Adam Ciołkosz

Nacjonalizm? Nie!

[1973]

Od dzieciństwa napotykamy się raz po raz na terminy i pojęcia, z których zdajemy sobie sprawę więcej uczuciem niż rozumem. Są to pojęcia ojczyzny, narodu, patriotyzmu, proletariatu, ludzkości. Napięcie uczuciowe czasem słabnie, czasem się potęguje, co powiększa trudności w zdefiniowaniu tych pojęć. Ale też nikt nie żąda od nas na co dzień dokładnych definicji, nie są one w naszym życiu powszednim potrzebne. Żadna też definicja nie jest wiecznotrwała, z biegiem czasu ulega zmianie jej treść pojęciowa, pojęcie zmienia swą treść społeczną, zmienia się wreszcie i brzmienie definicji: pojęcie narodu miało inną treść społeczną i inne znaczenie w XVII a inne w XX stuleciu. Co więcej, identyczna definicja mieści w sobie różną treść w zależności od długości i szerokości geograficznej: pojecie narodu ma inną treść i inne znaczenie w Wielkiej Brytanii a inne we Włoszech.

Nie chodzi jednak tylko o postawę uczuciową, ale także o postawę czynną, o poczynania jednostkowe i zbiorowe, z postawy tej wynikające. Z historycznego doświadczenia socjalizmu polskiego wiemy, że możliwy jest taki stan rzeczy, w którym pod pewnymi względami zachowujemy solidarność klasową wobec przynależnych do tej samej klasy społecznej, to jest do proletariatu, mimo że należą do innych narodowości, a jednocześnie odnosimy się pozytywnie i pod pewnymi względami solidarnie do osób przynależnych do narodu, którego część stanowimy, choćby nawet te osoby należały do innych klas społecznych, natomiast odnosimy się negatywnie do państwa, które nad naszym narodem panuje i które oparte jest na krzywdzie, ucisku i wyzysku narodów podbitych. Tak było w okresie rozbiorów Polski: byliśmy solidarni z klasą robotniczą wszystkich krajów i narodów, także z klasą robotniczą Rosji, Niemiec i Austrii, a jednocześnie zwalczaliśmy wszystkimi dostępnymi środkami, także środkami rewolucyjnymi, rządy i państwa zaborcze, dążyliśmy do odbudowy niepodległego państwa polskiego i w tym zakresie byliśmy solidarni z innymi klasami społecznymi, o ile podzielały to nasze dążenie i czynną postawę w kierunku obalenia rządów zaborczych. Możliwy jest też taki stan rzeczy, w którym zachowując pozytywny stosunek do swego narodu i swego państwa zwalczamy władze tego państwa i jego klasową strukturę, przeciwstawiamy się polityce rządu i klas panujących. Tak było wielokrotnie w Polsce okresu międzywojennego.

Idealny a raczej optymalny byłby stan rzeczy, w którym moglibyśmy na stałe pogodzić i związać z sobą solidarność klasową proletariatu z poczuciem narodowym, patriotyzmem, miłością ojczyzny oraz miłością ludzkości. Niepodobieństwem albo aberracją byłoby natomiast odrzucenie miłości własnego narodu w imię solidarności proletariatu całego świata albo też umiłowania całej ludzkości. Własny naród nie jest bowiem abstrakcją, natomiast ludzkość jest abstrakcją. Wiedział o tym Stanisław Gabriel Worcell, pierwszy polski myśliciel i pisarz socjalistyczny, gdy kreślił sto kilkadziesiąt lat temu następujące słowa: „Ojczyzna, związana jako naród z narodami innymi stosunkiem praw i obowiazk6w wzajemnych odwiecznej sprawiedliwości, jest węzłem koniecznym pomiędzy człowiekiem a ludzkością”. Historia ruchu robotniczego zna tylko dwie wybitne postacie, które sądziły, że możliwe, więcej, konieczne jest odrzucenie pozytywnego stosunku do własnego narodu na rzecz formacji szerszej i ich zdaniem wyższej. Michał Bakunin i Róża Luksemburg w różnych okresach historycznych, ale za każdym razem w niemal identycznych słowach oświadczali, że ojczyzną proletariatu jest Międzynarodówka. W obu wypadkach takie wyznanie wiary rodziło się na podłożu nieznajomości rzeczywistego, nie urojonego proletariatu robotniczego.

Dużo większą znajomość duszy robotniczej wykazał rewolucyjny socjalista francuski Ludwik Blanqui, który po klęsce wojsk francuskich w wojnie z Niemcami 1870 roku i po upadku Drugiego Cesarstwa założył w Paryżu dziennik o wymownej nazwie „La Patrie en danger”, ojczyzna w niebezpieczeństwie, nawoływał do pospolitego ruszenia i wyrzucał ówczesnemu rządowi, że nie dość energicznie prowadzi obronę stolicy. W liście do armii francuskiej powoływał się Blanqui na wspólne interesy, łączące robotników wszystkich krajów, mających tylko jednego wroga-gnębiciela, który ich zmusza do wzajemnego zabijania się na polach bitew; jednakże – pisał dalej Blanqui – realizm wymaga, by bronić Francji, nosicielki historycznej roli, macierzy wyzwolenia proletariatu – przed zamachami niewolników Bismarcka, zagrażających przyszłej Francji socjalistycznej. Nie trzeba być Blanquim, by czuć i rozumieć, że walcząc o wolność własnego narodu, albo też broniąc jego wolności przed obcym najazdem, bronimy zarazem przyszłości klasy robotniczej, innymi słowy, bronimy nie tylko (a raczej nie tyle) dnia wczorajszego i dzisiejszego, ile dnia jutrzejszego. Tą myślą kierowali się socjaliści polscy we wrześniu 1939 roku i przez cały czas drugiej wojny światowej.

Ruch robotniczy odrzucił świat pojęć stalinizmu, w którym pouczano nas, iż ojczyzną proletariatu całego świata jest Rosja sowiecka. Instynkt, uczucie i rozum mówiły nam, że ojczyzna proletariatu polskiego nie leży nad Wołgą, lecz nad Wisłą. Potem pouczano nas i poucza się do dnia dzisiejszego, że Moskwa jest stolicą rewolucji światowej i że socjalistyczny patriotyzm polski, a także internacjonalizm proletariacki wymaga wierności dla tak zwanego obozu socjalistycznego „ze Związkiem Radzieckim na czele”, a właściwie posłuszeństwa dla każdorazowych panów na Kremlu. Nie ma jednak socjalistycznego patriotyzmu polskiego, jest tylko polski patriotyzm. Nie ma socjalistycznej ojczyzny polskiej, jest tylko polska ojczyzna, jedna dla wszystkich, jedna od tysiąca lat. I nie ma takiego internacjonalizmu proletariackiego, który by nakazywał posłuszeństwo Moskwie, cokolwiek głosi i cokolwiek czyni: gdy idzie przeciwko Hitlerowi i gdy idzie razem z Hitlerem, gdy idzie ręka w rękę z Mao Tse-tungiem jako rewolucjonistą i gdy zwalcza Mao Tse-tunga jako renegata. Właśnie dlatego, że jesteśmy internacjonalistami, internacjonalistami w rozumieniu Worcella – bronimy własnego kraju przed uciskiem i wyzyskiem ze strony „najjaśniejszej gwarantki” bez względu na to, jak się ona czy on nazywa, Katarzyna czy Leonid. Tę postawę określa polityka i publicystyka sowiecka jako polski nacjonalizm. Lecz to nieprawda.

Zjawisko nacjonalizmu istnieje we wszystkich narodach, bez względu na wymiar ich przyczynku do ogólnoludzkiej kultury i bez względu na ich liczebność i siłę. Nacjonalizm narodu małego i słabego, uciskanego albo podbitego lub zagrożonego przez wielkiego i potężnego sąsiada, łatwiej zrozumieć i usprawiedliwić, niż nacjonalizm narodu wielkiego liczbą i silnego w płaszczyźnie siły materialnej. Niestety, historia dostarcza zbyt wielu przykładów przeobrażenia się nacjonalizmu dumy narodowej w nacjonalizm pychy narodowej, nacjonalizmu obronnego w nacjonalizm wielkomocarstwowy, nacjonalizmu rewolucyjnego w nacjonalizm reakcyjny. Nie można też przyjąć i zaakceptować nacjonalizmu jako powszechnej reguły życia, właściwej pod każdą długością i szerokością geograficzną. Międzynarodowy nacjonalizm jest bowiem absurdem, który przeczy sam sobie i prowadzi do wojny wszystkich przeciwko wszystkim. Jego – jeśli ją tak można określić – ideologia, jawna czy dorozumiana, stanowić ma uzasadnienie dążeń do ekspansji terytorialnej, do nieliczenia się z innymi narodami, do wyrządzania im krzywd, jeśli są mniejsze i słabsze.

Przed czterdziestu laty pojawiła się na lewicy teoria międzynarodowego faszyzmu, solidarności wszystkich ruchów i rządów faszystowskich, rządów skoncentrowanego egoizmu narodowego. Teoria tak zwanego faszinternu miała nawet duże wzięcie, tym niemniej była ona od początku do końca nonsensem. Faszyzm Mussoliniego i faszyzm Hitlera wielbił bowiem tylko siłę, w sile widział prawo do podbojów i zaborów. Przybranie przez mniejsze narody i państwa barwy ideologicznej faszyzmu wcale ich nie uchroniło przed zaborczością mocarstw faszystowskich. Dowodem i przykładem – pochłonięcie Austrii Dollfussa i Schuschnigga przez Trzecią Rzeszę Hitlera. Bez względu na to, co myślą i czego pragną nacjonaliści poszczególnych narodów, nic ich zabezpieczyć nie potrafi przed zaborczym nacjonalizmem narodów większych i potężniejszych, których nacjonalizm w sprzyjających warunkach z reguły przekształca się w imperializm.

Zabezpieczeniem może być tylko demokracja w stosunkach pomiędzy narodami, bezpieczeństwo zbiorowe i pomoc wzajemna. Jak w stosunkach pomiędzy jednostkami ludzkimi koniecznością jest pomoc wzajemna, bez której życie musiałoby cofnąć się o dziesiątki tysięcy lat, tak jest też ona konieczna w stosunkach pomiędzy narodami. Narody świata w swej całości nie przyjmą, bo nie mogą przyjąć nacjonalizmu i szowinizmu, który ustawia poszczególne narody wyżej, albo niżej na jakiejś sztucznej, urojonej drabinie hierarchii. Stosunkami między narodami winna rządzić równość wobec prawa narodów, a tym samym sprawiedliwa ocena potrzeb, zasług i win poszczególnych narodów. Winna też istnieć kara za popełnione grzechy, a przede wszystkim za grzech największy – agresji i ludobójstwa. Lecz winna także istnieć świadomość, że żaden naród nie powinien być nieodwołalnie, raz na zawsze potępiony. Zapewne, stan rzeczy, który można za Worcellem określić jako „stosunek praw i obowiązków wzajemnych sprawiedliwości odwiecznej”, jest wciąż jeszcze muzyką przyszłości. Ale równie pewne jest, że nacjonalizm do niego nie przybliża, lecz oddala. Nacjonalizm, który nakazuje myśleć tylko o sobie, a więc egoizm narodowy, jest tak samo negacją zdrowego i koniecznego poczucia narodowego i patriotyzmu, jak jest nią nihilistyczny kosmopolityzm, brak łączności duchowej z własnym narodem i obojętność na jego losy. I nawet w sytuacjach wyjątkowego zagrożenia, pozytywne umiłowanie własnego narodu i gotowość do poświęceń dla jego ocalenia, jest lepszym i mocniejszym oparciem niż nacjonalizm, wynikający nie z dumy, lecz z pychy narodowej. Dodajmy, że nacjonalizm zaślepia, nie pozwala dostrzegać i mówić prawdy o własnym narodzie, gdy ten naród schodzi na błędne drogi, gdy jest chory, a zwłaszcza gdy krzywdzi inne narody, natomiast patriotyzm nie tylko pozwala, ale i nakazuje to czynić.

Powiedziawszy to wszystko, pozostaje nam ustalić trzy wskazówki na okres bieżący. Wskazówka pierwsza: Nacjonalizm i imperializm moskiewski z reguły ukrywa się obecnie pod maską internacjonalizmu, zwłaszcza internacjonalizmu proletariackiego oraz solidarności narod6w i państw socjalistycznych. Maska ta (jak wszystkie maski) jest oszustwem. Zarzuty nacjonalizmu, stawiane Polsce i Polakom przez Moskwę i jej podporządkowane ośrodki komunistycznej polityki i propagandy, są z reguły nieprawdziwe i wymagają za każdym razem dokładnego ich sprawdzenia. Wskazówka druga: Nacjonalizm obronny, nie wywyższający własnego narodu nad inne narody, może być w pewnych sytuacjach zrozumiały i usprawiedliwiony. Lecz właściwie nie jest to nacjonalizm, lecz poczucie narodowe, patriotyzm – i lepiej tak go określajmy. Wskazówka trzecia: Nacjonalizm zaczepny, agresywny, nacjonalizm związany z poczuciem wyższości własnego narodu nad innymi narodami, tudzież egoizm narodowy, jest zawsze szkodliwy, mści się też prędzej czy później nad narodami ulegającymi tej chorobie. Nacjonalizm jako powszechna reguła życia narodów i biegu historii ludzkości jest absurdem.

Piszemy o tym wszystkim nie dlatego, by zachodziła potrzeba przeprowadzenia teoretycznych rozważań na temat nacjonalizmu. Piszemy dlatego, że pojawiła się konkretna próba, po pierwsze, wybielenia ujemnych zjawisk naszego okresu międzywojennego, związanych ściśle z prądami nacjonalistycznymi, po drugie, wywieszenia sztandaru nacjonalizmu jako godła walki o przyszłość Polski. Czytamy w londyńskiej „Myśli Polskiej”, że nacjonalizm polski „był koniecznym elementem w walce o odbudowanie państwa polskiego na mocniejszych podstawach niż te, które były mu ofiarowane… bez nacjonalizmu Polska, okrojona ze wszystkich stron, odsunięta od morza oraz pozbawiona całego dorobku sześciu wieków, nie tyko nie utrzymałaby się, jako państwo, ale zginęłaby jako naród, ściśnięta przez dwa kolosy. Trzeba było zgromadzić razem dwadzieścia milionów Polaków – tyle ich było na naszych ziemiach – w jednym państwie, żeby nie dać się łatwo zetrzeć. Nie było to proste zadanie, bo trzeba się było i zewnętrznym siłom przeciwstawiać i przełamywać wewnętrzne słabości własnego społeczeństwa. Było to możliwe tylko dzięki działalności Dmowskiego i wielkiej poczytności jego pism, z pomocą zdrowego rozsądku, który tym razem zwyciężył w społeczeństwie polskim”. Wszystko to albo nieprawda, albo przejaw megalomanii. Nacjonalizm polski umniejszał rozmiary terytorialne Polski, odrzucając od nas narody kresowe i zaogniając walki narodowościowe. Ani szkoły utrakwistyczne, ani ławki żydowskie na uniwersytetach, ani hasło „Żydy do Palestyny” nie przyniosły Polsce niczego dobrego, odwrotnie, przysporzyły jej trudności i w życiu wewnętrznym państwa polskiego i w stosunkach międzynarodowych. Zamordowanie Prezydenta Narutowicza przez nacjonalistę polskiego za to i dlatego, że został na ten najwyższy urząd wybrany głosami także mniejszości narodowych, położyło się ponurym cieniem na całym polskim międzywojennym dwudziestoleciu. Będziemy bronili słusznych i nigdy nie przedawnionych praw Polski do wolności i do niepodległego bytu, lecz biały sztandar nacjonalizmu nie jest nam do tego potrzebny. Wystarczy sztandar biało-czerwony.

Adam Ciołkosz

___________________________________

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w londyńskim piśmie „Zew” nr 21, czerwiec 1973, a następnie zamieszczono go w zbiorze tekstów Autora pt. „Walka o prawdę. Wybór artykułów 1940-1978”, Polonia Book Fund, Londyn 1983. Przedrukowujmy go za tym ostatnim źródłem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *