Władysław Rutkiewicz

Akcja bojowa w Łopusznie i wsypa prowokatora Lipińskiego

[1935]

10 lutego 1907 r. otrzymałem polecenie od Wydziału Bojowego, ażeby się postarać o czyste blankiety paszportowe, które były potrzebne dla naszych nielegalnych ludzi.

Funkcję instruktora Bojowej Organizacji Frakcji Rewolucyjnej PPS pełniłem od grudnia 1906 r. na miejsce tow. ,,Jana-Księdza”, którego partia wyznaczyła na funkcjonariusza roboty agitacyjnej w okręgu kieleckim.

Z oddziałowego, po odpowiednim przeszkoleniu, zostałem instruktorem. Godność instruktora otrzymałem od członków Wydziału Bojowego – tow. ,,Antoniego” i, zdaje mi się, tow. Montwiłła.

Miałem do swojej dyspozycji, poza Kielcami, dwa oddziały bojowców: w Białogonie, Rytwinach i Busku – po jednej szóstce, i w Samsonowie cały oddział. Przed rozłamem oddział składał się z trzech piątek i oddziałowego, po rozłamie zaś z trzech szóstek i oddziałowego. Odpowiednio do tej zmiany, zmieniona została i musztra. Zaznaczam przy tej okazji, że po rozłamie u nas, w kieleckim, nie było wcale lewicy [PPS Lewica] i na konferencji rozłamowej, która się odbyła na Słowiku w konspiracyjnym mieszkaniu, gdzie przybyli tow. Malek (bez nogi) i od lewicy tow. Feliks, wszyscy przedstawiciele delegacji wypowiedzieli się za Frakcją Rewolucyjną (wyjątek – tow. Gruszczyński ,,Czesław” – okręgowiec kielecki, który stał się lewicowcem) i dlatego cały dobytek partyjny, jak drukarnia, składy broni i literatura, pozostał przy nas.

W samych Kielcach też były dwa oddziały bojowców, tak że z taką ilością ludzi można było sobie pozwolić na największą akcję.

Dla otrzymania potrzebnych paszportów wybrałem Łopuszno, odległe od Kielc o 35 km w kierunku Częstochowy. Dnia 12 lutego wyznaczyłem zbiórkę u tow. Kędzierskiego w Białogonie trzem szóstkom – dwie z Kielc i jedna z Białogonu. Był to czas już dobrze „ostrzelany”, wszędzie po drogach kręciły się patrole kozackie, a w każdej gminie były specjalne posterunki wojskowe. Dlatego na tę robotę wziąłem aż trzy szóstki i wybrałem takie, które już poprzednio wychodziły cało z różnych opresji. Wszyscy otrzymali mauzery i browningi, i po 100 sztuk naboi. Na zbiórkę przybyli: tow. Łojek Wacław, Race Srul, Kępa Józef, Zawadzki Stanisław, Gemajron Herszek, Lipiński Jan, Chodak Jan, Zając Jan, Grudzień Wojciech, Sieradzki Jan, Bobowicz Bolesław, Sikorski, Nówek Józef, Lurzyński Józef, Minner Stanisław, Chwastowski Józef, Nowacki Jan, Maroński Józef. Nazwiska, oczywiście, dopiero teraz ustaliłem, bo wtedy każdy z nich dla mnie miał tylko pseudonim. Żona tow. Kędzierskiego przygotowała kolację, zjedliśmy i ja z tow. Nowkiem wyszliśmy wynająć trzy sanie od miejscowych gospodarzy-rolników, sympatyków partii. Kazaliśmy im podjechać za fabrykę odlewów na piekoszowskim trakcie i po sprawdzeniu broni dałem rozkaz do wymarszu. Na saniach ulokowałem po szóstce. Byłem na pierwszych, a reszta podążała za nami w bliskich odstępach. Oczywiście, że cały wymarsz odbywał się z ceremonią po bojowemu – „szereg frontowy formuj”, „repetuj broń”, „broń w pogotowiu” itp. Wyruszyliśmy – była godzina ósma. Było mroźno i dobra sanna. Pomimo że zza lada zakrętu lub zagajnika mogli wynurzyć się ochraniacze ówczesnego stanu wojennego i można było przy takim zetknięciu się zboczyć z drogi na łono Abrahama, chłopaki byli w wyśmienitych humorach: jak jedne z sań się wywróciły, to pomagając wygramolić się z rowu pełnego śniegu, czynili to z taką wesołością, że nikt by nie dał wiary, że ci ludzie lada chwila mogą podstawić pierś pod kule wroga. O godzinie dwunastej zajechaliśmy do Łopuszna.

Przed miasteczkiem ukryłem sanie w przydrożnych krzakach, polecając dobrze karmić konie, aby przy odwrocie szybko można było jechać, pozostawiłem dwóch bojowców, aby nikogo nie wypuszczali z miasteczka na trakt kielecki i w razie oporu aby strzelali, a sam na czele reszty bojowców, podłużną kolumną, wkroczyliśmy na rynek. Na rynku z prawej strony był zajazd. Gdyśmy koło niego przechodzili, w odległości jakichś 80 kroków, ujrzeliśmy dwóch wachmistrzów policji. Zatrzymałem oddział i wzięliśmy na cel policjantów. Jeden z nich, nie orientując się w ciemności, zapytał „kto idiot”, a ja żartem odpowiedziałem „czort popa niesiot”. Chciałem dać komendę „pal”, lecz było to około tego zajazdu, gdzie się kręciło sporo ludzi, i nie chciałem aby były ofiary, więc, gdy policjanci weszli do zajazdu, podałem komendę „naprzód”, pozostawiając po drodze warty dla zabezpieczenia tyłów. Miałem dane, że w miasteczku jest ośmiu policjantów. Poszliśmy w kierunku ulicy wiodącej do Krasocina, gdzie się mieściły urzędy, z którymi mieliśmy załatwiać sprawy: monopol wódczany, poczta, sąd i gmina. Ponieważ monopol był na samym końcu, więc postanowiłem go zrobić najpierw. Całą drogę od gminy do monopolu, poza chałupami, obstawiłem bojowcami i z jedną szóstką poszedłem pod monopol. Rękojeścią brauninga zacząłem bić w drzwi. Odezwał się męski głos „kto eto”, odpowiedziałem, że w imieniu PPS żądam natychmiastowego otwarcia drzwi. Nastała cisza i za chwilę z okna monopolu huknęły strzały i wymysły: „ja wam, bandyci, dam”. Dwóch bojowców podskoczyło do drzwi i zaczęło je rąbać toporami, które przywieźliśmy na wszelki wypadek z sobą, a szóstkowemu kazałem dać ognia w okno. Po usłyszeniu strzałów i rąbaniu drzwi zapał monopolisty ostygł. Dla wywołania większego wrażenia krzyknąłem: „otwieraj, bo rzucę bombę”. Otworzył drzwi, jęcząc „gospodi pomiłuj”. Krzyknąłem na monopolszczyka, aby zapalił światło i podniósł ręce do góry. Gdy zabłysło światło, wkroczyłem z bojowcami do środka. Stał tam monopolszczyk, trzymając w jednym ręku lampę, a drugą trzymał do góry, i żona jego z dzieckiem na ręku  prosząca: „panie oficerze, nie róbcie krzywdy mężowi, on myślał, że to bandyci”. Odrzekłem, że jego szczęście, że nikt z naszych ludzi nie został ranny, i zażądałem oddania broni. Dwa rewolwery – buldog i taki sztyfciak – leżały pod łóżkiem. Siadłem przy stole i kazałem sobie podać książkę przychodową i gotówkę, a bojowcom poleciłem potłuc butelki z wódką w sklepie. Choć niektórzy mieli ochotę kapkę się rozgrzać, bo przecież przyszli z 15-stopniowego mrozu, lecz był rozkaz potłuc i potłukli, co było rzetelnie. Według książki było 200 rubli. Gotówkę wsypał bojowiec Jan Chodak (pseudonim Geniek) do specjalnie przywiezionego woreczka. Monopolszczyk umiał pisać po polsku, więc kazałem mu własnoręcznie, pod dyktandem, napisać w książce: „pieniądze konfiskuje się na cele rewolucji” i postawiłem pieczątkę: „Kielecki Robotniczy Komitet PPS”.

Następna była poczta. Ażeby się nie powtórzyła historia z otwieraniem drzwi na poczcie, jak w monopolu, kazałem monopolszczykowi iść z nami. Żona jego, myśląc, że chcemy go wyprowadzić i zabić, rzuciła się z lamentem. Uspokoiłem ją, że niedługo powróci, i poszliśmy na pocztę. Gdym zapukał do drzwi poczty i odezwał się głos „Kto tam” poczciarza, sterroryzowany monopolarz odezwał się, że to on, że przed chwilą był u niego napad bandycki i że właśnie o tej sprawie chce z nim pomówić. Drzwi otworzył naczelnik poczty. Wtedy odsunąłem na bok monopolarza, a sam, świecąc latarką elektryczną, przyłożyłem brauning do piersi poczciarza, żądając podniesienia rąk. Do środka weszła reszta bojowców. Skonfiskowaliśmy kilkadziesiąt rubli gotówki, znaczki pocztowe, odkrytki, szablę i rewolwer. Pokwitowaliśmy jak w monopolu i, zabierając ze sobą monopolarza i poczciarza, poszliśmy do sądu. Otwieranie drzwi odbyło się jak na poczcie. W sądzie zniszczyliśmy portrety carskie i papiery, demolując całe urządzenie sądu. Po wyjściu z sądu poleciłem bojowcom pod eskortą odprowadzić do mieszkań monopolarza i poczciarza, zalecając, aby do rana nie wychodzili na ulicę, bo w mieście stoją nasze warty i mają polecenie, gdy ich zobaczą, strzelać do nich. Poszliśmy do gminy. W gminie były oświetlone okna. Okazało się, że był tam pisarz i trzech mieszkańców Łopuszna, a policja, gdy usłyszała strzały koło monopolu, rozbiegła się na wszystkie strony. Zniszczyliśmy znów portrety carskie, skonfiskowaliśmy około 60 sztuk blankietów paszportowych i zabraliśmy pieczęć gminną. W kasie była gotówka, lecz nie z podatków, a gromadzka. Takich pieniędzy nie braliśmy i ostrzegłem tych trzech, których zastałem w gminie, aby pilnowali pieniędzy do przybycia władz śledczych, bo policja może pieniądze zabrać i powiedzieć, że to my je wzięliśmy.

Ściągnąłem warty z miasteczka i w szyku bojowym, dając kilka strzałów na postrach, odmaszerowaliśmy do naszych sań. Cała nasza akcja w miasteczku trwała jakieś 40 minut. Trzeba było się zwijać, jak się należy, aby nie dać ochłonąć zaskoczonym.

Gdy odjeżdżaliśmy, była godzina pierwsza. Przyjechaliśmy do Promnika o godzinie drugiej w nocy. W Promniku, jako że to było po drodze, nadliczbowo rozbiliśmy monopol wódczany, konfiskując przeszło 100 rubli.

Z Promnika już pełnym kłusem, nie żałując koni, skierowaliśmy się do Białogona, gdzie przyjechaliśmy o godzinie piątej rano. Zmachani byliśmy rzetelnie, akcja się udała, żadnych przeszkód po drodze nie mieliśmy, tylko ja odmroziłem sobie ucho przy 15-stopniowym mrozie na wietrze.

Skonfiskowaną broń oddałem na przechowanie tow. Norkowi, a z dwoma szóstkami odmaszerowałem do Kielc przez Karczówkę. O godzinie szóstej byłem już na konspiracyjnym mieszkaniu u tow. Robakowskich, sumując rezultaty tej nocnej wycieczki. Było wszystkiego 378 rubli, marki pocztowe na 70 rubli, odkrytek na 12 rubli, paszporty, no i pieczęć gminna, która w przyszłości niejednemu towarzyszowi oddała usługę. Najważniejszym jednak było to uczucie, że wywiązaliśmy się dobrze, że zadokumentowaliśmy, iż pomimo stanu wojennego, pomimo patroli, w tak ruchliwym miejscu, jak trakt kielecki, narobiliśmy carskim stupajkom bigosu.

Zdobycz z wyprawy miał zabrać ode mnie 13 tow. „Jan”, który miał to wywieźć do Warszawy. Spotkanie z nim oznaczyłem u tow. „Bronki” – Optułowicz. Zapakowałem wszystko i oddałem tow. Robakowskiej, aby zaniosła do tow. Bronki, mówiąc, że to jest od Aleksandra, i pytam obecnych bojowców, kto pójdzie odprowadzić tow. Robakowską. Wyrwał się do tego Lipiński Jan „Narcyz” – bojowiec od przeszło roku, z zawodu szewc.

Po wyjściu tow. Robakowskiej (pseudonim „Fatrowa”), gdy usłyszałem, że zamknęła drzwi na klucz, rzuciłem się na łóżko, kładąc brauning pod poduszkę, i zaraz zasnąłem.

Odmrożone ucho, gdy się położyłem, zaczęło puchnąć i w czasie snu zaczęła się z niego wydzielać woda. Pomimo, że prosiłem tow. Robakowskiej, aby mnie nie budziła wcześniej, niż o dziesiątej, ta nie mogła wytrzymać, gdy zobaczyła, co się dzieje z moim uchem, i obudziła mnie o 20 minut wcześniej. Zacząłem na nią gderać, lecz ona przyniosła maści, obandażowała mi ucho i, gdy miałem wychodzić, sięgam pod poduszkę po brauning, a tam, zamiast jednego, było dwa. Zdziwiony pytam, co się stało, i dowiaduję się, że z rana był „Narcyz”, taki jakiś zdenerwowany, blady, chodził po mieszkaniu, wyjął zza pasa brauning i włożył mi go pod poduszkę. Odchodząc, prosił tow. Robakowską „Fatrową”, aby mnie nie budziła. Wydało mi się to coś nie bardzo. Pytam, kiedy to było. „Ano – jakąś godzinę temu”. Kazałem natychmiast oczyścić mieszkanie, żeby nic nielegalnego nie było, i popędziłem do tow. Bronki. Bronki nie zastałem, była tylko jej młodsza siostra Kazimiera Nawrot. Pytam: „Gdzie Bronka?” – „Wyjechała z nielegalnym żołnierzem, który zbiegł z aresztu wojskowego”. – „A tow. Jan tu był?” – „Nie był, przyszedł tylko tow. Narcyz i zabrał ten woreczek, który rano przyniosła tow. Robakowska”. Jak wściekły rzucam się na tow. Nawrot, pytając, kto jej pozwolił to wydać, a ona mi opowiada, że przyszedł Narcyz godzinę temu z rozkazem ode mnie i zażądał wydania woreczka z pieniędzmi. Chciała mu dać i tą drugą paczkę, ale on nie chciał jej wziąć. Wyjaśniłem, że wcale go tu nie przysyłałem, że jest źle, że trzeba teraz spokojnie, lecz powoli, przede wszystkim wszystko nielegalne z mieszkania uprzątnąć. W tym mieszkaniu mieliśmy skład materiałów wybuchowych, broni i literaturę wojskowej organizacji. Zabrałem ze sobą to, co przyniesiono tego ranka, a mianowicie kilka rewolwerów i mauzerów. W bramie zetknąłem się z tow. „Janem” i udaliśmy się do tow. Treleckiej, a tam poinformowałem go o wszystkim. Ustaliliśmy, że na zebraniu tych pieniędzy z woreczkiem sprawa się nie skończy, że trzeba być przygotowanym do dalszych kroków Narcyza, tj. do wsypy, i że trzeba go za wszelką cenę, jak najszybciej, unieszkodliwić. Po naradzie obstawiliśmy ludźmi z jednego oddziału bojowego wszystkie rogatki i peron kolejowy, a ja z drugim oddziałem przez trzy dni szukałem go po całym mieście. Poszukiwania nie dały rezultatu, więc 15 lutego wysłałem dwie szóstki, jedną w stronę Strzemieszyc, a drugą w stronę Radomia, z rozkazem, aby, gdzie spotkają Narcyza, kropnęli mu w łeb.

17 lutego szykowałem się na Zjazd PPS do Wiednia, a tu wkroczyli policja i wojsko do mieszkania. Nic przy mnie nie znaleźli, lecz zostałem aresztowany i osadzony w sekretnej celi w Kielcach. Na drugi dzień zostali aresztowani tow. Łojek Wacław, Zawadzki Stanisław, Race Srul, małżonkowie Józefa i Józef Robakowscy, Grudzień Wojciech, Norek Józef, Minner Stanisław, Jan i Ludwik Kędzierscy. Aresztowano nas wskutek listu, jaki otrzymał policmajster m. Kielc, w którym były dokładnie opisane akcje w Łopusznie i Promniku. O mnie było napisane, że dowodziłem tymi akcjami, że mam odmrożone ucho i że w noc wigilijną Bożego Narodzenia 1906 r. zabiłem starszego żandarma w Kielcach. List był podpisany „Narcyz” i było w liście zaznaczone, że o ile zostaną wszyscy wskazani wyłapani i osadzeni w więzieniu, to on, Narcyz, przyjedzie i zgłosi się do policji. Był wtedy okres sądów polowych i groziła nam wszystkim bojowcom kara śmierci, lecz na szczęście szóstka, która była wysłana w pogoń za Narcyzem w stronę Radomia, złapała go w Skarżysku i w lesie go rozstrzelała. Gdy go zrewidowano, to znaleziono przy nim list do policmajstra kieleckiego, w którym było wymienionych 50 nazwisk towarzyszy z agitacji, bojowców i techniki bojowej. Jego śmierć uratowała kielecką organizację od pogromu.

Już na drugi dzień otrzymałem gryps z wolności, że Narcyz kropnięty, i gdy zostałem wezwany do sędziego śledczego, kapitana sądów polowych, który radził mi się przyznać, bo i tak ma przyjechać ich agent, Narcyz, który w oczy mi wszystko powie – śmiałem się w duszy i myślałem, że długo na jego przyjazd będą musieli czekać. Co do odmrożonego ucha, wykręcałem się, że zostało odmrożone podczas jazdy na wesele do siostry ciotecznej w chęcińskim. Był tam najmłodszy brat i gdy zapytywano gości weselnych, a było ich ze 60 osób, to wszyscy stwierdzili, że Rutkiewicz był na weselu. Sprawy przed sądem polowym, a później wojennym, z braku dowodów upadły, a dostaliśmy tylko administracyjną wysyłkę na 4 lata na Syberię.

Wsypa prowokatora Lipińskiego Jana „Narcyza” pochłonęła tylko trzy ofiary – zmarli bowiem na Syberii tow. Robakowski Józef oraz Jan i Ludwik Kędzierscy. Reszta z Syberii powróciła do kraju i spotykaliśmy się jeszcze później w akcjach bojowych, a później… na katordze.

Napisałem ten maleńki epizod z okresu walk, jakie prowadziliśmy pod sztandarami Polskiej Partii Socjalistycznej w imię niepodległości i sprawiedliwości społecznej, aby pozostały dla potomności. Wasze nazwiska, drodzy towarzysze bojowcy, którzy, pracując cały dzień w fabryce lub w warsztacie dla kawałka chleba, szliście z wielkim poświęceniem na nocną wyprawę dla sprawy.

Władysław Rutkiewicz („Aleksander”)

________________________________________________

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Kronice Ruchu Rewolucyjnego – kwartalniku poświęconym dziejom walk o niepodległość i socjalizm”, organie Stowarzyszenia Byłych Więźniów Politycznych, pod redakcją Jana Krzesławskiego i Adama Próchnika, nr 3, lipiec – sierpień – wrzesień 1935 r., od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Na potrzeby Lewicowo.pl tekst opracowała Aleksandra Zarzeczańska.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *