I wtedy, gdy cała Europa drżała przed nim. Taką była na­wet w 1861-63 r., gdy skrywała w swych murach Rząd Narodo­wy, który prowadził beznadziejną już walkę z najazdem na całym obszarze rosyjskiego zaboru, gdy wysyłała tysiące swych synów na śmierć za Ojczyznę, a zachowaniem się swym dostojnym i dumnym budziła lęk i szacunek nawet carskiego rządu. Wtedy Warszawa była jeszcze królewską stolicą Rzeczypospolitej – i za taką uwa­żał ją cały Zachód Europy, ten sam Paryż, Londyn, Rzym, co dzi­siaj traktują ją jako wewnętrzne gubernialne miasto rosyjskie – wtenczas paktowały z ambasadą polską i wysyłały swe poselstwa do Rządu Narodowego.

Co prawda inne były wtedy stosunki europejskie, zamiast koalicji było święte przymierze, a Francja i Anglia, sprzymierzone z Turcją, zajmowały stanowisko wrogie względem Rosji, po świe­żej jeszcze wojnie krymskiej. Ale to nie jest jedyną przyczyną zmie­nionego do nas stosunku państw Zachodu. Wina jest także i po naszej stronie – i to wina ciężka, granicząca nieomal z historyczną hańbą. Państwa zachodnie, te ogniska cywilizacji i kultury świata, jak Paryż i Londyn – tak nas traktują, jak na to zasługujemy. Sami staramy się swoim postępowaniem przekonać koalicję, zarówno Londyn i Paryż, jak i Petersburg, że uważamy siebie za prowincję państwa rosyjskiego i że taką nadal pozostać pragniemy. A Warszawa, stolica Polski, „serce” Ojczyzny całej, przoduje w tym ruchu i przewodzi. Tutaj przecież, w tym królewskim grodzie tłumy ludzi cieszyły się demonstracyjnie w pierwszym roku wojny, gdy nadeszła wiadomość o wzięciu Lwowa i posuwaniu się Moskali pod sam Kra­ków, cieszyli się ci nawet (nie tylko osoby, ale i niektóre partie poli­tyczne), którzy wiedzieli dobrze, że w razie zwycięstwa ostatecznego Rosji – zniszczona będzie jedyna dzielnica Polski, posiadająca swój własny sejm i rząd krajowy autonomiczny, jedyna dzielnica, gdzie rozwija się polskie szkolnictwo, gdzie lud może kształcić się na obywateli swojej własnej ojczyzny, gdzie istnieją bogate i zwią­zane z przeszłością ogniska polskiej nauki, sztuki i kultury. Cieszo­no się wtedy nawet, kiedy już wiadomym było, w jakim stylu roz­poczęły się rosyjskie rządy w nowych guberniach – tarnopolskiej, lwowskiej i przemyskiej, kiedy dochodziły coraz pewniejsze wieści o dobrowolnym nawracaniu się unitów na prawosławie, o zamknię­ciu wszystkich szkół i instytucji zarówno polskich, jak rusińskich, o wywiezieniu metropolity unickiego i coraz innych gwałtach.

Nie ma Polaka, który by nie żądał, by jego Ojczyzna była wolną, żeby była Państwem Niepodległym, silnym, wielkim, tak samo niezależnym od nikogo jak Niemcy, Rosja, żeby na naszej ziemi nie rządził i nie gospodarował nikt obcy.

O tym każdy Polak marzył – tego cały lud polski pożądał zawsze. Jeżeli są tacy lub byli, którzy chcieli rządów obcych, którzy wyrzekali się swojej Ojczyzny – to takich nawet za Polaków uważać nie można. Są to wyrzutki swego narodu, ludzie co zaprzedali duszę swoją – bo dusza Polaka zawsze oddana była swojej Ojczyźnie – i za wolność Ojczyzny każdy Polak go­tów był życie oddać.

Dlatego nie będę Was Panowie przekonywał, że potrzeba nam własnego Państwa Niepodległego; że potrzeba własnego a nie cudzego rządu, że potrzeba własnego wojska, żeby służyło i broniło Państwa Polskiego od najazdu.

O tym wszyscy wiecie – i wierzę w to zupełnie, że wszyscy pragniecie tego, że macie dosyć już niewoli – że czekacie z utę­sknieniem na tę wielką chwilę, kiedy zwołany będzie Sejm pol­ski, złożony z posłów wszystkich stanów – i kiedy ten sejm utworzy polskie ministerstwa i władzę najwyższą rządzącą krajem.

Więc o tym mówić nie będę. Chcę natomiast wyjaśnić tutaj, skąd pochodzi u ludu polskiego, tutaj, w samym sercu Polski, skąd pochodzi, że spotykamy często takich, którzy niechętnie odnoszą się do Legionów, do mającego powstać wojska polskiego, a, co gorsze jeszcze – spotykają się tacy, którzy czekają na przyjście Moskali jak na zbawienie i którzy są tego przekonania, że gdyby Moskal powrócił, skończyłaby się nędza dzisiejsza, głód, zastój przemysłu – wierzą w to, że niechby tylko Moskale przyszli, razem z nimi przy­szedłby chleb tani, mąka dobra, nafta itd. – że i ceny spadną, i fabryki znowu iść zaczną. Mamy więc do omówienia dwie kwestie: 1) wojska polskiego i 2) nędzy dzisiejszej.

Pierwsza – wojsko.

Skąd niechęć do Legionów i wojska polskiego? Tak dziwne, że nikt z obcych nie uwierzyłby temu, że ten lud polski, który cały świat podziwiał zawsze za jego patriotyzm, ten lud, który przez 100 lat z górą walczył z najazdem moskiewskim nawet wtedy, gdy nie było nadziei zwycięstwa, ten lud, który wydał Kilińskich, Bartoszów Głowackich i tylu tylu bohaterów, że dzisiaj ten sam lud może mieć pośród siebie takich, co niechętnie odnoszą się do polskiego wojska, jakie ma być dopiero, i to dlatego, że to wojsko będzie musiało bić się z Moskalami.

Ale dość bliżej poznać tutejszych ludzi, żeby zrozumieć, skąd to pochodzi. To nie idzie z miłości do Moskali, któż z nas by ich ko­chał i chciał mieć znowu – ani z tego by ich Polska nic nie obcho­dziła – pochodzi tylko z tego, że jest tysiące rodzin, któ­re mają w wojsku rosyjskim swoich najbliższych, mężów, synów, braci. Jak możemy dziwić się, że te rodziny boją się o los swoich ukochanych, że z niechęcią patrzą na legionistów polskich, którzy, walcząc z wojskiem rosyjskim na Wołyniu i Litwie, mogą, nie wiedząc o tym wcale, zabijać tych Polaków, którym wypadł straszny los włożenia munduru rosyjskiego i służenia carowi jako żołnierze i oficerowie.

Ale możemy uspokoić się Panowie, że do tej strasznej walki bratobójczej nie dojdzie teraz. Bo rząd rosyjski nie jest tak głupi, jak się nam zdaje. On miał dosyć czasu, żeby nas poznać, żeby przeko­nać się, że pomimo wszystkiego nie przemieni nas na Moskali, że szczególnie polski chłop i polski robotnik zostaną wiernymi swojej Ojczyźnie – Polsce, że tylko z musu poszli służyć carowi i bić się za Rosję. Rząd rosyjski i władza wojskowa rosyjska wie o tym do­brze, i dlatego, gdy na linii bojowej pokazały się polskie sztandary Legionów, już wtedy zaczęto bać się tego, że Polacy, służący w woj­sku rosyjskim, będą dezerterować, uciekać z wojska, a w każdym razie będą bić się niechętnie, z musu tylko, będą lichymi żołnierzami i będą dawać zły przykład tylko żołnierzom Moskalom. I tak wie­my, że wojsko rosyjskie biło się kiepsko, że żołnierze rosyjscy nie rozumieją po co i za co giną, a każdy z nich marzył tylko o tym, żeby jak najprędzej być w domu. Dlatego też, pomimo milionów wojska carskiego, pomimo tego, że Japonia i Ameryka dostarczały dział, karabinów, bomb (każąc sobie za to słono płacić) – pomimo tego nie udaje się im nigdy zwyciężyć teraz i od dwóch lat już stoją na tym samem miejscu, nie mogąc przełamać linii nieprzyjacielskiej, słabszej liczebnie.

Przyczyny tego są jasne i znane: zwyczajny żołnierz, chłop i robotnik rosyjski idzie tylko z musu, sama wojna nic jego nie ob­chodzi – bo na jego ziemi, w samej Rosji nie ma nieprzyjaciela, a przygnali jego z daleka do ziemi polskiej, obcej jeszcze zupełnie, na Litwę i na Wołyń, albo do Galicji i Podola — i tam się bije z Niemcami, nie wiedząc po co i za co. Lud rosyjski ma aż nadto swojej własnej ziemi, ma obszary ogromne, które stoją pustkami, więc dla niego kraje polskie, ciągnące się między Wisłą a Dnieprem, są zu­pełnie niepotrzebne. Obojętność żołnierza rosyj­skiego, to jedna przyczyna, że Rosja nie może zwyciężać. Druga przyczyna, to znane złodziejstwa wyższej władzy, ministrów, intendentów, generałów, urzędników cywilnych, którzy ma­ją robić dostawy dla wojska, pośredników kupujących amunicję – wszyscy kradną. Znany Panom jest np. niedawny fakt oddania pod sąd ministra wojny Suchomłynowa. A wielu mniejszych złodziei, o których opozycja w Dumie petersburskiej tyle mówi i któ­rym przypisuje klęski wojenne?

Powróćmy teraz do głównej kwestii. Czy słuszną jest obawa, że kiedy powstanie wojsko polskie i pójdzie na Wschód bić się z Moskalami, że wtedy Polacy będą zabijali Polaków, tych, któ­rzy służą w wojsku rosyjskim?

Jeżeli Panowie czytacie pilnie gazety, a szczególnie jeżeli zwracacie uwagę na te cytaty, jakie są podawane z gazet rosyjskich, to wiecie o tym, że niektóre gazety rosyjskie już podniosły tę kwestię, że niebezpieczne będzie dla wojska rosyjskiego pozostawiać na linii zachodniej (tzn. na Litwie, Wołyniu, Podolu i Galicji) żoł­nierzy Polaków, że dowierzać im nie będzie można, gdy zjawią się polskie pułki, gdy zobaczą sztandary z orłem białym, gdy dowiedzą się, że to już nie tylko Legiony, zależne od obcego państwa, ale że to rzeczywiste wojsko polskie, należące do niepodległego Państwa Polskiego, że to wojsko walczy tylko za własną Ojczyznę – za Polskę.

Istotnie jakiż Polak mógłby ze spokojnym sumieniem walczyć z takim wojskiem, ze swoim własnym państwem, ze swoją Ojczy­zną? I przedtem już władze rosyjskie stwierdzały, że jest dużo dezer­terów z żołnierzy polskich, że sam widok Legionów działa na nich „demoralizująco”. Toteż gazety rosyjskie mają słuszność, zwraca­jąc na to uwagę swego rządu – mają słuszność, pisząc, że żołnierz polski, w wojsku rosyjskim służący, będzie lichym żołnierzem, a może nawet plagą wojska rosyjskiego, gdy stanie oko w oko z woj­skiem polskim – że będą masowe dezercje, dobrowolne oddawa­nie się w niewolę, niechętne wykonywanie rozkazów, walczenie udawane tylko – słowem, będzie przykład gorszący dla wszystkich innych, demoralizowanie wojska rosyjskiego, które i tak już okazuje swą niechęć do wojny i nienawiść do władzy, któ­ra każe ginąć setkom tysięcy niewiadome dlaczego.

I bądźmy pewni, Panowie, że władza wojskowa rosyjska we własnym interesie weźmie te głosy dzienników pod uwagę – nie jest tak głupią, żeby nie wiedziała, ile znaczy na wojnie war­tość moralna żołnierzy, ile znaczą zapał, wiara, odwaga, idea, i jak bardzo szkodzić może powodzeniu bunt wewnę­trzny szeregowców lub oficerów, bunt ich sumienia.

Wie przecież rząd rosyjski od dawna już, jaki jest lud polski; pamięta powstanie 1831 r., kiedy całe wojsko polskie, które wtedy jeszcze było, przeszło na stronę powstania, pomimo że składało przysięgę na wierność carowi Mikołajowi I; ale tak samo jak ów­czesne wojsko polskie, tak samo każdy Polak dzisiejszy, wzięty do wojska rosyjskiego, wie o tym, że taka przysięga nic nie znaczy, że przede wszystkim trzeba być wiernym Ojczyźnie swojej i każdy Polak, przychodząc na świat, już jako dziecko składa Bogu przysięgę na wierność Ojczyźnie – i ta tylko jest ważna. Przysięga wymuszona, przysięga złożona najeźdźcom, tym samym, którzy chcieli zabić Polskę, którzy wymazali jej imię z historii świata – przysięga taka nie tylko że nie ma wartości wobec Boga i sumienia, lecz przeciwnie nawet, jest czynem zdrady, czynem złym i grzesznym, którego wstydzimy się sami przed sobą. Przysię­gać musimy wszyscy na wierność władzy panującej, ale przysięga­my tylko z musu, ustami, nie duszą. I dlatego sumienie nam mówi, że tę przysięgę powinniśmy zmazać, jak każdy grzech, że obo­wiązkiem naszym jest postępować przeciwko tej przysiędze, bo wymaga tego Ojczyzna nasza, bo nie możemy być wierni tej władzy, która jest obcą i która do zniszczenia Polski dążyła i dąży.

Dlatego też możemy być pewni, że wojsko polskie, które pój­dzie na Litwę i Wołyń walczyć z Moskalami, nie spotka już tam żoł­nierzy rosyjskich Polaków. Będą oni wysłani zapewne na Kaukaz bić się z Turkami, ale żaden wódz rosyjski nie będzie tak głupi, że­by kazał Polakom bić się z wojskiem polskim – każdy z nich zna dobrze historię i zna duszę polską – i każdy będzie wiedział, że Polak, któremu każą walczyć z własną Ojczyzną, niewiele będzie wart jako żołnierz albo jako oficer. Bądźmy więc spo­kojni, nie będziemy strzelać do swoich – nie będzie grzechu Kaina –dla tej prostej przyczyny, że tam, gdzie pójdzie przyszłe wojsko polskie, nie będzie już żołnierzy Pola­ków jako nieprzyjaciół. Władza rosyjska, w swoim własnym interesie, nie dopuści do tego, bo wie, że taka walka byłaby dla nich klęską.

Dlaczego był manifest do Polaków? [Rękopis się urywa]

Edward Abramowski
_________________________

Powyższy tekst to zapis rękopisu bez tytułu. Prawdopodobnie był to zapis odczytu, który Abramowski wygłosił w redakcji „Kuriera Warszawskiego” w roku 1915. Tekst pozostał zachowany w rękopisie w zbiorach dokumentów Abramowskiego, a następnie ukazał się w zbiorze pism zebranych autora. Niniejszy przedruk za: Edward Abramowski – „Pisma publicystyczne w sprawach robotniczych i chłopskich”, w opracowaniu prof. K. Krzeczkowskiego, „Społem” Związek Spółdzielni Spożywców RP, Warszawa 1938, strony 288-294 (tekst nie figuruje w spisie treści tomu). Od tamtej pory tekst nie był wznawiany. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Tekst publikujemy w 99. rocznicę śmierci Edwarda Abramowskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *