Ludwik Krzywicki

Kapitalizm a dziennikarstwo

[1891]

Swoboda prasy zaledwie ze słowa stała się ciałem, a już ukazała cała swoją znikomość. Uległa temu samemu losowi, jaki kapitalizm nowoczesny zgotował wszelkiej swobodzie ekonomicznej. Wolna konkurencja, na której łonie według teoretyków przeszłowiekowych wyzwalającego się mieszczaństwa jednostka winna była znaleźć możliwość najlepszego zastosowania sił swoich i uzdolnień, zadała po upływie stulecia kłam tym oczekiwaniom. Nie mówimy już, czym jest owa okrzyczana wolność dla całych tłumów ludności stającej do walki o chleb jedynie z siłą mięśni i uzdolnieniami umysłu, kiedy inni występują potężni odziedziczonym przywilejem: kapitałem. Ale i wśród garstki uprzywilejowanej współzawodnictwo usuwa z wolna wszystkich, u których rozmiary kapitału nie dosięgają pewnej wysokości, i coraz bardziej oddaje produkcję i wymianę w ręce możnowładców pieniężnych, tym samym znosząc wolną konkurencję i zwiastując nową erę – monopolu, opartego nie na dekrecie państwowym, lecz na konieczności posiadania odpowiedniej wielkości środków finansowych wymaganych dla osiągnięcia dostatecznych zysków w przedsiębiorstwie. To wielkie prawo rządzące rozwojem kapitalizmu panuje też i wykazuje wpływy swoje w zakresie dziennikarstwa. Opowiadają o Dmochowskim, należącym do ojców prasy warszawskiej, że był zarazem wydawcą, redaktorem i jedynym niemal pracownikiem w swoim piśmie. W tym okresie rzemieślniczym produkcji dziennikarskiej przede wszystkim pytano, kto jest kierownikiem pisma. Redaktor mógł wtedy z dumą powiedzieć: dziennik, to ja! Jak każdy rzemieślnik, przywiązywał się do warsztatu swojej pracy, pismo było nie tylko źródłem zarobku, lecz cząstką duszy redaktorskiej, sposobem wywiązania się z ciążących obowiązków społecznych. Przynajmniej taki typ wtedy przeważał. Dzisiaj jest to już miniona epoka dziejowa. Wprawdzie w społeczeństwach mało rozwiniętych, jak nasze, gdzie rzemiosło odgrywa jeszcze olbrzymią rolę w zaspokajaniu potrzeb spożywczych, tacy rzemieślnicy zdarzają się dość często w dziennikarstwie. Lecz i oni przerzedzają się, a jeśli istnieją jeszcze, są gatunkiem wymierającym i ustępującym miejsca innemu – kapitalistycznemu. Większość zamieniła się w istotnych fabrykantów drukowanego słowa, łączących z tym przedsiębiorstwem często inne, np. pobieranie renty pokomornej. Za granicą stosunki zaostrzyły się o wiele silniej. Wydawca pisma jest już typową postacią korowodu kapitalistycznego, przedsiębiorcą, który czasem nie ma żadnego pojęcia o zawodzie literackim i któremu wszystko jedno, czy handluje gorzałką, szmatami, dziewczętami lub drukowanym słowem, byleby geszeft szedł dobrze. Posiada on kapitał, chciałby zeń ciągnąć zyski i w tym celu zwrócił się do dziennikarstwa. Tylko pewne względy zarobkowe: niewyprowadzania czytelników z błędu o „idealności” swego pisma, powstrzymują wydawców, aby na szyldzie nie wymazali wyrazu „redakcja” i nie wypisali: „fabryka”. Z drugiej strony literaci, niekiedy wraz z redaktorami, są już najczystszej wody najemnikami akordowymi, a jeżeli jeszcze z dumą zaliczają się do współpracowników tego lub innego pisma, jest to duma tego samego rodzaju, co majsterka stolarskiego pracującego w fabryce jako najemnik, który używa zgoła niewłaściwego miana pana majstra. Patrzą oni na pismo tak samo, jak czyni każdy najmita na przeciwstawione mu w postaci kapitału narzędzia pracy, tj. z zupełną obojętnością. W tym razie naśladują oni pryncypała, któremu znowu wszystko jedno, jakie akcje nabyć, byle zyskowne.

Wejdźmy do jakiejś z tych fabryk. „Organizacja codziennego organu prasy wymaga wielkiego kapitału zakładowego i obrotowego. Zazwyczaj dziennik należy do jednego albo kilku kapitalistów i przedsiębiorców, składających spółkę… Telefony łączą ten gabinet (redaktora) z ogniskami życia publicznego; każdy dziennik ma swe własne druty telegraficzne, przez które specjalni korespondenci przesyłają mu wiadomości bez ustanku. Zgromadza się nawał wiadomości i informacji. Około 10-ej piszą się artykuły wstępne i jednocześnie zbiega się chmara reporterów, którzy przepisują swoje stenograficzne notatki… Istna kuźnia Wulkana w drukarni odlewni. Arkusze 8-stronne dziennika są drukowane i składane od 12 do 50 tysięcy na godzinę, a co pięć minut windy znoszą je do ogromnej sali pakunków i ekspedycji… Redaktor naczelny, pobierający wielką płacę, 5-8 tysięcy funtów szterl., sam nic nie pisze albo bardzo mało: funkcje jego ograniczają się do dawania ogólnego kierunku. Powracając z klubów, z audiencji i narad z ministrami, mężami stanu, dyplomatami, zajeżdża on około północy do redakcji, przyjmuje swój sztab generalny, daje instrukcje”. Obraz ten, zaczerpnięty ze stosunków angielskich, najzupełniej przypomina wszelką inną fabrykę. Rozumie się, koszty jej prowadzenia są olbrzymie. Owe druty telegraficzne, łączące redakcję z dalekimi stolicami, redaktorzy, będący za pan brat z mężami stanu, uczone wyprawy do środka Afryki dają rozgłos pismu, ściągają mnóstwo prenumeratorów, lecz też kosztują nadzwyczaj słono. Któż zdoła rzucić wyzwanie takiej fabryce nowin? Czyż utalentowany hołysz bez grosza w kieszeni, jedynie dumny i bogaty swoimi uzdolnieniami literackimi? Gdyby to uczynił, dowiedziałby się niebawem, że wszystkie zdolności pisarskie wraz z wawrzynami literackimi nic nie wskórają przeciwko najgłupszemu osłowi naładowanemu złotem. Kto posiada dostatecznie wielki kapitał, będzie rozporządzał natychmiastową wiadomością z pierwszej ręki o każdym zdarzeniu, znajdzie na swoim żołdzie mnóstwo piór zdolnych, najmie komiwojażerów, którzy rozpowszechnią jego pismo. Nawet gdyby miał wszystkie talenty literackie przeciwko sobie, może śmiało spoglądać w przyszłość, pewny zwycięstwa. I cóż wobec tego ma począć człowiek, któremu przyroda przy urodzeniu dała silną żądzę czynu społecznego i zatliła w duszy ogień apostolski?

Rzuciliśmy powyżej pytanie, dlaczego ludzie przekonań nie rozpędzą owej zgrai frymarczącej i blagującej, w jaką zamienia się z rozwojem orgii kapitalistycznej świat literacki. Otrzymujemy obecnie odpowiedź. Zaczynamy rozumieć, że ciżba reporterska raczej zgniecie i wytępi wszystko, co nie pasuje do jej kramiku i dumnie na nią spogląda. Swoboda prasy, tj. dostęp do drukowanego słowa, w całej rozciągłości nie istnieje dla hołysza z zasadami. Narzędzie ćwiczenia najlepszych jego chęci zostało przywłaszczone przez kapitał i znalazło się w ręku istoty pytającej nie o to, co jest z pożytkiem dla dobra powszechnego, lecz co napędzi pieniądze do sakwy. Atoli jeśli jakaś jednostka ulega konieczności i wyrzeka się apostolstwa dziennikarskiego, żadna partia polityczna pod groźbą zaniku i śmierci nie może tego zrobić. Dziennik jest dla niej wszystkim i środki muszą być skądkolwiek wydobyte. Zwykle zostają one zebrane za pośrednictwem akcji, wypuszczanych pomiędzy członków stronnictwa. Okoliczność ta, dająca możność wypowiedzenia się ludziom przekonań, posiada olbrzymie znaczenie w tegoczesnej ich walce. Gdzie zamiast jednego mamy setkę ludzi, różnice i skłonności czysto osobiste ulegają zatarciu i występuje duch na wskroś klasowy. Redaktor partyjny jako bajaderka pomiędzy ostrzami mieczów musi skakać z całą zręcznością akrobaty, żeby nie zadrasnąć klasowych uprzedzeń i interesów akcjonariuszy. Dziennik przestaje odbijać pomysły osoby pojedynczej, jest głosem ducha partyjnego w wykończonej postaci. Jedynie walka polityczno-klasowa nadaje towarowi gazeciarskiemu jakąś wartość moralną, hołyszom zaś nieprzejednanym zabezpiecza przytułek. Bez niej doszedłby ów towar do ostatecznego upodlenia, tłusty zaś reporter dawno już połknąłby wszystkich chudopachołków idei. Dzienniki partyjno-polityczne nakładają jeszcze niejakie cugle plotkarstwu, a jakkolwiek same niekiedy służą gorliwie wszystkim bóstwom kapitalizmu i za swój obowiązek uważają pisać dla nich hymny i bronić na każdym kroku, ograniczają jednak swoją drogą panowanie przedsiębiorców w dziennikarstwie. Zresztą i one musiały wstąpić na tor właściwy najczystszej wody fabrykom nowin i plotkarstwa. Akcjonariusze, którzy złożyli się na pismo, bynajmniej nie uczynili tego po to, ażeby nigdy nie mieli oglądać odsetek ze swoich kapitałów. Na redaktorów przypada powinność dopilnowania, żeby powołane do życia przedsiębiorstwo partyjne nie zbankrutowało. Ta sama więc blaga, jak w każdym organie czysto przedsiębiorczym, ta sama pogoń za skandalem wkrada się też do dziennika politycznego. Cała różnica polega na tym, że pismo partyjne wygląda od frontu przyzwoicie i chowa wszelkie śmiecie do zaułka.

Ludwik Krzywicki

__________________________________

Powyższy tekst jest jednym z sześcioczęściowego cyklu pod tą samą nazwą, opublikowanego przez autora pod pseudonimem K. R. Żywicki od 17 października do 21 listopada 1891 r. na łamach pisma „Prawda”. Przedrukowujemy go z drobnymi poprawkami językowymi z Ludwik Krzywicki – „Artykuły i rozprawy 1890-1891” („Dzieła” tom V), Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1960.

 

 

Ludwik Krzywicki (1859-1941) – teoretyk i popularyzator myśli lewicowej, jeden z czołowych polskich myślicieli marksistowskich, „ojciec” polskiej socjologii, ekonomista. Na początku dziewiątej dekady XIX stulecia zetknął się z ideami socjalistycznymi i został ich zwolennikiem, był wówczas jednym z tłumaczy pierwszego tomu „Kapitału” Marksa. Wskutek represji za nielegalną działalność polityczno-kształceniową wyemigrował z Królestwa Polskiego, przebywał w Niemczech, Szwajcarii i Francji. Stał się jako tłumacz, publicysta i naukowiec czołowym popularyzatorem marksizmu i materializmu historycznego w Polsce, współpracował z emigracyjnymi środowiskami polskich socjalistów, był redaktorem naczelnym pisma „Przedświt”. Po powrocie do kraju należał do liderów Związku Robotników Polskich, później współpracował z PPS. Aktywny w nielegalnych inicjatywach edukacyjnych – Uniwersytet Latający, Towarzystwo Kursów Naukowych, Wolna Wszechnica Polska. Dwukrotnie więziony za nielegalną działalność socjalistyczną. Po rozłamie PPS związany z PPS-Lewica. Po odzyskaniu niepodległości kierownik katedry historii ustrojów społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Kierował również Instytutem Gospodarstwa Społecznego – czołową i prekursorską placówką badawczej w zakresie rozpoznawania problemów społecznych i ich przyczyn oraz wypracowania możliwości zaradzenia im. Przyjęty w skład Polskiej Akademii Umiejętności, w 1931 r. wybrany prezesem utworzonego Polskiego Towarzystwa Socjologicznego. W roku 1940 otrzymał tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu w Kownie. Autor ogromnej liczby prac naukowych, popularyzatorskich oraz publicystyki społeczno-politycznej. Zajmował się takimi m.in. tematami, jak więź społeczna, społeczeństwa pierwotne, rozwój kapitalizmu, kultura masowa, spółdzielczość, przeobrażenia w rolnictwie. Jeden z najwybitniejszych uczonych w historii polskich nauk społecznych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *