Zygmunt Żuławski

„Demokracja ludowa”

Myślenice, a wraz z nimi i mnie, wyzwoliła Armia Czerwona dnia 20 stycznia [1945 r.]. Po krótkiej bitwie, w której znalazłem się niemal w środku wrzawy wojennej – podobnie jak swego czasu, przed pięciu i pół laty w Karolinie wśród wojsk niemieckich atakujących otoczoną Warszawę – Niemcy ustępowali teraz w popłochu. Cofali się coraz bardziej na zachód i na południe, coraz bardziej cichły strzały i huki armatnie, coraz więcej zjawiało się jeńców niemieckich, którzy – niedawno jeszcze dumni i butni – teraz przedstawiali pożałowania godny widok nędzarzy bez broni, bez butów, głodnych, brudnych, trzymających się ledwie na nogach – i coraz gęściej nasza cicha dolina nad Rabą wypełniała się zwycięskimi czerwonymi wojskami.

W styczniu i w lutym cała Polska została już wyzwolona przez Armię Czerwoną, ale wśród społeczeństwa polskiego, które bezsprzecznie po ustąpieniu Niemców odetchnęło swobodniej i które było szczerze wdzięczne za wyzwolenie go z pięcioletniej potwornej okupacji, nie było widać wielkiego entuzjazmu. Myślałem nieraz, że gdy dożyję tej chwili, że Niemcy już zaczną uciekać i gdy zobaczę ich złamaną butę, to będzie to chwila szalonej radości – tym bardziej, że pamiętałem te podniosłe pierwsze dni powstającej wolnej Polski w roku 1918, w czasie których entuzjazm ogarniał wszystkich bez wyjątku, po wsiach i po miastach, młodych i starych, robotników, chłopów i inteligentów. Wtedy wszyscy żyli niemal jak zaczarowani.

W tej chwili bezsprzecznie wielkiego przełomu i powstającej wolności padł jednak na wszystkie sfery jakiś ponury cień, który zamroził powszechną radość. Wszyscy z oczekiwaniem i z trwogą patrzyli, jak też ta nowa „wolność” będzie wyglądała – zwłaszcza, że wśród ludzi szły już głuche wieści o zachowaniu się żołnierzy sowieckich, o aresztowaniach dokonywanych przez NKWD i o metodach rządzenia „Tymczasowego Rządu”.

Pewnie – żołnierz jak żołnierz: im mniej jest kulturalny, tym bardziej jest przykry i tym bardziej chciwy. Toteż sowieccy byli przykrzy – napadali na sklepy, na prywatne mieszkania, przeprowadzali „rewizje” szukając „Germanów” w szufladach i w pudełkach i kradli wszystko, co im tylko wpadło w ręce, a zwłaszcza nie mogli się oprzeć widokowi zegarków, które zdejmowali przemocą z rąk i wyjmowali z kieszeni. Gwałcili kobiety – młode i stare – i myszkowali za jedzeniem, za pieniędzmi i za złotem, ale to wszystko można było jeszcze wytrzymać wiedząc, że każdy żołnierz jest mniej więcej niemal zawsze jednakowy, bez względu na narodowość i na armie. Nawet przecież legioniści polscy – jak pisał Piłsudski – zwracali się do niego, krzycząc „my chcemy być żołnierzami, chcemy rabować, gwałcić […] dość tej cnoty”. Trzeba bowiem żołnierza zrozumieć i trzeba mu wybaczyć wiele z jego wybryków za jego ciężki trud i ofiarę.

Znacznie gorzej było jednak z rządem. W styczniu dawny lubelski „PKWN” (Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego), który teraz nazwał się oficjalnie „Tymczasowym Rządem Polskim”, dokonał swej rekonstrukcji i po ustąpieniu Wandy Wasilewskiej, dr. Bolesława Drobnera, dr. Sommersteina, Andrzeja Witosa i innych przybrał wyraźniejsze oblicze. Zasiedli w nim teraz wyłącznie prawie zwolennicy dyktatury proletariatu – komuniści lub ludzie komunizujący – kryjący swoje właściwe poglądy pod rozmaitymi nazwami: PPR, PPS, Stronnictwo Ludowe czy Demokraci [Stronnictwo Demokratyczne]. Nie licząc się zupełnie z wolą większości społeczeństwa przeprowadzali przemocą swe „demokratyczne reformy”, oparci o bagnety sowieckie i o NKWD, który jak za czasów saskich czy stanisławowskich rozgospodarowywał się coraz bardziej w tej „wolnej Polsce” jak we własnym domu, aresztował i wywoził masowo do Sowietów na przymusowe roboty spokojnych, niewinnych ludzi jako „reakcyjnych burżujów” czy członków AK, co naturalnie od razu musiało wywołać antysowieckie nastroje.

W imię „demokracji” Tymczasowy Rząd przeprowadził definitywnie dziką reformę rolną – tak, że czasem zdawało się, że chodziło w niej nie o poprawę naszego ustroju rolnego i nie o wydobycie z ziemi jak największych plonów, lecz wyłącznie o zemstę na „obszarnikach”, którym odebrano wszystko: ziemię, ich osobiste majątki, meble, biblioteki i nawet rodzinne pamiątki. W imię „demokracji” rząd przeprowadził reformę finansową i by „uderzyć w kapitalistów i paskarzy” przy zmianie pieniędzy pozostawił każdemu jedynie 500 zł gotówki, za które można było wtedy kupić zaledwie 1 kg masła, podkopując w ten sposób nie kapitały bogatych, lecz tych biedaków, którzy swoją ciężką pracą zapewnili sobie możność życia na najbliższe tygodnie. W imię „demokracji” ustanowił on różne normy spożycia jak i za Niemców uprzywilejował w nich najsilniejszych, zdolnych do pracy, nie licząc się zupełnie z tymi, którzy nieraz swoją własną pracą położyli wielkie zasługi i z tymi, którzy jeszcze nie mogli zarobić na siebie. Zamiast zorganizować pracę i odpowiednio zapłacić robotnikom, rząd – utyskując ustawicznie na „spadek wydajności pracy” – wprowadził „wyścig pracy” i pozostawił ją „dla szlachetnej rywalizacji”. Administrację terytorialną oddał w ręce ludzi młodych, niedoświadczonych, często bez jakiegokolwiek przygotowania i wykształcenia, o ile tylko byli „pewni” – i jak w Sowietach czy w hitlerowskiej Rzeszy wydzielił z niej samodzielny „Urząd Bezpieczeństwa Publicznego”, który w imię „walki z faszyzmem” ograniczał swobody obywatelskie i krępował wolność sumienia, słowa, prasy, koalicji i zrzeszeń. Nie wolno było słuchać radia i w imię „obrony demokracji” UB, jak Gestapo czy NKWD, stawał się powoli panem życia i śmierci wyzwolonych obywateli polskich. Spierając się wreszcie o to, która z konstytucji polskich – ta z roku 1921 czy z roku 1935 – ma obowiązywać, rząd w praktyce zastosował samowolnie zasady konstytucji sowieckiej z roku 1934.

Narzekali więc na te stosunki wszyscy – chłopi, robotnicy, urzędnicy i kupcy – ale rząd był niesłychanie zadowolony z siebie, uważając, że w ten sposób „chroni Polskę wyzwoloną z jarzma niewoli hitlerowskiej przed zakusami reakcji”, że jest „szermierzem postępu społecznego” i „toruje całemu narodowi, a nie tylko jednej jego szczupłej warstwie drogę rozwoju, dobrobytu, wolności i niepodległości” – tak, jak sam je pojmował. Powtarzało się niemal to samo, co było za czasów sanacji, kiedy Piłsudski – gdy wszyscy już przeklinali jego rządy – przechwalał się jeszcze bezkrytycznie, że „rządzi państwem z pewnym powodzeniem”. I tak jak on ci ludzie, którzy dorwali się teraz do władzy przy pomocy obcej siły, chcieli uszczęśliwić naród wbrew woli jego większości i siłą chcieli zapewnić mu „prawdziwą demokrację”.

Przed laty angielski filozof Jan Locke powiedział, że „wiele upartych sporów należy przypisać nadużywaniu wyrazu”, Goethe w „Fauście”, że „gdy braknie pojęcia – występuje termin”. Jak więc swojego czasu nadużywano terminu „komunista”, przeciwko czemu protestowałem zawsze pisząc z oburzeniem, że „gdy się komuś chce postawić hańbiące zarzuty, których się nie ma potrzeby i musu uzasadniać, najwygodniej jest zarzucić mu komunizm”, tak teraz komuniści bezceremonialne nadużywali terminów „demokracja” i „faszyści”, nie bacząc zupełnie na treść tych wyrazów. Jak dawniej każdego, kto nie zgadzał się z rządem „ozonowym” uznawano za „komunistę”, tak teraz każdego, kto nie zgadzał się z „Rządem Tymczasowym”, nazywano „faszystą”.

Wszyscy nazywali się więc teraz demokratami – i przypominało mi to moje własne słowa, które napisałem jeszcze w roku 1937, że w Europie są obecnie „same demokracje”. Tylko są ich dwa rodzaje: te, w których „demokratyczne” rządy widzą demokrację w tym, że ich narody nie mają nic do powiedzenia w kwestii rządzenia krajem, w których „demokratyczne” ustawy dochodzą do skutku w formie dekretów, a parlamenty tworzy się przez mianowanie z góry, w których wola narodu przejawia się przez usta „demokratycznych” dyktatorów, a „demokratyczne władze” mogą karać bez sądów i bez udowodnienia winy, w których obywatele nie mogą mówić i pisać tego, co czują i myślą. Ale są też demokracje, w których wola rządzących przejawia się w powszechnych głosowaniach, w których władza wykonawcza chyli głowę przed wolą narodu, w których dochodzą do skutku, przez decyzję większości wybranych przedstawicieli, parlamentarne ustawy, w których nie wolno skazywać, internować i „izolować” bez wyroku sądowego wydanego przez samych obywateli i nie wolno krępować wolnego słowa i wolnej myśli człowieka.

„Demokracja” Rządu Tymczasowego przypominała niestety ten pierwszy rodzaj „demokratycznego” rządzenia. Przypominała raczej rządy Piłsudskiego, sanację i „kierowaną demokrację” OZN, tylko w znacznie zaostrzonej formie, zupełnie bowiem jak Piłsudski, który „symbol demokracji” widział w „prawie wiszącym nad ludem” i usuwając Sejm twierdził, że „nikt oskarżać go nie może o brak demokratycznych pojęć”, „Rząd Tymczasowy” wprowadzając swoje samowolne reformy i ograniczając obywatelskie swobody, uważał się za doskonalszy wyraz demokracji. Jak Piłsudski, który zapewniając, że „jest z przekonania jednym z najszczerszych demokratów w kraju”, rządził z pominięciem większości – Rząd Tymczasowy, żonglując stale słowami „demokracja” i „demokratyczny”, chciał też przemocą wprowadzić do Polski swoją własną koncepcję demokracji. Zapomniał, że „pojęcie demokracji jest tylko jedno i wieczne […] takie, które żąda dla wszystkich ludzi równych praw i równych obowiązków, żąda prawa kontroli ze strony całego społeczeństwa i respektowania jego woli”. Zresztą można się spierać o taką czy inną definicję demokracji, ale bezsprzecznie nie może się ona nigdy przejawiać w rządach mniejszości nad większością i nie ma jej tam, gdzie nie naród decyduje o rządzie, lecz rząd o narodzie. Jak sanacyjni faszyści, którzy zapowiadali, że władzy którą „zdobyli przez most, nie oddadzą przez głosowanie” i że odważywszy się raz „na czyn” nie ustąpią „wobec liczby siedzeń” – ludzie Rządu Tymczasowego zapowiadali też butnie, że „władzy nie oddadzą nigdy”. I jak sanacyjny rząd Piłsudskiego, który dla utrzymania tej władzy stwarzał nową PPS „Frakcji Rewolucyjnej” Moraczewskiego i Jaworowskiego, a nowe Stronnictwo Narodowe w osobach Stahla i consortes, Tymczasowy Rząd stworzył też nowe „Stronnictwo Ludowe” i nową „PPS”, kradnąc równocześnie dawne ich firmy i zasób zaufania, a tych, którzy je zdobyli długoletnią pracą, myślą i walką o wolność, pozbawił swobody słowa i prawa koalicji.

Jego premier p. Edward Osóbka, dawny członek PPS, potem prezes PS i RPPS [Polscy Socjaliści i Robotnicza Partia Polskich Socjalistów], wykorzystując błąd, jaki popełnił swego czasu tow. Pużak, przez stworzenie swojego WRN, przez usunięcie legalnych władz partii i przez „ustalenie jednolitego poglądu na konieczność wyrzeczenia się współdziałania w ruchu jednostek dawnego ruchu legalnego” – teraz powołał nową PPS i nowe jej władze, ogłosił się ich prezesem i „wyrzekł się współdziałania” z dawnymi jej członkami. Powstała więc nowa PPS, a właściwie druga, która z pierwszą, oprócz nazwy, nie miała nic wspólnego ani co do treści ideowej, ani co do składu ludzi, którzy ją tworzyli.

Ich wszystkich określano teraz terminem „faszyści”, a komuniści z UB, widząc w nich „wrogie agentury” i „wrogów demokracji” aresztowali ich na lewo i prawo w imię obrony demokracji – zupełnie tak, jak niegdyś ich samych w obronie „demokracji” aresztowały władze sanacyjne. Zapomnieli ci nowi „demokraci” stojący tak długo na stanowisku „dyktatury proletariatu” i niedawno jeszcze uważający demokrację już jako za „przeżytek i wyraz reakcji”, że ci, którym przylepiono teraz etykietę „faszystów”, w długim sporze pomiędzy socjalizmem a komunizmem bronili zawsze zasad demokracji, przeciwstawiając się każdej dyktaturze i z lewa, i z prawa.

Nie zmieniwszy wcale swych poglądów, zmienili teraz tylko używanie odpowiednich terminów i nawet mnie uznali za faszystę, a UB przeprowadziło u mnie ścisłą rewizję, wydając równocześnie nakaz, aby mnie aresztować. A jeśli uniknąłem tego losu, to mam to do zawdzięczenia tylko przypadkowi – takiemu samemu zresztą, jaki uchronił mnie swego czasu przed aresztowaniem przez Gestapo, które dwukrotnie wydało przeciwko mnie taki nakaz.

Przypadkiem bowiem wyjechałem w tym czasie do Krakowa, by – pod wpływem namów tow. Kuryłowicza, który po czteroletnim pobycie w Oświęcimiu, ku ogromnej mej radości, zjawił się niespodziewanie w Myślenicach – próbować, czy nie dałoby się zjednoczyć poszarpanych szeregów i na nowo odtworzyć jednolitą dawną PPS ze wszystkich tych, którzy czuli się socjalistami bez względu na to, w której organizacji w danej chwili się znaleźli.

Dla mnie sytuacja była jasna. Nic mogłem się pogodzić z polityką rządu londyńskiego, który po ustąpieniu z niego ludowców przestał już być wyrazem większości i stał się jedynie rządem sfer sanacyjnych, nacjonalistycznych i socjalistycznych piłsudczyków, którzy niegdyś chcieli odbudować Polskę przez swą „walkę zbrojną”. I nie mogłem się też pogodzić z takim pojmowaniem demokracji, jakiemu hołdował Rząd Tymczasowy, który będąc wyrazem mniejszości przeprowadzał samowolnie doniosłe reformy. Byłem zdania, że w tych warunkach należy dążyć do utworzenia nowego rządu, opartego o nową koalicję, która by reprezentowała prawdziwą większość społeczeństwa, a więc rządu ludowców, PPS, komunistów i tych wszystkich grup inteligenckich, które skupiały się czy to w „Partii Pracy”, czy w „Demokracji”.

Pierwszym zaś krokiem do tego było dla mnie zjednoczenie wszystkich sił socjalistycznych w obrębie jednej PPS i ludowców w obrębie jednolitego „Stronnictwa Ludowego”. Przedstawioną przeze mnie taktykę zaakceptowali ludowcy i na tym samym stanowisku stanęli również towarzysze krakowscy oraz obecna tam przypadkiem połowa CKW, który jednak w danej chwili nie mógł odbyć oficjalnego posiedzenia. Wspólnie z tow. Rzeźnikiem podjąłem więc nową akcję połączenia rozbitych szeregów socjalistycznych. Rozpocząłem ją od rozmów z dr. Drobnerem, któremu było też nieraz ciężko w warunkach, do których sam się nieopatrznie bardzo znacznie przyczynił. Zapewnił mnie on, że chce iść w tym samym co i ja kierunku – i o tym samym zapewnił mnie tow. Kuryłowicz, który jednak niedługo potem, gdy zrobiono z niego jakiegoś dygnitarza i powołano go do nowego CKW, stanął na innym stanowisku. A potem mówiłem z nowym wojewodą krakowskim Ostrowskim, kulturalnym młodym towarzyszem, który przyniósł mi przykrą wiadomość, że NKWD zaaresztował ostatniego mojego brata, Sławomira. Mówiłem z wiceministrem Mantlem, z dawnym bibliotekarzem Sejmu, dr. Kołodziejskim, którego opinia była dla mnie wówczas jeszcze bardzo cenna, z młodymi towarzyszami pracującymi już w nowej PPS, a wreszcie z prezydentem Krajowej Rady Narodowej, p. Bierutem, któremu przedstawiłem szczerze swój punkt widzenia co do konieczności powołania nowego rządu powszechnego zaufania. Na jego uwagę, że on przecież od samego początku chciał takiej współpracy z premierem rządu londyńskiego, p. Mikołajczykiem, a nic z tego nie wyszło, odpowiedziałem, że jeśli jedna próba nie dała efektu, to trzeba je ponawiać aż do skutku. Przestrzegałem go też przed stosowaniem ze strony jego rządu takich metod, które by miały na celu łamanie oporu społeczeństwa, wskazując, że stworzą one tylko coraz większe trudności rządzenia i spowodują coraz większą przepaść pomiędzy społeczeństwem a rządem.

Przygotowawszy w ten sposób odpowiedni grunt do połączenia, wracałem zadowolony do Myślenic, a wiedząc już, że UB wydało nakaz aresztowania mnie, zaopatrzyłem się w odpowiednie pismo wojewody. Mimo to myślenicki kacyk UB zatrzymał mnie na parę godzin i zapowiedział, że „tu żadne protekcje wojewody czy p. Bieruta, nie mają żadnego znaczenia” i że muszę się stawić jutro celem przeprowadzenia przeciwko mnie „śledztwa”. Na zapytanie, o co jestem posądzony, oświadczył mi, że to już jest „tajemnica władzy”. Musiałem więc w określonym terminie stawić się na nowo przed obliczem tej „władzy”, a ponieważ nie miała ona nigdy czasu, musiałem iść po południu, i jutro, i pojutrze, choć miałem blisko 6 km drogi tam i z powrotem i tego rodzaju przymusowe spacery przy stanie mojego zdrowia, były dla mnie bardzo męczące. Nie bacząc na to „władza” oświadczyła mi ostro, że „gdy władza każe, obywatel bez szemrania musi się stawić choćby nawet 30 razy”, a wreszcie porwał mnie przemocą, w czasie mrozu do Krakowa, do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa, gdzie te szykany skończyły się na szczęście zasądzeniem myślenickiego kacyka za niesubordynację na 48 godzin aresztu.

Chociaż odczułem więc sam na sobie najlepiej, jak wygląda ta nowa „demokracja” i przypomniałem sobie te same niemal słowa, jakimi swego czasu stary Foulton, z którym razem zostałem aresztowany przez policję niemiecką, gdy wracaliśmy z Górnego Śląska, wyrażał zadowolenie, że wreszcie mógł zobaczyć, jak wygląda praktycznie demokracja w Niemczech – uważałem, że mimo to czy nawet dlatego – trzeba koniecznie kontynuować rozpoczęte rozmowy.

Ucieszyłem się ogromnie, gdy przeczytałem po paru dniach o skończonej właśnie konferencji Roosevelta, Churchilla i Stalina, która była ostatnim wspólnym aktem tych mężów stanu. Zaraz potem umarł bowiem prez. Roosevelt, pozostawiając jako swego następcę Trumana, a po paru miesiącach musiał również ustąpić Churchill na skutek zmiany rządu i zwycięstwa Labourzystów w przeprowadzonych wyborach. Wspólna ich konferencja w Jałcie potwierdziła niemal dosłownie moje własne projekty rozwiązania problemu rządu polskiego, które przedstawiłem w rozmowach toczonych w Krakowie. Tak, jak uważałem, że trzeba usunąć zarówno rząd londyński, jak i „Rząd Tymczasowy”, jako nie reprezentujące większości społeczeństwa, i stworzyć nowy – „powszechnego zaufania”, do którego by weszli przedstawiciele prawdziwych polskich organizacji politycznych wraz z komunistami, konferencja w Jałcie też wyraziła przekonanie, że Rząd Tymczasowy powinien ulec przekształceniu na szerszej podstawie demokratycznej z włączeniem działaczy demokratycznych z samej Polski oraz Polaków z zagranicy […]” i że rząd ten winien nosić nazwę „Polski Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej”.

Skutki tej rozumnej uchwały okazały się jednak nie takie, jak tego oczekiwałem. Rząd londyński Arciszewskiego zaprotestował przeciwko niej, jako powziętej bez jego wiedzy i udziału, na skutek czego tow. Stańczyk, Szczyrek, Grossfeld i Beluch, dotychczasowi członkowie „Komitetu Zagranicznego PPS”, ustąpili z niego, motywując to tym, że nie mogą się zgodzić z obecną polityką rządu londyńskiego. Tow. Pużak i Zaremba zaś – by przeciwnie stworzyć pozór, że cała partia stoi właśnie po stronie Arciszewskiego i po stronie dawnej ideologii WRN – zwołali dawną Radę Naczelną, pomijając zupełnie uchwały powzięte w Wawrze i ukonstytuowanie się tam już nowej najwyższej instancji kierowniczej Partii. Zebrały się więc zwołane bez mej wiedzy i zgody resztki dawnej Rady w ilości ok. 20 osób, ocalałych przypadkiem z 75 członków reprezentujących niegdyś wszystkie kierunki myślowe i wszystkie okręgi, które nic mogły być już wyrazem całej PPS i jej dążeń. Licząc się jednak z faktem zwołania tych ludzi, zażądałem zaproszenia również członków Rady „wawerskiej” uważając, że wszyscy oni razem mogą być wyrazem opinii Partii, choć nie mogą być w tym składzie instancją, która by miała prawo podejmować uchwały w politycznych kwestiach spornych.

Ze szczerą radością i rozrzewnieniem witałem towarzyszy, których w większości nie widziałem przez długich pięć lat – dziś starych, zdartych pracą przyjaciół, z którymi tyle lat pracowaliśmy razem, kłócąc się nieraz zawzięcie o zasady. Zebranie to wyraziło wówczas opinię, że o współpracy z nową PPS i celowości połączenia się z nią mają decydować poszczególne okręgi zależnie od miejscowych warunków – i pomijając wszystkie zagadnienia sporne, jak aprobatę dotychczasowej polityki WRN, powstanie warszawskie i udział w rządzie Arciszewskiego, powzięło uchwałę wyrażając radość z wyzwolenia, chęć utrzymania jak najlepszych stosunków z Sowietami, protest przeciwko Tymczasowemu Rządowi i dążenie do rządów opartych o większość społeczną.

Wreszcie „Tymczasowy Rząd” p. Osóbki, zgodnie z jego własną tezą wyrażoną jeszcze w programie PS, że „rząd ludowy – robotniczo-chłopski […] przeprowadzi natychmiast zasadnicze reformy społeczno-gospodarcze, niezbędne do złamania podstaw ustroju kapitalistycznego”, a potem dopiero zwoła konstytuantę – starał się przeciągać jak najdłużej swoją władzę i stawiać społeczeństwo przed dokonanymi faktami. Nie licząc się więc zupełnie z wolą większości, wbrew uchwałom w Jałcie, sabotował utworzenie „Rządu Jedności Narodowej” i stanął na stanowisku, że „w chwili obecnej rząd zajęty problemami zasadniczymi i nie cierpiącymi zwłoki” nie ma czasu na wybory i że „kwestia wyborów powszechnych nie stoi w tej chwili na porządku dziennym”.

Mimo uchwał krymskich pozostało więc wszystko po dawnemu. Były dalej dwa rządy, dwa Stronnictwa Ludowe i dwie PPS, a w społeczeństwie zapanowała jakaś powszechna mistyfikacja, w której człowiek nie wiedział już, co to demokracja, co dyktatura proletariatu, a co faszyzm.

Demokratyczny Rząd Tymczasowy, mając władzę, samowolnie rozwiązywał „zasadnicze problemy” bez społeczeństwa, samowolnie ustalał granice państwowe i w myśl decyzji Sowietów zajmował terytoria zdobyte przez Armię Czerwoną nad Odrą i Nysą, przeprowadzając na nich odpowiednią „akcję przesiedleńczą”, wedle której żywioł polski miał siłą zostać przesunięty ze wschodu na zachód. Tłumaczono, że „Polska to kraj między Odrą a wschodnimi dopływami Wisły i między Karpatami a Bałtykiem” i że „każdy naród ma wypisaną dla siebie marszrutę dziejową w kierunku swoich rzek”, zapominając przy tym zupełnie o Lwowie, który też leży po zachodniej stronie Bugu i który w myśl tej zasady powinien należeć do Polski. Ci sami ludzie, którzy tak niedawno jeszcze z drwinami nazywali nas socjal-patriotami”, którzy tak niedawno jeszcze kwestionowali przynależność do Rzeczypospolitej Górnego Śląska i Gdańska, teraz przelicytowywali swój „patriotyzm” z endekami i sanacją i zagarniali cały Śląsk i Pomorze aż po Szczecin. Budowali Polskę „w prastarych piastowskich granicach” zapewniając, że „cały naród polski odrzuca z pogardą antypolskie koncepcje reakcyjnej kliki londyńskiej Arciszewskich i Raczkiewiczów, usiłujących zrzec się ziemi na zachodzie”.

W imię postępu zwracali tedy oczy w zamierzchłą przeszłość, zapominając zupełnie o słowach Stalina, że „byłoby utopią i donkiszoterią cofnąć koło historii”, zapominając o rzeczywistości i o dokonanych w niej już zmianach. W imię zaś międzynarodowej solidarności stwarzali państwowy blok słowiańskich narodów, zawierając jednakowe sojusze z Czechosłowacją, z Jugosławią i z Rosją „na przeciąg 20 lat”, jakkolwiek sami byli tylko rządem „tymczasowym”. W ten sposób znaczenie tego sojuszu z Sowietami, którego chciał zresztą cały naród polski jeszcze za gen. Sikorskiego, zostało osłabione przez to, że zawarł go „rząd tymczasowy”. Mimo to zapewniał on, że sojusz ten „stanie się głównym czynnikiem zabezpieczającym nasz naród przed groźbą nowej niemieckiej napaści i czynnikiem zabezpieczającym naszą niepodległość i naszą pokojowość”. Szkoda tylko, że nie użył tam jeszcze tych samych słów: „gwarancji” i „gwarantów”, jakich użyto za czasów Katarzyny II.

A w końcu – by utrwalić zdobycze „demokracji” i „zniszczyć raz na zawsze faszyzm” – rząd zastosował takie same metody i gwałty, jakie stosowali faszyści. Słabych korumpował dając im chleb, stanowiska i ziemię, chwiejącym się groził, a wobec opornych zastosował przemoc i więzienie. Aresztowano premiera Wincentego Witosa i chcąc go sterroryzować, by zgodził się na „współpracę”, obwożono go po kraju – do Brześcia nad Bugiem, gdzie niegdyś siedział za sanacji, a wreszcie, nie wiedząc co z nim dalej zrobić, puszczono go na wolność. Podstępnie uwięziono b. ministra Kiernika, przypomniawszy sobie, że to „krwawy Kiernik”; aresztowano przedstawiciela dawnej PPS w Krakowie tow. Stefana Rzeźnika; aresztowano dyrektora biura dawnej Delegatury krakowskiej i innych przedstawicieli dawnego ruchu podziemnego, a poza tym dokonywano ustawicznie aresztowań wśród dawnych kierowników AK i wybitniejszych działaczy, oskarżając ich czy to o „współpracę z Niemcami” czy o współpracę z „faszystowskim rządem londyńskim”.

Wreszcie – z wiedzą czy bez wiedzy rządu polskiego – rząd sowiecki porwał podstępem, pod pozorem obrad nad utworzeniem „Rządu Jedności Narodowej”, i wywiózł do Moskwy 16 osób, pośród których był delegat krajowy b. minister Jankowski, trzej jego zastępcy, prezes Rady Jedności Narodowej tow. Pużak, krajowy komendant AK gen. Okulicki i poszczególni przedstawiciele skoalizowanych stronnictw – zupełnie tak, jak swego czasu porwał Repnin senatorów polskich i uwięził w Kałudze. Wbrew prawu uwięziono polskich obywateli, wytoczono im proces i winnych czy niewinnych skazano na karę więzienia, choć byli przecież obywatelami niepodległego państwa polskiego.

Przewidując, że ta „cała plejada tych, którzy faszyzowali Polskę” nie zgodzi się nigdy na dobrowolne ustąpienie wobec dyktatury, rząd traktował ich też tak, jak traktowali faszyści swych wrogów na Montelupich czy na Pawiaku. Trzymano ich często w piwnicach, głodzono i bito zupełnie jak za czasów Gestapo. A dokonywał tego wszystkiego komunistyczny minister, by „bronić demokracji” i uniemożliwić akcję tych, którzy „przeszkadzają siać ziemię odebraną od obszarników” i „przeszkadzają w pracy odbudowy państwa”. Zapomniał p. Radkiewicz, że Frank też zapewniał, iż aresztował ludzi tylko po to, by zabezpieczyć chłopom „nabożeństwa, szkoły i ich własne życie” i tylko „celem ochrony życia i własności przed zamachami na dzieła odbudowy” wprowadził sądy doraźne, mające karać „elementy, które chciały siać krwawe żniwo za obce pieniądze”. Jak generalny gubernator Frank, który skarżąc się na „polski terror” wysyłał Polaków na śmierć lub męki Oświęcimia, zapewniając równocześnie, że „byłoby szaleństwem przypuszczać, że można cośkolwiek zdziałać podstępem i brutalnością” – polski minister, skarżąc się na terror AK i „obcych agentów”, odbierał też wolność słowa i zrzeszeń socjalistom i ludowcom, zapewniając równocześnie obłudnie, że „każdy ruch społeczny, który nie ma podstaw masowych, który nie może przyjść do narodu ze swoją platformą polityczną, ze swoim programem politycznym, który boi się ujawnić swoje oblicze polityczne, sięga do terroru”.

Teraz dopiero przekonano się dosadnie, co to znaczy „czasowa dyktatura”, którą w imię postępu i wolności propagowała swojego czasu część radykalnych socjalistów i co to znaczy „przełamać siły reakcji i faszyzmu wszelkimi rozporządzalnymi środkami, gdyby nawet musiały one w okresie przejściowym przybrać charakter dyktatury” — jak uchwalił ostatni kongres PPS w Radomiu. Przekonano się, jak wyglądają w praktyce urzeczywistnione rojenia – i WRN i PS, by „natychmiast po zdobyciu niepodległości przeprowadzić zasadniczą przebudowę gospodarczą i społeczną” bez względu na większość. I przekonano się wreszcie, że znacznie łatwiej ręczyć w oparciu o konspirację o „całkowitej jednomyślności panującej w szeregach rzesz pracujących Polski”, jak robił „Rząd Tymczasowy”, że to on właśnie jest „wyrazem protestu ogólnonarodowego przeciw bezprawiu emigrantów, londyńskich” i przedstawicielem „szerokich milionowych mas obywateli”, które stoją po stronie Krajowej Rady Narodowej i Rządu, niż faktycznie respektować wolę większości w społeczeństwie, ustalić jej jakość w sprawiedliwych wyborach i rządzić zgodnie z jej wolą.

Jak za czasów sanacji znowu więc zapanował ohydny frazes wśród rządzących. Usta ich były teraz zawsze pełne „miłości ojczyzny”, patriotyzmu i dobra ogólnego i nigdy nie schodziły z nich słowa „demokracja” i „dobro narodu”.

A przecież byłoby znacznie lepiej, gdyby – zamiast powtarzać dawne frazesy z okresu „radosnej twórczości” – ci nowi ludzie rozumieli, że są one zawsze szkodliwe i śmieszne, bez względu na to, czy głoszą je sanacyjni ozonowcy, czy komuniści, broniący nawet „szerokich szlaków morskich” i „prastarych piastowskich granic”. Byłoby lepiej, gdyby – zamiast mówić „demokratyczny rząd”, „demokratyczny ustrój” i „demokratyczna Polska” – wprowadzili do niej demokratyczne zasady – i gdyby na czele jej rządu stanął nie jakiś nieznany nikomu Osóbka, lecz osoba obdarzona zaufaniem większości ludności. Byłoby lepiej, gdyby – zamiast powtarzać aż do znudzenia słowa o wdzięczności narodu dla Czerwonej Armii i wyrazy czci dla „wielkiego Stalina”, wybijając bizantyjskie pokłony – rozumieli, że prawdziwa przyjaźń może istnieć tylko tam, gdzie jest wolność i równe prawa dla przyjaciół. Byłoby lepiej, gdyby – zamiast utyskiwać na angielskie metody akwizgrańskie i ich łagodność wobec Niemców – przypomnieli sobie słowa św. Augustyna: „Trzeba nienawidzić błędów, a mieć serce dla błądzących” i słowa cesarza Aureliusza: „bacz, byś nigdy nie postąpił wobec ludzi złych tak, jak oni postępowali wobec ciebie” – rozumiejąc, że tylko tak można zasklepić rany i stworzyć na świecie „lepsze i swobodniejsze istnienie”. A wreszcie byłoby lepiej, gdyby – zamiast apoteozować „pracę” i „podnosić ją do najwyższej godności” – umieli ją organizować i uszanować tych, którzy ją wykonują.

W takich warunkach rozpanoszenia się frazesu naturalnie cała moja akcja zjednoczenia PPS nie mogła dać efektu i z przykrością musiałem ją odłożyć do dogodniejszego momentu. Sądziłem, że może on nadejść w czasie obrad Międzynarodowej Konferencji w San Francisco, która właśnie zgodnie z uchwałami w Jałcie miała uchwalać statut nowej międzynarodowej organizacji zabezpieczającej stały pokój. Niestety konferencja nie posunęła sprawy polskiej ani o krok i mimo uchwał krymskich ciągle nie zdołano czy nie chciano stworzyć „Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej”; tak, że nie tylko Polska w konferencji tej nie mogła być reprezentowana, ale w ogóle problem jej rządu zaogniał się coraz bardziej.

Zygmunt Żuławski

____________________________

Powyższy tekst to niewielki fragment pamiętników Zygmunta Żuławskiego, których całość lub przynajmniej końcowe fragmenty spisał autor w ostatnich latach życia, prawdopodobnie w roku 1948. Pod tytułem „Wspomnienia” ukazały się one pierwotnie w podziemnej Niezależnej Oficynie Wydawniczej w sierpniu 1980 r. Następnie część tamtego tekstu, obejmującą okres jedynie od roku 1939, wznowiono – nieco zmieniając układ rozdziałów w stosunku do oryginału – pt. „Od sanacji do PRL”, „Polonia” Book Store and Publishers Co., Chicago 1983. Przedrukowany fragment pochodzi z tej ostatniej publikacji, jest to niemal cały rozdział „Demokracja ludowa”, pominięto zakończenie dotyczące już innej tematyki.

 

Zygmunt Żuławski (1880-1949) – działacz socjalistyczny i związkowy. Członek Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego, po odzyskaniu niepodległości wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, był członkiem jej władz. Przez prawie cały okres trwania II RP był przewodniczącym lub sekretarzem Komisji Centralnej Związków Zawodowych (tzw. klasowych związków zawodowych), a także posłem. Podczas II wojny światowej aktywnie działał w konspiracyjnej PPS. Po wojnie próbował tworzyć niezależną od prokomunistycznej PPS – Polską Partię Socjalno-Demokratyczną, a po zablokowaniu tej inicjatywy przez komunistów został posłem z listy opozycyjnego PSL.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *