Henryk Sitkowski

Tragedia na folwarku

[1937]

Poza warstwą ludzi ubiegających się o zajęcie czołowych stanowisk i opanowanie całości życia gospodarczo-politycznego istnieje jeszcze jedna warstwa ludzi – usunięta całkowicie od możności oddziaływania na jakiekolwiek poczynania gospodarki państwowej, pozbawiona nawet możności swobodnego myślenia o sobie jako o człowieku wolnym i równym innym, obywatelu.

To szary robotnik folwarczny, zamknięty w sobie – odgrodzony od świata, pozbawiony kontaktu z życiem obywatelskim.

Nie spotkasz go w Kole Młodzieży i w Radzie Gromadzkiej, nie spotkasz go w żadnym urzędzie. Jego zgarbiona postać niknie w mrokach życia – gdzieś poza kulisami, a ukazują się tylko – poorana głębokimi bruzdami twarz – zamgławione oczy i ciężko wzdymająca się pierś.

Jeżeli mówi się o przymusowej parcelacji dworów, o wywłaszczeniu tych milionowych latyfundiów bez odszkodowania, by podźwignąć podupadłe rolnictwo, to nie może być pod żadnym względem pominięty i ten żywy argument, przemawiający za takim rozwiązaniem sprawy. Jego życie – to ciągła troska o byt – o ten czarny kawałek chleba i ziemniaka z wodą, którego może być pozbawiony za najmniejsze niepodporządkowanie się swoim zwierzchnikom, począwszy już od włodarza.

Dostawszy się na teren folwarczny – człowiek trochę myślący i doceniający wartość swobody doznaje przygnębiającego wrażenia. Z każdego zakątka wyziera czarna zmora pańszczyźniana, chwytająca za gardło i dusząca bez słowa żalu – bez słowa współczucia – bez drobiny troski o człowieka. Czy w zamieć śnieżną – czy w trzaskający mróz – czy w czasie ulewnego deszczu, w niedzielę, Wielkanoc, Boże Narodzenie – o godzinie trzeciej z rana rozlega się ten sam, ochrypły głos stróża nocnego:

– Wstawać, wstawać!!!

Szeleści barłóg. Sapią ciężko rozespani chłopi. Trzeszczą spracowane kości, przeplatane płaczem dzieci, to znów astmatyczny kaszel towarzyszy długim westchnieniom.

Z brudnych i niskich chałup, przypominających raczej nory przedhistorycznych zwierząt, przepojonych wilgocią i odorem, wyłażą czarne postacie – jakby jakieś duchy czy widma z nory nocnej.

Migają światła. Czuć dym palącej machorki. To znów powłóczysty chód wtóruje ciężkiemu stąpaniu w rozmiękłym błocie: to robotnik folwarczny idzie do pracy.

Skrzypią otwierane drzwi – słychać plusk nalewanej wody – krótkie mruczenie inwentarza, szuranie naczyniami, przeciągłe nawoływania: Nastąp!

I znów cisza powoli zapanowuje we wszystkich ubikacjach. Tylko ustawiczne mlaskanie zwierząt zakłóca chwilową ciszę.

Teraz każdy co żywiej uwija się, by pójść do domu – obmyć zakurzone oczy – przeczesać rozczochraną czuprynę, zjeść coś i dalej do roboty, bo już po dzwonku – włodarz donośnym głosem nawołuje:

– Dalej, jazda do roboty, a ruszże się, cholero, bo dziedzic są w podwórzu.

Tym tempem robotnik folwarczny rozpoczyna codziennie całoroczną pracę. Zaskrzypiały drzwi – ozwały się turkoty wozów – szczęk narzędzi – i cała karawana, popędzana aroganckimi przezwiskami i najrozmaitszymi pogróżkami włodarza, ruszyła do pracy.

Często wbrew własnemu sumieniu oddaje człowiek pracy szyję pod jarzmo dworskie – byle tylko nie umrzeć głodową śmiercią.

Będąc otoczonym atmosferą na wskroś impertynencką – robotnik folwarczny stał się biernym na otaczające go zjawiska, co pozwala dziedzicowi strzyc z niego wełnę, jak ze związanego barana.

Czasem w śmielszej duszy zrodzi się chęć pomszczenia krzywdy – czy przeciwstawienia się złemu, ale to bywa rzadko, tak strasznie rzadko. Bojaźń przed natychmiastowym zwolnieniem od pracy zabija rodzącą się reakcję w duszy.

Bo i po co się narażać na próżny wysiłek: nie znajdziesz i tak nigdzie sprawiedliwości. Ty, szary człowieku, nie masz nigdzie wstępu – nie masz swych przedstawicieli nigdzie – nikt cię nie obroni. Dzieje ci się krzywda, to idź do innego dworu. Ale pracować musisz! Tylko płacić nie ma kto. Najczęściej na opłatę trzeba czekać ze dwa lata. A jak ty żyjesz i czy masz nawet na kartofle z wodą pod dostatkiem, nikt się o to nie spyta. Umieraj z głodu, ale rób, boś się zgodził do roboty. Nie możesz się doczekać zapłaty i zaskarżysz do sądu folwarcznego, no to i cóż z tego: tam też siedzi dziedzic – więc jak będzie sądzić, z góry wiadomo. Kruk krukowi oka nie wykole.

A jeżeli chodzi o konkretny rezultat interwencji poszkodowanego, to ten, oczywiście, jest nadspodziewanie prosty: zwolnienie od pracy na nowy rok i sprawa skończona.

Teraz dopiero rozpoczyna się pasmo ciernistego życia dla zwolnionego parobka. To okres kilkunastodniowej podróży o głodzie i chłodzie, mróz, nie mróz, musowo się spieszyć, by móc znów się o coś zaczepić. Przyjdzie kwiecień, a nie opuścisz zajmowanej chałupy, to komornik w drodze eksmisji pomoże ci się wyprowadzić. Oczywiście nawet pod gołe niebo – o to nikt się nie pomartwi, gdyż takie jest prawo i kwita.

A sama forma godzenia parobka. Boże! Trudno pomyśleć, bo krew w żyłach stygnie. Przecież to o pomstę do nieba woła, kiedy człowiek pomyśli, że coś podobnego dziać się może w naszym kraju.

Przychodzi robotnik do „zgody”. Jak zwykle we dworze, na wstępie wita go zgraja psów. Za pół godziny ktoś wyjrzy.

– A do zgody zapewne – pomyśli dziedzic. – No, niech zaczeka.

Czekaj godzinę, dwie i więcej, gdzie nie zawsze wolno ci nawet do kuchni zajść, by trochę rozgrzać zziębnięte i głodne członki. Nareszcie pokaże się łaskawie pan dziedzic.

– Konotatkę macie?

– Jest, proszę pana dziedzica.

Przejrzy wielmożny pan konotatkę, zbada resztę personaliów, zmierzy swoją ofiarę od stóp do głów przeszywającym wzrokiem.

– Niezdolny jesteście dla mnie – brzmi rezolutna odpowiedź! – Z jedną posyłką ja nie godzę – gdy dacie kobietę do dojenia krów, dostaniecie pół ordynarii, do tego dostaniecie pół morgi pola pod ziemniaki, pół metra drzewa na opał i jedną oficynę na dwóch. Jak uważacie?

Zamiera serce w wynędzniałej piersi. Płuca nie chwytają powietrza i nogi stają się sztorcowate ze zmęczenia.

– Może jeszcze w drugim miejscu się zgodzę – może chociaż ja sam na pół ordynarii bez kobiety, bo jak tu dzieciska będą – kołacze bezsilnie w duszy dworaka.

Idzie robotnik folwarczny od dworu do dworu, od jednego dziedzica do drugiego. Wszędzie cię wypytają, przetaksują jak zwierzę na targowisku, wytargują, znajdą wady i przeważnie odprawią z niczym.

A jeżeli cię gdzieś wreszcie przyjmą, to musisz krowę sprzedać, w dwójkę w chałupie siedzieć – no i odrabiać: płaca wynosi dziennie od 30 do 60 groszy, w żniwa do tego 1 kg żyta i 3 kg ziemniaków.

Ot, sługo folwarczny! Za to masz utrzymać rodzinę, wyżywić ja, okryć i posłać dzieci do szkoły. Oblicz się, czy codziennie wystarczy 1/8 zł na osobę. O dolo nieszczęśliwa!

W rezultacie robotnik folwarczny jest pozbawiony należytej opieki, a zdany jest przeważnie na łaskę i niełaskę dziedzica.

Kiedyś nareszcie zaświta lepsze jutro dla tego białego niewolnika?

Henryk Sitkowski
________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w dwóch kolejnych numerach pisma „Siew Młodej Wsi – organ Centralnego Związku Młodej Wsi” nr 7 i 8/1937, 14 i 21 lutego 1937 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Centralny Związek Młodej Wsi (wcześniej Centralny Związek Młodzieży Wiejskiej) był młodzieżową organizacją związaną z obozem sanacyjnym, wchodził w skład jego lewego skrzydła, łącząc postulaty niepodległości, silnego państwa i niechęci wobec partii politycznych z wizjami radykalnej przebudowy ustroju społeczno-gospodarczego, propagowaniem spółdzielczości, żądaniami reformy rolnej, antyklerykalizmem i antykonserwatyzmem.

 

Warto przeczytać także:
• J. Olszewski: Sezonowy robotnik rolny [1924]
• Jan Kwapiński: Jak powstał Związek Robotników Rolnych RP
Braterstwo krwi chłopów i fornali – rozmowa z Ireną Kosmowską [1936]

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *