Lewicowo.pl – Portal poświęcony polskiej lewicy demokratycznej, patriotycznej i niekomunistycznej

Logo Lewicowo

Aleksander Hertz

Myśli o sukcesie i niepowodzeniu

[1970]

I

Piszę to w roku 1970. Jest to rok, w którym w New Yorku umarł starzec o nazwisku Aleksander Kierenskij. I jest to rok, w którym Sowiety i cały świat komunistyczny obchodziły stulecie urodzin Lenina. „The New York Times” poświęcił Kierenskiemu bardzo długie wspomnienie pośmiertne. Zaczynało się ono już na stronie tytułowej, co – zgodnie z regułami tego znakomitego pisma – jest bardzo wielkim wyróżnieniem. Ale ogólny ton wspomnienia był zarówno melancholijny, jak – i może jeszcze bardziej – współczująco protekcyjny. Kierenskij był a failure, był tym, który przegrał, nie był pobłogosławiony przez powodzenie. Kierenskiego historia odrzuciła, przeznaczając mu co najwyżej wzmiankę, że kiedyś był, że przegrał, sromotnie pobity przez tego, którego tryumfalne stulecie właśnie w tym roku było obchodzone.

Sowiecki „Tass” śmierć Kierenskiego zbył kilkuwierszową notatką. Że w wieku lat dziewięćdziesięciu zmarł w New Yorku Aleksander Fjodorowicz Kierenskij, niegdyś przewodniczący Rządu Tymczasowego. Więcej pisać nie trzeba było i nie było warto. Co jeszcze o Kierenskim można było dodać, było całkowicie pochłonięte przez wspaniałość uroczystości leninowskich. Używając ulubionego powiedzenia komunistycznego, bankrut Kierenskij został wyrzucony na śmietnik historii.

Na owym „śmietniku historii” znaleźli się i inni przeciwnicy zwycięskiego Lenina i bolszewizmu. Monarchiści wszelkich odcieni, kadeci wszelkich odcieni, eserzy wszelkich odcieni, mienszewicy wszelkich odcieni itd. Niektórych z najwybitniejszych sądzone mi było poznać osobiście i mieć z nimi niejedną rozmowę, niekiedy dość długą. Były wśród nich takie osobistości, jak Abramowicz, Dan, Wiktor Czernow. Coś w rodzaju intymności łączyło mnie z jedną z najciekawszych z tych postaci. Była nią staruszka Angelika Bałabanow, jedna z założycielek Kominternu, osoba bliska Leninowi (w pewnym okresie i Mussoliniemu!) i jedna z tych, którzy najwcześniej zerwali z komunizmem, inaugurując niejako niekończącą się listę ex-komunistów, nieubłaganych jego krytyków. Od niej chyba najwięcej usłyszałem o Leninie, o początkach komunizmu, o ludziach, którzy go zwycięsko stworzyli.

Wszystkie te postacie, które wymieniam, były ludźmi niepowodzenia, przegrali wielką stawkę w grze dziejowej. Całe ich życie wygnańcze było świadectwem ich klęski. Zachowały mi się w pamięci ich mieszkanka nowojorskie, ich wieczne kłopoty materialne, ich poniżenia, ich zależność od różnych protektorów. Ten „śmietnik historii”, na którym jakoby się znajdowali, tym bardziej podnosił ogrom zwycięstwa ich przeciwników, tym dobitniej wykazywał, że prawda, że słuszność dziejowa były po stronie Lenina i jego zwycięskiej rewolucji. Było to tak wyraźne, że przestano o nich nawet mówić, ograniczając się co najwyżej do krótkich pogardliwych wzmianek w podręcznikach historii, w encyklopediach, czy do wspomnień pośmiertnych.

I w gruncie rzeczy coraz szybciej są zapominani i po stronie nie-komunistycznej. Gdy umierają (iluż z nich jeszcze się zostało!), otrzymują krótsze czy dłuższe wzmianki prasowe, które zgodnie stwierdzają ich niepowodzenia, wytykają ich błędy. Przegrani są zawsze w błędzie. Cóż bardziej świadczy o słuszności jakiejś sprawy, czy jakiejś idei, czy jakichś ludzi, niż tryumf, niż oczywisty, namacalny dowód jej sukcesu?

Są to sprawy gorzkie, rzeczy smutne, nieraz jakże bolesne. I są to sprawy, które skłaniają do pewnych refleksji. I może warto jest nad nimi się zatrzymać.

II
Powodzenie i niepowodzenie. Sukces i porażka... Nie zawsze zastanawiamy się nad tym, co to właściwie znaczy. Pojęcia te przyjmujemy jako coś oczywistego i nie wymagającego zdefiniowania. Powiodło mi się, bowiem osiągnąłem to, co osiągnąć zamierzałem, co sobie uplanowałem. Nie powiodło mi się, albowiem plany moje nie udały się, nie osiągnąłem tego, do czego zmierzałem. Ale czy w rzeczywistości jest to wszystko takie proste?

Etos amerykański sukcesowi przypisuje ogromne znaczenie. The Bitch-Goddess Success – nieelegancko mówił o tym Mencken.

Sukces tu ma swoje mierniki i fakt jego istnienia nie jest trudny do ustalenia. Wyraża się on w formach materialnych – w stopie dochodu, w rodzaju funkcji ekonomicznych, w pozycji społecznej, w mieszkaniu, w marce auta, w całej masie podobnych osiągnięć. Wyraża się dalej w dzielnicy, w której mieszkam, w szkole, do której posyłam swe dzieci, w osiągnięciu tego, co język angielski określa jako respectability. W rzeczywistości nie są to rzeczy czysto materialne. Jest to kombinacja wielu elementów, w których jednak materialne wyniki spełnianej działalności gospodarczej zajmują miejsce podstawowe.

Wyrasta to z podłoża tradycji purytańskich, które – choć zrodzone w Europie – w Ameryce miały wpływ szczególny na kształtowanie się etosu całej społeczności. Powodzenie, zwłaszcza materialne, jest widomym dowodem pozyskania łaski Bożej. A w ten sposób wyróżniony zdobywa rozległe możliwości służenia Bożej chwale. W filozofii purytańskiej pieniądz nie jest celem samym przez się. Jego akumulacja, jego tezauryzacja, nie jest żadną zasługą. Pieniądz jest środkiem rozwinięcia działalności jego posiadacza, jest narzędziem w tworzeniu dalszych wartości. Bogu służy się przez działanie. Działanie człowieka wyróżnionego ma na celu utwierdzenie i pomnożenie chwały Bożej. I następstwem tego jest dalszy sukces. Bóg sprzyja tym, którzy działając służą Jego chwale. Stąd osiągany sukces jest zarówno dowodem istnienia łaski jak i drogą jej utrzymywania przez służenie Bogu i Jego chwale.

Niewątpliwie dzisiejszy etos amerykański znacznie odszedł od czasów, w których żył Beniamin Franklin. Obok człowieka sukcesu coraz ważniejsze miejsce zaczął w nim zajmować underdog, ten, któremu się nie powiodło, ten, który sam był ofiarą powodzenia innych. Od Thoreau przez Menckena aż po nasze czasy idzie stale atak na konsekwencje tradycyjnego purytanizmu. W dzisiejszej literaturze amerykańskiej underdog – w różnych jego postaciach – jest ośrodkiem zainteresowania. Człowiek sukcesu staje się dziś raczej przedmiotem nieufności i pogardy. Nie jest rzeczą przypadkową, że właśnie ze świata sukcesu, ze świata odziedziczonych fortun, wychodzą reformatorzy społeczni i buntownicy, odrzucający – często bardzo gwałtownie – tradycyjny porządek rzeczy i tradycyjny etos. Welfare state jest praktyczną konsekwencją takich przeobrażeń moralnych.

Są to bezspornie ważne przeobrażenia. Nie jest to jednak całkowite odrzucenie tradycyjnej filozofii. Wiele się zmieniło w kulcie sukcesu, ale sam kult ciągle się utrzymuje. Szczególnie w najszerszych masach ludzkich. Powodzenie jest stale drogą do wyróżnienia społecznego, choćby dawne motywacje purytańskie w coraz większym stopniu zaczęły ulegać zapomnieniu czy lekceważeniu. I zachowuje się wiara w doniosłość praktycznego działania, które – jeżeli niekoniecznie jest formą powiększania chwały Bożej i utwierdzeniem charyzmy – jest w każdym razie świadectwem słuszności tego co się robi, słuszności sprawy, którą się reprezentuje. Ameryka – jak dotąd – była wielkim sukcesem i to najlepiej mówi o słuszności jej ideałów i całej drogi, po której poszedł jej naród.

Trzeba stale pamiętać o tym, że Anglia i Ameryka są ojczyznami pragmatyzmu jako systemu filozoficznego i że – szczególnie w Ameryce – stał się on czymś znacznie więcej niż jednym z wielu systemów filozoficznych. Stał się postawą szerokich mas ludzkich, filozofią praktyczną, filozofią życia codziennego, ważnym składnikiem etosu całej zbiorowości. A pragmatyzm opiera się na idei powodzenia. Słuszne i prawdziwe są te idee, które się dają praktycznie zweryfikować, których życiowe zastosowanie przynosi praktyczne wyniki, daje twórcze bodźce naszej działalności. Stąd nieufność do wszelkich doktryn oderwanych od praktycznego działania, niesprawdzalnych lub w sprawdzaniu zakończonych niepowodzeniem. Taka forma pragmatyzmu jest stale elementem dominującym w całym życiu zbiorowym narodów anglosaskich. I ona to sprawia, że nie-Anglosasom jest tak trudno zrozumieć właściwości życia powszedniego Amerykanów i Brytyjczyków. „Grau, lieber Freund, ist jede Theorie” – mówił wielki poeta niemiecki. Powiedział to właśnie Niemiec, ale pełny sens tego został przyjęty przez narody cywilizacji anglosaskiej.

Pragmatyzm jako system filozoficzny był synem angielskiego utylitaryzmu i wnukiem czy prawnukiem angielskiego empiryzmu. Ale szukając dla niego antenatów, można zajść jeszcze dalej, aż do starożytnej Grecji, do Zenona i Epikura. Ostatecznie w obu systemach miernikiem ich wartości było dojście do celów praktycznych, jakim miały służyć. W obu wypadkach celem tym było osiągnięcie przez człowieka szczęścia i w obu wypadkach warunkiem po temu było przyjęcie przez człowieka odpowiednich postaw wobec życia. Stoicyzm ujmował to bardziej ascetycznie, epikureizm – bardziej kontemplacyjnie. W jednym wypadku chodziło o wyzwolenie człowieka od namiętności zakłócających jego spokój wewnętrzny i tym samym jego szczęście. W drugim o wyzwolenie go od obaw – lęku bogów i lęku śmierci – i tym samym – szczęścia. W ostatecznym wyniku były to systemy pragmatystyczne, weryfikujące swój sens i swoją wartość przez ich wyniki praktyczne. Był to pragmatyzm bardzo różny od pragmatyzmu anglosaskiego. Nie dążył do wzmożenia praktycznej aktywności człowieka, przeciwnie – do jej pomniejszenia. Ale i w jego ujęciu zasadniczym celem było zapewnienie człowiekowi szczęścia, i to było kryterium użyteczności każdego z tych systemów.

Konsekwencją we wszystkich wypadkach – anglosaskich i greckich – było sceptyczne ustosunkowanie się do doktryn absolutnych, uniezależnionych od swych konsekwencji życiowych, od swej praktycznej weryfikacji. Systemy były dobre, skoro mogły być sprawdzone w osiągnięciach człowieka – obojętne, czy wypowiadających się we wzmożonej aktywności, czy też w ascezie i kontemplacji. Każdy taki stan był człowieka osiągnięciem, świadczył o jego powodzeniu, o sukcesie. U Greków sukces ten był daleki od Bitch-Goddess, był arystokratyczny, nie dbał o dobra materialne i o wyróżnienie społeczne. Ale nie przestawał być sukcesem.

III
Ale ideał powodzenia jest czymś znacznie szerszym i powszechniejszym niż te czy inne systemy filozoficzne. Te co najwyżej sublimują pewne postawy i dążenia, dają im racjonalizacje i pogłębione motywacje. Kult sukcesu jest czymś znacznie dalej sięgającym.

Żaden chyba z systemów religijnych nie rozwinął na taką skalę teologii Powodzenia jak purytanizm. Ale sprawa powodzenia zajmuje zasadnicze miejsce we wszystkich wierzeniach religijnych człowieczeństwa. Wytworzyły się całe systemy rytuałów, wytworzyła się bogata obrzędowość, mająca na celu pozyskanie sił wyższych dla sprawy osiągnięcia pomyślnych łowów czy pomyślnych urodzajów. Przychylność tych sił zapewni nam spełnienie naszych planów, osiągnięcie naszego przeżycia, naszego przetrwania, naszego tryumfu nad przeciwieństwami losów czy wrogością naszych przeciwników. Bóg nam błogosławi, pomnażając nasze bogactwa, dając nam znaczenie, wielkość, wyróżnienie wśród innych. We wszystkich wierzeniach człowieka osiągnięcie stanu łaski wyraża się w naszych powodzeniach czy do nich prowadzi. Uzewnętrznieniem się charyzmy, dowodem jej istnienia jest Sukces.

Nie zawsze jest to proste i nie zawsze stan charyzmy jest tak uwidoczniony, jak w purytanizmie czy w rytuałach pierwotnych łowców i rolników. Osiągnięcie charyzmy niekoniecznie musi być potwierdzone w doraźnych zdobyczach, szczególnie natury materialnej. Prorocy Izraela byli bezspornymi nosicielami charyzmy. Ale byli zarazem głosem wołającym na puszczy. Święci męczennicy chrześcijaństwa posiadaną łaskę wykazywali przez cierpienia, przez ofiary swego życia. Etos judeo-chrześcijański wprowadził tu elementy nowe, obce wierzeniom przeważającym w tradycjach wielkich zbiorowości ludzkich. Charyzma była wykazywana nie przez sukces doraźny, ale właśnie przez jego brak. Prorocy natrafiali na uszy głuche, święci przyjmowali koronę męczeństwa. Ale była to korona, ale prorocy i męczennicy byli wykonawcami woli Bożej, pomnażali chwałę Bożą i w ostatecznym wyniku ich było Królestwo Boże. I w tym sensie osiągali oni najwyższy szczebel Powodzenia, choć było ono zupełnie różne od tego sukcesu, o który od zarania dziejów zabiegała ludzkość.

Sukces, wyrażający się w osiągnięciach wyraźnych, naocznych, tak wyraźnych że nie dających się zakwestionować, jest i zawsze był integralną i podstawową częścią wszelkich systemów charyzmatycznych. Politycznych i niepolitycznych, gospodarczych i niegospodarczych, osobistych i zbiorowych. Max Weber rozumiał te sprawy jak nikt inny, i nikt inny nie potrafił – jak dotąd – lepiej ich przemyśleć. Nie możemy mówić o tych sprawach, nie wracając stale do głębokich analiz wielkiego Niemca.

Istnienie charyzmy jest potwierdzane przez fakt stałego powodzenia. Chodzi tu zarówno o charyzmę indywidualną, jak i zbiorową. Sukcesy osiągane przez jednostkę są dowodem jej wybraństwa, są świadectwem że jest ona nosicielką prawdy. I tak samo o wybraństwie zbiorowości świadczą jej sukcesy, stwierdzają, że słuszność jest po jej stronie, że jest na drodze do ostatecznego tryumfu.

Nie muszą to być sukcesy wolne od niepowodzeń. Byleby tylko nie były to niepowodzenia katastrofalne, nieodwracalne. Ale niepowodzenia przejściowe, porażki związane z walką, mogą być właśnie dowodami istnienia charyzmy. Na tle porażek, przejściowych niepowodzeń, tym wspanialej zaznacza się ostateczne zwycięstwo. Cóż może być większego od podźwignięcia się z upadku, od przejścia od porażki do ostatecznego tryumfu!

Uroczystości leninowskie, obchodzone tak wspaniale w Związku Sowieckim i w całym świecie komunistycznym, są zadokumentowaniem charyzmy Proroka-Twórcy i całego jego dzieła. I on i jego dzieło mają za sobą okresy porażek i poniżeń. Lenin był więziony i był na wygnaniu. Dzieło jego było zagrożone przez śmiertelnych wrogów, przechodziło przez okresy „błędów i wypaczeń”, przechodziło przez próby największych niebezpieczeństw. Jakże groźni, jak potężni byli wrogowie! I co zostało z caratu? Jaki los spotkał wszystkich przeciwników i odstępców? Miliukow i Rodiczew, Denikin i Wrangel, Martow i Abramowicz, Kierenskij i Czernow – gdzie są ich mogiły, mogiły wygnańcze, rozrzucone po różnych krajach, coraz szybciej zapominane? I co zostało z Trockiego, Bucharina, Kamieniewa, Stiekłowa, z całej masy innych heretyków i odstępców? Wszyscy zostali wyrzuceni na „śmietnik historii”, przegraną swoją wykazując wielkość zwycięstwa Lenina i jego dzieła. I prawdziwość koncepcji Iljicza i słuszność jego sprawy.

Są wszelkie racje po temu, by tak wspaniale, tak dumnie obchodzić to stulecie. Jest ono świadectwem sukcesu, jakiemu równych w dziejach nie było. Komunizm zapanował na wielkiej części naszego globu. Związek Sowiecki stał się jedną z największych potęg tego świata. Może się wykazać osiągnięciami budzącymi podziw. Charyzma człowieka i jego dzieła znajduje tu pełne potwierdzenie.

Przy wszystkich swych pretensjach do racjonalizmu i naukowości, komunizm nie przestaje być klasycznym przykładem systemu opartego na przyjęciu odwiecznej idei charyzmy. Na tym opiera się jego siła, ale w tym kryje się i jego słabość. Albowiem system ten musi udowadniać, że – wbrew przejściowym niepowodzeniom – w ostatecznym wyniku jest wielkim sukcesem. Stale jednak wisi nad nim zmora takiego niepowodzenia, które by w sposób niezbity było zaprzeczeniem jego wybraństwa. Dla Stalina i dla komunizmu widmo takie było bardzo konkretne w pierwszym okresie wojny. Później jednak przyszły zwycięstwa, które były wspaniałym potwierdzeniem trwałości charyzmy.

W zasadniczym obrachunku system musi wykazywać się sukcesami. I ta konieczność stałego udowadniania posiadania charyzmy jest piętą achillesową takich systemów. Idea nie może być tak skonfrontowana z rzeczywistością, by słabość idei mogła być ukazana w sposób niezbicie wyraźny. Rzeczywistość jest zawsze największym wrogiem charyzmatyków i charyzmatycznych systemów. I dlatego to muszą one być stale w walce z rzeczywistością.

Widmo niepowodzenia, które by w sposób niezbity zakwestionowało fakt posiadania charyzmy, jest stałą zmorą takich systemów. O tym powiedziały nam dzieje Hitlera i hitleryzmu. Komunizm jest „skazany na wielkość” i to nie w sensie zdawkowego frazesu, ale w wyniku samej swej istoty. Stąd jego ruchliwość, jego nienasycone ambicje, jego nie zatrzymująca się aktywność, jego stała konieczność posiadania wrogów. Czy są przecież lepsze dowody posiadania charyzmy niż tryumf nad wrażymi siłami, ośmielającymi się kwestionować wybraństwo wybrańców?

Razem jednak wzięte są to sprawy wysoce ryzykowne. Od nadmiaru sukcesów może zakręcić się w głowie, o czym już rozważnie ostrzegał sam Lenin. Nieustająca aktywność, stale obliczona na dalsze sukcesy, powiększa szanse porażek, z których wyjścia już nie ma. Amerykanie, drugi naród o kulcie aktywności, ale naród coraz bardziej racjonalizujący tradycje charyzmy purytanizmu, coraz lepiej o tym wiedzą i coraz sceptyczniej zaczynają patrzeć na Bitch-Goddess Success. Ale też są pragmatystami i w swej olbrzymiej większości ze swej organizacji życia publicznego starają się usunąć pozostałości mistyki i magicznego ideologizmu. Zwycięstwo wyborcze Republikanów w Stanach Zjednoczonych czy konserwatystów w Anglii nie jest ani bezpowrotną katastrofą dla Demokratów czy Labourzystów, ani świadectwem charyzmy Nixona czy Heatha. W obu krajach taka koncepcja byłaby przyjęta raczej humorystycznie. Ale w systemach komunistycznych i im pokrewnych koncepcja charyzmy, konieczność ciągłego osiągania sukcesu, strach przed niepowodzeniem – wszystko to stanowi samo założenie systemu i jego filozofii.

Czym jednak jest powodzenie i niepowodzenie, sukces i jego brak? W jakiej mierze mogą być one świadectwami słuszności czy jej braku? Są to sprawy godne przemyślenia. I skonfrontowania z rzeczywistością. Skonfrontowania mniej magicznego, ale bardziej – w granicach naszych ludzkich możliwości – racjonalnego.

IV
Pociągnęli mnie pokonani, ci „wyrzuceni na śmietnik historii”, ci, których klęska stała się pierwszym dowodem słuszności i wielkości leninizmu. Czytałem uważnie rosyjską literaturę emigracyjną, wiele godzin spędziłem nad rocznikami „Socjalisticzeskogo Wiestnika”. Jak wyglądały ich oceny i przewidywania skonfrontowane z rzeczywistością, przez nich jedynie przewidywaną, a mnie już empirycznie wiadomą Szczególnie ważny był w tym „Socjalisticzeskij Wiestnik”, to mienszewickie wydawnictwo, z takim uporem przez tyle lat utrzymywane przez niedobitków pokonanego kierunku, najpierw w Berlinie, później w Paryżu, by wraz z resztką swych redaktorów i współpracowników umrzeć w New Yorku. Przedziwny upór i przedziwne wydawnictwo.

Ileż w nim było niespełnionych oczekiwań, błędnych przewidywań, nieuzasadnionych przez fakty sądów! Ale w całości ileż tam było słusznego, ile ocen trafnych, przewidywań przynajmniej w jakiejś mierze potwierdzonych przez rozwój wypadków historycznych! Jestem wielkim sceptykiem na punkcie proroctw czy przewidywania przyszłości. Ale uznaję, że mogą być wnikliwe analizy danej rzeczywistości, które – choćby nie były proroczymi – mogą trafnie dostrzec pewne tendencje rozwojowe, mogą uchwycić prawdopodobieństwo niebezpieczeństw wynikających z takiego czy innego oceniania rzeczywistości, z takich czy innych działań podejmowanych na tle takich czy innych ocen.

I ja, dla którego przyszłość tam przeczuwana czy przewidywana była już przeszłością, byłem wstrząśnięty trafnością uwag, ocen, przeczuć czy przewidywań tych, którzy zostali wyrzuceni na „śmietnik historii”. Przecież w najistotniejszych sprawach oni – pokonani, wzgardzeni – mieli słuszność, a nie ich tryumfujący przeciwnicy. Przecież w ogromnej ilości wypadków rozwój wydarzeń poszedł tak, jak przewidywali pokonani, a nie jak to widzieli zwycięzcy. I w tym świetle sprawa sukcesu i klęski zaczyna wyglądać inaczej.

Ale i dorobek pisarski zwycięzców bardzo mnie pociąga. Stale wracam do pism Lenina. A wśród nich broszura o rewolucji proletariackiej i renegacie Kautskym jest szczególnym przedmiotem mego zainteresowania. Jest to przecież dokument historyczny o nie byle jakim znaczeniu. W nim właśnie zawarte jest filozoficzne uzasadnienie ostatecznego rozłamu, który dawny socjalizm podzielił na dwa śmiertelnie wrogie obozy – komunistów i socjalnych demokratów. Na wielkich obszarach tego świata komunizm odniósł miażdżące zwycięstwo nad swym przeciwnikiem. Tam zaś, gdzie socjalna demokracja się utrzymuje i nawet od czasu do czasu dochodzi do władzy, jakże całym swym obliczem i postępowaniem zdaje się potwierdzać słuszność oskarżeń Lenina.

Ale czy naprawdę potwierdza? Czy Kautsky był renegatem, a Lenin prawdziwym prorokiem, nosicielem potwierdzonej przez historię charyzmy? Patrząc na to wszystko z perspektywy minionego pół wieku, można mieć poważne wątpliwości.

Lenin był niewątpliwie marksistą, choć zapewne sam Marks miałby co do tego poważne zastrzeżenia. Ale – jak wiadomo – sam Marks samego siebie nie uważał za marksistę (Je ne suis pas marxiste) i nie bez nieufności odnosił się do swych rosyjskich wyznawców.

Nie miał też wątpliwości i co do tego, by urzeczywistnienie się socjalizmu mogło się zacząć od Rosji, jednego z ekonomicznie i społecznie najbardziej uwstecznionych krajów Europy. Rewolucja rosyjska miała być tylko punktem wyjściowym dla światowej rewolucji proletariackiej, osiągającej swój szczyt w krajach najwyższego uprzemysłowienia i rozwoju kapitalizmu – czyli na Zachodzie. I Lenin – szczególnie we wcześniejszych swych pracach – wcale nie wyznaczał Rosji miejsca naczelnego w świecie urzeczywistniającego się socjalizmu. Rewolucja w Rosji miała być jedynie bodźcem, zapoczątkowaniem przemiany, do której – zdaniem Lenina – były już gotowe masy robotnicze przodujących narodów kapitalistycznych. I w tym Lenin godził się z Trockim.

Ale bardzo prędko przyszły tu rozczarowania. Jednym z nich były wyniki pochodu Tuchaczewskiego na Polskę. Wodzowie bolszewiccy byli przekonani, że polskie masy ludowe przyjmą z otwartymi ramionami niosącą im wyzwolenie Armię Czerwoną, że chwycą za broń w walce o socjalizm. W rzeczywistości chwyciły one za broń, ale przeciwko Armii Czerwonej. W masach robotniczych i chłopskich elementy komunistyczne okazały się bardzo słabe, bez porównania słabsze wśród robotników niż socjaliści (PPS wśród robotników polskich i Bund wśród żydowskich) i zupełnie bez znaczenia wśród chłopów.

Ale nie lepiej było i tam, dokąd Armia Czerwona dotrzeć już nie mogła. W czołowych krajach kapitalistycznych – w Niemczech, Anglii, Francji – były wśród robotników poruszenia rewolucyjne. Powstawały tam partie komunistyczne – najsilniejsza w Niemczech, najsłabsza w Anglii. Zjawiali się tam wybitni przywódcy, na miarę Róży Luxemburg, Karola Liebknechta czy Klary Zetkin. Ale olbrzymia większość robotników pozostała wierna tradycyjnym socjalnym demokratom, a lokalne ruchy rewolucyjne w rodzaju bawarskiego były bądź brutalnie stłumione przez siły skrajnie prawicowe, bądź okazywały się przejściowymi efemerydami. Jedynie w kraju tak słabo uprzemysłowionym jak Węgry doszło na czas krótki do powstania rządu komunistycznego, który znów okazał się tragiczną efemerydą.

Dla Lenina były to rzeczy nieoczekiwane, zaskakujące. Ale przewidywali je jego przeciwnicy z Kautskym na czele. Przewidywali je na samym początku Rewolucji Październikowej, jeszcze przed wynikami marszu na Warszawę. Lenin znalazł tu jednak odpowiedź prostą: wina była nie po stronie mas. Te były rewolucyjne, te były gotowe do podjęcia dzieła rozpoczętego przez ich rosyjskich towarzyszy. Wina była po stronie przywódców, którzy zdradzili rewolucję, zdradzili masy, stali się renegatami.

Bez względu na to kto kogo zdradził, kto był i kto nie był renegatem, zasadnicza koncepcja rewolucji rosyjskiej jako punktu wyjściowego dla rewolucji światowej zawiodła całkowicie. W czasach następnych musiała ona ulec gruntownej rewizji, choć pozornie nie odbiegającej od zasadniczej idei Lenina. Była to koncepcja budowania socjalizmu w jednym kraju. Kraj ten miał się stać przywódcą sił rewolucyjnych całego świata, wzorem dla nich, ich natchnieniem, warsztatem, gdzie wykuwała się ich przyszłość. Idee Lenina zostały jedynie przystosowane do perspektywy znacznie dłuższego czasu. Że w praktyce uległy one przy tym bardzo zasadniczej modyfikacji, było zupełnie inną sprawą.

I dziś, patrząc na te sprawy z perspektywy wiecznie weryfikującego idee czasu, musimy stwierdzić, że racja nie była po stronie Lenina, którego stulecie w roku 1970 jest tak wspaniale celebrowane. Racja była po stronie Kautsky’ego, po stronie Ottona Bauera, po stronie Maxa Adlera, po stronie Longueta, i po stronie Martowa i Abramowicza. Ci lepiej niż Lenin orientowali się w tendencjach owych czasów, trafniej je oceniali, lepiej przewidywali kierunki przyszłych tendencji. Nie zmieniło to jednak sytuacji, że dziś o nich tak mało się pamięta, że nikt ich rocznic nie święci. Im się nie powiodło. The Bitch-Goddess Success nimi wzgardziła.

V

Lenin doskonale znał Rosję, rozumiał ją, wyczuwał ją. I w tym przede wszystkim umiał się wyrazić jego geniusz polityczny. I dzięki temu mógł dojść do zwycięstwa. A doszedł do niego, gdyż ze swego rozumienia Rosji umiał wyciągać wnioski praktyczne i nie bał się tego.

Ale równocześnie Lenin wykazał uderzającą niezdolność rozumienia i odczuwania świata pozarosyjskiego. Nie znaczy to, by w tym świecie nie dostrzegał faktów i tendencji, rzeczywiście w nim zachodzących. Wykazał to choćby w swej pracy o rozwoju stosunków agrarnych w Stanach Zjednoczonych. Ale ostatecznie te fakty i tendencje nie były jego oryginalnym odkryciem, były niejednokrotnie dostrzegane i opisywane przez innych. Natomiast wnioski, jakie Lenin stąd wyciągnął, i jego dalsze przewidywania były nie tylko błędne, ale świadczące o nierozumieniu charakteru amerykańskich procesów. Lenin przeobrażenia amerykańskiej struktury agrarnej widział przez pryzmat przeobrażeń rosyjskiej struktury agrarnej. Tę znał i rozumiał.

Lenin szereg lat spędził poza Rosją, był politycznym emigrantem. Znał kilka języków obcych. Jako wybitny przywódca socjalistyczny był w szczęśliwej sytuacji emigranta politycznego, który bez trudu mógł nawiązywać bliskie kontakty z towarzyszami krajów swego pobytu. Poznał wielu zachodnioeuropejskich przywódców socjalistycznych, bywał na zjazdach i konferencjach międzynarodowych. To nie był – zdawałoby się – ów typowy emigrant polityczny, izolowany od otoczenia zewnętrznego, zamknięty w getcie, które sam sobie stworzył. Ale czy naprawdę nim nie był?

Emigracje polityczne w stopniu znacznie większym, niż zwykłe emigracje zarobkowe, istnieją jako grupy zamknięte, izolowane i izolujące się od szerszego otoczenia, w którym przebywają. Getto emigracji zarobkowej jest wynikiem barier językowych, potrzeby zachowania dawnych tradycji, dawnych obyczajów. Jest formą bronienia swej tożsamości przed naporem świata zewnętrznego, obcego i przez długi czas niezrozumiałego. W emigracji politycznej od tych momentów jeszcze ważniejsze jest poczucie swego posłannictwa wobec porzuconej ojczyzny, jest poczucie jej reprezentowania, jest przemożne związanie z przerwaną działalnością w ojczyźnie i wiara w szybkie wznowienie tej działalności po powrocie. Każda emigracja polityczna jest przez swych uczestników traktowana jako stan przejściowy, chwilowy, obliczony na krótką metę. Nie zmienia się to nawet w emigracjach bardzo długotrwałych, kiedy pokolenie młodych emigrantów stopniowo przetwarza się w pokolenie wymierających starców.

Emigrant polityczny może utrzymywać bliższe kontakty z ludźmi i grupami ideowo mu bliskimi w krajach osiedlenia. Monarchiści rosyjscy mieli liczne kontakty z konserwatystami zachodnioeuropejskimi i ze środowiskami arystokratycznymi. Rosyjscy Kadeci wyzyskiwali swe powiązania masońskie. Mienszewicy utrzymywali przyjazne stosunki z zachodnimi socjalistami. To im nieraz umożliwiało materialne przeżycie. Zasadniczo jednak byli grupami zamkniętymi, izolowanymi, żyjącymi treściami, wspomnieniami i nadziejami własnego światka. Obcując z emigrantami politycznymi z różnych krajów – by nie mówić o emigrantach polskich – byłem zawsze uderzony tym, jak słabo orientowali się oni w rzeczywistości krajów swego pobytu, jak obce były im zagadnienia i tendencje tych krajów. Najczęściej wykazywali nie tylko nieznajomość historii krajów osiedlenia, ale nieznajomość ich języków. Znałem emigrantów rosyjskich, którzy po dziesięcioleciach pobytu w Niemczech, Francji i Stanach Zjednoczonych nie opanowali nawet w stopniu elementarnym niemieckiego, francuskiego czy angielskiego. I nie zawsze byli to ludzie bardzo starzy. Co gorzej, na rzeczywistość krajów swego pobytu patrzeli przez pryzmat własnej ojczyzny, tej którą porzucili, nie biorąc pod uwagę zmian, jakie w niej zachodziły. Było w tym coś wysoce tragicznego i beznadziejnego.

W wypadku Lenina emigracja była rzeczywiście czymś przejściowym i stosunkowo krótkim. Ale była typową emigracją polityczną. Była miejscem, z którego można było patrzeć na Rosję, być z nią w najbliższym kontakcie. Była wygodnym punktem geograficznym, ułatwiającym podejmowanie akcji w samej Rosji. Co było dookoła, miało znaczenie podrzędne, jeżeli w ogóle miało jakieś znaczenie. Oczywiście Lenin żywo interesował się tym, co się działo w krajach, w których przebywał. Ale zainteresowania te były podporządkowane najważniejszemu, czy jedynie ważnemu: sprawie rewolucji rosyjskiej. I stąd Lenin świat pozarosyjski widział oczyma rosyjskiego rewolucjonisty, stąd fakty tam zachodzące mierzył miarą rosyjską. Tę miarę znał znakomicie, tylko dopasowywał ją do nieodpowiednich przedmiotów.

W czasach, kiedy Lenin był na emigracji, robotnik przodujących krajów kapitalistycznych zaczynał dopiero wchodzić na drogę, która go oddalała od proletariusza czasów Marksa i miała zaprowadzić do dzisiejszego welfare state ze wszystkimi tego konsekwencjami. Już wtedy mógł się był poszczycić poważnymi osiągnięciami natury ekonomicznej, społecznej i politycznej. Zdobycze te w głównej mierze zawdzięczał swemu zorganizowaniu się – politycznemu i zawodowemu. I o tym sam dobrze wiedział. Stał lojalnie w szeregach partii socjalistycznej i związków zawodowych. Nieobce mu były momenty ciężkich doświadczeń i porażek. Robotnik niemiecki miał w pamięci walkę z socjalizmem, jaką podjął Bismarck. Ale z trudnych doświadczeń socjalizm europejski wychodził zwycięsko, zapewniając klasie robotniczej dalsze osiągnięcia. I ostatecznie nawet w Niemczech polityka antysocjalistyczna była w porównaniu z carską Rosją dziecinną igraszką.

Oczywiście socjalizm zachodnioeuropejski nadal posługiwał się frazeologią rewolucyjną. „Manifest komunistyczny” był tu stale księgą świętą, zawierającą wyznanie wiary. Potępiane były odstępstwa prawicowe w rodzaju rewizjonizmu czy reformizmu. Przywódcy socjalistyczni mogli w czasie obchodów pierwszomajowych mówić o nadchodzącej rewolucji proletariackiej, ale w praktyce życia codziennego byli pochłonięci taktyką parlamentarną frakcji socjalistycznych. Jaurès czy Bebel byli zarówno przywódcami mas robotniczych skupionych w ich partiach, jak i wielkimi osobistościami parlamentarnymi w skali ogólnonarodowej i wielkimi mistrzami gry politycznej, prowadzonej na terenie ciał przedstawicielskich. Na marginesie warto jest przypomnieć, że Jaurès jako historyk – a był on autorem poważnych prac historycznych – odnosił się bardzo krytycznie do materializmu historycznego i w tym nie mógł być uważany za marksistę. Ludzie ci umieli być bardzo gwałtowni w swej retoryce, ale w swej działalności praktycznej wykazywali znaczną ostrożność.

Czy byli renegatami, czy byli zdrajcami klasy robotniczej? W rzeczywistości ich umiarkowanie było pochodną umiarkowania tych mas. A w tych rewolucyjny élan był coraz słabszy, coraz bardziej sprowadzał się do parad pierwszomajowych. Wielu przywódców europejskiego socjalizmu w swych osobistych przekonaniach wykazywało znacznie większy stopień radykalizmu, niż masy partyjne. I stąd rozważniejsi z nich ten swój osobisty radykalizm musieli poważnie moderować. Wybuch pierwszej wojny światowej spowodował rozłam w socjalizmie niemieckim. Ale ogromna większość partii poszła za Scheidemannem. Na początku wojny tylko Liebknecht i w pewnej mierze Ledebour zajęli stanowisko wyraźnie antywojenne. Dopiero nieco później powstała Niezależna Partia Socjalistyczna, która w swej opozycji do wojny była daleka od rewolucyjności i starała się utrzymać w ramach akcji parlamentarnej.

Nie inaczej było i w innych krajach rozwiniętego kapitalizmu. Jaurès był zamordowany przed wybuchem wojny. Jak by się zachował w czasie wojny – na to odpowiedzi dać nie potrafimy. Ale wiemy, jak zachowała się olbrzymia większość socjalistów francuskich, włoskich, austriackich czy angielskich. Było to oczywistym następstwem postaw szerokich mas robotniczych. Te były ogarnięte uczuciami patriotycznymi. Ci proletariusze mieli już swoje ojczyzny, przestawali być w nich pariasami, zaczynali odczuwać, że zajmują w nich jakieś miejsce, że coś w nich osiągnęli i że tego czegoś nie chcą stracić.

Koniec wojny przyniósł wszędzie poruszenia rewolucyjne. W gruncie rzeczy wojnę tę wszyscy przegrali. I pokonani, i zwycięzcy. Upust krwi był straszliwy, zniszczenia kolosalne. I czy wojna ta w ogóle miała jakiś sens? Największymi w niej ofiarami były masy pracujące. A równocześnie w Rosji wybuchła rewolucja, rewolucja zwycięska, rewolucja niosąca takie obietnice.

Socjalizm światowy przeszedł przez rozłam, który okazał się trwały. Wytworzyły się partie komunistyczne, rywalizujące z tradycyjną socjalną demokracją. Dochodziło do wystąpień zbrojnych, do okupowania fabryk, do powstawania lokalnych rządów rewolucyjnych. W ostatecznym wyniku profitantami byli faszyści. A trzeba jasno powiedzieć, iż jest legendą, by w faszyzmie robotników nie było. Anton Drexler był robotnikiem. Jakaś część robotników włoskich poparła Mussoliniego (on sam jeszcze nie tak dawno był przywódcą socjalistycznym!), opór robotników niemieckich wobec hitleryzmu był słaby i Hitler potrafił pociągnąć za sobą jakieś elementy bezspornie robotnicze. Jakkolwiek rzeczy te się oceni, były one jednak niezaprzeczalnymi faktami.

Już wtedy robotnicy europejscy przestawali być tą siłą rewolucyjną, jaką byli w oczach Marksa. A za jego czasów niewątpliwie nią byli. Tylko że od epoki „Manifestu Komunistycznego” i „Kapitału” jakieś zmiany zdążyły zajść. I z tego zaczynali sobie zdawać sprawę ówcześni przywódcy socjalistyczni, i to było zasadniczą – choć nie jedyną – racją ich pozycji wobec komunizmu. Ale zmiany te uszły uwagi Lenina. Albowiem w Rosji sytuacja wyglądała inaczej.

VI

Rosja roku 1914 była uważana za jeden z najbardziej uwstecznionych krajów Europy. Reformy roku 1905 nie dokonały zasadniczych przemian w jej ustroju państwowym, który nadal był anachronizmem i nadal był gruntownie skorumpowany. Prawną podstawą jej organizacji społecznej był nadal system stanowy. Jej kontrasty społeczno-gospodarcze były uderzające. Stopa życiowa jej ludności bardzo niska. Poziom jej uprzemysłowienia, choć wyraźnie postępującego, był nadal daleko w tyle za poziomem narodów Zachodu. Jej wieś była prymitywna, technika gospodarowania żałosna. Odsetek analfabetów wśród ludności był jednym z najwyższych w Europie. W polityce wewnętrznej jej system rządzenia prowadził politykę rusyfikatorską, skierowaną przeciwko grupom nierosyjskim, stanowiącym przecież większość zaludnienia olbrzymiego kraju. Wojna z Japonią zademonstrowała jej słabość militarną, wynikającą z anachronizmu jej urządzeń, prymitywizmu kulturalnego i słabości gospodarczej.

Nie z samych jednak czarnych plam składał się obraz ówczesnej Rosji. Jej twórczość literacka była wspaniała, jedna z największych na świecie. Rosja wydała całą plejadę wielkich artystów, szczególnie w dziedzinie muzyki i teatru. Ten kraj powszechnego analfabetyzmu mógł się poszczycić intelektualistami najwyższej klasy, wielkimi uczonymi i myślicielami. Były to plamy jasne, tym mocniej odbijające od czarnego tła.

A i pod względem uprzemysłowienia Rosja nie była tak zacofana, jak się to zwykło przedstawiać. Choć w porównaniu z Zachodem nieliczne, powstawały tu ośrodki industrializacji, wielkie kompleksy przemysłowe, mogące być porównywane z zachodnimi. I była w Rosji klasa robotnicza.

Oczywiście nie można jej było porównywać z klasą robotniczą narodów Zachodu. W stosunku do zaludnienia olbrzymiego kraju była nieliczna. Nieznane jej były te osiągnięcia organizacyjne, jakie dały siłę i pozycję robotnikom Zachodu. Ale nawet w carskich Dumach zasiadali posłowie socjalistyczni, reprezentujący robotników.

Historiografia komunistyczna przedstawia mienszewików jako garść przywódców, którzy nie mieli rzeczywistych związków z masami robotniczymi i przez te masy odrzuconych. Nie ma to jednak oparcia w faktach. Mienszewicy mieli bazę masową i to bardzo interesującą. Przede wszystkim mieli oni silne oparcie w pewnych grupach etnicznych, gdzie hasła socjalistyczne splotły się w całość z aspiracjami narodowymi. Tak było szczególnie z Gruzinami, gdzie mienszewizm przez czas pewien był bez mała stronnictwem ogólnonarodowym. Wśród przywódców mienszewickich Gruzini odgrywali poważną rolę (Czcheidze, Cereteli itd.). Ale bodaj jeszcze większą rolę w kierownictwie mienszewików odgrywali Żydzi. Na terenie Rosji żydowski Bund był jednym z najważniejszych składników partii mienszewickiej. Wbrew popularnym legendom antysemickim, kierownictwa stronnictw lewicowych nie-bolszewickich (włączając w to kadetów) były znacznie bardziej „zażydzone” niż kierownictwo bolszewickie. Odnosi się to w szczególności do mienszewików, choć Żydów nie brakło i wśród przywódców eserowskich i kadeckich.

Ale mienszewicy mieli poważną bazę masową i wśród robotników czysto rosyjskich. O obliczu tych robotników napisano już bardzo dużo i w tej dziedzinie zebrano sporo cennych materiałów. Otóż byli to robotnicy swym obliczem społecznym i charakterem zawodowym najbardziej zbliżeni do robotników Zachodu. Po stronie mienszewików stała „arystokracja robotnicza”, robotnicy wyspecjalizowani i najlepiej zarabiający. W wielkich zakładach przemysłowych, swym typem produkcji i organizacją odpowiadających analogicznym zakładom Zachodu, wpływy mienszewickie były bardzo silne. Jeżeli mienszewicy w całej swej filozofii i taktyce wykazywali pokrewieństwo z zachodnimi socjalnymi demokracjami, to wynikało to nie tylko z osobistych przekonań, ale i z bazy społecznej, na której się opierali. Baza ta miała bardzo wiele wspólnego z bazą zachodnich partii socjalno-demokratycznych.

Lenin i bolszewicy zwycięstwo zawdzięczali zrewoltowanym masom żołnierskim, ofiarom przegranej wojny. Społeczną podstawą tych mas była wieś chłopska. Ta domagała się ziemi i pokoju. Bolszewicy zwycięstwo swe zawdzięczali dalej tym robotnikom, którzy z racji swego oblicza społecznego, funkcji gospodarczych i przygotowania zawodowego byli znacznie bliżsi robotnikom czasów Marksa niż początków wieku XX na Zachodzie. Od tej strony widziana rewolucja bolszewicka była bardziej rewolucją proletariatu w sensie tradycyjnym, niż rewolucją robotniczą w sensie nowych czasów. W rezultacie – wbrew przewidywaniom Marksa – siły historycznie najbardziej powołane do tworzenia socjalizmu były przeciwko bolszewikom, którzy swój tryumf zawdzięczali siłom do socjalizmu najmniej przygotowanym.

Lenin z tego zdawał sobie sprawę. Ale też – stale to trzeba podkreślać – widział on w rewolucji rosyjskiej tylko punkt wyjściowy dla rewolucji światowej. Następcy Lenina, późniejsi zawodowi komentatorzy, włożyli największy wysiłek w wykazanie, że nie było sprzeczności między Leninem i Marksem. Trzeba było wykazać, że rewolucja socjalistyczna i budowanie socjalizmu było możliwe w kraju uwstecznionym i że właśnie dzięki rewolucji kraj taki może w pełni rozwinąć swe możliwości produkcyjne, dogonić i przegonić kraje kapitalistyczne i stworzyć nowy, doskonały ustrój sprawiedliwości społecznej. I że w ten sposób może stać się wzorem dla krajów kapitalistycznych.

Na tym założeniu oparła się cała teoria i praktyka Związku Sowieckiego. I stąd płynął zasadniczy rozłam między krajami, uważającymi się za socjalistyczne, i krajami tzw. kapitalistycznymi. I rozłam między komunizmem i socjalną demokracją. W historię tego rozłamu, w analizę zmian zachodzących po obu stronach, wchodzić tu nie będziemy.

Jest jednak godne podkreślenia, że – pomijając Czechosłowację – komunizm okazał się zwycięski w krajach, które według Marksa najmniej były przygotowane do przyjęcia socjalizmu. I że były to zwycięstwa jakże dalekie od przewidywań „Manifestu Komunistycznego”! W ogromnej większości wypadków były one wynikiem okupacji wojskowych, w których okupanci narzucali zajętym przez siebie krajom określony ustrój polityczny i gospodarczy. Wyjątkiem są tu Chiny, w których – podobnie jak w Rosji – komunizm doszedł do władzy w wyniku wojny domowej i w których – znów jak w Rosji – podstawą były masy chłopskie. Niestety nie możemy przewidzieć, jak by Marks i Engels zareagowali na fakt zwycięstwa socjalizmu w Albanii czy w Mongolii. Zapewne byliby bardzo zdziwieni. Z pism ich zgoła nie wynika, by prawdopodobieństwo czegoś podobnego brali pod uwagę.

Podejmowane są nieraz dyskusje, czy rozwój potęgi, jaką dziś wykazuje Związek Sowiecki, nie nastąpiłby i bez Rewolucji Październikowej. Zwraca się uwagę na tempo i rozmiary rozwoju gospodarczego Rosji przedrewolucyjnej, na katastrofalne zahamowania okresów późniejszych, zahamowania spowodowane przez niezliczone „błędy i wypaczenia”. Są to dyskusje zupełnie jałowe – jak wszelkie dyskusje na temat „co by było, gdyby było”. Faktem jest, że Sowiety, świętujące stulecie Lenina, są jednym z dwóch super-mocarstw, że mogą się wykazać imponującymi osiągnięciami. Czy we wszystkich dziedzinach? To jest wielkim pytaniem. Bo ostatecznie postulat „socjalizmu o ludzkim obliczu” nie jest niczym innym jak nawrotem do starych idei socjalno-demokratycznych, tak bez powodzenia głoszonych przez tych, którzy zostali wyrzuceni na „śmietnik historii”. I nawrotem do tych idei są hasła rewizjonizmu i różne mniej lub więcej udolne próby reformowania rzeczywistości świata komunistycznego. I to stawia pod znakiem zapytania wielkość dzieła Lenina i jego wyznawców. I rehabilituje pokonanych.

VII

Rozpatrując analizy, obserwacje i przewidywania Lenina i konfrontując je ze znanymi nam późniejszymi faktami historycznymi, możemy ułożyć długą listę sytuacji świadczących o błędności jego myśli. Przytoczone dotąd przykłady fałszywych jego ocen mogą być wielokrotnie pomnożone. Ale na ten temat krytycy Lenina i komunizmu powiedzieli już bardzo dużo, chyba wszystko, co było do powiedzenia.

Cały szereg najbardziej zasadniczych błędnych ocen i przewidywań Lenina był od razu dostrzeżony przez jego śmiertelnych wrogów – mienszewików i zachodnich socjalnych demokratów. Inne ujawnił najwyższy sędzia wszelkich teorii – nieubłagany czas. Można nawet powątpiewać, czy Lenin – gdyby zbudził się w swym mauzoleum na Placu Czerwonym – zaafirmowałby dzisiejszy komunizm i dzisiejszy Związek Sowiecki jako właściwe wcielenie w życie jego myśli i oczekiwań.

Popełnianie błędów nikogo nie dyskwalifikuje. Raczej z największą podejrzliwością należałoby patrzeć na nie błądzących – jeżeli tacy w ogóle istnieją. Życie w świecie ludzi nie popełniających błędów byłoby zaiste czymś przerażającym. Najwięksi geniusze popełniali błędy, choć były to błędy genialne. Patrząc z perspektywy dziejów na systemy filozoficzne Platona czy Arystotelesa, dostrzegamy w nich nagromadzenie błędów. W niczym to jednak nie pomniejsza wielkości Platona czy Arystotelesa. Albowiem były to błędy płodne. Błąd może być bodźcem i punktem wyjściowym dla szukania i znajdowania prawdy. Cały rozwój dziejów człowieka może być widziany jako niekończące się pasmo błędów.

I rzecz nie jest w tym, że Lenin robił błędy, że ogromna ilość jego ocen i przewidywań została zakwestionowana przez historię. Ani nawet w tym, że wielka ilość błędów Lenina była bardzo wcześnie dostrzeżona przez jego przeciwników, że w ogromnej ilości wypadków słuszność była po ich stronie, a nie jego.

Rzecz jest w tym, że w roku 1970 było wspaniale świętowane stulecie urodzin Iljicza i że przeciwnicy jego zostali wyrzuceni na „śmietnik historii”. Rzecz jest w sukcesie i w jego braku. Lenin – choć słuszność jego koncepcji może być tak zasadniczo zakwestionowana – zwyciężył; przeciwnicy jego – choć tyle mieli racji w swej krytyce – przegrali. I tu wracamy do zasadniczego punktu tych rozmyślań.

Piszący nekrologi Kierenskiego wysuwali na czoło fakt jego niepowodzenia, przypisując je błędom przez niego popełnionym. Błędy te – choć niezbyt precyzowane – sprowadzały się do rzeczy zasadniczej, że Kierenskij był człowiekiem słabym, pełnym wahań, niezdolnym do podejmowania decyzji śmiałych i stanowczych. Pod tym wszystkim kryje się myśl podstawowa: Kierenskij nie potrafił zrobić tego, co potrafił zrobić Lenin. W rzeczywistości zwycięstwo Lenina nie było wynikiem słuszności jego filozofii. Ta nie była słuszna, szczególnie w zakresie analizy rzeczywistości pozarosyjskiej. Ale Lenin znakomicie wyczuwając rzeczywistość rosyjską nie zawahał się wyciągnąć wniosków praktycznych, które dały mu zwycięstwo.

Lenin nie był jedynym, rozumiejącym fakt zasadniczy, że Rosja wojnę przegrała, że armia jej była w stanie rozkładu, że w masach rosyjskich załamała się wola walki, że masy te były rozgoryczone, buntujące się. Wiedział to i Kierenskij, i eserzy, i mienszewicy, i kadeci. Wiedziało to wielu monarchistów. W tych warunkach każdy, kto by rzucił hasło zaprzestania walki i dania ziemi masom chłopskim, mógłby był osiągnąć sukces. Na przeszkodzie stały skrupuły moralne i świadomość szalonego ryzyka wyciągania takich wniosków praktycznych. Lenin takich skrupułów nic miał i dlatego wygrał.

Hasło wsia włast’ sowietam nie było programem politycznym. Lenin mógł je traktować poważnie jako program, w czym znów popełniał jedną ze swych wielkich pomyłek. Dziś wiemy doskonale, jak dalece dalszy rozwój historii sowieckiej radykalnie odszedł od tej idei leninowskiej. Ale dla ówczesnych mas rosyjskich, dla buntujących się żołnierzy rozgromionych armii, dla głodującego proletariatu robotniczego i chłopskiego, dla wielu radykalnych inteligentów, hasło to było symbolem dla ich uczuć, dla ich goryczy i dla ich aspiracji. Sprowadzało się ono do rzeczy bardzo prostych i dalekich od kunsztownej filozofii „Gosudarstwa i Rewolucji”: zaprzestania katastrofalnej wojny, przepędzenia tych, którzy do niej doprowadzili i ją przegrali, dania ziemi, poprawy warunków życiowych, otrzymania swobód, bardzo zresztą mętnie rozumianych. Jako symbol, jako szeroka formuła racjonalizująca panujące nastroje, hasło to było znacznie prostsze, bardziej emocjonujące niż skomplikowane, przeintelektualizowane koncepcje mienszewików, eserów czy kadetów. Te mówiły o demokracji w kraju, w którym nie istniały nawet ślady tradycji demokratycznych, mówiły o systemie przedstawicielskim w kraju, w którym od niedawna dopiero istniała parodia takiego przedstawicielstwa w postaci Dumy. Na nieco starsze tradycje „ziemstw” nie można się tu powoływać. I żadna z tych grup – nawet antywojennie usposobieni mienszewicy – nie mogła przyjąć prostej prawdy, że pobita Rosja przestała być w obozie koalicyjnym czynnikiem o jakimś znaczeniu.

Geniusz Lenina nie polegał na wielkości czy prawdziwości jego zasadniczych koncepcji teoretycznych. Polegał on na rozumieniu ówczesnej rzeczywistości rosyjskiej i na śmiałości podejmowania i wprowadzania w czyn decyzji, które w danych warunkach i w danym kraju mogły były zapewnić powodzenie. Bardzo jest możliwe, że takie powodzenie osiągnąłby każdy z oponentów Lenina, który by się zdobył na jego decyzje. Ale on jedyny na nie się zdobył. I choć robił błędy, umiał wyzyskiwać błędy swoich przeciwników. A to najżyczliwiej usposabia The Bitch-Goddess Success i sprowadza jej błogosławieństwo.

VIII
Zdefiniowanie sytuacji życiowych ocenianych jako sukces i sytuacji życiowych uznawanych za niepowodzenie, nie wydaje się czymś trudnym i wymagającym głębszego zastanowienia. W każdym wypadku zakładamy sobie jakiś cel, oceniany przez nas jako wysoce pożądany, i staramy się go osiągnąć poprzez szereg takich czy innych działań, opartych na naszych ocenach i przewidywaniach. Jeżeli cel osiągamy, mówimy o powodzeniu. W wypadku przeciwnym – o niepowodzeniu. Rozmaitość celów, jakie sobie zakładamy i staramy się osiągnąć, jest nieskończona. Mogą to być rzeczy o wielkim znaczeniu dla nas i dla innych, i mogą to być rzeczy trywialne, bardzo osobiste, składające się na szczegóły naszego życia codziennego. Droga życiowa każdego z nas wypełniona jest przez większe i mniejsze cele, które staramy się osiągnąć, i tym samym przez powodzenia i niepowodzenia.

Często są to powodzenia częściowe i częściowe niepowodzenia. Wiemy też dobrze, że wyniki, o które zabiegamy, nie zawsze i niekoniecznie są następstwami trafności naszych sądów, wyboru właściwych środków działania, naszego charakteru czy uzdolnień. Decydujące znaczenie mogą tu mieć okoliczności od nas niezależne. Od początku swych dziejów człowiek starał się pozyskać dla swych celów życzliwość sił wyższych. Składał im ofiary, zabiegał o ich przychylność przez modlitwy i rytuały. I jakże często bez powodzenia! Pierścień Polikratesa mówi o zazdrości i stąd nieżyczliwości bogów wobec tych, którym powodziło się zbyt dobrze. Brak powodzeń był też tłumaczony bardziej racjonalnie przez warunki społeczne, przez krzywdy i niesprawiedliwości wynikające z wad naszych form współżycia i z właściwości ludzkich w ogóle. Że ludzie nie są aniołami, że miłość bliźniego nie jest regułą powszechnie stosowaną – o tym mówi cała historia człowieka. Cierpienia, poniżenie, nienawiść, pogarda, zazdrość – wszystko to jest właściwością rodzaju ludzkiego. I wszystko to jest związane z powodzeniem jednych i niepowodzeniem drugich.

Powodzenie i niepowodzenie były też stale odczuwane jako coś zagadkowego, nie dającego się sprowadzić do prostych formuł. W takiej czy w innej mierze znajdowało to dla siebie wyraz w całej duchowej twórczości człowieka – w religii, w literaturze, w sztuce, w filozofii. Cierpienia człowieka, jego porażki i klęski są zasadniczym motywem wielkich pisarzy i wielkich literatur, wielkich muzyków, rzeźbiarzy czy malarzy.

I stale wracała myśl o tym, jak złudne mogą być powodzenia i niepowodzenia. Oczywiście jedno i drugie ma swoje mierniki obiektywne. Nie ulega wątpliwości, że P. J. Morgan był pobłogosławiony przez Bitch-Goddess Success. I że pobłogosławiła ona Leninowi, czego wyrazem są uroczystości jego stulecia. I że odmówiła swego błogosławieństwa niezliczonym zastępom nędzarzy, zastępom różnych Kierenskich ze wszelkich dziedzin życia ludzkiego i ludzkiej działalności. I że najczęściej wybraństwo bogini spotykało się z uznaniem społecznym. Albowiem nie tylko w purytanizmie powodzenie jest widomym dowodem posiadania i charyzmy. Purytanizm dał tu tylko jakąś postać racjonalizacji wierzeniom tak starym jak rodzaj ludzki.

A jednak rodzaj ten najwięcej zawdzięcza tym, którym się nic powiodło. I jak często mylił się w ocenianiu dobrodziejstw nierządnej bogini! Defeat may be victory in disguise – pisał Longfellow.

Albowiem dla pełnego ocenienia powodzeń i niepowodzeń potrzebny jest czas, nieraz bardzo długi, a w każdym razie wystarczająco długi, by następstwa działań uznawanych za uwieńczone powodzeniem lub odrzuconych jako niepowodzenie, mogły ujawnić się w sposób oczywisty. Tylko historia zdolna jest przeprowadzić weryfikację błogosławieństw nierządnej bogini. A i historia wcale nie jest sędzią nieomylnym. Ale jest sędzią jedynym.

Ileż to razy dramatycznie zakwestionowała ona powodzenia jednych i niepowodzenia drugich. Ilu bohaterów, heroizowanych za życia czy wkrótce po śmierci, zostało z czasem odartych z wielkości. Ilu uległo zapomnieniu. Ilu pisarzy głośnych, podziwianych, zostało z czasem uznanych za miernoty i odrzuconych. I ilu artystów, myślicieli, polityków, odkrywców.

Twórcy współczesnego przemysłu byli zazwyczaj (i tu zdarzały się wyjątki) ludźmi wielkich sukcesów. Osobiście zdobywali fortuny i rozgłos, następstwami swej działalności gruntownie przeobrazili oblicze naszego świata. A dziś coraz bardziej zaczynamy się niepokoić, że owocem ich osiągnięć może być całkowite zniszczenie życia na tej dziwnej i szaleńczej planecie, którą nazywamy Ziemią.

A wśród tych, którym się nie powiodło, iluż jest takich, którym zawdzięczamy najwięcej. W kulturze polskiej klasycznym przykładem był Cyprian Kamil Norwid. Całe jego życie było pasmem ciągłych niepowodzeń. Był odrzucony jako poeta, żył w nędzy, umarł w przytułku paryskim. Musiało upłynąć niemało czasu, zanim została mu przyznana wielkość. Jemu osobiście to już nie pomogło.

Takich przykładów można przytoczyć niezliczone ilości we wszystkich narodach, epokach i dziedzinach. Mozart za życia cieszył się pewnym uznaniem. Ale żył w biedzie, umarł w nędzy. Był pochowany we wspólnej mogile, gdzie grzebano nędzarzy. Cała życiowa działalność Leonarda da Vinci była pod znakiem stałych niepowodzeń. Doznawał zawodów nawet w tym, w czym zdobywał uznanie – w sztuce. Dzieł swoich nie kończył, posługiwał się innowacjami, które zawodziły. Galileusz umarł w więzieniu. Wielcy impresjoniści francuscy byli wyśmiewani i żyli w biedzie. Cezanne uważał się za szczęśliwego, gdy za największe jego arcydzieła płacono mu sto franków. Dwieście lat musiało upłynąć, zanim Benedetto Croce „odkrył” zupełnie zapomnianego profesorzynę neapolitańskiego nazwiskiem Gianbattista Vico. I tak dalej, i tak dalej, bez końca.

Dziwnie w swych błogosławieństwach kapryśna jest owa Bitch-Goddess Success. I wyroki jej stale są sprawdzane przez czas, przez historię, która odsłania rzeczy niedostrzegane wtedy, gdy jedni byli darzeni powodzeniem, a drudzy – klęską.

Odczuwam stale zakłopotanie, gdy ferowane są wyroki o wielkości i małości moich współczesnych. Sądzę, że z wydawaniem ich byłoby bezpieczniej poczekać jeszcze jakieś lat pięćdziesiąt, albo sto, albo i więcej. I tak to odczuwam, gdy mnie samemu czasem przypada wydawać takie wyroki. Czy przyszłość wykaże ich słuszność A jednak wyroki takie wydawać musimy, bo bez nich całe nasze współżycie ludzkie byłoby niemożliwe, bo bez nich działać byśmy nie mogli. Treścią naszej kultury, podstawą naszej zbiorowości są nasze sądy, oceny innych i samych siebie, oceny naszych działań i przewidywania na tym oparte. The Bitch-Goddess Success jest motorem naszego życia zbiorowego. Idee Powodzenia i Niepowodzenia są nierozdzielnie splecione z całym naszym istnieniem. To przyjąć musimy. Ale też musimy pamiętać, że sąd ostateczny będzie wydany nie przez nas, ale przez czasy które dopiero przyjdą; że o powodzeniu i niepowodzeniu niekoniecznie decyduje trafność naszych rozeznań, obiektywna słuszność tego, w co wierzymy i co głosimy. Nasza ostrożność w tych sprawach byłaby szczególnie wskazana. Ale czy potrafimy się na nią zdobyć

Takie myśli nasuwają mi się w roku, w którym tryumfalnie obchodzone jest stulecie urodzin Lenina, utwierdzane jest jego powodzenie osobiste i powodzenie jego dzieła. I w roku, w którym umarł ostatni z jego niegdyś głośnych i na krótko uwielbianych, a dziś zapomnianych przeciwników – Aleksander Kierenskij.

Głos ostateczny należy do historii. Ale zaczyna już być dosłyszalny. I w tym świetle powodzenie Lenina i jego dzieła wydaje się coraz bardziej wątpliwe. Tak przynajmniej mnie się wydaje. I w tym nie jestem odosobniony. Sądzę, że ostateczny werdykt, którego ja sam już nie doczekam, będzie bardzo różny od tej urzędowej retoryki, jaką władcy krajów komunistycznych karmią dziś miliony swych poddanych. I może wtedy przypomniani zostaną ci, którzy byli wyrzuceni na „śmietnik historii”.

Aleksander Hertz


Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Kultura”nr 1-2(280-281)/1971.

 

Aleksander Hertz (1895-1983) – wybitny polski socjolog pochodzenia żydowskiego, specjalista w dziedzinie socjologii polityki i teatru, autor wielu rozpraw naukowych, m.in. „Militaryzacja stronnictwa politycznego”, „Zagadnienia socjologii teatru”, „Amerykańskie stronnictwa polityczne”, „Żydzi w kulturze polskiej”, „The Rise of Peasant Democracy”, „The Case of an Eastern European Intelligentsia”. Przed wojną sympatyk, a później członek PPS. Od roku 1939 na emigracji w USA, związany ze Związkiem Socjalistów Polskich, inicjator utworzenia ugrupowania-lobby o nazwie American Friends od Polish Democracy, jeden z twórców i redaktorów biuletynu prasowego „Poland Fights”, członek-zalożyciel lewicowej struktury Polish Labour Group, blisko związanej z PPS-em (traktowana jako nowojorskie koło PPS), publicysta nowojorskiego „Robotnika Polskiego”. W roku 1943 wszedł w skład grupy, która opowiedziała się za współpracą z ZSRR, w związku z czym Komitet Zagraniczny PPS pozbawił go członkostwa w partii. W obliczu zakończenia II wojny światowej poparł nowy system polityczny, licząc, że mimo dominacji komunistów uda się zachować wpływy i możliwość działania „odrodzonej” PPS i ludowców. W miarę rozwoju wydarzeń stracił złudzenia, do końca życia nie powrócił z emigracji, wielokrotnie formułował krytyczne opinie o PRL i systemie sowieckim.

↑ Wróć na górę