Janusz Korczak

Blizna

[1926]

Nikt z nim nie chciał siedzieć na jednej ławce. Więc kiedy nie chcieli, to nie usiedli, i koniec.

Ale Jasiek cichy, Jasiek – kiedy nawet nie chce, a ktoś każe – posłucha, tylko mu przykro.

Na trzeciego nie wpuszczą przecie, zresztą nie wolno nawet, choćby i puścili. Nie było już innego miejsca. Co miał robić? Usiadł.

Nie płacze, bo wie, że śmiać się będą. Na podwórku też nie pożałują, kiedy ktoś zapłacze. „Mazgaj-beksa” – powiedzą.

Dorośli często śmieją się z łez dzieci, więc się chyba od nich nauczyli. I kto może, wstrzymuje się, żeby nie widzieli.

Pierwszy dzień szkoły.

Siedzi Jasiek, odsunął się na sam brzeżuszek ławki, ale co spojrzy, zaraz sobie przypomni. I już musi się pilnować. Aby tylko dziś przetrzymać. Bo jak pójdzie do domu, powie mamie: „Co robić, żeby z nim razem nie siedzieć?”.

Ano, słucha Jasiek, jak uczniowie powinni się uczyć pilnie, zeszytów nie gnieść, myć zęby szczoteczką i nie przeszkadzać na lekcji.

Niby słucha, a nosem pociąga.

A nauczycielka nie zna jeszcze chłopaków, więc mówi:

– Chodź no tu, ty z ostatniej ławki. Jak się nazywasz? Dlaczego płaczesz?

Odwrócili się wszyscy i patrzą. Ale mówią:

– Bo on, proszę pani, nie chce z Żydem siedzieć.

– Bo po co tu Żyd przyszedł?

Nawet z ławek powychodzili, żeby lepiej widzieć, i dopiero:

– Żydziak, rabin, Mosiek!

Nauczycielka wstała. Przycichli trochę, bo nie wiedzą, czy wolno. Ale znowu:

– Cebulą śmierdzi. Do bóżnicy, do chederu, na szabas! Idź do swoich Mośków! Nie chcemy!

Nauczycielka stoi i czeka, a chłopcy ciekawi, co powie. Ale nic pani nie mówi, tylko szpilkę z włosów wyjęła i odgarnęła włosy. A ładne ma pani włosy – długie, jasne, starannie uczesane.

Co to będzie?

Cisza.

– No cóż – pyta się pani – już skończyliście?

– Cośmy mieli skończyć? – mówi ten, co kamieniami rzucał na podwórku –  Sprawimy Żydowi grzanie, to sobie pójdzie.

– Nie pójdzie – mówi pani – Choćbyście go co dzień bili, on musi tu zostać, bo tak każe prawo. A teraz uspokójcie się: opowiem wam historię tej oto blizny. Wiecie, co to jest blizna?

Pani się pochyliła i pokazała między włosami puste miejsce – taką szramę. Przedtem wcale nie było widać.

– Widzicie?

– To od kamienia.

– Albo panią koń kopnął.

– Nie koń, a ludzie. Mali ludzie, nierozumni, złośliwi.

Spięła pani włosy po dawnemu i patrzy nie na klasę, a jakoś wysoko, jakby na obraz.

– Byłam wtedy dzieckiem, taka jak wy teraz. Mama moja mieszkała w miasteczku. Polaków tam było mało, tylko Niemcy. Ojciec mój umarł. Byłyśmy tylko dwie: mama i ja. A ta część Polski należała do Niemców. I u Niemców też wtedy było takie prawo, że dzieci muszą chodzić do szkoły. Więc mama zapisała mnie – bo jak nie, to by karę zapłaciła albo do więzienia poszła. Ja wtedy mało jeszcze rozumiałam. Kiedy pierwszy raz miałam iść do tej niemieckiej szkoły, mama pocałowała mnie i zaczęła płakać. I powiedziała: „Biedne maleństwo”. A ja się zdziwiłam, bo cieszyłam się, że będę już uczennicą. Czego mama się boi i żałuje?

No i cóż? Przestałam się dziwić. Domyślacie się pewnie?…

Kiedyście teraz krzyczeli na chłopca za to, że jest Żydem, przypomniałam sobie mój smutny pierwszy dzień w szkole. I przypomniałam sobie, że kiedy mama zobaczyła, powiedziała: „Bóg ich skarze za to”. Ich – Niemców.

– No, dosyć, dzieci. To było dawno. Przeszło już. Nieprzyjemnie wspominać.

Pani nie chciała dalej opowiadać, ale zaczęli prosić:

– Niech pani opowie, jak to było.

– Jak było? Nikt ze mną nie chciał usiąść na ławce. Mówili: „Polska świnia. Przeklęta Polaczka. Twój ojciec pijak”. A mój ojciec nigdy wódki nie pił. Nawet piwa nie pił. Ja mało rozumiałam wtedy po niemiecku. Więc nie wiem, co mówili. Ale taka była w nich złość, taka nienawiść. Tylko czworo mi nie dokuczało: trzej chłopcy i jedna dziewczynka. Ona się Erna nazywała. Prosiłam ją potem, żeby mnie nie broniła, żeby udawała, że też mnie nie lubi. No i ją zaczęli prześladować. Pytali się, ile jej zapłaciłam za to, że mnie broni. Źle, strasznie źle było mi w tej niemieckiej szkole.

Dzwonek przerwał opowiadanie.

Szkoda.

I teraz po dzwonku, i później wiele razy prosili, żeby pani opowiedziała, kto i jak kamieniem rzucił. Ale pani się uparła, że nie chce.

– To było dawno. Nieprzyjemnie wspominać. Nie warto. Cóż: kamień, wiadomo – twardy, bolało, zgoiło się. Nie zrozumiecie i tak, dzieci: blizna na głowie nie boli, ale i w duszy jest blizna od tego kamienia. I ta blizna duszy boli. Nie dokuczajcie, dzieci, ani jemu, ani nikomu. Brońcie honoru szkoły polskiej. Żeby nikt ze szkoły polskiej nie wyniósł w świat, w życie, takich jak moja blizn: na głowie i w duszy.

Janusz Korczak

___________________________________

 Powyższy tekst Janusza Korczaka ukazał się pierwotnie w przeznaczonym dla dzieci i wychowawców dwutygodniku „W słońcu” (nr 8 i 9, 1926), którego Autor był stałym współpracownikiem. Przedrukowujemy go za Janusz Korczak – „Wybór pism”, tom IV, Nasza Księgarnia, Warszawa 1958. Na potrzeby Lewicowo.pl tekst opracowała Aleksandra Zarzeczańska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *