Adam Pragier

Śmierć Zygielbojma

[1968]

Mija dwudziesty piąty rok od dnia 12 maja 1943, gdy Szmul Mordka Zygielbojm, członek Rady Narodowej RP w Londynie, odebrał sobie życie. Nazwisko to niewiele dziś komu mówi. Godzi się tedy je przypomnieć. Zygielbojm był najwybitniejszym chyba z przywódców „Ogólnego Żydowskiego Związku Robotniczego w Polsce” (Bund). Jego nazwisko miało w tym środowisku taki oddźwięk, jak nazwisko Tomasza Arciszewskiego wśród robotników polskich.

Bund utworzony został jeszcze przed pierwszą wojną światową w Rosji, na Litwie i w Polsce i należał do najstarszych organizacji socjalistycznych. W Polsce Bund współdziałał blisko z PPS. Organizacje zawodowe żydowskie i polskie wspólnie należały do Komisji Centralnej Związków Zawodowych. Bund prowadził swoją walkę w obrębie społeczności żydowskiej na wielu frontach. Bundowcy tworzyli w całym kraju szkoły i organizacje oświatowe świeckie, by wyrwać ciemne masy biedoty spod wpływu rabinów i średniowiecznych zabobonów. Prowadzili walkę z komunizmem i przeszkadzali jego wpływom na młodzież żydowską. Zwalczali syjonizm, gdyż uważali Polskę nie za czasowe miejsce postoju, ale za swoją jedyną ojczyznę. Żądali prawa rozwijania swojej własnej kultury, ale jako obywatele polscy byli wobec kraju lojalni bez zastrzeżeń. Robotnicy żydowscy nie pracowali w wielkim przemyśle, ale głównie w drobnych warsztatach i w chałupnictwie, gdzie warunki pracy były najgorsze i wyzysk największy. Oskarżano ich zatem ze wszystkich stron, co skutecznie wytrzymywali. Ile ważyły ich wpływy, świadczy że przy wyborach do rady miejskiej w Warszawie w r. 1938 wybrano 17 przedstawicieli Bundu, a tylko trzech przedstawicieli wszystkich innych ugrupowań żydowskich.

Gdy okazało się że okupacja niemiecka w Polsce sroższa jest jeszcze wobec Żydów niż wobec Polaków (choć nie było jeszcze getta i ludobójstwa), władze Bundu zleciły Zygielbojmowi, by wyjechał za granicę i mówił światu, co się dzieje w Polsce. Kazano mu przemawiać do „sumienia świata” i wołać o jego pomoc, opór i odwet. Zygielbojm w końcu r. 1940 przedarł się przez Niemcy do Holandii, a stamtąd do Francji. Po klęsce Francji wraz z nami wszystkimi, przybył do Anglii i wnet wszedł w skład Rady Narodowej RP jako przedstawiciel Bundu. W Radzie współdziałał ściśle z przedstawicielstwem PPS, a gdy przyszło w Klubie PPS do niejakiego załamania się na tle stosunku z Sowietami, był solidarny z Adamem Ciołkoszem i ze mną w obronie Polski wobec zagrożenia sowieckiego i ustępliwości sojuszników zachodnich. Tak przemawiał i tak zawsze głosował, także wówczas, gdy większość Klubu PPS (ci, którzy później mieli się udać do Warszawy), głosowali inaczej. Zygielbojm utrzymywał żywy kontakt z organizacją krajową Bundu i miał przez Delegaturę Rządu ścisłe sprawozdania o coraz liczniejszych krwawych ofiarach. W końcu r. 1941 i w r. 1942 nastąpiło wreszcie masowe ludobójstwo. Anglicy, Amerykanie, a i my sami, z początku nie dowierzaliśmy potwornym cyfrom zamordowanych, które Zygielbojm z raportów krajowych przytaczał. W r. 1942 wyobraźnia ludzi nie była jeszcze zdolna do przyjęcia wiadomości że wymordowano ponad 700 000 Żydów. A później wyszło na jaw, że gdy Zygielbojm tę cyfrę podawał, liczba wymordowanych znacznie już przekraczała milion.

Zygielbojm był przez całe życie rzecznikiem, doradcą i orędownikiem robotników żydowskich. Czuł się wciąż za nich odpowiedzialny, a zarazem bezradny wobec zagłady ludności żydowskiej. Docierał gdzie mógł, by znaleźć jakieś środki przeciwdziałania – nadaremnie. Obiecywano mu tylko w Labour Party i gdzie indziej, że po wojnie winni będą ukarani. Ale on przecie wiedział, że to nikogo nie ocali. Chciał jakimś rozpaczliwym krokiem poruszyć „sumienie świata” – które nie istnieje. Myślał o zbiorowym samobójstwie przywódców żydowskich przed drzwiami siedziby premiera brytyjskiego. Nie znalazł nikogo skłonnego do takiego czynu. Pamiętam, gdy mi mówił: „Dla mnie nie ma już miejsca w życiu. Ludzie, z którymi żyłem i pracowałem, giną i gdybym wrócił do Polski, już bym ich nie zastał. A poza Polską żyć nie mogę”. Tylko w Polsce wśród robotników żydowskich widział swoje miejsce.

Jak głęboko i szczerze związany był z Polską, świadczy jego rozmowa z Williamem Gilliesem, sekretarzem Wydziału Międzynarodowego Labour Party. Gillies był Polsce w zasadzie przychylny, ale popierał bez zastrzeżeń ustępliwą politykę rządu koalicyjnego brytyjskiego. Nie rozumiał (czy może udawał, że nie rozumie), czemu Polska czuje się przez Sowiety zagrożona. Gdy tak mówił kiedyś z Zygielbojmem, odpowiedział mu on na to: „I am a Pole” – jestem Polakiem. Znaczyło to, że on sam i ci, w których imieniu mówi, chcą dzielić losy Polski w dobrej i złej doli.

Gdy ludobójstwo nieubłaganie postępowało naprzód, a nie było już nadziei na powstrzymanie go odwetem mocarstw sojuszniczych, Zygielbojm postanowił rozstać się z życiem. Napisał list do Prezydenta Rzeczypospolitej, i premiera gen. Sikorskiego, w którym wyłożył przyczyny swojego kroku. Pisał w nim: „… milczeć nie mogę i żyć nie mogę, gdy giną resztki ludu żydowskiego w Polsce, którego reprezentantem jestem. Towarzysze moi w getcie warszawskim zginęli z bronią w ręku… Nie było mi dane zginąć tak jak oni, razem z nimi. Ale należę do nich, do ich grobów masowych. Przez śmierć swą pragnę wyrazić najgłębszy protest przeciwko bezczynności, z jaką świat się przypatruje i pozwala lud żydowski wytępić … Życie moje należy do ludu żydowskiego w Polsce, więc je daję. Pragnę, by garstka, która ostała się jeszcze z kilkumilionowego żydostwa polskiego, dożyła wraz z masami polskimi do wyzwolenia, by mogła oddychać w kraju i w świecie wolności, sprawiedliwości, socjalizmu, za wszystkie swe męki i cierpienia nieludzkie. Ufam, że Pan Prezydent i Pan Premier skierują powyższe moje słowa do wszystkich tych, dla których przeznaczone są i że Rząd Polski natychmiast rozpocznie odpowiednią akcję na terenie dyplomatycznym i propagandowym, żeby jednak tę resztkę żyjących jeszcze Żydów polskich uratować przed zagładą. Żegnam wszystkich i wszystko, co mi było drogie i co kochałem”.

Śmierć Zygielbojma nie była aktem jałowej rozpaczy. Była raczej czymś podobnym do harakiri. Samuraj japoński, gdy nie zdołał spełnić rozkazu cesarza czy sprostać obowiązkowi, który na siebie wziął, zadawał sobie śmierć w sposób starożytnym obrzędem przewidziany. Tak tylko „ratował twarz”, czyli ocalał honor. Zygielbojmowi zlecono zaalarmowanie świata wobec ludobójstwa popełnianego na Żydach i wywołanie przeciwko temu skutecznego oporu. Nie zdołał tego zlecenia spełnić, więc zadał sobie śmierć, by dać świadectwo swojej solidarności z ginącymi.

Prawo angielskie poczytuje samobójstwo za przestępstwo. Koroner, urzędnik quasi-sądowy, powołany do orzekania o przyczynach nagłych zgonów, w sprawie dotyczącej Zygielbojma nie użył słowa „samobójstwo”, w czym mieściłoby się potępienie tego czynu. Pojął – rzecz niebywała w praktyce koronera – rycerski sens tej śmierci i dał jej moralne uzasadnienie. Powiedział, że zmarły odebrał sobie życie, przejęty tragedią Żydów w Polsce, masowym morderstwem jego braci i przekonaniem, że najbliższa jego rodzina zginęła. A rozprawie poświęconej rozważaniu śmierci Zygielbojma dał miano „The Death of a Polish gentleman”.

Adam Pragier
_____________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w londyńskim piśmie „Wiadomości” nr 1154, 12 maja 1968 r. następnie wznowiono go w książce Adama Pragiera „Czas teraźniejszy”, Nakładem Polskiej Fundacji Kulturalnej, Londyn 1975. Przedruk za tym ostatnim źródłem. Tekst publikujemy w 70. rocznicę tragicznej śmierci Szmula Zygielbojma. Fotografia wykorzystana jako ilustracja pochodzi ze strony internetowej http://www.niecodziennik.mbp.lublin.pl.

 

Warto przeczytać także:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *