Radykalni i szaleni – rozmowa z Cezarym Miżejewskim

O lewicowym nurcie polskiej opozycji demokratycznej oraz o próbach odbudowania w Polsce lewicy niekomunistycznej opowiada Cezary Miżejewski w rozmowie z Krzysztofem Wołodźką.

***

Rok 1980, liceum w Kozienicach – działałeś wówczas w Związku Młodzieży Demokratycznej…

Cezary Miżejewski: Kozienice to dwudziestotysięczne miasteczko w województwie radomskim. Mój ojciec był robotnikiem, budował elektrownie i dostaliśmy mieszkanie właśnie w tym mieście. Byłem nastolatkiem, gdy wybuchł sierpień 1980 r. Niektórzy wspominają, że studiowali w Paryżu w 1968 r. Ja też miałem to szczęście, że dojrzewałem w okresie, gdy „coś zaczęło się dziać”, tyle że w Polsce Ludowej.

Byłem na tyle młody, że kwestia kolejek i innych niedogodności życiowych nie była dla mnie wielkim problemem. Ale coś wisiało w powietrzu; coś, czego nie da się przełożyć na kwestie lepszego zaopatrzenia w żywność czy bardziej cywilizowanych warunków bytowych. Dostrzegłem wokół ożywione dyskusje, zafrapowanych ludzi. Odczuliśmy – jako licealiści – potrzebę współuczestnictwa. Powstał Związek Młodzieży Demokratycznej. Zaczęliśmy działać w liceum. Zorganizowaliśmy choćby wieczornicę z okazji 11 listopada – pierwsze ważne dla nas wydarzenie. Objęliśmy opiekę nad grobami Legionistów, którzy stacjonowali niegdyś w Kozienicach, nad pomnikiem bitwy pod Laskami – była to bitwa Legionów. To były wcześniej kwestie nieobecne. Zaczęliśmy ponadto dyskutować o powołaniu rady szkolnej, w której mieliby głos także uczniowie. To najbardziej wzburzyło grono nauczycielskie. Było nas kilkunastu. Brat jednego z naszych starszych kolegów był związany z Konfederacją Polski Niepodległej, dostarczał nam podziemne publikacje. Wtedy dowiedziałem się o Katyniu. Myślę, że tamten czas mocno wpłynął na to, kim jestem i jaki mam światopogląd.

Gdy zaczął się stan wojenny, wezwała nas dyrektorka, kazała usunąć tablicę, zdjąć wszystkie materiały. Organizacja została rozwiązana, żadnych represji nie pamiętam. Natychmiast zawiązaliśmy tajną grupę rewolucyjną (tak nam się wówczas wydawało), było nas tam z pięciu. Śnił nam się anarchosocjalizm, wykonaliśmy dwie akcje malowania po murach, co w naszym pojęciu było bardzo ważnym wydarzeniem. Kolportowaliśmy też bibułę.

Dwa lata młodszy od Ciebie Marek Kurzyniec mówił mi, że na początku swojej drogi do anarchizmu czytywał Saint-Justa, Robespierre’a. Jakie Ty miałeś lektury?

C.M.: Pamiętam pierwszą lekturę, która była dla mnie bardzo ważna: broszurka Wandy Czapskiej-Jordan, „PPS-WRN pod okupacją niemiecką”. Idee socjalistyczne, PPS-owskie były obecne w moim domu. Ojciec jest radomianinem, wielokrotnie słuchałem od niego o PPS, prezydencie Radomia – Józefie Grzecznarowskim, który budował tamtejszą spółdzielnię mieszkaniową. To tworzyło mit formacji, która była „czymś innym”, nieskażonym – w tej naszej rzeczywistości.

Od roku 1984 byłeś drukarzem i redaktorem podziemnego „Robotnika”. Jak do tego doszło?

C.M.: Wyjechałem na studia do Warszawy. Studiowałem na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. To był specyficzny wydział – istniała tam jedyna podstawowa organizacja partyjna studentów, PZPR-owska oczywiście. Trwała duża batalia o niezależny samorząd studencki, prowadzona m.in. przez Andrzeja Łomanowskiego. Andrzej poinformował mnie, że organizuje się na uniwersytecie międzywydziałowe koło naukowe „Wiedza”.

Jacek Czaputowicz chciał, aby koła naukowe były formą półlegalnego działania. Organizowano w ramach „Wiedzy” spotkania naukowe, historyczne, wydawano publikacje w niewielkim nakładzie, wśród nich „Program radomski” PPS. Natychmiast zainteresowałem się tym. Wówczas poznałem Grzegorza Ilkę, z którym los mnie związał właściwie na stałe [śmiech].

Wydawaliśmy dużo, choć w niewielkim nakładzie, w ramach wewnętrznego obiegu. Wydaliśmy m.in. broszurę Adama Ciołkosza o Czapińskim i teksty Zygmunta Żuławskiego. Powstały różne grupy. Z jednej strony zespół myśli socjaldemokratycznej, w której działałem. Był też zespół myśli liberalnej z Andrzejem Sadowskim, jednym z dzisiejszych liderów Centrum im. Adama Smitha. Te dwa środowiska były bardzo mocne, nie było „środka”.

W końcu nawiązaliśmy kontakt z ludźmi wydającymi „Robotnika”, pismo członków Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu „Solidarności”. Wtedy poznałem Piotra Ikonowicza, który mniej więcej od roku wydawał to pismo. Współpracował z „Robotnikiem” także Grzesiek Ilka.

Wszedłem w to środowisko. Była to zacna szkoła. Najpierw kupowałem papier i dźwigałem wszystko na plecach w odpowiednie miejsce. A przypomnę, że nabycie papieru nie należało wówczas do najprostszych. Nie wolno było kupować w dużych ilościach, cała sztuka polegała na obchodzeniu sklepów i kupowaniu po dwie ryzy. A często tego papieru po prostu w sklepach nie było.

Gdy już odsłużyłem swoje jako „dromader”, zostałem dopuszczony do procesu drukowania. Uczyłem się pracować najpierw na powielaczu. Pierwsza publikacja, którą wydrukowałem, to „Czarny polonez” Kazimierza Wierzyńskiego. Później zaczęliśmy drukować małe broszurki A6 z tekstami w rodzaju „Jak stałem się socjalistą?” Piłsudskiego. Nakłady miały kilka, kilkanaście tysięcy. Bibuła była szanowana, cieszyła się wzięciem. Kiedyś zresztą puściliśmy „Robotnika” w formacie A6, na 1 maja, z wierszem Bertolda Brechta. I to miało nakład 50 tys. egzemplarzy.

Wreszcie opanowałem „sito”, czyli sitodruk. Wtedy dano mi napisać pierwszy artykuł do „Robotnika”. Opublikowano go w „mutacji” pisma – „Robotniku Pomorza Zachodniego”, którym kierował Grzesiek Ilka, choć większość roboty wykonywali ludzie ze Szczecina. Tekst napisałem w rocznicę śmierci Tomasza Arciszewskiego. W „RPZ” mieliśmy więcej luzu, dlatego mogłem obok czysto historycznych spraw poruszyć też kwestie związane z samą ideą PPS. Dodam, że w 1983 lub 1984 roku „Robotnik” opublikował korespondencję z Lidią Ciołkoszową. Sam pomysł na gazetę i jej tytuł nie był przypadkowy, nawiązywał do tradycji PPS-owskiej. Wątek oceny rzeczywistości PRL z perspektywy demokratycznego socjalizmu był w gazecie wiodący. Choć przyznam, że środowisko „Robotnika” było zróżnicowane. Danuta Baumgarten, zmarła jeszcze w latach 80., mówiła o sobie zawsze: „jestem endeczką”. Ale była pierwszą osobą, która przepisywała i składała „Robotnika”. Jednak wszyscy w redakcji byli socjalistami i skończyli w PPS.

Były większe wpadki?

C.M.: Pamiętam jak w ostatniej chwili ewakuowaliśmy się na ul. Lazurowej, na dalekim Bemowie. Dowiedzieliśmy się, że milicja nas zwęszyła. Okazało się później, że były aresztowania w naszym środowisku. Iwona Różewicz, redaktorka „Robotnika”, dostała rok więzienia, została złapana z materiałami. A później było tylko 48 godzin „za materiały”, to już tak nie bolało, wcześniej można było zarobić od roku do dwóch.

Mieszkałem w akademiku na Kickiego – było to o tyle bezpieczne, że do akademików jawnie nie wchodzili. Przekwaterowałem się do innego pokoju, żeby się ukryć. To był pokój dziewczyn. Wspominam to miło, uchodziłem za bohatera [śmiech]. Z materiałów IPN wynika zresztą, że wtedy o nas, personalnie, nie wiedzieli, byliśmy małymi żuczkami. Rozjuszyliśmy ich chyba dopiero przed 1 maja 1985 r., gdy zasypaliśmy całe miasto „Robotnikiem”.

Jak pamiętasz atmosferę tamtych lat?

C.M.: Przełom 1984/85 to był trudny okres: panował straszny marazm, bardzo niewielu ludzi się udzielało,  posierpniowy entuzjazm już zgasł. I chyba dopiero w roku 1986 znów zaczął się ruch. Pojawiały się oddolne inicjatywy powoływania półlegalnych rad „Solidarności”. Wtedy też przygotowałem raport o stanie NSZZ „Solidarność” w zakładach pracy. Jako materiał posłużyły gazety zakładowe, dużo ich wydawano choćby we Wrocławiu, trochę mniej w Warszawie. Dodam, że we Wrocławiu zbierano regularnie składki na działalność związkową, wypłacano świadczenia, organizowano kolonie, częściowo przez duszpasterstwo ludzi pracy. Muszę powiedzieć, że duszpasterstwo było wówczas ostoją związków zawodowych. Nikt tam wówczas nie dyskutował o rzeczach dziś powszechnie obecnych w debatach obyczajowych. Dużo za to rozmawiano o prawach pracowniczych. Pamiętam duszpasterstwo taksówkarzy, duszpasterstwo na ul. Karolkowej. Były to miejsca, gdzie można było robić zebrania organizacji zakładowych.

W każdym razie zaczęliśmy rozprowadzać ten raport o stanie „Solidarności” i wtedy udało się nawiązać kontakt z Wrocławiem. Pojechaliśmy tam, zobaczyliśmy zupełnie inny świat. Warszawa, mówiąc żartobliwie, była trochę „bogoojczyźniana”, ta opozycyjność stołeczna była bardziej podniosła w swojej naturze. We Wrocławiu poznaliśmy ludzi Władysława Frasyniuka, Józefa Piniora – inny klimat, mocno się w to wkręciliśmy. Frasyniuk gromadził sporo ludzi młodych, studentów, chciał odświeżyć środowisko. Z tych znajomości, przyjaźni wyrosła później wrocławska PPS na czele z Józefem Piniorem. Działali tam także Czesław Borowczyk, który był szefem Tajnej Komisji Zakładowej w „Dolmelu”, a także Jacek Suchorowski, nieżyjący już, wtedy szef Komisji Zakładowej z „Hutmenu”.

Poznaliśmy też ludzi z tajnego Regionalnego Komitetu Strajkowego, który wydawał pismo „Z Dnia na Dzień”. Pismo robił Jerzy Karwelis, dziś dyrektor wydawniczy Presspubliki. Wtedy uważałem go za bratnią duszę w sprawach związkowych. Mieliśmy wówczas wrażenie, że prasa związkowa za dużo miejsca poświęca tematom w rodzaju „Reagan a sprawa polska”, kwestiom geopolitycznym, a za mało problemom bliższym ludziom, dotykających ich lokalnie. „Z Dnia na Dzień” miało wizję budowania myślenia związkowego: żeby ludzie czytali pismo nie tylko dlatego, że nie lubią komuny, ale dlatego, że reprezentuje ono związek zawodowy, ruch społeczny na rzecz sprawiedliwości.

A co się działo w Warszawie?

C.M.: Pewnego dnia zostałem oddelegowany na spotkanie w Klubie Inteligencji Katolickiej, które prowadził Henryk Wujec. Przeznaczone było dla ludzi z samorządów robotniczych Warszawy. Tam poznałem głównych działaczy samorządowych: Jana Kalitę z CEMI, Andrzeja Wieczorka z WZT (Elemis), Leszka Życzkowskiego z zakładów im. Kasprzaka, Leszka Krzysztonia z Mostostalu, Tadeusza Rachowskiego z FSO. Sytuacja była dziwna, bo część z pryncypialnych działaczy podziemnej „Solidarności” uważała, że nie wolno wchodzić w legalne działania. Odbyła się na ten temat duża dyskusja. Ludzie tacy jak Tadek Rachowski (później w PPS) i Andrzej Wieczorek (znalazł się w Porozumieniu Centrum) stworzyli następnie Stowarzyszenie Działaczy Samorządu Pracowniczego. To środowisko nauczyło mnie bardzo wielu rzeczy, przede wszystkim prawdziwej pracy związkowej i pracowniczej. Wiele im zawdzięczam i wiele się od nich nauczyłem.

Wszyscy ci ludzie, wszystkie środowiska nagle znalazły się w naszym zasięgu: od duszpasterstw ludzi pracy po drukarnie. Powstała Grupa Polityczna „Robotnik”. W styczniu 1986 stworzyliśmy w jej ramach deklarację, w której mówimy o socjalizmie demokratycznym: „Naszym programem minimum jest demokracja parlamentarna, zdecentralizowane społeczeństwo opiekuńcze”. To jest o tyle ważne, że mocno stawialiśmy tezę samoorganizacji społecznej.

Interesował Cię anarchosocjalizm?

C.M.: Nie szukałbym etykiet. Zaczytywałem się wówczas w książce Wojciecha Giełżyńskiego „Budowanie Niepodległej”, m.in. o Edwardzie Abramowskim, rzecz wydano w drugim obiegu. Natomiast jako środowisko „Robotnika” konsekwentnie angażowaliśmy się w kwestie samorządów pracowniczych i spraw pracowniczych. Jako dodatek do „Robotnika Pomorza Zachodniego” wydawałem z pomocą Grzegorza Ilki pismo „Praca, Płaca, BHP”, poświęcone problemom stricte pracowniczym. Wydaliśmy też broszurkę „Jak przejąć społecznego inspektora pracy?”. Zbigniew Romaszewski napisał artykuł o kasach samoobrony NSZZ „Solidarność”. Wydaliśmy broszurkę o przejmowaniu pracowniczych kas zapomogowo-pożyczkowych. Wydaliśmy komplet dokumentów jak stworzyć Komitet Założycielski NSZZ „Solidarność”. Pojawił się w tamtym czasie żywiołowy ruch – w zakładach pracy powstawały grupy założycielskie, które szły „na bezczelnego” do sądu i rejestrowały KZ NSZZ „S”. Oczywiście, odmawiano im w sądzie, ale przepis był taki, że do czasu rozstrzygnięcia sądowego KZ działał legalnie. W kilkudziesięciu zakładach w Polsce wykorzystano tę formułę, m.in. w „Polarze” we Wrocławiu, gdzie zainicjował to Andrzej Kowalski, późniejszy działacz PPS.

W roku 1987 ufundowaliśmy ponadto nagrodę im. Antoniego Zdanowskiego, działacza PPS, który został zakatowany przez bezpiekę w 1948 r. Pieniądze zebraliśmy ze sprzedaży znaczków pocztowych „Solidarności”. Nagrodę udało się wręczyć raz, dostało ją pismo „Uskok” z zakładów górniczych w Lubinie. Do konkursu zgłosiło się dziesięć pism. Jury było złożone z naszych działaczy pracowniczych, ludzi z MRK„S” i „Z Dnia na Dzień” RKS Dolny Śląsk.

A jak byliście odbierani przez starsze pokolenie „Solidarności”?  

C.M.: Na początku traktowali nas trochę pobłażliwie. Mieliśmy dobry układ z ludźmi z pierwszej linii MRK„S”: Krzysztofem Wolfem, Edwardem Mizikowskim. Ceniliśmy się nawzajem za to, że nie robimy z siebie wodzów, ale prowadzimy „zwykłą robotę”. Natomiast byli jeszcze stratedzy i z tymi było ciężko. Gdy pojawił się pomysł, żeby powołać do życia w Polsce PPS, chcieliśmy zebrać solidarnościowe autorytety jako ludzi wsparcia. Poszliśmy do Jacka Kuronia, Władysława Frasyniuka. Odmówili, stwierdzając, że nie wolno się dzielić, trzeba budować wokół „Solidarności”. Myślę dziś, że chcieli budować  jeden blok bez ujawniania spornych interesów, które przecież istniały.

To zaczęło się zaostrzać w roku 1987, gdy ruszyła dyskusja „co dalej?”. Wtedy pojawiły się dokumenty, które nas zaniepokoiły, choćby „Tezy o sytuacji gospodarczej Tymczasowej Rady NSZZ »Solidarność«”. Eksperci solidarnościowi podpowiadali, że antidotum na istniejącą sytuację jest wolny rynek, prywatyzacja… Pojawił się też w piśmie „Wola”, związanym z Regionem Mazowsze, znamienny artykuł Tomasza Litwina. Pod tym pseudonimem krył się Michał Boni. Tekst zatytułowany był „Solidarność znaczy reforma”. Teza brzmiała: „Solidarność zamiast sprawami związkowymi powinna zająć się reformą gospodarczą”. Odpowiedzieliśmy dużym artykułem: „Solidarność znaczy obrona praw pracowniczych”, który w środowisku wzbudził znaczne spory. To pokazywało, że budowa jednego bloku, „Polskiej Partii »Solidarność«”, jest niemożliwa.

Rok 1987 – jesteś współzałożycielem nie-emigracyjnej, podziemnej Polskiej Partii Socjalistycznej…

C.M.: Gdy okazało się, że nie ma jednego, wspólnego celu, że idziemy w różne strony, stwierdziliśmy, że trzeba stworzyć własną formację polityczną. Naturalnie myśleliśmy o PPS, ponieważ ona była nam najbliższa. Nawiązaliśmy kontakty z emigracyjnym PPS. Jan Józef Lipski uznał, że pomysł jest dobry. Miał już wcześniej kontakty z Lidią Ciołkoszową. Ale przyznam, że rzuciliśmy się głową w dół, nie sprawdzając, czy w basenie jest woda. Najpierw zorganizowaliśmy konsultacje. W to zaplątała się grupa nazywająca się Partią Socjaldemokratyczną, z Juliuszem Garzteckim, który najprawdopodobniej był agentem Służby Bezpieczeństwa. To bardzo dziwna i skomplikowana postać, były oficer kontrwywiadu Armii Krajowej, założyciel Klubu Krzywego Koła. Prof. Andrzej Friszke w książce o Komitecie Obrony Robotników pisze, że od lat 50. Garztecki był agentem tajnych służb PRL. Jan Józef Lipski powiedział, że albo on, albo Garztecki. Zrezygnowaliśmy z tego drugiego.

15 listopada 1987 r. zorganizowaliśmy spotkanie w ogródkach działkowych na ulicy Odyńca. Ikonowicz wynajął miejsce na rocznicową imprezę… absolwentów zasadniczej szkoły zawodowej im. PPS. Zgromadziliśmy się w kilkadziesiąt osób. Pierwsza podjęta uchwała stanowiła, że w przypadku wejścia milicji uznajemy PPS za powołaną. Nie minęła godzina, jak weszła MO, zatrzymano Jana Józefa Lipskiego, Andrzeja Malanowskiego (prawnik z kręgu samorządów pracowniczych), Grześka Ilkę i Piotra Ikonowicza. Resztę ludzi spisali i puścili. Przemieściliśmy się do knajpy na Placu Konstytucji, gdzie debatowanie trwało dalej. Byli ludzie z Katowic, Wrocławia, Szczecina, m.in. Aleksander Krystosiak, wiceprzewodniczący Regionu Pomorza Zachodniego „Solidarności”, Jerzy Jackl z Federacji WSN-Wyzwolenie, Wojciech Giełżyński, Jan Kostecki z Polskiej Ligi Praw Człowieka, Jarosław Maszewski z Poznania, Tomek Truskawa z dzisiejszego Stowarzyszenia Wolnego Słowa.

Kilka dni później u prof. Jana Kielanowskiego odbyła się druga tura zjazdu. Z esbeckich materiałów wynika, że milicja chciała wkroczyć, ale profesor był ciężko chory na serce, więc nie chcieli ryzykować. Powstała deklaracja, w znacznej mierze autorstwa Jana Józefa Lipskiego, z której miało wynikać, że bliższa jest nam nauka Jana Pawła II niż marksizm.

W międzyczasie zorganizowaliśmy akcję „Miesiąc prasy zakładowej NSZZ »Solidarność«” i wykorzystaliśmy to wydarzenie do promocji powstającego PPS. Pomagaliśmy organizacjom zakładowym przygotowywać gazetki pracownicze i następnie jawnie rozdawaliśmy je przed zakładami pracy, co miało różne zakończenie. Józef Pinior propagował tę akcję w Radiu Wolna Europa, więc rzecz miała nagłośnienie. Milicja wtargnęła na konferencję prasową z udziałem dziennikarzy zagranicznych, zwołaną przez Jana Józefa Lipskiego i wszystkich zgarnęli – a to było okazją do reklamy…

Cierpieliście za sprawę…

C. M.: Zatrzymali nas choćby pod warszawskim „Kasprzakiem”, zwinęli też pod wrocławskim „Dolmelem”, tam oberwaliśmy – taka uroda tamtych czasów. Część ludzi została też zgarnięta na spotkaniu Komitetu Wykonawczego PPS we Wrocławiu.

Malanowski wystąpił do Ewy Łętowskiej, pierwszej Rzecznik Praw Obywatelskich, z informacją, że skoro Konstytucja PRL nie zabrania zakładania partii politycznych, to możemy działać legalnie. Bo oczywiście w trybie administracyjnym przysłano nam pismo, że mamy zakaz działania pod nazwą PPS. Ale tak czy inaczej łapali nas, choćby za brak zezwolenia na rozdawanie publikacji. Regularnie dostawaliśmy grzywny od 30 do 500 tys. złotych. Sam to ignorowałem, ale było to groźne dla tych, którzy mieli etaty w zakładach pracy, bo mogli im to ściągnąć z wynagrodzenia. A ja byłem trochę studentem, a trochę pracowałem w szarej strefie, więc mogli mi skoczyć… Gdy do rodziców przyjechał komornik, oni stwierdzili, że wszystko jest ich własnością. Swoją drogą nie były to małe kwoty, po to zresztą Zbigniew Romaszewski powołał odpowiedni fundusz, bo była to jednak spora dolegliwość dla ludzi, którzy mieli rodziny na utrzymaniu.

Jak wyglądała struktura PPS?

C.M.: Władze wyłoniono 22 listopada 1987. Starszyzna stanowiła Prezydium Rady Naczelnej, a młodzież zasiliła Komitet Wykonawczy. W Prezydium byli Jan Józef Lipski,  prof. Władysław Kunicki-Goldfinger, Andrzej Malanowski,  Piotr Ikonowicz, Józef Pinior, Andrzej Kowalski, Marek Nowicki (już nieżyjący współzałożyciel Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka). W CKW byli Czesław Borowczyk, Zuzanna Dąbrowska, Grzegorz Ilka, Aleksander Krystosiak, Tadeusz Rachowski z FSO, Agata Michałek z krakowskiego KPN, Jacek Pawłowicz, dziś pracownik Instytutu Pamięci Narodowej, wówczas też z KPN, no i ja. Ludzie z KPN działali we frakcji socjalistów w KPN. Moczulski wydał uchwałę, w której zwolnił „swoich” socjalistów z członkostwa w partii i pozwolił im przejść do PPS.

Jak się określaliście wobec ustroju PRL? Jakie to miało konsekwencje dla waszej partii?

C.M.: Określaliśmy się zdecydowanie negatywnie. Mówiliśmy, że nie ignorując realiów politycznych, mamy zamiar wpływać na sposób sprawowania władzy w PRL, m.in. poprzez kontrolę władz, wpływanie na demokratyczny kształt przemian, rozwój ruchu związkowego, wspieranie walki o prawa człowieka, prawa obywateli do życia w niepodległym, wolnym kraju. Dla nas, młodzieży, było to jednak bardzo zachowawcze. I to było przyczyną że między listopadem 1987 a lutym 1988 doszło do wewnętrznych sporów.

Jako młodzi ludzie czynu byliśmy radykałami. Uważaliśmy, że PRL to dyktat obcego mocarstwa i że trzeba władzę obalić bez żadnych subtelności. W lutym 1988 pojawił się dokument, który stał się przyczyną późniejszego rozłamu. Narosło wokół niego wiele nieporozumień. Otóż w czasie spotkania poświęconego nowej deklaracji milicja zatrzymała część osób. Reszta myślała, że są to aresztowania na całego, więc przejęła prace nad dokumentem. Wobec nich zaczęły się oskarżenia o agenturalność, bzdury, które później zostały wyjaśnione. Sprawę rozdmuchiwał „Tygodnik Mazowsze”, ówczesna „Gazeta Wyborcza”, stając po stronie Jana Józefa Lipskiego.

My, młodzi, pewnie byliśmy w gorącej wodzie kąpani, ale spór był rzeczywisty. Mówiliśmy o prawie do samoobrony ze strony pracowników, o tym, że wybuchną strajki i jako PPS nie będziemy stali z boku, lecz opowiemy się po stronie strajkujących. Twierdziliśmy, że głównym narzędziem walki o obalenie systemu jest ruch pracowniczy. To było bardzo radykalne. Popularna obelga pod naszym adresem brzmiała wówczas: „trockiści”. Nie miało to nic wspólnego z jakąkolwiek prawdą, ale dobrze brzmiało. Starsi panowie, czyli Lipski, Kunicki-Goldfinger, Malanowski i Nowicki złożyli swoje mandaty, a my zostaliśmy. Nasza PPS to była większa część partii. Zaczęły się rokowania, pomysły namówienia „starszyzny” do powrotu. Nie była to zręczna sytuacja.

Do tego na całego zaczęła nas punktować „Trybuna Ludu”. Pojawił się na jej łamach cykl artykułów, że „ani polska, ani partia, ani socjalistyczna”. Znaleźli nawet jakichś weteranów z PPS przejętego przez PZPR, którzy pryncypialnie stwierdzili, że nie jesteśmy prawdziwym PPS, bo to oni go stanowią… Z innej flanki dokładał nam wspominany już „Tygodnik Mazowsze”. Robiliśmy jednak swoje. Większość okręgów stanęła za nami, robiła z nami dalej PPS-Rewolucję Demokratyczną.

Nadszedł maj 1988…

C.M.: …i duże strajki w Polsce. Ale „dymy” zaczęły się już w lutym, gdy ogłoszono Dzień Solidarności z Narodem Rumuńskim. Zaliczyliśmy wtedy wielką naparzankę pod ambasadą Rumunii. Zresztą te akcje kontynuowaliśmy także w następnych latach. To była jedna z naszych specjalności – podkreślanie międzynarodowego wymiaru solidarności.

W maju 1988 r. postanowiliśmy pomagać w strajkach.  Kilku naszych ludzi weszło do wrocławskiego „Dolmelu”: Józef Pinior, Czesław Borowczyk, Aleksandra Sarata, Jolanta Skiba. Wcześniej był jeszcze rozbity strajk w Nowej Hucie, z Andrzejem Szewczuwiańcem, który też był aktywny w PPS. Działaliśmy również w Wałbrzychu, mieliśmy dobre zaczepienie w Płocku, ściśle współpracowaliśmy z MRK„S” Huty Warszawa, z hutą „Baildon” w Katowicach. Oczywiście byliśmy formacją kadrową, w dużej mierze inteligencką, ale działacze robotniczy i związkowi traktowali nas jak swoich. Odwoływaliśmy się do haseł Samorządnej Rzeczpospolitej, a przecież nikt wśród robotników nie odwoływał się do wolnego rynku… Gdy wybuchł strajk na Uniwersytecie Warszawskim, bardzo mocno podkreślaliśmy solidarność z robotnikami.

Poza tym takiego okresu debat, ożywionych dyskusji, jaki panował w latach 1987-1990, już później nie pamiętam. Wówczas naprawdę dużo się działo, pojawiały się idee „zielonej Europy”, „Europy pokoju”, „Europy praw pracowniczych”. To się objawiło później programowo w ramach PPS-RD, w 1989 roku.

Opowiedz zatem o PPS-RD…

C.M.: Byliśmy bardziej radykalni i szaleni, niż nasi umiarkowani koledzy z opozycji. Co prawda to oni dziś nadają ton w mediach, gdy chodzi o wspominki, ale wtedy, gdy trzeba było pokazać, że „Solidarność” żyje, to właśnie my robiliśmy ferment. Gdy trzeba było się upomnieć o ludzi, którzy siedzieli, to my krzyczeliśmy. Gdy siedział Adam Hodysz za to, że przekazywał Bogdanowi Borusewiczowi informacje, my protestowaliśmy. Podobnie w przypadku Placu Tiananmen lub aresztowania Havla.

Akcji z wchodzeniem na rusztowania, rozwieszaniem transparentów i rozrzucaniem ulotek nauczyliśmy się od MRK„S”. Wtedy milicja musiała sprowadzać takich funkcjonariuszy, którzy potrafili i nie bali się wchodzić na rusztowania, a to zwykle trwało. A gdy w akcji brał udział Edward Mizikowski z MRK„S”, wzywali jeszcze brygadę antyterrorystyczną, bo myśleli, że mają do czynienia z wariatem.

Jednak PPS-RD to była grupa maksymalnie 150 osób. Niesamowicie rzutkich i pracowitych, każdy był za dziesięciu. Ale nie była to formacja tak popularna, jak „Solidarność”. Nie mieliśmy też dostępu do mediów, które dziś nazywa się mainstreamowymi: do Radia Wolna Europa, a później do „Gazety Wyborczej”.

A z trockistami faktycznie nie mieliście nic wspólnego?

C.M.: Mieliśmy taki pomysł, że zbudujemy ugrupowanie trochę na wzór francuskiej Zjednoczonej Partii Socjalistycznej z roku 1968. Miała to być nowoczesna formacja o różnych nurtach: anarchistycznych, trockistowskich itp. Działał w PPS np. Arkadiusz „Owca” Zajączkowski, teraz już dość wiekowy anarchista z Warszawy. Zaczęły się oczywiście problemy, bo anarchiści mieli wątpliwości, czy doktrynalna czystość pozwala im na współpracę z socjalistami. Współpracowałem przy powstaniu pierwszego numeru „Mać Pariadki”, później dość znanego pisma anarchistycznego. Robiłem go z Krzyśkiem Galińskim, który zresztą dzwonił dziś do mnie, bo zakłada w Sopocie spółdzielnię socjalną niepełnosprawnych. Rzecz odbywała się w mieszkaniu Ikonowicza, a pisałem do tego numeru tekst o historii ruchu związkowego…

Trockiści namówili nas, gdy przyjechała do Polski Margaret Thatcher (na zaproszenie m.in. „Solidarności”), na wspólną akcję. Rozrzucaliśmy ulotki: „Górnikom polskim i brytyjskim pracy i chleba!”. Ale później trockiści uznali, że władze w PPS-RD powinny być dzielone proporcjonalnie i że oni powinni zyskać część władzy. Chcieli nas przejąć. No i zwabili w swoje szeregi Józefa Piniora. Zabrali go zdaje się do Argentyny lub Brazylii, powstał z tego film. Józef w imieniu polskich robotników przemawiał na stadionach do prawdziwych tłumów, tysięcy ludzi. Tam ruch radykalny był bardzo mocny, to Piniora zafascynowało, wrócił do kraju jako neofita-trockista. Szybko mu zresztą to przeszło. My jako PPS-RD chcieliśmy być formacją między „starą” socjaldemokracją a komunistami. Zachodnia socjaldemokracja, totalnie wówczas zgnuśniała, która w dodatku miała w d… Europę Wschodnią, zupełnie nam nie odpowiadała. A Józef, na tej fali, chciał być „nowym rewolucjonistą”, zaczął wokół siebie montować grupę ludzi, no i w roku 1990 musieliśmy się rozstać.

Kim byli – w Twojej opinii – najważniejsi ludzie reaktywowanej PPS? Kim są dziś?

C.M.: Czesław Borowczyk – robotnik z „Dolmelu”. Pracował tam od lat 70. W sierpniu 1981 r. stał na czele Komisji Rewizyjnej „Solidarności”. Później organizował strajk okupacyjny, za co siedział. Następnie dostał wyrok za udział w strajku 1988 r. W 1990 r. reprezentował PPS na zjeździe zjednoczeniowym, później przestał działać politycznie. Uznał, że nie dotyczą go spory polityczne III RP, nie podobało mu się to, co widział. Jest rencistą, a równocześnie musi ciężką pracą dorabiać na chleb. Pamiętam spory w Sejmie na temat lustracji, gdy SLD broniło ubeków. Zacząłem się wtedy wstydzić, że po drugiej stronie nie ma siły, która zaczęłaby chronić ludzi, którzy walczyli o inną Polskę i zapłacili za to zdrowiem, karierą zawodową, poświęcili swoje życie, a zostali zapomniani. My zrobiliśmy dla niego dwie symboliczne rzeczy: w roku 1995 udało się nam uchylić wyrok, jaki dostał w 1988 (półtora roku więzienia). Później udało się (największa zasługa tu Grzegorza Ilki) doprowadzić do tego, że w grudniu 2012 r. został odznaczony Orderem Odrodzenia Polski. To żadna zapłata, to rodzaj uhonorowania.

Andrzej Kowalski. Z zawodu lakiernik. Urodził się zaraz po wojnie. Bardzo świadomy robotnik, kształcił się, skończył studia. Też miał wyrok w czasie stanu wojennego, był uczestnikiem Pomarańczowej Alternatywy, działał w PPS. Dziś udziela się w Radzie Sekretariatu Emerytów i Rencistów „Solidarności”, przewodniczy Radzie Regionalnej na Dolnym Śląsku. Jest rzutkim facetem.

Józef Pinior… rozumiem jego działalność w Unii Pracy, Socjaldemokracji Polskiej. Ale nie rozumiem jego uczestnictwa w strukturach Stronnictwa Demokratycznego i Platformy Obywatelskiej. Dawno z nim nie rozmawiałem.

Grzegorz Ilka. Tak go nazwę: przyjaciel. Siła napędowa wielu działań w czasach „Robotnika” i później. Jak zaczął w związkach zawodowych, tak został im wierny. Tyle że dziś jest w OPZZ. Tak to się układało, że czasem w „Solidarności” brakowało miejsca dla niektórych ludzi. Pewne spory mocno się zideologizowały.
Grzegorz Ilka na dachu przystanku autobusowego w Katowicach rozrzuca ulotki, napis na transparencie Jaruzelski musi odejść

Grzegorz Ilka na dachu przystanku autobusowego w Katowicach rozrzuca ulotki, napis na transparencie „Jaruzelski musi odejść”.

 

Dużo tych ważnych ludzi było, nie wiem, co się z niektórymi dzieje. Był Artur Koszykowski, który przeszedł do nas z KPN. Teraz jest zupełnie nieaktywny politycznie. Muszę wspomnieć rewelacyjnego Krzyśka Trzaskę, który po latach przestoju znów zaczyna działalność polityczną. Człowiek z kapeenowskich kręgów z Huty Katowice w Dąbrowie Górniczej. Wówczas robotnik i student.

A co powiesz o Piotrze Ikonowiczu?      

C.M.: Piotr był guru PPS, jedną z jego najważniejszych postaci. Popełnił na swojej drodze kilka błędów, choćby romans z Samoobroną, z Ruchem Palikota. Ale nic nie zmieni mojego pozytywnego zdania o nim, jako o człowieku, który siadał i robił, gdy wszystkim opadały ręce. I trochę jest tak, że dzisiaj jego Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej (a patrzę na Piotra przez jej pryzmat) przypomina mi działania z lat 80.

Nasze drogi się trochę rozeszły, ale wciąż pamiętam czasy, gdy nie było nikogo, a był Piotr Ikonowicz, który zawsze potrafił zacząć od początku…

…czasem nawet ludzie z byłej opozycji wypominają mu, nazwijmy to tak, luksusowy styl życia w latach 80. To chyba najbardziej sztampowy zarzut pod jego adresem.

C.M.: Piotr prowadził mocny tryb życia, nie on jeden, o czym zapominają dzisiejsi moraliści. Był wariatem, wchodził na rusztowania, rzucał ulotki nad głowami ludzi, nie dawał się MO. Na moich oczach dwukrotnie dostał potworne cięgi od służb. Nie robił tego dla poklasku, bo nikt nawet nie wiedział, jak się nazywa. Nie było tam dziennikarzy, którzy mogli zrobić ładną fotkę, jak się malowniczo dostaje po ryju. Robił to, co uważał za słuszne.

Tak, lubił cygara. Ale bezinteresownie robił wiele rzeczy. Gdy nie było na nic pieniędzy, szukał pomysłów jak je zorganizować, dawał własną kasę. Gdy nie było gdzie spać, spało się u niego…

Cezary Miżejewski z Piotrem Ikonowiczem. Zdjęcie ze zbiorów Mirosława Mikulskiego

Cezary Miżejewski z Piotrem Ikonowiczem. Zdjęcie ze zbiorów Mirosława Mikulskiego.

 

Wróćmy do wymiaru zbiorowego. Lewicowa opozycja wobec „państwa chłopów i robotników”. Jakie formy walki z wami przyjęły PRL-owskie instytucje i „organa władzy”?

C.M.: Szczerze mówiąc, gdy zobaczyłem później materiały IPN, to byłem zaskoczony, jak bardzo ich nasze istnienie raziło. Oczywiście nie ze względu na wielkość naszej organizacji, lecz przez odwołanie do PPS. Uderzaliśmy w podstawy tego systemu. W końcu to PZPR zawłaszczyła sobie na użytek swojego mitu założycielskiego tradycje PPS, zdecydowanie je zafałszowując.

Stąd liczba obrad poświęconych naszemu PPS-owi – i to na poziomie zespołów Komitetu Centralnego PZPR – była nieproporcjonalnie duża do naszych realnych możliwości [śmiech]. Każdy z nas miał swoją teczkę, głównie starano się nie dopuścić do powstawania nowych komórek, szczególnie tych zajmujących się drukiem.

O rozróbach już wspominałem. Nie będę czynił martyrologii z tego, że ktoś mi parę razy przyłożył, taka była konwencja tamtych czasów. Inni obrywali gorzej. Ikonowiczowi złamali nos w celi, gdy dorwali nas pod Hutą Warszawa.

Dygresja: mam nadzieję, że to, co wówczas robiliśmy zostanie jako znak, wspomnienie, że nie wszystko było jednowymiarowe w czasach schyłkowego PRL. Owszem, były podziały. Ale dla nas ważna była pamięć o emigracyjnym PPS. A przecież to nie był najlepszy przykład… Podziały, jakie tam miały miejsce biły na głowę wszystko, co miało miejsce u nas. A jednocześnie autentyczna ulotka z emigracji była dla nas czymś niezwykłym. Ostatnio nabyłem w antykwariacie „Socjalizm humanistyczny” Feliksa Grossa, wydany w 1946 roku. To przenosi idee. Mam nadzieję, że myśmy dali tym ideom trochę życia, pomogli im pójść dalej. Dlatego z sympatią patrzę na Lewicowo.pl, bo ten portal także przenosi idee dalej.

Byłeś rozpracowywany w ramach dwóch akcji bezpieki…

C.M.: Byliśmy rozpracowywani w szerszym gronie: w ramach całego PPS i okręgu warszawskiego. Śledzili mnie jeszcze w Pionkach, bo tam wydawaliśmy pismo „Iskra” z grupą działaczy solidarnościowych, którzy przystąpili do PPS. To była wspaniała ekipa! Mirek Piotrowski był pracownikiem „Polkorfamu” i bardzo wierzącym działaczem duszpasterstwa. Robił na Święta pocztówki z Matką Boską i napisem „PPS”. W materiałach SB były później materiały, że Miżejewski ateista, a Piotrowski wierzący katolik. Ale nie przypominam sobie tych sporów…

W sierpniu 1988 mieliśmy znów wejść do zakładów. Wtedy Ikonowicza i Trzaskę SB zamknęło w kopalni „Czerwone Zagłębie”. Próbowano wejść na Petrochemię w Płocku. Kowalski i ja do pomocy mieliśmy wejść na „Polar” we Wrocławiu, ale okazało się, że bezpieka wystawiła posterunki i nic z tego nie wyszło. We wrześniu 1988 był proces PPS, w listopadzie kolejne demonstracje.

13 grudnia 1988 r., gdy nazywaliśmy się już PPS-RD, zdarzyła się rzecz niezwykła. Zrobiliśmy wtedy ogólnopolskie demonstracje pod hasłem „Jaruzelski musi odejść”. We Wrocławiu wzięło w nich udział 15 tys. osób. Na czele szli Andrzej Gwiazda, Włodzimierz Frasyniuk, Józef Pinior, Wojciech Myślecki.

Z kolei w Warszawie wyruszyliśmy tego dnia spod Uniwerku. Odbył się wiec pod Kopernikiem. I gdy szliśmy z powrotem, ruszyła na nas milicja, urządzili ogromny pokaz siły. Tłukli wszystkich niemiłosiernie. Tłum zaczął obrzucać ich śrubami. Całe odium spadło na PPS, wtedy odciął się od nas Jan Józef Lipski, stwierdzając, że jesteśmy wariatami i używamy przemocy. Wtedy zamknęli też Jana Tomasiewicza, który miał jakieś problemy z wojskiem i chcieli go wsadzić za uchylanie się od służby wojskowej. Zaczęliśmy akcję protestacyjną, była duża głodówka polsko-czechosłowacka w sprawie więźniów politycznych tam i u nas. Wtedy Piotr Ikonowicz z Edwardem Mizikowskim weszli na budynek Komitetu Centralnego PZPR, na którym były rusztowania i powiesili transparent: „Uwolnić więźniów politycznych”, ku zdumieniu Biura Ochrony Rządu. Odpowiednie instytucje pilnowały nas do końca. Sporządzono listę osób, które nie powinny się znaleźć przy Okrągłym Stole i wpisano na nią Borowczyka.

Jak odnosiliście się do zmian zachodzących w kraju, do projektów przemian związanych z Okrągłym Stołem, a później do „szokowej terapii” Leszka Balcerowicza?

C.M.: Negatywnie odnosiliśmy się do wyborów do sejmu kontraktowego. Organizowaliśmy Kongres Opozycji Antyustrojowej w Jastrzębiu-Zdrój. Mnie zamknęli w Katowicach, w drodze na to wydarzenie. Organizowaliśmy też akcję bojkotu wyborów: „Wolności nie da się wynegocjować”. 1 maja 1989 roku był wielki pochód „Solidarności”, szło w nim sto tysięcy ludzi. Doszło do sporu, bo my z MRK„S” postanowiliśmy się odłączyć. Gdzieś na You Tube jest z tego nagranie, gdy krzyczymy: „Bujak się złamał, my wytrzymamy”.

Co do „terapii szokowej”, to od początku byliśmy nastawieni negatywnie. Po roku 1990 uczestniczyliśmy zdecydowanie w akcji przeciw tzw. popiwkowi. Nasi działacze jeszcze w 1992 r. uczestniczyli w debacie na ten temat z Balcerowiczem. Braliśmy też udział w strajku w obronie „Prefabetu” w Kozienicach, która szła nie o podwyżki, ale utrzymanie miejsc pracy. Zrobiliśmy dużą akcję, zainteresowaliśmy telewizję – to się udało, zakład istnieje do dziś. Ale przyznam, że naiwnie myśleliśmy, że cała „Solidarność” postrzega rodzącą się nową rzeczywistość podobnie jak my. Jednak nasze relacje z Komitetem Obywatelskim przy Wałęsie pokazały, że jesteśmy zadeptywani przez tych ludzi.

W październiku 1990 roku wszystkie PPS-y się połączyły. Ale zabrakło już ikry. Mam ogromny szacunek do Jana Józefa Lipskiego, ale on na bazie swojego życiorysu był o wiele bardziej umiarkowany jak na czasy, które nadeszły. Myślę, że jako PPS zostaliśmy też zgnieceni przez dwa wielkie żarna: solidarnościowe i pokomunistyczną lewicę. „Solidarność” wymagała jednomyślności, mocno poszła na prawo, nie tylko w kwestiach gospodarczych. SLD chciała nas z kolei jako kwiatka do kożucha. Odpowiadaliśmy im jako element uwiarygodnienia, ale nic poza tym. Mam wrażenie, że nikt ważny nie chciał tak naprawdę na początkach III RP innej lewicy niż pokomunistyczna.

Przypomnijmy: w III RP byłeś posłem z listy SLD (w latach 1994-1997 w ramach samodzielnego Koła Parlamentarnego PPS); między rokiem 1997 a 2000 pełniłeś funkcję szefa Biura Posłów Związkowych OPZZ. Wszedłeś w „postkomunistyczne buty”?

C.M.: W roku 1993 byłem posłem PPS z listy SLD. Trochę zostałem wkręcony. Nie była to dla mnie szczególna atrakcja. Gdy odbyło się głosowanie nad sprawozdaniem rządu w sprawie ustawy o ochronie życia poczętego, głosowałem zgodnie ze swoim sumieniem. Wtedy  na komisji sejmowej krzyczał na mnie przewodniczący Grzonkowski z Sekretariatu Ochrony Zdrowia Solidarności  że jest to niezgodne ze stanowiskiem „Solidarności”. Odpowiedziałem, że stanowisko „Solidarności” może mnie obowiązywać w sprawach pracowniczych, ale nie mojego poglądu moralnego. Uznano, że nie pasuję.  I ze związku wykreślono mnie… za niepłacenie składek.

Gdy zostałem posłem z ramienia SLD, to bardzo ściśle   współpracowałem z przewodniczącym „Solidarności” Ziemi Radomskiej, Zdzisławem Maszkiewiczem. Do dziś się przyjaźnimy. Uczestniczyłem jako mediator w wielu strajkach „Solidarności”, m.in. MPK w Radomiu, „Tessitura Bresciana” w Pionkach. Do dziś przyjaźnię się z szefem Biura Polityki Społecznej „Solidarności” Zbyszkiem Kruszyńskim, którego uważam za jednego z najmądrzejszych ludzi w tym związku.

Ale także w SLD spotykaliśmy niegłupich ludzi. Pierwsze, co zrobiliśmy, gdy weszliśmy do ich klubu w roku 1993, to założyliśmy grupę obrony interesów pracowniczych, na wzór tego, co robiliśmy w „Solidarności Pracy” w pierwszej kadencji. Był tam choćby Stanisław Wiśniewski z OPZZ, który później został posłem Unii Pracy. Budowaliśmy zatem prospołeczną formułę, tyle że SLD od razu przycięło nam skrzydła. Ale jak mogło być inaczej, skoro w jednej formacji byli Staszek Wiśniewski i Ireneusz Sekuła?

Ale działaliśmy. Było nas trzech posłów, ale prowadziliśmy – wolontarystycznie – ze dwadzieścia biur poselskich w kraju, żeby odbudować PPS. Siła podziału historycznego była jednak tak duża, że siedzenie w poprzek było zdecydowanie przeciwskuteczne.

Co do zarzutów, że wszedłem w „postkomunistyczne buty”…  Trzymałem się stanowiska, że w odróżnieniu od niektórych, także na prawicy, współpracowałem z nimi nie wtedy, gdy było to nakazane, ale był to nasz wolny, demokratyczny wybór jako PPS w wolnej i demokratycznej Polsce. Kooperacja z PZPR jest dla mnie wciąż czymś innym niż współpraca z SLD, wybraną w demokratycznych wyborach.

A czy w ogóle powinniście w 1993 roku iść do wyborów razem z Sojuszem Lewicy Demokratycznej?

C.M.: Dziś uważam, że był to błąd. Wtedy wydawało się nam, że spory historyczne powinny odejść w przeszłość, że  – mówiąc trywialnie – ważne jest, jaką Polskę chcemy budować. Działałem w Biurze Ochrony Pracy Regionu Mazowsze „Solidarności”. Tam się pojawił Zygmunt Wrzodak, wówczas szef „Ursusa”, który gdy się dowiedział, że jestem socjalistą, traktował mnie jak śmiertelnego wroga, choć wcześniej współpracowaliśmy. A  to jego zachowanie było kompletnie nieuzasadnione. I to ówczesne straszne zamieszanie wzięło się też stąd, że po roku 1989 socjaliści i liberałowie nagle pojawili się po różnych stronach barykad.

Powtórzę, dziś oceniam, że współpraca z SLD to był błąd. Przede wszystkim dlatego, że baza polityczna PPS była jednak wśród ludzi „Solidarności”, ludzi z zakładów pracy. Dla SLD byliśmy zawsze obcym ciałem. Poza tym Sojusz nie jest żadnym ugrupowaniem politycznym w sensie ideowym, ale – w wymiarze faktycznej władzy w tym środowisku – grupą ludzi o wspólnych życiorysach.

A jak wyglądały Wasze relacje z Unią Pracy? Dlaczego nie postawiliście wtedy na sojusz z nimi? Wynikało to z jakichś zaszłości środowiskowych? Nie mieliście zaufania do Ryszarda Bugaja lub jego środowisko do Was?

C.M.: Na naszych relacjach zaważyła przede wszystkim odmowa Ryszarda Bugaja na propozycję wstąpienia do tworzonej PPS. Potem wybory w 1991 r. gdy zdecydowaliśmy się robić wspólną listę z „Solidarnością Pracy”. Wykonaliśmy olbrzymią robotę zbierając podpisy, organizując kampanię. Na nią poszły pieniądze z tzw. pasa Pużaka. A potem okazało się, że nie pasujemy im do obrazka i możemy najwyżej przystąpić do Unii Pracy. Ale pamiętam, że zwycięstwo oparte o komitety referendum w sprawie prawa do aborcji, dowodzone przez Labudę i Bujaka, spowodowało, że Unia Pracy nigdy nie wykształciła pracowniczego etosu. I my –  trzyosobowe Koło Parlamentarne PPS – mieliśmy więcej inicjatyw niż ich ponad 40 posłów. Brak im było kręgosłupa. Oczywiście mówię o formacji a nie o ludziach, bowiem warto pamiętać że m.in. Bogusław Kaczmarek, Beata Świerczyńska czy Krystyna Sienkiewicz to byli znakomici i prawdziwie lewicowi parlamentarzyści.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 2 kwietnia 2013 r.

Zdjęcie na początku tekstu pochodzi ze strajku studentów Uniwersytetu Warszawskiego wiosną 1988 r.

 

Warto przeczytać także:

1
Cezary Miżejewski (ur. 1964) – działacz państwowy, związkowy i polityczny. W latach 80. związany z opozycją demokratyczną, m.in. członek Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu „Solidarności”, redaktor i drukarz prasy podziemnej, w tym „Robotnika”. W 1987 r. brał udział w reaktywacji Polskiej Partii Socjalistycznej, w okresie 1988-1990 wchodził w skład rady naczelnej PPS-Rewolucja Demokratyczna, po kongresie zjednoczeniowym (1990) wszedł w skład Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS, któremu przewodniczył w latach 1996-2001. Na początku lat 90. pracownik Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność” i ekspert Komisji Krajowej związku ds. bezrobocia, w latach 1993-1997 poseł PPS wybrany z listy SLD, w okresie 1997-2000 kierował biurem zespołu posłów i senatorów OPZZ. Współzałożyciel i w latach 1999-2001 przewodniczący związku zawodowego Konfederacja Pracy, zrzeszającego m.in. pracowników supermarketów. Od 2002 r. doradca ministra pracy i polityki społecznej, od 2003 r. dyrektor departamentu rynku pracy w Ministerstwie Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej. W latach 2004-2005 kolejno: podsekretarz stanu we wspomnianym resorcie, następnie w Ministerstwie Polityki Społecznej, wreszcie sekretarz stanu w MPS; był m.in. sekretarzem zespołu przygotowującego Narodową Strategię Integracji Społecznej, koordynował prace nad Krajowym Planem Działań na rzecz Integracji Społecznej oraz Strategią Polityki Społecznej 2007-2013. W latach 2005-2009 radca ministra w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego, m.in. autor ustawy o zatrudnieniu socjalnym i ustawy o spółdzielniach socjalnych. Członek rady programowej Wspólnoty Roboczej Związków Organizacji Socjalnych WRZOS, członek Rady Ekspertów Społecznych, a następnie członek Komitetu Wykonawczego Polskiego Komitetu Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu (EAPN). Przedstawiciel strony związkowej Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych w powołanym przez premiera Zespole ds. rozwiązań systemowych w zakresie ekonomii społecznej. Od listopada 2010 r. przewodniczy Komisji Polityki Społecznej OPZZ oraz jest prezesem zarządu Ogólnopolskiego Związku Rewizyjnego Spółdzielni Socjalnych. Pracownik spółdzielni socjalnej „Opoka” w Kluczach.

4 komentarzy nt. “Radykalni i szaleni – rozmowa z Cezarym Miżejewskim

  1. Pingback: Gazeta Polska - Działaliśmy w kwietniu

  2. Niezły kawał historii. Ale brakuje mi pytania do pana Cezarego o jego pogląd na to jaka jest czy może być przyszłość lewicy w Polsce. Lewicy prawdziwej oczywiście a nie SLD czy TR. Chętnie bym się dowiedział co o tym myślą panowie Miżejewski, Bugaj, Ikonowicz.. Jest jeszcze nadzieja?

  3. Po roku 89, największym wrogiem niekomunistycznej lewicy jest KORowska “lewica laicka”. Przykro mi z tego powodu bardzo gdyż KORowskich czasach byłem w redakcji Robotnika I myślałem, że będziemy odbudowywać PPS. Gdybym mógł cofnąć czas to Kuronie, Lityńskiego, Michnika, itp., omijał dużym łukiem i byłbym współpracownikiem Głosu czyli Macierewicza i Naimskiego gdyz okazało się, że są to po prostu uczciwi ludzie a to ważniejsze niż ideowe etykietki choc w wielu sprawach dalej jestem lewicowcem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *