„Krytyka”

Z wycieczki do Królestwa

[1907]

Gdy ostatni raz widziałem Warszawę – było to za owych niezapomnianych dni końca 1905 r. – miasto przedstawiało widok tłumu żyjącego w ekstazie. Ulicami, placami przeciągały bezustannie tysięczne masy o rozpłomienionych twarzach, zachwyconych spojrzeniach. Mimo niedawnej rzezi pod ratuszem i szarż kozackich, w powietrzu jakby słychać było szum skrzydeł, kipiał war uniesienia. W gorączce tej najchłodniejsi ludzie mówili superlatywami, na najwyższy ton nastrajali swe żądania i nadzieje. Tocząca się tak majestatycznie, mieniąca się w ogniu wschodzącej wolności wszystkimi tęczami fala dziejowa zdawała się nieść na swych barkach spełnienie najśmielszych snów. Z „Kuriera Codziennego”, drukującego się wówczas w 50 000 egz., czy z nacjonalistycznego „Gońca”, z setki pism ulotnych krzyczących na ulicy i z wieców wielkim głosem wołających z każdej większej sali, z pochodów, przerzynających bezustannie miasto, i z gorączkowych szeptów konferencji poufnych, jeden bił ton, który się złożył w pieśń uniesienia, w hymn widzianego oczyma duszy tryumfu.

Teraz – druga połowa stycznia – Warszawa żyje życiem „normalnym”. Więc praca – gwar – ruch, jak przed laty. Na rogach ulic, gdzieniegdzie na trotuarach żołnierz z karabinem w ręku – przechodnie ocierają się o jego karabin, tu i ówdzie fala go porywa; przyzwyczaili się doń, jak do słupka przydrożnego, on też – przynajmniej w śródmieściu – nie bardzo się naprzykrza. W ciągu przeszło dwutygodniowego pobytu w różnych miejscowościach nie byłem ani razu pytany o paszport, ani razu nie miałem sposobności do „gimnastyki szwedzkiej”. Cukiernie, restauracje, teatry wszędzie zapełnione; na występy Isadory Duncan miejsce trudno było dostać. Chłopaki z gazetami wrzeszczą tytuły swoich dzienników; tu i owdzie daje się słyszeć: „Robotnik”! „Robotnik” rewolucyjny! Inny woła w cukierni oficerom w nos: „Brauning” (tytuł książczyny Laskowskiego) skonfiskowany! Co więcej – w każdym mieście codziennie po kilka lokali zapełnionych, w których się odbywają lekcje polskie, kursy naukowe, wykłady. Na nich swoboda duża. W Galicji często policja żąda przedkładania sobie tekstu odczytu, starostowie na prowincji pod najbłahszym pozorem zakazują odczytów, jak np. niedawno pana Biedronia o mleczarstwie; na kilkanaście wykładów wygłoszonych w Królestwie w jednej tylko miejscowości policmajster zażądał krótkiego streszczenia. W ostatnich dniach wkroczyła na widownię polityka wyborcza z całym aparatem programów, polemik, zwymyślań – nie gorzej niż w Niemczech. Życie – europejskie.

Powierzchnia to – pod nią żar i kłęby dymu, mrok i wybuchy. Powierzchnia to – a i na niej wzrok, nie odwracający się od rzeczywistości, ucho nie zatykane watą samolubstwa widzi i słyszy walkę, zapasy straszne. Na podworcach cytadeli skrzypią szubienice, na skraju lasków rozlegają się salwy sądów wojennych. W fortach i innych więzieniach Warszawy ok. 10 000 „politycznych”. Miałem sposobność przejrzeć zapiski kilkuset tych więźniów. Co trzeci, czwarty opowiada, że był bity. Warszawa ma teraz 1500 tajnych agentów policyjnych, nieraz na ulicy zatrzymują przechodni, po bandycku wołając: ręce do góry. Jeszcze częściej kładą ręce na ofierze, wybranej, oznaczonej, dobrze już wyszpiegowanej, w tłumie, w domu, przy robocie. Codziennie kilkadziesiąt jednostek tak znika, nieraz po kilkadziesiąt naraz. Większa część tych, co kierowali historią „czerwoną” ostatnich dwóch lat, w rękach siepaczy. Inni za nich pracują, pracują… Tu i owdzie strzał; bomby znajduje się nawet w cichym Lublinie, dwa nieudane zamachy na Skałłona, zgładzenie kilku szkodliwych jednostek w Łodzi… W jedynej też Łodzi widziałem urzędników tak pieszo, jak i w powozie otoczonych konwojem. Warszawka znużona już. Znudzona „monotonią” lat ostatnich, przypomina sobie, że z życia można wykreślić to i owo, ale karnawał! Czy i w tym roku nie będziemy tańczyć? Bodaj na „cele”… A pod tym wszystkim dzieją się rzeczy straszne, dwie potęgi mają w sobie utkwione żelazne spojrzenie, upatrują chwili, by wymierzyć jeszcze jeden cios okropny, utopić w sobie narzędzie śmierci… Tylko jedna coraz spokojniejsza spokojem pijanego tryumfem żołnierza, druga ranna, krwią brocząca, cofa się w coraz głębsze ostępy, odstrzeliwuje się rzadziej, niemniej posępna w rozpaczliwości swojej i groźna.

A i na powierzchni ludzie już nie ci sami, co niedawno. Gdzież radość oczekiwania, co niedawno prześwietlała ich spojrzenia, gdzież owa ekstaza nadziei i pewność jutra? Życie z hymnu zeszło do prostej powieści i proces ten nie u wszystkich odbył się ze spokojem bezczucia. Żywiołowy, zdrowy rytm Warszawy porywa, ale czuć i tam tętno osłabienia, co chwila wypadają z taktu grupy, jednostki, na każdym spokojniejszym miejscu uderza depresja, zasępienie. Sięgnąwszy trochę głębiej – ileż wykolejeń i wykolejonych. Iluż spadło z konia wśród najognistszego galopu, ilu to ludziom i grupom czarę wyrwano z rąk, gdy – zdawało się – bliska była ust. Zaczadzeni chodzą jedni, z raną w samo serce wymierzoną drudzy; widzą dokoła siebie upadek, zawód, zdradę – zdradę wśród najbliższych; składają ręce zmartwiałe, inni po prostu idą w sieć wroga z szaleńczą desperacją. Najdzielniej stosunkowo trzymają się masy robotnicze, niewyczerpane, żądne walki. Żadna organizacja nie jest właściwie rozbita, w Warszawie wprost wzywają do czynu, w Łodzi zdobyły się na niesłychanie imponujący, jednolicie przeprowadzony, niezakłócony przez nikogo strajk manifestacyjny 22 stycznia. Ale przewódcy zdziesiątkowani, wiary coraz mniej, walka coraz bardziej się toczy tylko o honor sztandaru. Jak zwykle w takich chwilach gorycz wylewa się w postaci obwiniań wzajemnych, rozłamów, fermentów, walk bratobójczych. A inni – nie tak łatwo zdołają się zastosować do form nowych. Iluż jeszcze wierzy w bliskie nadejście republiki demokratycznej, ba, ilu – w bliskie osiągnięcie autonomii? Poza tłumem wrzącym, goniącym za interesem i rozrywką, widać pobojowisko trupów pełne, trupów ludzi najszlachetniejszych i marzeń upajających. A na pobojowisku hieny żerują i krew chłepcą poległych i z rannych zdzierają szaty, obdzierają ich z jedynej kosztowności – z imienia dobrego…

Nie tyle porządek, ile „otrzeźwienie” panuje w Warszawie i Królestwie, a przy pełnej jego jasności, spotęgowanej tu i owdzie światłem krwawej eksplozji, dokonuje się kilka zasadniczych procesów pierwszorzędnej wagi.

***

Ogromna żywotność społeczeństwa i znaczne jego bogactwo w siły różnorodne rzucają się w oczy na widok wszystkich tych warsztatów pracy, które powstały przy pierwszym podmuchu względnej swobody, przy pierwszym rozpętaniu rąk. Dla przybysza z Galicji, przyzwyczajonego do rozmaitych form ubóstwa, wśród których najdotkliwszym jest ubóstwo w ludzi dobrej woli, zdolnych i chętnych do jakiejkolwiek pracy publicznej, pełen otuchy jest widok wielkiej masy jednostek, które zakasawszy rękawy zabrały się do pracy na polu kultury. Królestwo okazało, że ma szeroki, inteligentny stan średni, a w porównaniu z nim, gdzie wy jesteście, adwokaci, inżynierowie, lekarze, urzędnicy prywatni Galicji? Gdzie wasza praca kulturalna, wasza myśl publiczna?

Galicjanin, który jest w kłopocie i nie ma nikogo do pomocy, gdy ma urządzić na prowincji odczyt popularny, wprost niezwykłego doznaje wrażenia, spotykając w Królestwie na każdym kroku skupione grona inteligencji niezależnej, pełne zapału, chęci do pracy. W kilku miastach zbliżyłem się do tych kół i – czołem przed ich energią myśli i czynu w skromnym, ale tak ważnym ich zakresie. Rozumie się, że w chwili tak silnego rozbicia partyjnego, przez jakie wszyscy przechodzimy, zróżniczkowanie ideowe na każdym przejawia się polu. W Królestwie może więcej niż w Galicji – z tego prostego powodu, że u nas agresywnej, zwycięskiej polityce nacjonalistów nigdzie nie przeciwstawia się na gruncie miejskim poważniejsza, energiczniejsza demokracja postępowa (z wyjątkiem może Krakowa, o czym także dużo dałoby się powiedzieć). W Królestwie jest w tej chwili, podobnie jak w Niemczech, nacjonalizm górą, ale wszędzie występuje przeciw niemu zasadnicza, coraz silniejsza, twórcza praca żywiołów postępowych. Decydująca to różnica między Galicją a Królestwem, do której jeszcze trzeba będzie wrócić. Tymczasem – fakt rozbicia, występujący we wszystkich dziedzinach. Przy pracy kulturalnej nie mniej niż przy politycznej; w samych początkach, w samym zarodku, gdy na porządku dziennym stanęły kwestie np. szkolne, zróżniczkowały się poglądy, wystąpiły odrębne czyny.

Kwestię szkolną dźwignęła na swych barkach młodzież swym strajkiem szkolnym – i moralnie wygrała. Do gimnazjów rządowych uczęszcza minimalna ilość młodzieży polskiej – reszta chodzi do gimnazjów prywatnych i szkół handlowych: ciekawego typu szkolnictwa, powstałego wskutek współzawodniczenia ze sobą dwóch ministeriów petersburskich. Rozumie się, że zakłady te z funduszów prywatnych powstałe, w zbyt niedostatecznej istnieją ilości, by mogły zaspokoić potrzeby całego społeczeństwa, byt ich też nie jest pewnym. W Warszawie jest gimnazjów prywatnych jedenaście – wszystkie są przepełnione i wszystkie skarżą się na nieregularne opłacanie należytości przez rodziców, dla których znowu w bardzo wielu wypadkach uiszczanie opłaty po sto kilkadziesiąt rubli za chłopaka jest nader uciążliwym. Przejęcie szkół na etat skarbu krajowego musi być jednym z pierwszych postulatów kraju. A i na tym polu od razu rzuca się w oczy fakt walki dwóch światopoglądów. Gimnazja dzielą się na postępowe i narodowo-demokratyczne. Takie miasto jak Lublin ma dwa zakłady, z których każdy na innej zbudowany zasadzie; w Warszawie konflikt występuje jeszcze silniej. Gimnazja te mają tę ujemną stronę, że prowadzone są przez nauczycieli starej szkoły, pozostałości moskiewskie; postępowe starają się zbudować nowy typ wychowania i pedagogii, nacjonalistyczne głównie zajęte tłumaczeniem na polskie dyscypliny rosyjskiej i czystości rasowej. Wiadomo, że do kilku gimnazjów prywatnych w Warszawie nie chciano przyjmować uczniów-Żydów, którzy powystępowali z gimnazjów rządowych, potem zaczęto niektórych przyjmować drogą łaski, procentowo. Tej praktyki w postępowych szkołach nie ma. A i duch tu inny. Np. stosunek nauczycieli do ucznia oparty bywa na uznaniu jego godności ludzkiej, honoru, poczucia odpowiedzialności; stąd np. dopuszczanie delegatów uczniów do konferencji grona profesorskiego; z eksperymentu tego profesorzy są przeważnie zadowoleni. Uczniowie to, którzy wczoraj walczyli; inna też w nich dusza. Pamiętnym jest, jak niedawno, gdy arcybiskup Popiel narzucił się na wizytatora szkół, młodzież postępowa wystosowała doń pismo, w którym przypomniała mu wszystkie krzywdy, wyrządzone przezeń językowi i duchowi polskiemu – arcybiskup skończył też na wizytacji tylko godzin religii, tylko w dwóch szkołach. Nauczyciele, przybyli tu z Galicji, nie mają dość słów na wychwalanie młodzieży Królestwa: znać, że to generacja, która wyszła z bojów, która nie wychowała się w serwilizmie i ospalstwie galicyjskim; za dużo tu jeszcze oczywiście fermentu, ale zobaczy pan – mówił mi jeden pedagog – za dziesięć lat, gdy obecne pokolenie pokończy studia, Królestwo będzie miało ludzi, których pozazdrości nam cała Europa. Przeglądałem pisemka wydawane przez szkoły; niektóre drukowane; prawie nic tu grafomaństwa literackiego, a pojmowanie życia bardzo wysokie.

Najżwawszym jest ruch około oświaty elementarnej we wszystkich jej postaciach. I tu zarysowuje się najsilniej antagonizm światopoglądów. Polska Macierz Szkolna pojawiła się na widowni od pierwszej chwili z piętnem ducha partyjnego, to wywołało potrzebę organizacji odrębnych. „Dlaczego stronimy od Macierzy?” – zapytuje w jednym ze swoich artykułów „Kurier Radomski” i jako przyczyny podaje wypaczenie ducha narodowego:

„Wyznaniowość szkoły, wyłączność oświaty, upośledzenie Żydów, dążenie do wyrabiania poczucia wdzięczności w ludzie, darzonym oświatą dla panów, dających oświatę, a co za tym idzie i pokory w innych dziedzinach społecznego życia. Ci panowie nie rozumieją, że obowiązek szerzenia oświaty mierzy się wysokością wymiennych usług pomiędzy obdarowywanymi a darującymi; że Żydzi nawet wtedy, gdyby nic do skarbca Macierzy nie wnosili, mieliby prawo do korzystania ze szkół Macierzy, gdyby ta była instytucją powszechną”.

Zaś dr. W. Chodźko z Lublina opowiada:

„Pospieszyliśmy wszyscy, bez różnicy przekonań i sympatii partyjnych w szeroko, zdało się, rozwarte podwoje Macierzy, rzuciliśmy się z zapałem do stworzenia nowej szkoły. Ale od razu na wstępie zaczęto nas klasyfikować, dzielić, wyłączać, odpędzać od wrót pierwotnej Macierzy, w której rozwielmożniła się partia mieniąca się jedynie narodową. Odepchnięci, stworzyliśmy własne kółka, w których na razie staraliśmy się w miarę sił mnożyć oświatę i czekaliśmy cierpliwie, sądząc, że może przymusowa konspiracyjność pierwszej Macierzy oddała ją w ręce jednej partii. Czekaliśmy długo, aż doczekaliśmy się 8 lipca 1906 r., kiedy na ogólnym zebraniu Polskiej Macierzy Szkolnej w Warszawie delegaci Kół z całego kraju ostatecznie zadekretowali, że Macierz należy do Narodowej Demokracji i że nowa szkoła polska wolną być nie może.

Niebawem nastąpił atak ks. Popławskiego i narodowej demokracji, popierany denuncjacją, na szkoły Zrzeszenia Nauczycieli, zastosowano ograniczenia wyznaniowe w szkole polskiej gen. Chrzanowskiego, w szkółkach Macierzy w Sosnowcu, Lublinie, a jako ideał, do którego ma dążyć nowa szkoła polska, wystawiono gimnazjum jezuickie w Chyrowie. (»Polak-katolik«).

Odrodziła się dawna szkoła biurokratyczna, przybrana w szatę polskiej. Wtedy dopiero zrozumieliśmy, co oznacza hasło »wolnej szkoły«, jak głęboką treść zawierało w sobie”…

Taką jest różnica przekonań. Co do jej uzasadnienia przypuszczam, że duch Macierzy nie jest jednolity, że zarząd główny przy chęci utrzymania bezstronności nie może wpływać na politykę poszczególnych kół, które mają autonomię i podobnie jak w Galicji używają jej wedle swych specjalnych tendencji. Przy tym wszystkim istnienie obok Macierzy innych jeszcze instytucji oświatowych uważam pod każdym względem za zjawisko dodatnie: powstaje między nimi szlachetny pojedynek na punkcie ilości i jakości ognisk oświatowych. W sprawach ducha zawsze powinna panować wolna konkurencja. Monopol sprowadziłby ospałość i panowanie rutyny. I tak powstały w całym kraju obok kół Macierzy towarzystwa postępowe.

O działalności Macierzy bliższych szczegółów brak. Walczy ona z przeszkodami ze strony „konstytucyjnego” rządu i podobno z 800 szkół ludowych uchwalonych faktycznie istnieje około 100. Niektóre bardzo mizerne: panowie po wsiach rzadko decydują się na odstąpienie na naukę porządniejszego budynku. Nadto urządza Macierz publiczne wykłady, kursy naukowe, dla analfabetów. Charakterystycznym jest, że dla wykładów publicznych ani w Warszawie, ani na prowincji Macierz nie ma dostatecznej liczby sił inteligentnych; lepiej idzie praca na innych polach. Z większymi przeszkodami muszą oczywiście walczyć instytucje postępowe. Są podejrzane zarówno u władz, jak i u dołu. Praca wre tu jednak żywa i niezmiernie intensywna. Takie „Światło” w Lublinie, „Kursy im. Asnyka” w Kaliszu, „Uniwersytet Ludowy Ziemi Radomskiej”, „Towarzystwo Krzewienia Oświaty” w Łodzi – mówię o instytucjach mi znanych – rozwijają działalność niestrudzoną i nader owocną; na czele kroczy „Uniwersytet Dla Wszystkich” warszawski. O duchu przenikającym tych pracowników może świadczyć mowa dra Biernackiego wygłoszona przy otwarciu lubelskiego „Światła”:

„Niechaj – mówił – powstaną wśród nas bohaterowie oświaty, jak są bohaterowie bitwy. Pieniądze nam nie wystarczą, ale żądamy także podatku krwi, tj. osobistego współudziału w walce z ciemnotą. Żądamy go od wszystkich – od mężczyzn i kobiet – aby utworzyć armię wyzwolenia naszego narodu z kajdan nieuctwa i ciemnoty. Ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, powinna jak grzmot brzmieć nieustanna pobudka, i powinno nie być końca i miary poświęceń i bohaterstwa dla tej idei. A wszak któż jak nie my Polacy potrafimy się poświęcać i nieść życie w ofierze?

Koniecznym jednak warunkiem zapału jest wolność i swoboda myśli. Wolna zaś myśl nie stoi na jednym miejscu, ale jak lotny ptak szybuje w przestworzu naprzód i zawsze naprzód. Otóż ta postępowość umysłowa myśli ludzkiej nie może być krępowana żadnymi względami – bez wykoślawienia całego gmachu oświaty. Nie powinny też jej krępować nasze doktryny partyjne, gdyż my budujemy na przyszłość, a kto wie, czy za 20 lat najbardziej skrajne dzisiejsze nasze nauki nie okażą się znowu zaporami dalszego rozwoju.

Nie można też za przykładem Stańczyków mierzyć oświatę ludową podwójną miarą – inne zasady są dobre dla ludu, a inne dla nas. Nie, wszystko, co uznajemy za dobre dla rozwoju normalnego człowieka, jest tak samo dobrem dla ludu, jak i dla nas i żadnej różnicy być tu nie powinno.

Ale o ile myśli należy pozostawić jak największą swobodę, to w działaniu postępować winniśmy według sławnego orzeczenia Szczepanowskiego: »swoboda myśli, a karność w działaniu«. Jest to hasło dlatego tak ważne dla nas, iż my mamy skłonność do wprost przeciwnej maksymy, karności myśli, a swawoli w działaniu. A więc karność powinna panować w naszej armii oświatowej, ta karność, która przysposabia i warunkuje wszelkie zwycięstwo”.

Znajdzie się jeszcze sposobność do szczegółowego scharakteryzowania ruchu oświatowego w Królestwie – kierujący nim ludzie ożywieni są zapałem szczerym i nie uginają się pod nawałem prześladowań i trudności, które ze wszech stron spadają. Małe garstki, ale karne i istotnie dobrej woli, urządzają więc odczyty publiczne, szkoły ludowe, kursy systematyczne wieczorne, czytelnie, kursy dla analfabetów: wszystko ci sami ludzie, tymi samymi minimalnymi środkami. „Światło” ma 26 szkół, tyleż czytelń, 3 ochronki; niektóre jego koła chłopskie mają stały teatr amatorski. TKO w Łodzi miało w ciągu 7 tyg. od listopada 27 000 słuchaczy na wykładach, a w 30 kompletach ma około 1200 dorosłych uczniów, utrzymuje też 2 czytelnie. Działaczom dodaje sił ruch z dołu – żywiołowy pęd ludu do oświaty. Robotnicy odczuwają brak oświaty tak gorąco, że nigdzie nie można nastarczyć sal i sił nauczycielskich. W Warszawie Uniwersytet Dla Wszystkich urządza codziennie na 10 punktach po 2 godz. nauki – za mało; na kursach dla analfabetów biją się o miejsca.

Ruch ten oświatowy powinien z czasem być ujęty w jedno ognisko. Punktem koncentracyjnym miało być, może kiedyś i będzie Towarzystwo Kultury Polskiej. Szeroko pomyślane – obejmuje mniej więcej wszystkie działy pracy kulturalnej nowoczesnej: więc 1) oświatowy (zakładanie szkół, kursów, bibliotek, pracowni), 2) społeczny (związki, muzea społeczne, domy ludowe), 3) etyczny (szerzenie zasad humanitarnych, obrona krzywdzonych, przestrzeganie praw mniejszości), 4) ekonomiczny (kooperatywy, kasy różnego typu). Na czele instytucji stoi A. Świętochowski; działalność jego na razie – w posiedzeniach sekcyjnych i w wielkiej myśli pośredniczenia między robotnikami a fabrykantami z powodu lokautu w Łodzi; w dążeniu do założenia Domu Ludowego.

Obok takich prac zorganizowanych – mnóstwo fermentów samorzutnych ruchów kulturalnych pierwszorzędnej doniosłości. Wystarczy wskazać na niesłychanie ciekawe ewolucje myśli religijnej. Z pęknięciem obroży despotyzmu, społeczeństwo zyskawszy swobodę ruchów wyzwala wszystkie uśpione swe siły, całą nagromadzoną energię myśli; czym wezbrało od lat pod wpływem krytycznym – to występuje obecnie w najrozmaitszej formacji. Więc kierunek myśli niepodległej. Do idei libre pensée musiał dojść duży odłam Królestwa, od lat wychowany na kulturze filozoficznej, rozwijający się w prostej linii od reformatorów wielkich z końca XVIII w. i humanitarystów naszych wieku XIX. Odpowiedział gorącej potrzebie Andrzej Niemojewski, zakładając swe pismo, lubo wycisnął na nim zupełnie stempel swój osobisty, a nie zdołał ustrzec pisma od krańcowości, która odbiera mu sympatię wielu głębszych umysłów: walkę z objawieniem zamienia często w walkę z duchem religijnym w ogólności; występując przeciw płaskiemu antropomorfizmowi – niszczy też wszelką tęsknotę za bóstwem, za nieskończonością; zbijając dogmatyzm, popada częstokroć w przezwyciężony już racjonalizm. W ostatnich zresztą czasach staje się „Myśl niepodległa” organem więcej politycznym niż czynnikiem odpowiadającym swemu założeniu; w tym charakterze musi napotkać na energiczne weto ze strony tych, którzy pragnęliby widzieć w nim syntezę ducha, stojącą ponad interesami partii politycznych. Faktem jest jednak, że „Myśl niepodległa” wpływ kulturalny wywiera: i oto Warszawa widzi objawy, do których nie dorosła jeszcze „wolna” Austria: sądy odbierają od ludzi nie mogących przysięgać według formuł religijnych słowo honoru; powstaje gmina wolnomyślicieli – poza obrębem panujących religii; walka z klerykalizmem przerzucona na grunt najpraktyczniejszy: wolnego życia.

Nawet w twardym jak opoka Kościele dokonują się przemiany. Ruch mariawitów za mało w swej istocie jest zbadany, grubo tendencyjnie oświetlony. Na dnie jego spoczywa bezwarunkowo zwyczajny fetyszyzm, owoc obskurantyzmu, wyniesionego przez kler ze stojących na bardzo niskim poziomie seminariów; ale zrodziła go też tęsknota za życiem czystym, dostojnym, adoracji bóstwa i miłości człowieka oddanym. Ruch ten mimo klątwy papieskiej wcale nie osłabł; w ostatnich czasach przystępuje do niego coraz więcej robotników z Łodzi i Zgierza; budują własną świątynię. Na przeciwległym krańcu mamy wybuchy gorącej, prawowiernej religijności, wracające na łono ewangelii, nabrzmiałe ich ukochaniem prostaczków i maluczkich, stąd pociągnięte całą mocą do współczesnego socjalizmu; zajaśniała piękna postać ks. Wysłoucha (Antoniego Szecha), coraz szersze koła czytelników zdobywa redagowany w tym duchu „Przegląd Powszechny” Saryusza-Zaleskiego i Adamowicza.

Drobny to zaledwie dział procesów kulturalnych, dokonujących się w Królestwie. Szersze niż w Galicji pole znalazł tu dla siebie dr. Wróblewski z propagandą antyalkoholową i etyczną; zaś na polu naukowym powstaje szereg stopni, począwszy od wyższych kursów naukowych (w rodzaju śp. zakopiańskich), a kończąc na projektowanym Towarzystwie Przyjaciół Nauk.

Na siłach intelektualnych i środkach Królestwu nie zbywa.

Inną kategorią nadzwyczaj ożywionej działalności jest ruch spółdzielczy. W Galicji na tym polu inteligencję wyprzedził chłop, którego kooperatywy w kilku miejscowościach rozwijają się doskonale. Inteligencja zgoła nie ma zmysłu i zainteresowania dla tej formy życia ekonomicznego, która jest prawdziwą szkołą solidarności, a chroni jednostkę zarówno od wyzysku, jak i od terroru idei upaństwowienia. W krótkim czasie Królestwo pokryło się siecią spółek spółdzielczych – trudno jednak na tym miejscu obszerniej nad tym się rozwodzić. Odsyłam do redagowanego doskonale tygodnika „Społem”.

***

Wszystka ta praca kulturalna stała się i jest możliwa tylko dzięki ruchowi rewolucyjnemu.

I tu przechodzę do kwestii, około których obracają się dziś wszystkie dyskusje i troski, stanowiących fatum wielkiej duchowej tragedii.

Otóż wrogowie ruchu rewolucyjnego zapominają, że gdyby nie on, naród nie posiadłby zapewne nic z tych zdobyczy, którymi dziś rozporządza, i gdyby nie jego kontynuatorzy i bojownicy w chwili obecnej, biurokracja rosyjska wszelkimi sposobami deptałaby te prawa, tak strasznymi ofiarami okupione.

Słaba to pamięć u wielkiej części społeczeństwa, czy też niewdzięczna! Czy istotnie wrogowie rewolucji wyobrażają sobie, że przez nawoływanie do siedzenia z założonymi rękoma, jakie rozbrzmiewało przez cały rok 1905 z odezw Ligi Narodowej, że przez to byłoby się wywalczyło prawa? Albo przez posyłanie memoriałów do Petersburga?

Bez argumentów rewolucyjnych i na piśmie nie byłoby nawet tej pseudokonstytucji, bez ich ciągu dalszego – możności pracy na polu bodaj kulturalnym. Trzeba być naiwnym, by nie znać natury czynownictwa rosyjskiego i przypuszczać, że istotnie duch konstytucyjny w nie wstąpił i niczego ono nie pragnie więcej jak służyć społeczeństwu, specjalnie zaś polskiemu. Trzeba być zwyczajnym obłudnikiem, by w niemowlęta polityczne wmawiać, że za cenę grzecznego zachowania się ojcowski rząd będzie obdarzał cukierkami politycznymi. Pamiętamy, na czym się skończyła operująca środkami legalnymi akcja narodowo-demokratyczna około wprowadzenia języka polskiego do urzędów gminnych.

Tylko przed siłą rząd ustępuje, tak centralny, jak i władze miejscowe. Bojowcy socjalistyczni to była armia czynna i tylko pod jej ochroną mogło społeczeństwo się organizować i dokonać tych prac kulturalnych, które scharakteryzowałem. Władze, zajęte tropieniem i prześladowaniem rewolucjonistów, z natury rzeczy mniej opiekowały się ruchem kulturalnym. Po każdym znaczniejszym zamachu władze przerażone dawały pozwolenie na robotę legalną. Z chwilą, gdy nastanie zupełna cisza, biurokracja, poczuwszy się znowu panem – znów zacznie pokazywać rogi. A i teraz to, co się dzieje, jest ledwie tolerowane i z najrozmaitszymi walczy przeszkodami. Wspomniałem na początku o względnych swobodach, jakie dają się uczuwać w Królestwie. Nie wynikają one z konstytucyjności władz, lecz z anarchii. W każdym mieście inaczej się stosuje „ustawę”, w Warszawie niejednokrotnie – w każdym cyrkule inaczej. Stąd spokój w jednych miejscowościach, a w innych – nienawiść do poszczególnych funkcjonariuszy i zamachy na dość podrzędne figury: nieraz ordynarny rewirowy potrafi zatruć życie całemu okręgowi, gdy władza jego przełożona rada by z całym światem żyć w zgodzie. Stąd towarzystwo, działające na mocy jednego i tego samego statutu, w jednej miejscowości może urządzać szkółki, w drugiej – nie. Stąd zmienne interpretacje ukazów – stosownie do natężenia ruchu rewolucyjnego: w ostatnich np. czasach inspektor warszawski Bielajew najszkodliwiej dla nas interpretuje ukaz zaprowadzający język polski w szkołach początkowych. Stąd twarde przeszkody, gdy chodzi o sprawy istotnie ważne – np. wstrzymanie otwarcia setek szkół Macierzy i pewnych instytucji postępowych i szereg przywilejów dla istinno russkich, z drugiej strony szereg przygotowanych na kraj zamachów (sprawa Chełmszczyzny).

Tylko – jak Pismo opowiada – w jednej ręce dzierżąc miecz, w drugiej można było trzymać kielnię i budować. Tak samo w dziedzinie wielkiej polityki. Kto wierzy istotnie w nastrój konstytucyjny Mikołaja II, jego kamaryli i Stołypina? Przypomnieć sobie dzieje pierwszej Dumy, której nie udzielono żadnych poważnych przedłożeń ustawodawczych, a okazywano wyszukane lekceważenie, przypomnieć demagogię rządową, pogromy, spekulację na chłopów; przypomnieć rozwiązanie Dumy, bezustanne kokietowanie z chuligaństwem, dzikie prześladowanie kadetów; przypomnieć grozę sądów wojennych, śmierć tylu niewinnych, dławienie bodaj pokojowego ruchu opozycyjnego; przypomnieć „wyjaśnienia” senatu eskamotujące prawa polityczne setek tysięcy, presje wyborcze wszelkiego rodzaju – to miałożby świadczyć o „nowej erze”, o przejściu państwa, jak chcą niektórzy, z okresu autokracji w okres konstytucjonalizmu?

Trzeba gołębią zaiste mieć duszę, by uwierzyć.

Nie wierzą partie radykalne, by rewolucja w państwie skończyła swą rolę, a podczas rewolucji – tylko rewolucyjne pomagają środki, nauczał już Adam Mickiewicz.

I tu przechodzę do najważniejszego punktu obecnej sytuacji.

Wiara w nową erę, w konstytucjonalizm rządu, wytrąca wielu dawnym rewolucjonistom broń z ręki. Jest jednak rzeczą jasną, że dla Polski sam konstytucjonalizm rosyjski nie wystarczy. I tu rozpoczyna się rozłam w społeczeństwie.

Z jednej strony ogromna większość, do której mimo olbrzymich różnic trzeba zaliczyć narodową demokrację, postępowców i kilka odcieni socjalizmu, z drugiej – wytworzona przez „rozłam” Frakcja Rewolucyjna PPS.

Faktycznie i logicznie stosunki tak się zaostrzyły, że ogromna większość zgadza się na dalszy związek z Rosją, jedyna zaś Frakcja Rewolucyjna nie opuszcza sztandaru niepodległości.

Rozumie się, powtarzam, że są niezgłębione przepaści między resztą socjalizmu a ND. Nacjonalistom więcej zależy na autonomii niż na konstytucji, a treść duszy ich większości wyśpiewał niedawno p. Stecki, ogłosiwszy broszurę, w której stanowczo i jasno rezygnuje z wszelkich pretensji do własnej państwowości i uważa Królestwo jedynie za jedną z licznych prowincji Cesarstwa. Zastrzegają się przeciw temu przywódcy nacjonalizmu, ale dostatecznie mówi o nich także łączność z przedstawicielami dawnej ugody, których aspiracje nawet tak daleko nie sięgają. Więc zasadnicze podporządkowanie się organizmowi państwowemu – a na tym punkcie, tylko na tym, zgoda z Bundem i Socjaldemokracją; faktycznie w tym duchu działa też Lewica PPS, mimo że zasadniczo idei niepodległości się nie wyrzeka.

Prawica, Frakcja Rewolucyjna PPS do tej rezygnacji nie doszła. Jest jej najgłębszym przekonaniem, że związek państwowy z Rosją, sprowadzenie Królestwa do roli podległej prowincji, jest największym nieszczęściem, jakie może spętać naród i lud polski i że trzeba wszelkimi środkami korzystać z sytuacji dziejowej, by związek ten rozerwać.

Środkami rewolucyjno-zewnętrznymi, których rola długo jeszcze się nie skończy, tym bardziej, że państwo wchodzi raczej w fazę długoletniej anarchii, nie zaś stanu prawnego, następnie zaś korzystaniem z sytuacji zewnętrznej, która prędzej czy później, właśnie wskutek chronicznej, długoletniej anarchii, upodobni Rosję do współczesnej Turcji.

Taką jest wiara „fraków”, wyssana z tradycji powstań, emigrantów, niech będzie i „romantyków” polskich, taką jest wiara, ożywiona niesłychanie potężnymi źródłami polskości, które trysnęły ku nim z nizin robotnika, ludu polskiego, z chwilą gdy się agitacyjnie z nim zetknęli.

Czy uważacie, jaka prawidłowość tragiczna występuje w dziejach naszych porozbiorowych? Już nie pokolenie po pokoleniu zrywa się co pewien czas do powstania, ale jedna klasa po drugiej, w miarę dojrzewania, chwyta za oręż, by wywalczyć, co magnaci i szlachta zaprzepaścili. Rok 1830: powstanie szlacheckie, r. 1863: mieszczańskie, 1905-6: proletariackie. Czy umiecie ocenić doniosłość tego faktu, że w r. 1905 przybyły Polsce setki tysięcy uświadomionych Polaków, że proletariusze, którzy z historyczną Polską nic nie mają wspólnego, wysunęli się jako ostatni, nieubłagani obrońcy jej niepodległości?

Kto na nich chce kamieniem za to rzucić – niech to uczyni.

I choćby realiści wszelkiej kategorii mieli słuszność, choćby wszystkie potęgi się spiknęły, szczęściem dla idei polskiej jest, że istnieje hufiec, który stoi przy porzuconym sztandarze, że jeszcze jest ktoś w Polsce, który ją uważa nie za mit, nie za poezję, nie za bajkę dla prawnuków, lecz za cel żywy i uchwytny, bo tętniący krwią swych wyznawców. Czy istotnie, myślicie, dobrze by było, by w Polsce zapanowała jednomyślność, tj. by nikt się nie znalazł, który by krwią swą świadczył, że niepodległość narodowa jest punktem, od którego naród nie odstępuje. Czy istotnie dobrze by było, by zginęli ostatni idealiści, ostatni rycerze, ostatni obrońcy Sprawy?

Nie – historia ich nie potępi, choćby miało się okazać, że są – marzycielami.

Historia nie potępi ludzi, którzy mocno kochają ideę i mocno – contra spem – wierzą w swój naród, historia nie potępi ludzi, którzy wszystkie swe wady ogólnoludzkie okupują, stojąc do ostatniej chwili na reducie, z lontem w ręku, z okiem nieustraszenie wpatrzonym we wroga.

A ze stanowiska polityki praktycznej: jeżeli się pokaże, że ci fantaści mają słuszność, jeżeli się pokaże, że wulkan rewolucyjny w Rosji wcale nie wygasł, że pewnego dnia znowu zacznie grzmieć i w gruzach zakopywać gwałcicieli obłudnie przyznanej połowicznej konstytucji? Mamy podług teorii ludzi wierzących jedynie w swój szlafrok siedzieć z założonymi rękami, czekać nagrody za grzeczność, albo, jak p. Sienkiewicz rycersko się wyraził, „eskontować tryumf kadetów”? Ma naród polski istotnie, jak chcą narodowi demokraci, stać się nierządnicą, sprzedawać się temu, kto obiecuje więcej: dzisiaj kadetom, jutro październikowcom, pojutrze – Stołypinowi?

Ludzi, którzy inaczej myślą, polityków czynu, którzy na czyn chcą być przygotowani i mieć pogotowie żołnierskie – historia nie potępi.

***

Gdy mowa o działalności rewolucyjnej, mimo woli każdemu czytelnikowi galicyjskiemu włosy jeżą się na głowie, dreszczyk przebiega ciało, fantazja ukazuje – bandytyzm…

Ze wszystkich bajek, które skomponował H. Sienkiewicz – „bandycka” najtrwalej zapewne przywrze do jego imienia, jak „paląca Dejaniry koszula”. Ten, który apoteozował Jeremiego-Wieszatiela, nie mógł naturalnie zrozumieć posępnego piękna tych, co sami siebie na ostateczne skazują całopalenie dla Sprawy.

Oddział bojowy PPS liczy teraz w Królestwie około 2000 zorganizowanych członków. O jakichż to objawach „bandytyzmu” z ich strony słychać? Wystrzegają się bojowcy dobrze każdego faktu niekarności, gdyż za najmniejszym nadużyciem kula w łeb!

Straszna pozycja ludzi na posterunku, przed którymi śmierć, za którymi plugawa obelga…

Były wypadki, że jednostki oderwawszy się od organizacji, zaczynają dopuszczać się wykroczeń. Gdzież takich jednostek nie ma? Szczególnie w czasie zamieszek – szczególnie w kraju, w którym władza od dawna wprost hodowała nożownictwo i dzieliła łup z sutenerami i szumowinami najgorszego gatunku.

Trzeba posłuchać z bliska – nie ludzi partyjnych, ale wtajemniczonych w stosunki inną drogą, np. jednostki, które miały sposobność bywać na rozprawach sądowych. Trzeba posłuchać, by uwierzyć jeszcze w naturę ludzką.

Słyszeliście o Hipolicie Kopisiu. Tak nieromantycznie nazywa się jeden z ostatnich rycerzy świata. Stolarz z Parczewa, wysłany przez organizację do Lubartowa, by śmiercią ukarać jednego ze szpiegów i katów, czterema strzałami z brauninga położył dwóch strażników, którzy go zatrzymali, ocalał i pozostał w tej miejscowości, nareszcie kazał się zameldować u urzędnika, na którym wyrok miał spełnić, i położył go trupem. Mając jeszcze rewolwer nabity i możność utorowania sobie drogi kulami, dobrowolnie oddał się w ręce żandarmów. Przed sądem wojennym powiedział: Byłem żołnierzem proletariatu polskiego, spełniłem rozkaz mej władzy przełożonej. Żałuję, żem zabił dwóch strażników – chcieli mi przeszkodzić. Innych nie zabijałem, choć miałem możność, bo sam nie mogę życiem ludzkim rozporządzać. Jedną tylko do was, sędziowie wojenni, mam prośbę: byłem żołnierzem rewolucji polskiej, ukarzcie mię śmiercią żołnierską, przez rozstrzelanie, nie powieszenie.

Sąd prośbę jego uwzględnił, skazał go na rozstrzelanie i ułaskawił na bezterminową katorgę.

O ileż ci sędziowie wojenni więcej mają poczucia rycerskości niż niejeden rycerz z zawodu!

Na wszystkich, którzy się doń zbliżali, Kopiś wywierał wrażenie niesłychanie ujmujące jakimś tonem, pełnym wyższości i szlachetności. Po ogłoszeniu mu wyroku skłonił się ze spokojną godnością:

– Dziękuję wam, panowie sędziowie.

Czekając na wyrok, był zamknięty w celi nieopalonej. Było strasznie zimno. Poprosił tedy strażnika o okrycie ciepłe. – Nie chciałbym – powiedział – drżeć z zimna; powiedziano by, że to ze strachu.

Zapytany prywatnie, czemu dobrowolnie się oddał w ręce żandarmów, odrzekł:

– By pokazać, jak rewolucjonista polski umiera.

I Kopiś nie pierwszy i nie ostatni.

Do Kalisza przyjechał do asenterunku robotnik Jabłkowski, śliczny, o łagodnym wejrzeniu młodzieniec. Dowiedział się, że po fabrykach grasuje szpieg Krajewski, który ma spis biorących udział w robocie, a przechwala się, że tylko najniebezpieczniejszych wyda. Dopadł Krajewskiego, zastrzelił go. Mógł umknąć, lecz schylił się, by mu odebrać zapiski, przy czym został schwytany.

Nad ranem wyprowadzono go na podwórze więzienne na stracenie. Stanął pod ścianą, przed nim sotnia żołnierzy z wymierzonymi weń lufami, i zaintonował „Czerwony Sztandar”. Młody głos brzmiał czysto, donośnie, za chwilę połączyły się z nim głosy z więzienia. Odśpiewały strofę, „teraz strzelajcie” – rzekł z zupełnym spokojem.

Wszystkie warstwy proletariatu biorą udział w tym nastroju ducha.

Warszawski sąd wojenny skazał na śmierć chłopa za udział w nakazanym przez PPS zdemolowaniu monopolu. Skazany na śmierć, smutno spuścił głowę. Krewni w płacz.

–  A czego wy ta beczycie? – zaczął ich strofować. – Mnie je markotno z jenszej przyczyny. Jak nieboszczyk Okrzeja abo Kasprzak stanęli przed Panem Bogiem, mogli ta powiedzieć: Panie Boże, utłukłem se tyle a tyle moskali i ludziom trochę lżej na świecie. A ja co ta powiem? Żem się paprał w monopolu? To nie galanto.

A jakież ciekawe typy ci robotnicy-Żydzi, którzy niejednokrotnie słabo po polsku mówią, a porwani męstwem towarzyszy polskich przysięgają na niepodległość, wierzą w trzy litery PPS, jak ongi wierzyli w trzy zgłoski Jehowy. Wzruszające do głębi serca opowiadają epizody.

O tych – o tych – bandytach.

***

Lecz nie o sentyment chodzi. Odzywa się argument najdonioślejszy, głos z obywatelskiej kieszeni. Skutkiem ruchu rewolucyjnego niesłychanie przemysł ucierpiał, byt ekonomiczny kraju zagrożony.

Mówiłem o tym z bardzo dobrze znającymi stosunki przemysłowcami. Otóż faktem jest, że zastój w przemyśle Królestwa panuje dziś dotkliwy. Stoi obecnie około 30 większych fabryk, w Warszawie jest ok. 15 000 robotników bez zajęcia, w Ostrowie 5000, o Łodzi – potem. Ale to nie ma nic wspólnego z „bandytyzmem”, gdyż dobieranie się do kieszeni prywatnych może być klęską indywidualną, a ze sprawą narodową niewiele ma wspólnego; nie wynika to też z ruchu strajkowego: prawda, przeholowali robotnicy tu i ówdzie, na ogół podniosła się płaca przeciętnie o 25%, ale ta podwyżka dała konsumenta rynkowi wewnętrznemu, a ten wymagał wyższej skali płac, gdyż ceny artykułów wszystkich podskoczyły o jakieś 20%. Zastój w przemyśle Królestwa – tłumaczył mi jeden z najbardziej powołanych przemysłowców – jest spowodowany głównie utrudnionym do niemożliwości kredytem. Np. w Warszawskim Towarzystwie Wzajemnego Kredytu liczą 12% oficjalnie i ok. 3% prowizji, tj. 15%, przy czym daje się ów kredyt w minimalnych rozmiarach, najlepszym klientom kredyt się zmniejsza. To zaś jest w związku z usposobieniem zagranicy, obawiającej się kredytowania ze względu na ogólną sytuację państwa, nie zaś specjalnie lokalnych warunków. Dalej zmniejszyły się, co do niektórych punktów zupełnie odpadły zamówienia państwa: skarb po prostu nie ma pieniędzy i wyrzeka się inwestycji; miał np. być budowany drugi tor kolei syberyjskiej – rząd się wstrzymuje. I to nie ma nic wspólnego ze strajkami i bandytyzmem. Nareszcie mści się na przemyśle Królestwa zależność od rynków wschodnich: Rosja płaci zwykle wekslami długoterminowymi, a u nas nie ma gdzie ich zdyskontować lub trzeba to czynić na bardzo wysoki procent. Na ogół zaś nie można zanadto dziś ufać odbiorcom ze wschodu i niejeden wstrzymuje przez to eksport.

Niewiele więc wagi można przywiązywać do narzekań na ruch robotniczy ze stanowiska ekonomicznych interesów kraju. Płaca robocza na ogół się podniosła – w zbliżonym, miejscami wyższym stosunku podniosła się cena najważniejszych artykułów żywności, na wsi zaś strajki rolne ogarnęły były ok. 30% majątków ziemskich, u wielkiej części z tym skutkiem, że fornalom podwyższono z 18-20 na 30 rb. rocznej pensji prócz naturaliów – ale w jesieni przeważna część panów braci płacę zredukowała do dawnego minimum, napędziwszy przy tym wszystkich buntowników lub zastąpiwszy ich narodowo-demokratycznymi hajdukami.

W jednym kierunku ukazały się skutki gorączki ostatnich dwóch lat ujemne: na punkcie jakości i dyscypliny pracy. Szczególnie partii SDKPiL nie można oszczędzić zarzutu, że częstokroć wywoływała strajki ekonomiczne niepotrzebnie, dla interesu partyjnego, dla przelicytowania przeciwnika. Ten czynnik i naturalne rozluźnienie węzłów w czasie rewolucyjnym osłabiły u niejednego robotnika poczucie obowiązku zawodowego. „Samosądy” z początku o istotnie pięknym podkładzie etycznym, zamieniały się nieraz w załatwienie spraw osobistych: „wywożenie majstrów”, dyktowanie różnych warunków nieraz przebrało miarkę; wydajność i jakość produkcji w wielu fabrykach istotnie się pogorszyła. Ale w ostatnich czasach nastąpiła poprawa. Fabrykant ze Zgierza opowiadał mi, że jest bardzo zadowolony z zaprowadzenia dziewięciogodzinnego dnia roboczego i z udzielonego robotnikom zezwolenia, by sami sobie wybierali majstrów. W ostatnich czasach, gdy przywódcy partii zaczęli zwracać uwagę robotnikom na ich zaniedbanie obowiązku, wydajność pracy w niektórych fabrykach prawie się podwoiła; w Łodzi u Poznańskich proszono, by nie pracowano w takim tempie, gdyż inne oddziały nie mogą nadążyć z dostarczaniem swoich materiałów. W obecnej chwili organizuje się coraz większa liczba związków zawodowych, tak narodowo-demokratycznych, jak i socjalno-demokratycznych i bezpartyjnych (PPS) – a te wzięłyby w swoje ręce regulowanie sporów między pracą a kapitałem w sposób europejski, przyjęty na całym Zachodzie.

Wielka atoli część fabrykantów nie chce do tego dopuścić, chce skorzystać ze sposobności, by złamać wszelką moc, wszelką organizację robotników, obrócić ich znowu w bezwolne narzędzia, absolutnie podległe despotyzmowi feudałów fabrycznych. Na takim tle wybuchł obecny wielki lokaut w Łodzi.

Wędrowałem po tym „Manchesterze polskim”, w którym polską jest tylko nędza i nieporadność, wędrowałem naokoło tych olbrzymich pałaców baronów przemysłowych, w których najwyuzdańszy przepych rywalizuje z najwyuzdańszym bezsmakiem, wędrowałem po „państwie Poznańskich”, osobnym małym królestwie, w którym 6000 robotników pracuje, by wznosić kapiące od bogactwa a puste zawsze pałace, ogromne sale muzyczne, w których nikt nigdy nie grywa, domki robotnicze, za które się pobiera mniejszą płacę, kontrasty najwyszukańsze, prowokujące uczucie każdego ukształconego człowieka. I. K. Poznański przed wojną turecką miał 20 000 rb.; od tego czasu jął on, potem jego firma odkładać rocznie na czysto dwa miliony i więcej rubli; rok 1905 zamknęła firma oficjalnie dywidendą 5%, ale nie wiadomo, ile przeniesiono do rozmaitych funduszów, wiadomo zaś, że płace dyrektorzy (członkowie familii) pobierają szalone, zaś do rubryki ich „mieszkań” należy budowanie pałaców bezcennych, oranżerii, podróże etc. I ta firma zorganizowała związek fabrykantów, który zawiesił lokaut nad blisko 20 000 robotników, tj. 100 000 ludzi.

Wszystkie nędzne zarzuty czynione robotnikom zostały przez nich odparte; robotnicy zgadzają się dziś na przeproszenie jednego „obrażonego” inżyniera, na zwiększenie dnia roboczego, nie chcą tylko dopuścić, by wyrzucono spośród nich 98 towarzyszy – rzekomo „podżegaczy”. I oto z jednej strony wspaniały obraz solidarności robotników, którzy zresztą i w inny sposób dają przykład imponującego poczucia braterstwa, z drugiej – „wyprawa karna” dufających w swój grosz magnatów, pragnących nie polepszenia interesów produkcji, lecz przełamania moralnej siły robotników, przywrócenia czasów swojego absolutyzmu. W tym celu kartelują się między sobą, zwiążą się zapewne z kapitalistami niemieckimi, by wspólnymi siłami zdeptać te słabe zdobycze na punkcie godności ludzkiej i obywatelskiej i te podwyżki ekonomiczne, jakie lata ostatnie przyniosły proletariatowi. Za Poznańskimi pójdą zapewne inni fabrykanci – łódzcy i nie-łódzcy… Reakcja wyciąga wszystkie łby hydry… A oficjalny reprezentant filisterii polskiej, „Kurier Warszawski”, proletariat z błotem miesza (wstrętny artykuł w nrze 357), inni zaś mają na ustach frazesy o łączności i zgodzie…

***

Tak jest – reakcja tryumfuje, reakcja państwowa i reakcja w łonie własnego społeczeństwa.

Filisterstwo („bezpartyjni”) i narodowa demokracja podały sobie ręce w jednym bloku politycznym, którego dyktatorem faktycznym p. Roman Dmowski; kto nie w ich obozie – ten wróg i temu kulą w łeb! Nie figurycznie, ale z całkiem realnych brauningów, jak świadczą masowe morderstwa w Łodzi. Z drugiej zaś strony tropi i wyławia, i morduje „konstytucyjny” rząd, który za przynależność do partii socjalistycznej nieskończenie srożej karze niż dawny rząd „tylko” despotyczny.

I nie dziwić się, że nastał „moment psychologiczny”. Z rozmowy z setkami ludzi ma się smutne to wrażenie. Znużenie panuje ogromne, chociaż stosunkowo najmniej w sferze robotniczej.

Wszyscy ucierpieli i goją rany. Wyczerpanie wyraża się w jakości agitatorów: mnóstwo dzielnych jednostek zamknięto, inne mając żandarmów na piętach musiały wyjechać – powszechnie skarżą się, że na posterunkach za dużo jest ludzi młodych, niedorosłych. Upadek sił widoczny też w akcji bojowej PPS. Ton się obniżył, za dużo tu małych wywłaszczeń, za mało czynów bezinteresownych, idealnych, za dużo małych zamachów na małych człowieczków. Nastroju rewolucyjnego mas to nie podnosi.

W tych warunkach nastąpił rozłam w PPS, który do reszty ruch przygnębił. Robotnicy przeważnie zdezorientowani. Bojkot wyborów do Dumy, wynikający może konsekwentnie z idei separatystycznej, ale nieusprawiedliwiony ani politycznie, ani psychologicznie, Polskiej Partii Socjalistycznej mocno zaszkodzi; bojkot ten popycha proletariat w objęcia innych stronnictw: zyskuje dużo Narodowa Demokracja, o czym świadczą wypadki w Łodzi, zgromadzenie robotników kooperatystów w Warszawie. W tych warunkach rozlega się coraz silniej, coraz natarczywiej wołanie o nowy kongres, o pojednanie…

Widoki walki niepodległościowej w tej chwili najgorsze; w podziemia trzeba zejść, jak przed laty; na razie chodzi o uratowanie organizacji, o ekonomię pracy, o ocalenie siły proletariatu, tej przedniej, bojowej straży naszego postępu…

Do tego prze konieczność, nakazując taktykę, która by pozwoliła wywierać presję, zarówno na rząd, jak i na społeczeństwo, w kierunku uzyskania jak największej sumy swobód i autonomii – dla narodu, dla ludu…

Z pogotowiem, czuwającym z bronią u nogi, by przy nadarzającej się sposobności podnieść skalę swych żądań jak najwyżej. A jeżeli rozwój wypadków przyniesie ostatecznie konstytucję – zawsze jest miejsce na partię wszechstronnego wyzwolenia.

Inaczej tryumfować będą partie tylko najwsteczniejsze, a w łonie socjalizmu – najwięcej SDKPiL, która zresztą nie jest także tą samą co przed rokiem. I tu mimo braku oficjalnego rozłamu dokonała się dyferencjacja: obok starych dogmatyków, wierzących ślepo w Różę Luksemburg i jej centralizm wszechrosyjski, wyłaniają się „młodzi”, uznający coś więcej niż ideę autonomii: federację ludów…

***

Kto nie jest doktrynerem, nie będzie oddzielał sprawy proletariatu od sprawy „burżuazji”, szczególnie jej lewicy radykalniejszej. Dłuższy separatyzm, bojkot Dumy, potępianie w czambuł wszystkich niepracujących bezpośrednio politycznie wśród proletariatu tylko szkodę sprawie postępu przynosi. Najwięcej z tej taktyki jest zadowolona ND.

Zastęp postępowców jest w Królestwie stosunkowo mały – skoro mu się przeciwstawi zwarty blok szlachty, bogatej burżuazji żydowskiej, nacjonalistów polskich i zbratanych z nimi hakatystów łódzkich. Blok ten jak lawina bije w szeregi postępu – i walka grzmi w Królestwie zaciekła, jakiej zblazowana Galicja bodajże nie zna. W każdej miejscowości istnieją wrogie sobie organizacje „endeckie” i „postępowe”. Taki Lublin, mający przeszło 60 000 mieszkańców, ale tylko niespełna połowę Polaków, posiada aż 4 dzienniki. Po dwa organa partyjne posiada każde szanujące się miasteczko. Między jedną a drugą wojna na noże – z całą zaciętością, na jaką tylko drobiazgowość małych miast może się zdobyć. Prasa i agitacja narodowo-demokratyczna używają sobie w sposób niedający się opisać. Jest to wprost nieprawdopodobnym – do jakich metod walki uciekają się ludzie kauczukowego sumienia. Wstrzymuję się od przytoczenia przykładów – jątrzyć nie pragnę. Walki te dochodzą do rozmiarów istotnie gigantycznych w Warszawie, gdzie walna rozgrywa się bitwa między „koncentracją narodową”, która to nazwa jest listkiem figowym dla nacjonalistów, a zjednoczeniem postępowym tzw. pedeków, postępowej demokracji.

W walce tej postępowcy – mimo tysiąca i jednego zarzutu, jaki im słusznie można czynić – trzymają się jednak dobrze i silny okazują instynkt polityczny, zmysł samozachowawczy: nie chcą się rozpłynąć w morzu „koncentracji narodowej”. Co by to znaczyło – wiemy dobrze my, za przeproszeniem Galicjanie. Analogiczny proces i myśmy przebyli, przechorowali – nie, dotąd na to chorujemy. Przecież w imieniu karności narodowej, potrzeby solidarności wobec wroga parlamentarnego etc. zamknięto swego czasu demokratów i liberałów w jednym solidarnym Kole Polskim, w jednym solidarnym Centralnym Komitecie Wyborczym, w którym panowała oczywiście wola większości, tj. konserwatystów. I doszliśmy do tego, że demokraci i postępowcy musieli robić politykę antydemokratyczną i antypostępową, bo w jednym klubie zasiadali z konserwatystami i co najwyżej, nie zgadzając się z ich polityką, mogli… za drzwi wychodzić, i skończyliśmy na tym, że po czterdziestu latach konstytucji mamy w kraju paru demokratów i postępowców, ale ani demokracji, ani postępu.

Nie ulega wątpliwości, że taki sam los spotka postępowców a demokratów warszawskich z chwilą, gdy zrezygnują ze swojej indywidualności i podporządkują się pod strychulec bezwarunkowej solidarności pod batutą Romana Dmowskiego.

Z historii Galicji – Królestwo mogłoby się dużo nauczyć.

Ale na razie stronnictwo postępowe trzyma się dzielnie. A choćby miało w kampanii wyborczej przegrać – ocali sztandar, uratuje punkt krystalizacyjny, około którego będą się grupować coraz liczniejsze koła. Czy ocalenie sztandaru i takiego punktu to mało? Przydadzą się one, gdyż gospodarka narodowo-demokratyczna musi zdyskredytować się, a politycy jej zużyją się bardzo rychło. W ogromnych zaś zapasach, jakie toczą się w Królestwie, ten wygrywa, kto umie patrzeć głębiej i… czekać swej kolei.

Proletariat zaś do przeszkadzania nie ma chyba powodu.

***

A mimo wszystko, co się w Królestwie dzieje – życie tu wielkie, realne, mocne, życie o obliczyć się nie dających możliwościach i siłach na przyszłość.

I przebywszy granicę, wzrok ciągle tam się zwraca, a myśl pracuje bezustannie.

Kraków można więcej kochać niż Warszawę, ale Kraków to przecie przeszłość, a Warszawa – przyszłość.

Przyszłość nas wszystkich… Oby niedaleka!

__________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Krytyka”, luty 1907 r. Sygnowany był (f.), co oznacza, że jego autorem był prawdopodobnie redaktor naczelny pisma, Wilhelm Feldman. Od tamtej pory prawdopodobnie nie był wznawiany, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, ze zbiorów Remigiusza Okraski. „Krytyka” była postępowo-lewicowym czasopismem społeczno-kulturalno-literackim, sympatyzującym z niepodległościowym nurtem polskiego ruchu socjalistycznego. Grafika wykorzystana jako ilustracja pochodzi z PPS-owskiego czasopisma „Życie Robotnicze” z lat 30.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *