Franciszek Gumorski

Mały proletariusz

[1923]

W nocy Wilhelm się obudził. Słyszał, jak ojciec i matka rozmawiali z sobą.

– Która godzina?

– Niestety już pół do trzeciej.

– Czy tak długo zgromadzenie trwało?

– Nie, ale po zgromadzeniu mieliśmy posiedzenie komitetu strajkowego. Późnym wieczorem przybył znowu nowy transport łamistrajków. Sami holenderscy murarze, którym zaręczano, że tu nie ma żadnego strajku. Wydrukowaliśmy więc jeszcze małą odezwę, którą raniutko, już o piątej, potrzeba rozrzucić. Zbudź mnie więc na czas.

– Już o piątej? Biedaku, toż ja się ciebie nie dobudzę.

– To nic nie pomoże! Ja muszę pójść! Ja podjąłem się dozorowania przed naszą budową. Holendrzy nie mogą nawet zacząć. Jeżeli jeszcze ta sztuczka majstrom się nie uda, wtedy strajk zakończy się wnet, a my przeprowadzimy wszystkie nasze żądania.

– Ale jakże ty zaczniesz z tymi ludźmi?

– Tego jeszcze nie wiem. Byłoby najlepiej, abym już przedtem mógł dostać się na budowę i wszędzie na niej porozrzucać i poprzylepiać odezwy.

– No, w takim razie zaśnij tylko prędko, śpij tylko trochę prędzej.

Wilhelm słyszał jeszcze, jak matka ucałowała ojca, który zmęczonym głosem rzekł: „Śpij dobrze, Mario”.

Potem cicho się zrobiło w małej izdebce.

Lecz Wilhelm nie mógł tak prędko zasnąć. Po jego głowie przelatywały myśli, jak spłoszone ptaki. Jakże gniewał się w czasie tych długich tygodni strajku, jeżeli przybyła znowu nowa gromada łamistrajków! A jak cieszył się za każdym razem, gdy ojciec opowiadał, że udało się łamistrajków namówić do powrotu!

Ojciec Wilhelma był członkiem komitetu strajkowego, a jako silnego i mądrego człowieka wysyłała go chętnie jego organizacja na najtrudniejsze stanowiska. Lecz dotąd nie miał jeszcze nigdy zatargu z policjantami. Spokojnie i z humorem umiał im uchodzić z drogi. Ale gdzie było potrzeba, umiał także być energicznym. Wilhelm często słyszał, że murarze dużo na jego ojca rachowali i był dumnym z tego.

Teraz znowu miał biedny ojciec być już o piątej przed budową!

Budowa była oddaloną od mieszkania o kwadrans drogi. Wilhelm znał ją dość dobrze. Był to wielki narożny dom, prawie ukończony. Gdy szedł do szkoły i gdy wracał do domu, Wilhelm przechodził koło niej. Dawniej, przed strejkiem, widział swego ojca, jak stał tam w górze, w bluzie pobryzganej wapnem, w starym kapeluszu na głowie, spod którego wyglądała wesoło rumiana jego twarz, kiedy Wilhelm pozdrawiał ojca znanym gwizdnięciem.

Od czasu strajku była budowa pustą. Niedokończone okna smutnie patrzyły na ulicę; stosy cegieł zwaliły się przy bramie, wapno w beczkach wyschło i stwardniało, a drabiny dzieci podczas zabawy, gdy dozorca nie widział, powywracały lub poprzenosiły na inne miejsce. Gdy teraz Wilhelm przechodził koło budowy, czuł zawsze, jak serce mu się ściska. Jakże chętnie widziałby znowu swego ojca, pracującego tam w górze! Wtedy i głód nie byłby tak złym kucharzem jak teraz.

I znowu przyjechali nowi łamistrajki.

I strejk przez to na nowo się przeciągnie.

Gdyby on tak mógł w czymś pomóc!

Począł słuchać. Ojciec spał spokojnie, oddychając głęboko. Zegar wybił trzecią. Za godzinę musiał biedny ojciec wyjść, jeżeli chciał na czas poprzylepiać na budowie odezwy.

Czy też ojciec przyniósł odezwy? Wilhelm wstał cicho i na palcach przeszedł do izby mieszkalnej. Przez okno wpadało już światło budzącego się dnia i przyglądało się cicho pracy matki, przy której matka siedziała późno w noc. Musiała ona teraz szyć pilniej jeszcze niż przedtem, ponieważ zapomoga strajkowa daleko była mniejsza od zarobku ojca.

Na stołku leżała paczka. Wilhelm nigdy takich rzeczy nie ruszał, gdyż mu ojciec zakazał. Lecz teraz rozwinął papier. Rzeczywiście były to odezwy. Pod stołkiem zaś stał garnek z klejem i pędzlem.

Wilhelm wiedział teraz, co ma robić. Nieraz już wychodził z ojcem, gdy trzeba było rozrzucać lub przylepiać odezwy. Z najbliższą Wielkanocą przestanie chodzić do szkoły, a wtedy sam wstąpi do Stowarzyszenia.

Ubrał się prędko. Za kwadrans wysunął się z domu z paczką schowaną pod kamizelką i z garnkiem z klejem.

Ulice były puste. Tylko ptaki poczynały już ćwierkać i koguty głośnym „kukuryku” wołały sobie „Dzień dobry”.

Na widok hełmu policjanta skręcał Wilhelm w boczną ulicę. Za dziesięć minut był już przy budowie. Znał w niej wszystkie wejścia, jak również dziury, przez które wślizgiwali się chłopcy, gdy chcieli bawić się na budowie.

Cicho tu i tam przesuwał się po budowie. Na wszystkich schodach, we wszystkich pokojach, na każdej kupie kamieni i na każdym szafliku z wapnem szybko przylepiał odezwy. A gdy ktoś przechodził koło budowy, wstrzymywał oddech, po czym znowu pracował gorliwie.

Teraz usłyszał suwający się krok starego, kulawego stróża. Wyjrzał przez szczelinę w murze i widział, jak stróż wyjmował zegarek, ziewając przy tym głośno. Potem pobieżnie oglądnął jeszcze stary budowę i oddalił się powoli.

Wilhelm czekał, dopóki stróż nie odszedł tak daleko, że go słyszeć nie mógł. Potem wysunął się cicho na ulicę i tą samą drogą, którą przyszedł, wrócił do domu. Była godzina czwarta.

Kiedy ojciec na drugi dzień opowiadał w komitecie strajkowym, jakiej to pomocy udzielił mu jego syn, mówili jego koledzy:

– Dzielny chłopak! Będzie z niego dzielny członek Stowarzyszenia!

Franciszek Gumorski
_______________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Współdzielczym Kalendarzu Robotniczym na rok 1923”, Związek Polskich Stowarzyszeń Spożywczych na Śląsku, w Morawskiej Ostrawie. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *