Jan Cynarski (Krzesławski)

O Aleksandrze Sulkiewiczu

[1935, 1937]

Ze wspomnień o Aleksandrze Sulkiewiczu (tow. Michale) [1935]

Jedną z najbardziej legendarnych postaci dawnej przedwojennej PPS jest bezspornie tow. Michał (zwany inaczej Michałem Czarnym albo Tatarem). Kto z PPS-owców nie znał i nie pamięta tego arcykonspiratora, od którego tylu młodych uczyło się sztuki konspiracji? Dzisiaj, gdy zwłoki jego uroczyście przywieziono do Warszawy z pobojowiska ma Wołyniu, jego postać staje w pamięci jako żywa.

Michał był Tatarem w samej rzeczy. Prawdziwe jego nazwisko brzmiało w skróceniu: Huzmen Mirza Sulkiewicz. Żandarm Gnoiński, gdy po aresztowaniu Sulkiewicza zapoznał się z jego personaliami, schwycił się ze zdumieniem za głowę i zapytał: „Pomiłujtie! Pan – Tatar i mahometanin! Co pan porabia w PPS? Co ma pan wspólnego z polskimi sprawami?”. A Sulkiewicz na to: „Moja rodzina od kilkuset lat jest polską”.

Michał rzadko się ukazywał na większych zebraniach partyjnych. Nie lubił przemawiać, a co ważniejsze, nie chciał się rozkonspirowywać. W latach największego rewolucyjnego napięcia migała mi przed oczyma czasem jego charakterystyczna postać o wybitnie tatarskim typie. Bliżej go jednak poznałem dopiero w końcu 1908 r., gdy po zniesieniu stanu wojennego kończyła się moja dola emigrancka. Wracając do Królestwa, zgłosiłem kierowniczym kołom PPS gotowość do roboty. Wówczas zaopiekował się mną z ramienia CKR tow. Michał, nie szczędził mi cennych rad i wskazówek, dał mi na początek kilka adresów i obiecał jak najdalej idące współdziałanie. Był niezwykle miły i serdeczny. Zdobywał sobie od razu serca ludzi, z którymi się stykał.

„Czy nie jesteście brudni?” – to było jedno z pierwszych pytań, jakie Michał zadawał towarzyszom (brudny w naszej gwarze oznaczało to samo, co rozkonspirowany, zaszpiclowany). W absolutną „czystość” człowieka, który już przechodził przez więzienie, Michał nie wierzył. W stosunku do ludzi legalnych ostrożność bardziej obowiązywała niż wobec nielegalników, którzy w każdej chwili mogli zapaść się pod ziemię, aby wypłynąć pod innym nazwiskiem w odległej okolicy kraju.

Michał dbał o to szczególnie, aby ludzie wracający do kraju nie „zabrudzili się” w bardzo nieraz podejrzanej międzypartyjnej atmosferze emigranckiej. Toteż miał mi za złe, że na tydzień przed wyjazdem (w marcu 1909 roku) poszedłem jako widz na sprawę Stanisława Brzozowskiego, rozpatrywaną w sądzie obywatelskim. Stanowczo mi odradził wziąć udział w uroczyście urządzanych 19 marca 1909 roku przez liczną grupę towarzyszy imieninach Józefa Kwiatka (były to jego ostatnie imieniny przed tragicznym zgonem). Usłuchałem jego rady, widząc jak była słuszna. Kwiatek, który zawsze trochę żartował ze zbytniej ostrożności Michała, był tym bardzo zdziwiony.

Gdym zaraz po Bożym Narodzeniu 1910 roku przyjechał z Warszawy do Krakowa na zebranie Rady Partyjnej na zaproszenie CKR, towarzysze krakowscy żywo się mną zaopiekowali. Jednego dnia byłem gościem Jodki, nazajutrz zaprosił mnie do siebie Michał. Gdym do niego przyszedł, powiedział zaraz na wstępie: „U mnie dom tatarski i tatarskie obyczaje”. I zaraz zaprowadził do miednicy, abym przed obiadem według zwyczaju tatarskiego obmył ręce w wodzie, co też uczynili wszyscy. Następnie przedstawił mnie swej żonie. Przy obiedzie nie podawano trunków, jak to się zawsze dzieje u mahometan.

Michał był i pozostał do końca życia mahometaninem, żona jego była wyznania kalwińskiego, a dzieci – katolickie: dwie córki o wybitnie tatarskich rysach i najmłodszy syn, Mahmudka. Znając indyferentyzm Michała w sprawach religijnych, zapytałem go, po co to uczynił. „Widzicie – odpowiedział – chciałem swe dzieci silniej związać z polskim społeczeństwem, w swej większości katolickim”. Po obiedzie przemknęła się jak cień przez jeden z pokojów staruszka – matka Michała. Była to typowa Tatarka, obserwatorka religijna, zwyczajem mahometańskim nie udzielająca się nigdy towarzystwu i stojąca zupełnie z daleka od wszelkich prac polityczno-społecznych swego syna. Pachnęło od niej jakimś średniowieczem wschodu. Widać było, że uważa swego syna, jako mężczyznę, za istotę wyższą. Taki stosunek uczułem w ich krótkiej wymianie zdań, po której znikła bezszelestnie.

Michał opowiadał mi później różne przygody ze swej działalności konspiracyjnej. Tylko niektóre z nich przechowały się w mojej pamięci. Razu pewnego w miasteczku, do którego przybył w sprawach partyjnych, uczuł się mocno zaszpiclowanym i obserwowanym. Co było robić? Michał kupił koguta na rynku i niósł go przez ulice, Kogut piał nieludzko i wyrywał się, a Michał, który zawsze wyglądał na dobrodusznego „tatusia”, miał minę tak zakłopotaną, nie mogąc sobie dać rady z kogutem, że wszystkie podejrzenia od razu odpadały i Michał, przez nikogo nie nagabywany, mógł spokojnie opuścić miasto.

Innym razem znowu wzięto go na oko, czy wskutek denuncjacji, czy z jakiego innego powodu. Michał stanął przed kościołem i z wielkim zaciekawieniem oglądał go ze wszystkich stron. Oglądał go tak długo, aż zaintrygowany tym ksiądz proboszcz wyszedł z plebanii i zagadnął nieznajomego przybysza. Ten zaczął się zachwycać kościołem, uważając go jakoby za zabytek niezwykły, czym uradowany ksiądz zaprosił go na obiad na plebanię, po czym obaj wyszli oglądać miasto. Żandarmi, widząc podejrzanego osobnika w towarzystwie księdza, przestali się nim interesować. Były to już takie czasy, że księży i szlachtę uważano nie za żywioł powstańczy, jak dawniej, lecz za wrogów rewolucji.

O swym pobycie długoletnim na pograniczu niemieckim w Suwalszczyźnie wówczas Michał opowiadał mi bardzo mało. Wiedziałem zresztą skądinąd, jak wielkie położył zasługi i jak się narażał, przez szereg lat przez nikogo nie podejrzewany. Bajeczną postacią był ten urzędnik graniczny, z nikim nie rozmawiający o polityce, nie nasuwający żadnego podejrzenia, a bezustannie przemycający dla partii bibułę i broń z zagranicy. Gdy ktoś tropiony musiał uciekać za granicę, udawał się, jak w dym, do Michała, a poczciwy Michał wkładał urzędową czapkę rosyjską, brał go pod rękę i przeprowadzał za granicę na piwo do niemieckiego miasteczka, gdyż urzędnicy pograniczni cyrkulowali po obu stronach kordonu bez żadnych przeszkód. Wszyscy Michała znali, ufali mu, kłaniali się, gdy przeprowadzał swego gościa i nikomu do głowy nie przychodziło, o jakiego ptaszka chodzi. Nikt nie zwrócił na to uwagi, że gość nie wracał do swego gospodarza.

W kilka dni po proszonym obiedzie u Michała odbyło się w mieszkaniu trochę niedomagającego Józefa Piłsudskiego na Szlaku posiedzenie Rady Partyjnej w atmosferze niezwykle burzliwej. Michał, który należał do „starych” bardzo oględnie informował mnie o panujących poglądach i kierunkach, tak żeby nie wyglądało, iż chce na mnie wpłynąć. Ja już wówczas przechylałem się raczej do opozycji, choć w rozmowie z Michałem nie dałem tego wyraźnie poznać po sobie.

Moje przemówienia na Radzie miały raczej charakter pojednawczy, w ostatnim dniu jednak, gdy atmosfera Rady się zgęszczała i padały po obu stronach ostre i ciężkie zarzuty, a niektórzy towarzysze, jak np. Agrafka (W. Dehnel), zupełnie nie panowali nad sobą, zająłem w jednej z najważniejszych spraw stanowisko opozycyjne. Po przemówieniu spojrzałem na Michała, który patrzał na mnie ze smutkiem i jakby z niemym wyrzutem. Po posiedzeniu podszedłem do niego i zapytałem: „Pewno straciliście do mnie przekonanie?”. A Michał na to: „Drogi towarzyszu! U nas jest tak. Długo się przypatrujemy człowiekowi, zanim nabierzemy do niego przekonania i weźmiemy go do roboty. Ale kto raz pozyska nasze zaufanie, to nie tak łatwo je utraci”. I po tych słowach uścisnął mi serdecznie rękę na znak, że nasz wzajemny stosunek nie uległ zmianie. Te mądre słowa zachowałem w pamięci. Chciałbym, abyśmy się zawsze kierowali nimi w stosunkach partyjnych.

Rozłam 1913 roku odsunął mnie od Michała, jednak nie doznałem od niego przykrości, jak np. od Jodki, który gnębił opozycję „per fas et nefas”. Potem widziałem już Michała w mundurze legionowym. Te wspólne mundury zbliżyły niedawnych antagonistów. Wkrótce dowiedziałem się, że Michał zginął na Wołyniu, wdrapawszy się, mimo podeszłego wieku, na wysokie drzewo, aby zaobserwować posterunki nieprzyjacielskie. Tam go dosięgła kula rosyjska.

Ten wieczny konspirator jak gdyby chciał sobie wynagrodzić lata ukrywania się. Teraz, gdy nadeszły inne czasy, eksponował się niepotrzebnie, idąc zawsze na pierwsze linie i narażając na największe niebezpieczeństwo swe życie, tak ofiarne i tak jeszcze potrzebne dla sprawy.

Postać tego człowieka szlachetnego, zawsze zrównoważonego i jednakowo pogodnego, o niezwykle przenikliwym, świdrującym spojrzeniu, na zawsze pozostanie w pamięci tych, którzy się z nim stykali. Ludzie tacy jak Michał nigdy nie zawodzili. Na ich barkach spoczywał ogromny gmach podziemnej pracy, która z czasem miała wydać obfite plony.

 

ALEKSANDER SULKIEWICZ (1867-1916) (pseudonimy: Michał, Mały, Tatar, Kizia, Robert, Smolak, Przybylski) [1937]

Aleksander Sulkiewicz (ściślej mówiąc Iskander Mirza Duzman Beg Sulkiewicz) urodził się 8 grudnia 1867 roku na Suwalszczyźnie w Skirsobolach, w rodzinie mahometańskiej, z rodziców Aleksandra i Rozalii z Kryczyńskich. Pochodził z muzułmańskich Tatarów, od końca średniowiecza osiadłych w Polsce, spolszczonych od dawna, odznaczających się gorącym patriotyzmem i zasłużonych dla sprawy niepodległości. Był spokrewniony z rodziną Bielaków, z których jeden był generałem armii kościuszkowskiej. W dzieciństwie uczęszczał do szkoły tureckiej w Konstantynopolu. Zetknięcie się z emigrantami polskimi w Turcji i z ich ideologią powstańczą wywarło na nim wielkie wrażenie. Wróciwszy do kraju, uczył się w Suwałkach i Sejnach. W Wilnie zetknął się z kółkami socjalistów polskich i zapoznał się z ideologią socjalistyczną, która w jego umyśle zharmonizowała się gruntownie z ideą niepodległości Polski.

Był przy narodzinach PPS, która najbardziej odpowiadała jego przekonaniom, jako uczestnik paryskiego zjazdu 1892 r. Zaraz potem, wróciwszy do kraju, łączy kółko wileńskie z PPS za pośrednictwem Mendelsona.

Wyznanie mahometańskie stworzyło Sulkiewiczowi drogę do służby państwowej, do której na terenie historycznej Polski nie dopuszczano katolików, faworyzując jedynie prawosławnych, a dopuszczając protestantów i muzułman. Postawiwszy sobie zadanie zorganizowania „granicy” dla przemytu bibuły, postarał się specjalnie w tym celu Michał o posadę w 1890 roku najpierw w Suwałkach w izbie skarbowej, a potem w komorze celnej na pograniczu niemieckim na rodzinnej Suwalszczyźnie. Z początku Władysławów, a potem przez długie lata Kibarty pod Wierzbołowem były miejscem jego urzędowania. Tam można było zorganizować „granicę” dla przewozu bibuły i oddawać ogromne usługi partii, jeżeli się zachowywało zasady konspiracyjności i nie zwracało na siebie podejrzeń. Michał posiadał zalety konspiracyjności w najwyższym stopniu. Jego krewni znani byli na Suwalszczyźnie jako bardzo spokojni obywatele i nikt członka tej rodziny nie mógł posądzać o rewolucyjność. Dobroduszny wygląd Sulkiewicza wzbudzał zaufanie. Był miłym, koleżeńskim, uczynnym dla wszystkich i nie sprawiał zupełnie wrażenia ponurego spiskowca. Nawet wytrawni żandarmi nie mogli poznać, co ukrywają jego przebiegłe oczy, zasłonięte okularami. Uważano poza tym, że między światem muzułmańskim a polskimi dążeniami wyzwoleńczymi istnieje głęboka przepaść.

Urzędnicy celni na pograniczu mieli możność przekraczania granicy niezliczoną ilość razy, co ogromnie ułatwiało rewolucyjną działalność. Michał wkrótce po objęciu stanowiska znalazł punkt oparcia w miejscowości pogranicznej po stronie niemieckiej, Ejdkunach. Stąd utrzymywał stosunki z socjalistami polskimi w Genewie i w Londynie, gdzie był główny skład wydawnictw PPS-owych i skąd szły przez Lipsk i przez Prusy Wschodnie bezustanne transporty do Michała.

O działalności tow. Michała i o doskonałym zorganizowaniu przezeń granicy można by pisać całe tomy. Istnieje o tym cała literatura anegdotyczna, zapewne nie w 100% prawdziwa. Wszystko w kraju sypało się, rozprzęgało, tylko „granica” Michała wychodziła cało z opałów, co należy zawdzięczać nie tylko talentom konspiracyjnym Michała, lecz i jego wyjątkowemu szczęściu. Ilu ludzi, poważnie narażonych i ściganych, przeprowadził z najniewinniejszą miną przez granicę, nakładając urzędową czapkę z daszkiem. Kogo Sulkiewicz przeprowadzał, tego żaden żandarm nie ośmielał się kwestionować.

Mając dar zjednywania sobie ludzi i budząc zaufanie, Michał umiał wykorzystywać dla celów konspiracyjnej PPS-owej roboty bardzo wielu ludzi, którzy nie mieli nic wspólnego z ruchem i wiele przysług wyświadczyli mu tylko przez przyjaźń i sympatię, aż w końcu, niepostrzeżenie dla siebie, stali się dzielnymi pracownikami w akcji pomocniczej.

Nikomu nigdy nie przyszło do głowy, że skromny i dobroduszny urzędnik jest jedną z najwybitniejszych postaci w rewolucyjnym ruchu socjalistycznym i jednym z założycieli PPS, w której pełnił najważniejsze funkcje. Był on członkiem CKR PPS od 1895 do 1897 r., po czym wyboru nie przyjął, jako zbyt zaabsorbowany „granicą”, potem od 1899 do 1902 i od 1903 do 1905.

Mimo całej ostrożności robota na pograniczu musiałaby się z czasem zakończyć wsypą, ale wreszcie we wrześniu 1900 r. tow. Sulkiewicz został ze swego niebezpiecznego posterunku odwołany przez partię, gdyż zarówno pewne tarcia w związku z powstaniem rozłamowej partii „Proletariat”, mogące się przyczynić do wsypy, jak konieczność powołania do życia nowej drukarni w Łodzi, do czego on najlepiej się nadawał, przemawiały za przeniesieniem się jego w głąb kraju. Na swym stanowisku Sulkiewicz zostawił Polaka, sympatyka PPS, Józefa Nowickiego, który, jako prawosławny, bez trudu otrzymał tę odpowiedzialną posadę i kontynuował pracę Michała z wielką ofiarnością, lecz z mniejszym powodzeniem, gdyż już w 1903 roku zasypał się, podczas gdy Sulkiewiczowi udało się utrzymać na posterunku około dziesięciu lat.

Po katastrofie łódzkiej drukarni, połączonej z uwięzieniem małżonków Piłsudskich, Michał, który niemal cudem ocalał, nie upada na duchu, lecz energicznie i umiejętnie doprowadza do końca plan ucieczki Józefa Piłsudskiego ze szpitala więziennego Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu, dokonując przez to czynu, który miał później bardzo zaważyć na losach Polski. Następnie opiekuje się zbiegłym więźniem i doprowadza go w bezpieczne miejsce. Nieco później przyczynia się do ucieczki Aleksandra Malinowskiego (Hamana).

Następnie Sulkiewicz kooptuje nowy CKR i nadal pracuje w kraju konspiracyjnie, umiejętnie stosując nabyte doświadczenie. Unika szczęśliwie aresztowania. Raz tylko wpada w ręce policji, ale jego zachowanie się nie budzi podejrzeń. Władze rosyjskie są zbite z tropu i posyłają pismo do Kibart z żądaniem opinii o Sulkiewiczu. Dzięki jego następcy J. Nowickiemu opinia nadchodzi jak najlepsza i władza po kilku miesiącach zwalnia Sulkiewicza za kaucją. Po tym epizodzie powraca do roboty jako nielegalny. Nieraz potem udawało mu się niemal cudem wyślizgnąć z rąk żandarmów.

Sulkiewicz zajmuje nadal jedno z ważniejszych stanowisk w partii. Nie był mówcą ani agitatorem, ale technika była jego specjalnością i dzięki niemu partia nigdy nie narzekała na brak bibuły. Jeździ często nie tylko po Polsce, lecz i po całej Rosji, wszędzie odgrzebując stare stosunki i nawiązując nowe. Wszędzie go lubią i oczekują z upragnieniem jego powrotu. Widząc jego bezinteresowność, ofiarność i samozaparcie najostrożniejsi sympatycy, rozsypani w kraju i po całej Rosji, odczuwają wstyd, że tak mało z siebie dają dla idei, i oddają mu się do dyspozycji. Ten człowiek, który założył rodzinę i miał wielkie dane do cichego, rodzinnego życia, lubił spokój, ład i porządek, tłucze się przez całe życie po świecie i, choć narzeka na brud, zaduch i inne złe warunki, z którymi wciąż się spotyka w swych objazdach, nie zniechęca się nigdy do pracy.

Po rozłamie 1906 roku Sulkiewicz pozostaje w PPS – Frakcja Rewolucyjna, przebywając najwięcej w Krakowie i często wyjeżdżając do Królestwa na robotę i na rozjazdy. Niemal każdy powracający zza kordonu legalnie lub nielegalnie do pracy w Królestwie, lub jadący tam po raz pierwszy, musi przejść przez ręce Sulkiewicza i otrzymać, jeżeli egzamin dobrze wypadnie, jego błogosławieństwo na drogę. Do prób tworzenia Związku Walki Czynnej i pokrewnych organizacji odnosi się na razie ze sceptycyzmem, ale nie idzie w krytycyzmie tak daleko jak PPS – Opozycja. Przeciwstawiając się opozycji, umiał jednak zrozumieć pobudki poszczególnych jej działaczy i jego osobisty kontakt z wielu pośród nich się nie zrywał.

Gdy wybuchła wojna światowa, Michał przywdziewa mundur strzelecki i wkracza do kraju. Zawiaduje sprawami gospodarczymi w wielu okupowanych przez strzelców miejscowościach, a po zajęciu Kielc – również w Kielcach. Po powstaniu PON Sulkiewicz zostaje komisarzem powiatu wieluńskiego z ramienia tej organizacji, a nieco później – komisarzem powiatu łódzkiego. Dowiedziawszy się, że wojska niemieckie obsadziły w całości jego rodzinną Suwalszczyznę, przedostaje się tam, mimo trudności, i tam przeprowadza robotę, aby następnie na jakiś czas znowu potajemnie przedostać się za front i we wschodniej części Polski oraz na kresach prowadzić działalność propagandową dla Legionów. W kwietniu 1915 roku obejmuje czasowo zastępstwo w Warszawie po Żulińskim. Po zwiedzeniu Warszawy, Wilna i Petersburga, po drugiej podróży do Kijowa przez Berlin, Kopenhagę i Szwecję, wraca do Galicji. Po zajęciu przez Niemców Warszawy, w porozumieniu z J. Piłsudskim, jedzie znów do stolicy i tam, biorąc udział w pracach PPS i POW, wchodzi do Głównego Zarządu kuchni robotniczych. W związku z wsypą kuchni robotniczej „Społem” przy ul. Szpitalnej 12 w listopadzie 1915 roku Sulkiewicz zostaje aresztowany i z trudem unika wywiezienia do obozu jeńców, przypomniawszy sobie, że jest od niedawna obywatelem austriackim, i uciekłszy się nawet do dyplomatycznej interwencji austriackiej. Niemcy żądają wówczas odeń, aby skoro jest legionistą, szedł na front, i odstawiają go do granic okupacji austriackiej. Mając do terenu okupacji niemieckiej drogę zamkniętą, a marząc od dawna o służbie w polu, Sulkiewicz idzie do Legionów. Dają mu zajęcie spokojne, lecz on bezustannie upomina się o wysłanie go jako żołnierza na front, prosząc swego przyjaciela, Józefa Piłsudskiego, aby mu nie odmówił żołnierskiej radości walczenia w otwartym polu z wrogiem. Dwukrotnie mu odmawiano ze względu na wiek, lecz po trzecim zwróceniu się dano wreszcie pozwolenie.

I oto na wiosnę 1916 roku (od 8 maja) widzimy Sulkiewicza na froncie wołyńskim nad Stochodem jako żołnierza V pułku Legionów (1 baon 4 kompania Styka – W. Stachiewicza). Miał już lat 49; był w wieku, w którym niełatwo znosić trudy życia okopowego. Wojskowi, dowiedziawszy się, kim był Sulkiewicz, starają się go oszczędzać, lecz on wzdraga się przed wszelkimi przywilejami – chce robić to, co wszyscy inni. W krytycznych momentach z trudem udaje się go nakłonić, aby opuścił miejsce narażone. Sulkiewicz naraża się jednak, bierze udział w walkach pozycyjnych (między innymi pod Optową), a 18 września 1916 roku w Sitowiczach, biegnąc z pomocą ciężko rannemu Adamowi Kocowi, zostaje ranny śmiertelnie kulą moskiewską i znajduje wreszcie po trudach swego bohaterskiego żywota odpoczynek w grobie w Piasecznie na Wołyniu.

Dnia 8 listopada 1925 roku zwłoki jego uroczyście przewieziono z Piaseczna do Warszawy. Prasa poświęciła wówczas jego pamięci gorące wspomnienia. Potem urządzono dla jego uczczenia parę akademii – z tych jedną PPS-ową 17 listopada 1935 roku w wielkiej sali „Ateneum”.

W pamięci potomnych Sulkiewicz zawsze pozostanie jako cichy i skromny bohater, który w nielegalnej pracy rewolucyjnej obrał sobie najtrudniejszy, najmniej efektowny, ale najbardziej odpowiedzialny dział pracy. Każdy, kto się z nim stykał, zachował jak najlepsze o nim wspomnienie. Nie było w nim nic biurokratyzmu. Gdy wciągał kogo do pracy partyjnej, starał się stworzyć dlań atmosferę rodzinną; chciał, aby nowo wstępujący widział w towarzyszach prawdziwych i serdecznych przyjaciół. Miał dużo tkliwości, na pozór tak mało harmonizującej z jego przenikliwością i podejrzliwością. Nikt mu w PPS nie dorównał jako konspiratorowi.

Jan Cynarski
__________________
Dwa powyższe teksty Jana Cynarskiego pierwotnie ukazały się w piśmie „Kronika ruchu rewolucyjnego w Polsce – kwartalnik poświęcony dziejom walk o niepodległość i socjalizm”. Pierwszy – nr 4, październik – listopad – grudzień 1935 r; drugi w numerze 3(11) lipiec – wrzesień 1937 w dodatku pt. „Księga życiorysów działaczy rewolucyjnych” (arkusz dziesiąty). Od tamtej pory nie były wznawiane, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Zdjęcie w tekście przedstawia Aleksandra Sulkiewicza jako sierżanta 5 Pułku Piechoty Legionów ok. 1916 r., a pochodzi z polskiej Wikipedii.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *