Jan Kwapiński

Akcja pod Rogowem

[1927]

Łódzka Organizacja Bojowa, pod kierownictwem tow. Montwiłła dokonała słynnego napadu na pociąg pocztowy pod Rogowem.

Było to w drugiej połowie 1906 roku. Represje carskich żandarmów, policji, kozaków szalały w sposób bezwzględny. Cały aparat ucisku i gwałtów utrzymywany był za pieniądze polskich podatników. Wydział Bojowy postanowił konfiskować carskim urzędnikom pieniądze polskie, by obracać je na walkę z aparatem carskiego ucisku.

W tym czasie otrzymaliśmy nowy transport wspaniałej automatycznej broni – mauzery na kolbach, w futerałach. Wspaniała broń, 10-strzałowa. Wydział Bojowy na swoim posiedzeniu postanowił odebrać carskim urzędnikom pieniądze przewożone z granicy austriacko-rosyjskiej, na jednej ze stacji kolejowych na Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Wybrano stację Rogów, położoną o dziesięć minut jazdy od węzła kolejowego w Koluszkach.

Po przeprowadzeniu wywiadów ustalano, że każdy z instruktorów dowodzący oddziałem bojowców musiał osobiście spenetrować całą okolicę koło stacji kolejowej i przejść piechotą wedle wytkniętej trasy na mapie ze stacji Rogów do Łodzi. Dowódcą całego oddziału był Montwiłł (Grzegorz), powieszony w 1908 roku na stokach cytadeli na skutek wyroku sądu wojennego w Warszawie. Poza tym w akcji tej brało udział sześciu instruktorów oraz czterdziestu ośmiu bojowców.

Rogów znajdował się w trójkącie pomiędzy miastem powiatowym Brzeziny, Rawą Mazowiecką i Koluszkami. Na zachodzie były miasta Łódź, Piotrków, na wschodzie Skierniewice. We wszystkich tych miastach były duże oddziały wojsk carskich, przeważnie kozaków. Trzeba było więc szybko skończyć akcję bojową oraz szybko przedzierać się lasami pomiędzy Koluszkami a Brzezinami w stronę Łodzi.

W umówiony dzień zebraliśmy się wszyscy koło plantu kolejowego pomiędzy stacjami Widzew a Łódź Kaliska. Gdy się już zupełnie ściemniło, wyruszyliśmy wyznaczoną trasą do lasu w pobliżu stacji Rogów. Przeszliśmy tę drogę tak, by całą trasę przejść nocą, a o świcie znaleźć się w lesie.

Tak wyruszył pierwszy duży oddział wojska rewolucyjnego polskiej podziemnej armii na walkę z potęgą caratu; była to pierwsza wielka bitwa rewolucyjna polskich rewolucyjnych żołnierzy z carskimi żołdakami po powstaniu 1863 roku. Bitwę tę wygraliśmy.

Przybyliśmy do lasu zmęczeni. Rozłożyliśmy się obozem, porozstawialiśmy pikiety i oczekiwaliśmy wieczorowych godzin, gdy pociąg pocztowy będzie jechał z granicy do Warszawy.

Po wypoczynku, około pół do dwunastej w południe, posłano dwóch bojowców na wywiad w okolice stacji. Jakie było ich zdziwienie, gdy na stacji kolejowej zastali duży oddział kozaków z Brzezin! Po zasięgnięciu języka wyjaśniło się, że kozacy patrolowali dworzec i okolicę dworca z tego powodu, iż gubernator piotrkowski, Miller, przybył do Brzezin na inspekcję. Ponieważ nie było wiadomo, kiedy gubernator raczy wyjechać, a pociąg pocztowy dziesięć minut wcześniej odchodził z Rogowa do Warszawy od pociągu, który szedł z Warszawy do Piotrkowa, koniecznością było co rychlej opuścić kryjówkę w lesie, położoną o cztery kilometry od dworca i wyczekiwać zmroku, aby wrócić do Łodzi – z niczym.

Trzeba było się spieszyć, bo prawie wszyscy bojowcy byli to tkacze łódzcy, którzy musieli stanąć o godzinie szóstej do pracy, by nie zwrócić uwagi nieobecnością swoją w fabryce. Szliśmy szybko, co dwie godziny zatrzymywaliśmy się na krótki postój, skrzętnie omijając wsie, które spotykaliśmy po drodze. W czasie wypoczynku felczer nasz, zaopatrzony w koniak i czekoladę, dawał nam dużym naparstkiem koniak i kawałek czekolady.

Potem ruszaliśmy znowu dalej. Noc była ciemna, gdzieniegdzie przebłyski gwiazd. Około pierwszej w nocy zauważyliśmy światło elektryczne na stacji Widzew pod Łodzią. Zwolniliśmy tempa, by zbytnio nie forsować nóg, uważając, że rankiem trzeba stanąć do pracy. Szczęśliwie dobrnęliśmy do miasta nie spostrzeżeni przez policję.

W ciągu dwóch tygodni dowódca naszego okręgu, tow. Grzegorz, nie pozwolił mówić na ten temat nikomu z nas przy spotkaniu w tzw. biurze. Piętnastego dnia wieczorem przyszedł do mojego mieszkania na ulicy Nawrot tow. Grzegorz i zakomunikował mi:

„Za trzy dni musicie przygotować amunicję, zakupić bilety do różnych stacji kolejowych, ale ani jednego do Rogowa. Ze stacji Łódź Fabryczna pojedziemy koleją do Rogowa. Oddział towarzysza Ignaca (Celiński – Kułakowski, jeden z wywiezionych dziesięciu z Pawiaka), wysiądzie ze swoim oddziałem w Koluszkach i zajmie miejsce ze swoimi bojowcami w ostatnim wagonie pociągu, albowiem były takie dnie, że część żołnierzy znajdowała się obok wagonu pocztowego, a część w ostatnim wagonie dla osłony pociągu”.

Zapytałem, jaką im dać broń.

„Krótką palną, wszystkim nadto fińskie noże”.

„Dlaczego – zapytałem – fińskie noże?”.

Bo w wagonie mogą być pasażerowie, strzelać nie będzie można, a jednak unieszkodliwić żołnierzy należy”. Zapytał, czy zrozumiałem.

„Tak, towarzyszu, wszystko załatwię według rozkazu”.

Na półtorej godziny przed odejściem pociągu wszyscy byli wezwani. Instruktorzy rozdali broń bojowcom, którzy tak, jak akcja miała być prowadzona, zajmowali miejsce w pociągu.

Ja ze swoim oddziałem zająłem miejsce w pierwszym wagonie za parowozem, albowiem oddział mój miał za zadanie opanować parowóz, usunąć maszynistę i palaczy i oczekiwać rozkazu. Drugi oddział miał za zadanie usunąć z posterunku stacyjnego dwóch żandarmów i zniszczyć aparaty telefoniczne i telegraficzne. Trzeci oddział, uzbrojony wyłącznie w mauzery, miał za zadanie rozlokowanie się na stacji kolejowej w pokoju środkowym, wszystkich przypadkowych pasażerów zalokować do jednego pokoiku i zająć miejsca przy oknach (które służyły za strzelnice). Czwarty oddział miał otoczyć pierścieniem plac przy dworcu kolejowym, nie wypuszczając nikogo ze stacji kolejowej, natomiast mieli wpuszczać tych, co szli na stację. Piąty oddział miał najbardziej odpowiedzialną funkcję, gdyż musiał rozlokować pod starymi kasztanami dworca swoich bojowców i oczekiwać na nadejście pociągu. Ostatni oddział, który wysiadł w Koluszkach, miał zamknąć swoim oddziałem tyły pociągu i jeżeli eskortujący żołnierze wyskakiwać będą z wagonu, mieli do nich strzelać, niekoniecznie dlatego, żeby ich zabić, tylko żeby ich sterroryzować i zdemoralizować.

O godzinie ósmej minut sześć przybyliśmy pociągiem do Rogowa. Wszystkie oddziały zajęły swoje posterunki, oczekując przybycia pociągu pocztowego, który miał nadejść za 11 minut.

Oczekiwanie było dla nas nużące.

Pamiętam jak dziś – z bijącym sercem wpatrywałem się w dal na oświetlony parowóz, który zbliżał się do stacji kolejowej. Nagle z łoskotem wpadł pociąg na stację kolejową. Ja z błyskawiczną szybkością, podrzucony przez starszego szóstki, kowala z fabryki z Łodzi, skoczyłem do parowozu, z rewolwerem do maszynisty, odsuwając go od lewara. W momencie, gdy przyskoczyłem do niego, maszynista uśmiechnął się i powiedział:

„Tylko spokojnie, towarzyszu, nie denerwujcie się. A umiecie prowadzić maszynę?”.

„Nie wasza rzecz, marsz do węglarki”.

Jeden z bojowców mojego oddziału rozwinął czerwony sztandar, na którym dumnie widniały trzy litery PPS. W trakcie wykonywania przeze mnie działań, oddział drugi po krótkim szamotaniu się z żandarmami, w których padły cztery strzały, zakończył usuwanie żandarmów, a druga część tego samego oddziału z błyskawiczną szybkością jeszcze na kilka sekund przed przybyciem pociągu na stację, zniszczyła aparaty telegraficzne i telefoniczne.

Dowódca trzeciego oddziału wydał rozkaz publiczności, żeby kładła się koło muru i nie ruszała się z miejsca. Donośnym głosem oznajmił im, żeby byli spokojni, albowiem „Państwo macie do czynienia z bojowcami z Polskiej Partii Socjalistycznej, którzy wam osobiście żadnej krzywdy nie zrobią”.

W tym samym czasie piąty oddział przystąpił do unieszkodliwienia konwoju, składającego się z 45 żołnierzy, a zrobił to w sposób następujący: jeden z bojowców, bardzo wysoki wzrostem, tkacz z fabryki Ossera, podskoczył do wagonu i grubym kijem rozbił szybę w oknie, następnie błyskawicznie rzucił czasową bombę, a reszta obsypała gradem kul kilku wyglądających oknem żołnierzy. Po dwudziestu sekundach – wielki wstrząs, słup dymu i ognia i całe wojsko cara, które zostało przy życiu, zaczęło uciekać w pole. Bojowcy mojego oddziału i oddziału szóstego zaczęli strzelać za nimi w górę, żeby ich zdemoralizować, chociaż nie było potrzeby, gdyż w panice i popłochu uciekali w stronę lasu.

W tym samym czasie, gdy pociąg wpadł na stację, dowódca nasz, tow. Grzegorz, podszedł do dzwonka (na kolejach za czasów carskich były dzwonki), odźwiernego usunął i wziął sznurek do ręki, by w wypadku, gdyby pokazało się, że w pociągu tym znajdują się sami żołnierze, szybko po sobie następujące uderzenia dzwonka miały zastąpić rozkazy dla mnie. Ja miałem wówczas puścić maszynę i wywieźć pociąg z wojskiem, żeby w ten sposób uratować wszystkich bojowców.

Na szczęście nie doszło do tego, gdyż tak, jak zwykle, była tylko ochrona składająca się z 45 ludzi. Po wyjaśnieniu sytuacji, oddział drugi wraz z dowódcą przystąpili do akcji celem zdobycia wagonu pocztowego. Ponieważ straż pocztowa stawiała opór, do wnętrza wagonu pocztowego wrzucono petardę dynamitową, która zakończyła się tragicznie dla starszego urzędnika prowadzącego pocztę, gdyż był ciężko ranny. Inni zaś weszli do wagonu pocztowego celem zabrania pieniędzy.

Cała akcja trwała osiemnaście minut. Po zabraniu pieniędzy oddział stanął w szyku bojowym. Tow. Grzegorz oświadczył bojowcom:

„Towarzysze, w imieniu Wydziału Bojowego Polskiej Partii Socjalistycznej dziękuję wam za waszą dzielną postawę i życzę wam szybkiego powrotu do Łodzi. Odwrót będzie prowadził tow. Kacper, czterech zaś bojowców pojedzie ze mną, byśmy mogli ulokować w bezpiecznym miejscu pieniądze wzięte z rąk urzędników carskich, które obrócimy na walkę z carem”.

Oddział uszeregował się, chorąży na przedzie. Padła komenda „krokiem marsz”, a w ślad za tym zaśpiewano jedną zwrotkę „Warszawianki”.

Musieliśmy szybko iść około kilometra w stronę Warszawy, by następnie skręcić w dość duży gęsty las, a następnie zrobić pół obrotu na lewo, kierując się w stronę Łodzi. Zaledwie uszliśmy kilka kilometrów, gdy nagle posłyszałem tętent koni na szosie od strony Brzezin. Sygnał latarką elektryczną, wszyscy padli na ziemię i oczekiwali dalszych rozkazów.

Niedługośmy czekali. Ukazał się oddział kozaków, ściągnięty łuną pożaru na stacji Rogów. Jednocześnie na horyzoncie widać było wyraźnie, jak w oświetleniu lampek naftowych jechało kilka drezyn z wojskiem z Koluszek. Jak tylko kozacy znikli nam z oczu, szybko przeszliśmy szosę i po kilku minutach skryliśmy się w wielkim lesie. Szliśmy bez przerwy trzy i pół godziny. Chodziło mi o to, by jak najdalej od miejsca akcji wyjść, a gdy się okazało, że już przeszliśmy przynajmniej 15 kilometrów, wówczas zatrzymałem oddział na chwilowy odpoczynek. Po spożyciu posiłku ruszyliśmy dalej.

Szło nam się raczej wesoło, jakże inaczej niż po raz pierwszy, gdy wracaliśmy z niczym. Palić było nie wolno, rozmawiać także, a bojowcy chcieli się dzielić wrażeniami z akcji. Rozkaz był jednak surowy i był ściśle wykonany.

Około godziny trzeciej byliśmy już niedaleko od wsi Wyskitno, dużej wsi w odległości 12 kilometrów od Łodzi. Nagle ukazała się tak wielka mgła, że poszczególne oddziały straciły łączność z sobą, ale kompas wiernie doprowadził wszystkich na Chojny, przedmieście Łodzi, skąd już drobnymi grupami i w pojedynkę wrócili do domów.

Należy zaznaczyć, że cała akcja skończyła się niezwykle pomyślnie dla nas, albowiem nikt nie został ranny i nikt nie został aresztowany.

Fakt zdobycia pieniędzy pod Rogowem i rozbicia całego oddziału wojskowego wywołał entuzjastyczny nastrój w masach robotniczych i wśród sympatyków PPS. Daremnie w ciągu całego tygodnia kozacy, żandarmi, oddziały kawalerii obszukiwali okolice. Mogli szukać. Najciekawsze, że szukali wtedy, gdy wszyscy uczestnicy byli na miejscu i przy swych warsztatach pracy, oczywiście z wyjątkiem instruktorów, którzy setnie wypoczywali po odbytej drodze.

W Warszawie wydano nadzwyczajne dodatki, opisujące przebieg akcji pod Rogowem. Żandarmi warszawscy usilnie rewidowali wszystkich pasażerów, którzy jechali w tym pociągu, po przybyciu do Warszawy, a na drugi dzień smętnie warszawski urzędowy dziennik napisał, że na ślad sprawców nie natrafiono. Trzeciego dnia ukazała się odezwa Centralnego Komitetu, kwitująca odbiór zabranej gotówki w sumie 37 000 rubli.

Należy zaznaczyć, że tow. Grzegorz wraz z pieniędzmi i bojowcami, dostał schronienie u proboszcza jednej z parafii pod Zgierzem. Jak z tego wynika, to i księża byli sympatykami Bojowej Organizacji PPS.

Jan Kwapiński

_______________________________

Powyższy tekst stanowi fragment wspomnień autora. Początkowo publikowano je w odcinkach na łamach „Robotnika” w roku 1927, w tymże samym roku zebrano je w książce „Organizacja Bojowa – Katorga – Rewolucja Rosyjska”, Nakładem Księgarni Robotniczej, z przedmową Ignacego Daszyńskiego. Drugie wydanie opublikowano pt. „Organizacja Bojowa – Katorga – Rewolucja Rosyjska. Z moich wspomnień 1904-1919”, nakładem Komitetu Zagranicznego PPS, Londyn 1943. Przedruk za tym ostatnim źródłem, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *