Helena Landau

O związkach zawodowych

[1907]

Wśród nader słabo rozwiniętej i kosztownej komunikacji, jaką widzimy w zachodniej i środkowej Europie jeszcze na początku XIX wieku, rynki pracy były w ścisłym znaczeniu tego słowa rynkami lokalnymi i zapobieganie miejscowej konkurencji między najmitami jednego zawodu dostatecznie służyło na razie celom związku. W osadach miejskich, w centrach fabrycznych Anglii powstawały niezależnie od siebie organizacje robotnicze, które prowadziły samodzielną politykę i miały własną historię. Dopiero gdy rozwój gospodarczy skracać zaczął dzielące ludzi przestrzeń i czas, gdy taniość transportu pozwalała już przedsiębiorcy, dla pokonania opornych na miejscu, zgromadzać tańsze ręce robocze z dalszego rynku, słowem gdy rynek pracy stał się z lokalnego narodowym, wtedy organizacje miejscowe poczęły szukać zbliżenia i łączyć się w krajowe związki zawodowe o rozsianych po całym terytorium filiach. Im bardziej taniość komunikacji groziła napływem na rynki miejscowe sił świeżych, nie mających jeszcze poczucia solidarności, tym bardziej rozszerzanie związku stało się naglącym i tym bardziej znaczenie jego zależnym od możności skupienia jak największego odłamu najmitów jednego zawodu w całym kraju. Równocześnie zaś możność podołania rozlicznym zadaniom ubezpieczeniowym nakazywała związkom oprzeć swój byt na jak najszerszej podstawie.

W Anglii, gdzie ruch zawodowy najwcześniej się rozpoczął, zauważyć można w pewnym okresie przetapianie się związków miejscowych na centralne, przygotowywane zazwyczaj długim i bogatym rozwojem organizacji miejscowych. Ciasne ramy lokalne stały się pętami dla solidarności zawodowej i potężnych celów związku, więc pękały same, by spośród siebie wyłonić nową jedność, obejmującą robotników danego fachu w całym kraju, a następnie wszystkich pokrewnych fachów.

Jeśli pominiemy stworzone przez Roberta Owena „Wielkie zjednoczenie narodowe związków zawodowych”, obejmujące wprawdzie ogół robotników w jedną organizację, ale mgliste w celach swych i środkach, to w zawiązanym w roku 1851 „Zjednoczeniu robotników zatrudnionych przy budowie maszyn” (Amalgamated engineers) powitać nam przyjdzie pierwszą chwilę przełamania przez organizację robotniczą granic „fachu” – ducha kastowego, który i w czysto robotniczych instytucjach tyle już nabruździł i ciągle jeszcze wśród najbardziej nawet uświadomionych warstw bruździ. Śladami „Zjednoczenia” szły odtąd w Anglii wszystkie związki, rozwijające się normalnie, przetapiając swe organizację fachowe na jedność, obejmującą robotników pracujących w jednym zawodzie, w jednej gałęzi wytwórczej, bez względu na ściślejsze wykształcenie fachowe.

W Niemczech, gdzie pierwsze jawne związki zawodowe powstają dopiero w szóstym dziesiątku lat minionego wieku, równocześnie z obudzeniem się myśli politycznej wśród warstw pracujących od razu ogólnopaństwowe kongresy zawodowe chcą objąć kierownictwo ruchu ekonomicznego w całym państwie i tworzyć organizacje miejscowe już z góry jako cząstki wielkiej całości. W głowach niemieckich oficjalnych inicjatorów ruchu zawodowego wspaniały pomysł narodowych i międzynarodowych organizacji, prowadzących gospodarczą politykę proletariatu, stanął pod wpływem myśli socjalistycznej znacznie wcześniej, niż istotny rozwój stosunków gospodarczych na kontynencie usprawiedliwiał tak daleko sięgającą centralizację. W szóstym dziesiątku lat do życia powołane, na szeroką skalę zakreślone, całe państwo obejmować mające organizacje runęły też szybko, niszcząc swym upadkiem i związki miejscowe. W ukryciu, pod brzemieniem praw wyjątkowych (1876-1890) powstają znowu związki robotnicze, pragnące według statutów starać się o polepszenie warunków pracy „na drodze pokojowej”, udzielające zapomóg pozostającym chwilowo bez pracy lub chorym członkom, utrzymujące biura pośrednictwa pracy itd. Obawa przed prześladowaniami ze strony rządu zabraniała związkom wszelkich śmielszych kroków, bardziej otwartego wystąpienia – ale fakt, że w chwili zniesienia ustaw wyjątkowych 1890 r. istniały w Niemczech 53 związki krajowe, a liczba zorganizowanych robotników wynosiła 350 tysięcy, świadczy, że robotnicy niemieccy i w tak trudnych warunkach agitowali i pracowali nad budową swych organizacji.

Ze zniesieniem ustaw wyjątkowych zaczyna się w Niemczech nowa era jawnej agitacji i pracy. Na kongresach zawodowych, zarówno tu, jak w Austrii, gdzie właśnie – z początkiem dziesiątego dziesięciolecia – klasa robotnicza stwarzała swą organizację polityczną i gospodarczą, na pierwszy plan wysuwa się znowu zagadnienie najodpowiedniejszej formy organizacyjnej dla związków robotniczych. Nie uwzględniając istniejącej wszędzie na kontynencie różnorodności form wytwórczych, równoczesnego istnienia wielkokapitalistycznych przedsiębiorstw obok rękodzieła, rzemiosła i drobnokapitalistycznych warsztatów, warstw robotniczych o wysokiej inteligencji i dobrych stosunkowo zarobkach obok robotników bez fachowego wykształcenia, źle opłacanych, i wyrobników, dyskutowano zawzięcie nad wyższością pewnych form organizacyjnych nad innymi, by najlepszą wcielić potem w życie.

Spory toczyły się przede wszystkim między zwolennikami centralnych związków fachowych a przemysłowych. Pierwsze obejmują robotników poszczególnych fachów (np. murarzy, stolarzy, cieśli, szewców, rymarzy), drugie pewnej gałęzi przemysłu (robotników budowlanych, metalurgicznych itd.). Ściśle fachowa organizacja robotników, oparta na poczuciu solidarności, posiadających to samo wyszkolenie, te same tradycje pracy, te same interesy zarobkowe, może być prowadzona ruchliwie i sprężyście. O zakresie działalności związku rozstrzygają tu ludzie najbliżsi sobie, najlepiej się mogący zrozumieć i w jednakowej mierze mniej więcej uzdolnieni do ponoszenia ciężarów materialnych, złączonych z istnieniem związku. Wszyscy członkowie organizacji płacą te same wkładki, mają te same zobowiązania oraz prawa i w równej mierze są związani z bytem związku. Ale za to organizacja taka dzieli proletariat na działy tak drobne i stwarza związki liczebnie tak słabe, że wydawanie własnego organu, opłacanie urzędników itd. przechodzi najczęściej ich siły. Te względy podsuwają też myśl tworzenia organizacji przemysłowych, obejmujących w jedną całość robotników pokrewnych sobie fachów, które też na pierwszym kongresie związków zawodowych w Niemczech (1892), jak i w Austrii znalazły bardzo dużo zwolenników, choć i dużo niechętnych, wskazujących praktyczne w przeprowadzeniu trudności, wypływające z różnicy w zarobkach i z poczucia odrębności fachowej. Pierwszy kongres zawodowy niemiecki, uznając w końcu grupy przemysłowe za ostatecznie pożądaną formę organizacyjną, polecił na razie zakładanie związków ściśle fachowych, mających w dalszym rozwoju wedle grup pokrewnych łączyć się w unie. W Austrii za podstawę organizacji przyjęto związek fachowy, obejmujący cały kraj w jednolitą organizację, tworzący grupy miejscowe wszędzie, gdzie znajdzie się razem dostateczna ilość robotników danego zawodu. Związki te mają łączyć się z pokrewnymi związkami w krajowe grupy przemysłowe, pozostające pod jednolitym kierownictwem, w którego skład wchodzą członkowie zarządu poszczególnych związków. Do zadań grupy przemysłowej należy:

a) Kierowanie agitacją i opędzanie jej kosztów;

b) Wydawanie wspólnego organu, uwzględniającego w równej mierze potrzeby związków wchodzących w skład grupy przemysłowej;

c) Popieranie strajków – o ile się związek do pomocy centralnego zarządu sam odwoła;

d) Prowadzenie i ogłaszanie statystyki;

e) Ochrona prawna i zapomogi.

Uchwalony przy tym został podział na grupy, obejmujący: 1) przemysł budowlany, 2) odzieżowy, 3) górniczo-hutniczy, 4) chemiczny, 5) metalurgiczny, 6) gazu i wodociągów, 7) przemysł ceramiczny, 8) graficzny i papierniczy, 9) handel i kupiectwo, 10) przemysł drzewny, 11) wyroby z kości i rogu, 12) przemysł rolniczy, 13) żywnościowy, 14) skór, 15) włóknisty, 16) komunikację i transport, 17) wyroby ręczne i kobiece.

Istotny rozwój związków zawodowych wykazał jednakże, jak zbyteczne były owe długie i namiętne dyskusje nad znalezieniem najlepszej dla nich formy. Rozmaitość postaci, wytworzonych przez potrzeby życiowe, urągać się zdaje uchwałom i programom, w szczególności zaś wszelkim dążeniom do ujednostajnienia typów organizacyjnych. Część robotników, np. metalowcy i robotnicy drzewni, przeszła szybko do przetopienia pokrewnych związków na wielkie organizacje jednolite, przekraczające swą centralizacją ogólne plany organizacyjne, podczas gdy inne znów związki fachowe uporczywie pozostają przy swej odrębności i na narzucane im układy odpowiadają odpadaniem członków.

I tak z roku na rok i w Niemczech, i w Austrii następowało coraz to silniejsze zróżnicowanie się form organizacji wśród związków zawodowych i coraz to wyraźniejsze dostosowanie ich do form organizacyjnych przemysłu. Z jednej strony bowiem nowoczesne ognisko pracy – fabryka – sprzęga nader często razem robotników różniących się swym wykształceniem fachowym; w fabryce powozów pracują np. stolarz, lakiernik, tapicer, rymarz, ślusarz itd. Robotnicy ci o różnym uzdolnieniu fachowym przy wspólnej pracy u jednego przedsiębiorcy omotani zostają od razu całą siecią wspólnych interesów. Nie wysokość zarobku, która zazwyczaj dla każdej kategorii robotniczej jest inna, ale długość pracy, sposób wypłaty, warunki higieniczne, porządek fabryczny, wszystko to może być przyczyną wspólnego niezadowolenia i wymagać wspólnej akcji – ewentualnie drogą strajku. Konieczność zasięgania w takim wypadku zdania kilku organizacji, rozmaicie zasobnych i rozmaicie kierowanych, utrudnia, a czasem wprost uniemożliwia szybkość i sprężystość polityki gospodarczej, która do niedawna jeszcze wydawała się możliwą tylko przy organizacji ściśle fachowej. Fabryka stwarza tu nowe „fachy”, nakazując zerwać z rzemieślniczym podziałem pracy – choć się w wykształceniu robotnika nim posługuje.

Uzależnienie przemysłu od wielkiego kapitału finansowego, przejawiające się nie tylko w koncentracji przedsiębiorstw, ale i w koncentracji praw posiadania, stawia również długo obcych sobie gospodarczo robotników wobec wspólnego nieprzyjaciela, a zatem i wobec potrzeby wspólnego działania. Bank lub towarzystwo akcyjne, przechodzące od zakupu np. hut żelaznych do zakupu akcji fabryki maszyn lub elektrowni, wytwarza dla robotników zupełnie nową sytuację bojową i konieczność przymierza zaczepno-odpornego tam, gdzie dotychczas możliwość istnienia wspólnych interesów ekonomicznych ledwo że świtała. Z drugiej zaś strony istnienie po zapadłych kątach kraju, po małych mieścinach drobnych fabryk, warsztatów rzemieślniczych o paru czeladnikach i robotnikach, związanych koleżeństwem osobistym, przedłuża wszędzie istnienie mieszanych związków zawodowych obejmujących jedną organizację robotników miejscowych różnych zawodów, zbyt słabych dla utworzenia organizacji odrębnych. Związki takie nie mogą prowadzić polityki gospodarczej, ale wytwarzają w robotnikach poczucie solidarności klasowej i mogą stać się ogniskiem życia oświatowego i towarzyskiego, udzielać zapomóg itd. Szkodliwymi stają się one dopiero z chwilą, gdy miejscowa ludność robotnicza tak się powiększy, że można by przystąpić do utworzenia ściśle fachowej organizacji – a przyzwyczajenie ciągnie dalej robotników do stowarzyszenia mieszanego, nakładającego nader drobne tylko obowiązki.

Te same względy przemawiają za i przeciw stowarzyszeniom kształcącym, które w historii proletariatu odegrały ogromną rolę i są dalej jeszcze w pewnych warunkach wśród nielicznej a bardzo mieszanej ludności roboczej jedynie możliwą formą organizacyjną.

Organizacja gospodarcza opierająca się na ściśle wyodrębnionych związkach fachowych czy też na organizacji grup przemysłowych dzieli ludność robotniczą na mniejszą lub większą ilość odłamów, pozbawionych bezpośredniej wspólnoty interesów. Wobec tego skupienie ich w organizacjach odzwierciedlających jedność interesów klasowych całej klasy robotniczej, ułatwiających współdziałanie związków w sprawach ogół obchodzących i dbających o rozwój organizacji robotniczych w ogóle, zostało wszędzie prawie uznane za warunek nieodzowny pożytecznej działalności związków – choć stopień uzyskanej dotychczas centralizacji jest bardzo różny. We Francji związki lokalne nic jeszcze ze swej autonomii na rzecz ogólnej organizacji centralnej nie utraciły. Confédération Générale du Travail aż do czasów najświeższych, kiedy objęła kierownictwo ruchem za ośmiogodzinnym dniem pracy, poza pewnym symbolicznym znaczeniem, nie miała właściwie żadnej odrębnej funkcji ni władzy. O taktyce, formach organizacyjnych, strajkach itd. rozstrzyga związek miejscowy lub też kongres „Zjednoczenia Narodowego” zawodów poszczególnych. W Anglii, gdzie związki robotnicze stanowiły do niedawna silne kliki kastowe, centralna organizacja związków zawodowych powstała dopiero w roku 1899 (General Fédération of Trades Unions), stanowiąc, zdaje się, początek obudzenia się świadomości klasowej proletariatu angielskiego. Federacja ma bronić stanowiska prawnego organizacji robotniczych, starać się o polepszenie ekonomicznego i społecznego położenia robotników przez prowadzenie polityki dającej im możność odpowiednich wpływów, skupić organizacje robotnicze i nadawać ich ruchom kierunek i cel jednolity. Dotychczas jednak dopiero 30% zawodowo zorganizowanych robotników do Federacji należy.

W Niemczech i w Austrii zaś, zaraz na początku poważniejszego ruchu zawodowego i niezaprzeczenie pod wpływem uświadomienia politycznego, powołano do życia centralną komisję zawodową, w której skład wchodzą delegaci poszczególnych krajowych związków zawodowych. Zadaniem jej jest agitacja w gałęziach pracy pozbawionych jeszcze organizacji zawodowej, tworzenie kasy oporu, opracowywanie wzorowych statutów dla związków poszczególnych, prowadzenie statystyki, nadzór nad pismami fachowymi, zwoływanie kongresu zawodowego. Na poszczególnych zaś organizacjach spoczywa obowiązek popierania komisji zawodowej zarówno materialnie, jak i moralnie przez stałe opłaty, stosowanie się do rad itd.

Obok odtworzenia państwowej lub krajowej jedności gospodarczej w polityce proletariatu przez „federacje” komisje zawodowe, a zwłaszcza kongresy, praktyczne potrzeby codziennego życia wyłoniły potrzebę zbliżenia się miejscowego istniejących obok siebie związków. Mężowie zaufania miejscowych związków tworzą mieszane komisje (w Anglii: Trade Councils, w Niemczech: Gewerkschafts Kartell, w Austrii: Ortsverband, we Francji: Bourse de Travail), do których należy: zakładanie biur pracy, zbieranie składek przy strajkach, agitacja, urządzanie gospód, ułatwianie członkom przejścia z jednego związku do drugiego (wliczenie składek), utrzymanie szkół agitatorskich, opłacanie wykładów itd.

We Francji „giełdy pracy”, jedyna mieszana organizacja żywotna i czynna, oddają proletariatowi bardzo poważne usługi, skupiając z musu zadania rozłożone gdzie indziej na organizacje rozmaitych stopni, w Niemczech zaś i w Austrii, w ostatnich zwłaszcza latach, mieszane komisje miejscowe, przełamując kastowość, popierając czynnie każdą robotę kulturalną, zdobyły sobie w kołach robotniczych silne stanowiska, choć spory ich z zarządami związków krajowych były przyczyną wielu przykrych zajść i polemik. Komisja mieszana uznawała i popierała strajki wszczęte bez zezwolenia zarządu lub przeciwnie, wybierała delegatów nie uznawanych następnie itd. Wynikłe stąd zatargi pochłaniały zazwyczaj wiele czasu i energii, wykazując raz jeszcze, że ścisłe oznaczenie sfery działania poszczególnych organów przez najwyższą instytucję, kongres ogólnozawodowy, jest nieodzownym warunkiem dalszej ich pracy.

Centralne organizacje zawodowe, które powstały najpierw jako śmiała koncepcja ideowa, tak się przyjęły, że razem z kapitalizmem i wolnością koalicji spotykamy je teraz wszędzie prawie, jako nieodzowne wiązadło związków wybudowanych na odrębności warunków pracy w poszczególnych zawodach. Tam nawet, gdzie warunki polityczne sprawiają, że klasa polityczna, pomimo dojrzałości swojej i uświadomienia, krępowana jest jeszcze ciągle zakazem zmów, pod osłoną zakazu powstaje cała doskonała budowla wielce rozgałęzionych organizacji, którym już niewiele potrzeba, ażeby w nich zapulsowało pełne i bogate życie – tym bardziej dążących do skupienia, im większym jest ucisk polityczny i społeczny, z którym mają walczyć. Formy organizacyjne Francji i Anglii, wobec zupełnej odmienności ekonomicznej budowy społeczeństwa, historycznych tradycji i państwowego ustroju, dla nowo powstających związków, np. w Królestwie, nie mogą mieć żadnego znaczenia, podczas gdy scentralizowane związki zawodowe, niemieckie i austriackie, dostarczyć mogą cennych wzorów, bo kraje te, mimo różnic, są ogółem swych stosunków nam bliższe.

Łatwość, z jaką kapitał przenosi się z jednego rynku na drugi i, znajdując za granicą większe zyski, porzuca swą ojczyznę, ażeby poza nią stworzyć nowy przemysł, oraz istnienie rynków międzynarodowych daje podstawę realną międzynarodowej solidarności interesów ekonomicznych proletariatu. Już nie tylko obawa o zalanie rynków miejscowych tańszą siłą roboczą, ale i możność utracenia pracy przez pogoń kapitału za robotnikiem mniej odpornym, przez współzawodnictwo towaru z krajów o niższej cenie siły roboczej, zmusza klasy pracujące uważać każdą zdobycz ekonomiczną robotników zagranicznych za rękojmię własnego postępu. Wobec tego i gospodarcza polityka proletariatu stara się przejść granice państwowe i stwarza w międzynarodowych kongresach zawodowych instytucję będącą wyrazem ogólnej solidarności interesów ekonomicznych proletariatu, której najdalszym celem jest ujednostajnienie warunków pracy, mające już teraz, jako podstawa międzynarodowego ustawodawstwa ochronnego, ogromnie doniosłe znaczenie. Prócz tego krajowe organizacje centralne przystąpiły do międzynarodowego sekretariatu zawodowego, który zjazdy obsyłają przez swych sekretarzy. Przedmiotem obrad jest tu ujednostajnienie statystyki, wzajemna pomoc materialna przy walkach gospodarczych, zagadnienia organizacyjne, ułatwianie przejścia do zagranicznych związków itd. Sekretariat międzynarodowy ma obowiązek wydawać na podstawie nadsyłanych mu odpowiedzi „sprawozdania z międzynarodowego ruchu zawodowego” w języku niemieckim i francuskim. Sprawozdań takich wyszło na razie dwa – za rok 1903 i 1904. Stanowią one najlepszy przyczynek do zrozumienia obecnego stanu organizacji robotniczych w krajach Europy.

Znaczenie organizacji zawodowej w zarobkowym życiu robotnika nie da się ująć ściśle w cyfry lub wyrazić uszeregowaniem dat. Zdobycze strajkowe bowiem nie wyczerpują całej doniosłości związków. Ustępstwa bez walki, cofanie się przed groźbą lub nawet przed propozycją, poza którą stoi silna i zbrojna wola i owa powolna a ciągła zmiana w wartościowaniu osoby robotnika, której przejawem jest uznawanie pewnych form w odnoszeniu się do niego, higieniczne urządzenie fabryk i warsztatów itd. – wszystko to zaliczyć trzeba do zdobyczy organizacji. Związki podniosły nie tylko ekonomiczne położenie robotnika, ale stworzyły dlań nowe moralne i duchowe wartości, które, przeobrażając się, stają się nową dźwignią dla klas pracujących i nowym momentem w ocenianiu pracy ręcznej. Nie w datach i w cyfrach zatem trzeba nam szukać odpowiedzi na pytanie, co daje organizacja robotnicza, ale w zestawieniu dwóch obrazów tak różnych swą treścią, jak położenie klasy robotniczej z okresu przed organizacją i po dłuższym okresie trwania działalności związków. Klasa robotnicza w Anglii na początku, a z końcem XIX wieku, klasa robotnicza w Niemczech z siódmego lat dziesiątka a teraz, w Austrii z początkiem a z końcem dziewiątego dziesięciolecia – w tym zestawieniu, którego jaskrawość uderzy każdego, komu choć trochę znane są warunki pracy w tych krajach, mieści się jedyna możliwość uprzytomnienia sobie, co związki dały i dać mogą.

Do podniesienia położenia klas pracujących w ciągu ostatniego stulecia przyczynił się bez wątpienia i rozwój ustawodawstwa ochronnego, które aż do ostatnich czasów nie było ani zdobyczą organizacji robotniczej, ani też świadectwem wpływów politycznych proletariatu. Był to wynik starań zacnych filantropów i daleko widzących mężów stanu, objaw chęci zażegnania rozterek społecznych drobnymi ofiarami, ale nie dzieło samych robotników.

Ustawodawstwo ochronne przyniosło z sobą też polepszenie bytu dla najbardziej bezbronnych, najmniej odpornych kategorii robotniczych, dla kobiet, dzieci i niewykwalifikowanych robotników. W tych gałęziach pracy, w których potrzebne jest tylko krótkie lub wcale żadne przygotowanie zawodowe, gdzie istnieje ciągły dopływ sił roboczych ze wsi, rozbitków innych zawodów, dwuznacznych egzystencji, które tu czasowo przytułku szukają – organizacja jest prawie wykluczona. Masy te godzić się muszą na wszelkie warunki pracy, bo podaż zawsze tu zapotrzebowanie znacznie przewyższa i dla nich to ograniczenie czasu pracy, ochrona robotnika, dana pierwszymi aktami ustawodawstwa fabrycznego, była wszędzie istotną pomocą.

Reszta wszakże robotników już np. w czasie wprowadzenia maksymalnego jedenastogodzinnego dnia roboczego przez ustawę w Szwajcarii lub Austrii posiadała dzień roboczy krótszy od prawnie ograniczonego i przy dalszych postępach organizacji we wszystkich punktach zdobyła sobie samoobroną prawo o wiele dalej idące od dobrodziejstw ustawy. Jedenastogodzinny dzień roboczy należy w Szwajcarii i w Austrii dla robotników posiadających silną organizację zawodową już dawno do przeszłości, a miejsce jego zajął dziesięcio-, a nawet dziewięciogodzinny. W Anglii, gdzie ustawa czas pracy kobiet ograniczyła do 56 i pół godz. na tydzień, większość zorganizowanych w związkach zawodowych robotników pracuje tylko osiem i pół godz. dziennie – a więc wywalczyła sobie warunki pracy korzystniejsze od darowanych ustawą słabym dobrodziejstw.

Ustawodawstwo ochronne, przychodząc bezbronnym rzeczywiście z pomocą, dla zdolnych do organizacji warstw robotniczych tworzyło dotychczas punkt, przy którym pozostawiono wszystko to, co słabe i nieudolne i potrzebujące wsparcia z zewnątrz, by pójść śmiało naprzód i mierzyć własnymi siły przebytą drogą – oddaleniem. Nie rozwój ustawodawstwa, ale regulowanie drogą bezpośredniej ekonomicznej walki warunków pracy i osiągnięcie samopomocą tych korzyści, których po dobrym sercu posiadających zdobyć wcale się nie kuszono, stanęło jako najbliższe zadanie przed związkami robotniczymi – i z tego zadania się też związki wszędzie chlubnie wywiązywały.

Po pierwszym młodocianym okresie „burzy i naporów”, kiedy rzucano się w wir walki bez przygotowania zasobów i utrwalenia organizacji, kiedy, mimo ogromnego zapału, walka kończyła się dla robotników często klęską lub krótkotrwałą zdobyczą (wieczne strajki piekarzy galicyjskich), związki wytworzyły odpowiednią taktykę wojenną, polegającą na obliczaniu sił własnych i cudzych, koniunktury rynkowej, a nawet opinii publicznej. Widziano potem często, jak ofiarność, solidarność i trzeźwość w ocenianiu warunków prowadzą do pożądanego celu, nauczono się omijać drobne utarczki i rozpraszanie zasobów na niepewne próby, a występować z coraz to większymi widokami powodzenia. Dało to w pewnym okresie niektórym warstwom robotniczym, a zwłaszcza ludziom stojącym u steru organizacji zawodowych, taką ufność w skuteczność ekonomicznej walki drogą strajków, że, jak to czynią np. stowarzyszenia zawodowe we Francji, zarzucać poczęto parlamentaryzm jako drogę zbyt długą, uciążliwszą – wobec możności skuteczniejszej bezpośredniego działania. Strajk ogłoszony został za broń pewną i niezawodną, prowadzącą niechybnie do celu, byle tylko organizacja ekonomiczna obejmowała rzeczywiście przeważną większość robotników i solidarność ich zdolna była do przetrwania nawet ciężkich prób. Świadomość, że kapitał bez pracy jest tylko kupą nieużytków, stwarza nawet w kołach socjalistycznych nader sposobne podłoże do owego przekonania, że organizacja i solidarność muszą w bezpośrednich zapasach zapewnić pracy, stwarzającej wszelką wartość, zwycięstwo – byle tylko była po temu silna wola.

W niektórych gałęziach przemysłu, chronionych przed konkurencją przez warunki naturalne, jak np. produkcja węgla, żelaza, a ponadto, jak to często widzimy, przez wysokie cła ochronne, przedsiębiorcy, zwłaszcza związani w kartel, otrzymują możliwość prawie zupełnie dowolnego regulowania produkcji i cen towaru. Naturalnie istnieją i tutaj granice dowolności, bo np. ceny zbyt wygórowane umożliwiają dowóz mimo ceł lub też wpływają ujemnie na konsumpcję i w miejsce zwiększonych zysków mogą dać straty. Wszędzie wszakże, gdzie konkurencja między przedsiębiorcami jest usunięta do tego stopnia, że zyski ich przewyższają stale przeciętną stopę, można mówić o istnieniu monopolu, gdzie zaś do tego dojdzie, przedsiębiorca może stawić czoło nawet nader silnej organizacji. Mając w ręku możność podniesienia cen po ukończeniu strajku i powetowania sobie strat z kieszeni konsumenta, nie dadzą się łatwo zmusić strajkiem do ustępstw. Wobec siły magnatów finansowych siła ekonomiczna najdoskonalszej nawet organizacji robotniczej wyczerpuje się stosunkowo szybko i nie jest wcale realną potęgą – jak tego dowodzą strajki górników w Austrii i w Prusach, we Francji i Belgii. Ale za to strajki te budzą sympatię w kołach wyzyskiwanych przez kapitał konsumentów i ogólne szemranie przeciw monopolistom wśród wszystkich tych, którzy od udziału w zyskach są wykluczeni. Do niechęci konsumentów przeciw kartelowi przyłącza się i niechęć zależnych od kartelu, w charakterze odbiorców, grup producentów, którzy również w podwyższonych cenach kartelowi koszta strajku zwrócić potem muszą: handlarzy, sklepikarzy, właścicieli domów czynszowych itd. – słowem ogółu narażonego na straty przez dezorganizację życia społecznego, wywołaną wielkim, długotrwałym strajkiem. Opinia publiczna poczyna się nim interesować, niechęć ku nielicznej grupie kapitalistów, która ma możność tak dotkliwie dać uczuć ludności swoją potęgę, wzrasta i powstaje sytuacja pomyślna dla przeprowadzenia żądań robotniczych w drodze ustawodawczej. Po stronie robotników staje opinia publiczna, domagająca się od rządu ukrócenia buty finansistów i spełnienia choć w części żądań robotniczych, by bodaj na najbliższe lata usunąć przyczynę walk, rzucających cień swój na całe życie gospodarcze kraju.

Strajk taki porusza w takich warunkach myśl reform w społeczeństwach i w ciałach ustawodawczych, ale by chwila taka nie minęła bez rzeczywistego pożytku dla robotników, by walka bolesna nie stała się dla ogółu tylko szybko zapomnianym, jednym z wielu epizodem codziennego życia, nad tym czuwać muszą posłowie klasy robotniczej. Im większym będzie wpływ polityczny robotników, im poważniejszą i liczniejszą ich delegacja, tym poważniej wypaść może i reforma dokonana pod wpływem obudzenia się świadomości, że potęga garstki skartelizowanych magnatów finansowych zagraża nie tylko zatrudnianym u nich robotnikom, ale i licznym warstwom na pozór niezależnej od nich ludności.

Stosowana przez silnie zorganizowane związki zawodowe taktyka częściowych strajków, polegająca na tym, że nierzucający pracy robotnicy częścią swego zarobku wspierają strajkujących, umożliwiają im wytrwanie w strajku aż do zwycięstwa i potem sami strajk pod tymi samymi hasłami rozpoczynają, wywołała u przedsiębiorców nowy sposób walki: zupełne zamykanie warsztatów – „lokaut”, pomnażający sztucznie szeregi bezrobotnych. Kasa oporu, która wraz z zasiłkami płynącymi od solidaryzujących się ze strajkiem, lecz nierzucających pracy członków związku, mogłaby starczyć na czas dłuższy, teraz wobec konieczności wypłacania tak licznych wsparć wyczerpywać się będzie znacznie szybciej. Robotnicy zaskoczeni rozmiarami strajku, przerażeni szybkim topnieniem funduszów, wracają pokonani do pracy.

Tak w Anglii, skąd metoda ta początek swój wzięła, tak i w Niemczech, gdzie w czasie kryzysu lat 1900-1901 robotnicy bronili się rozpaczliwie przeciw obniżaniu płac, lokauty wywoływały z początku pewnego rodzaju popłoch między robotnikami – tym bardziej, że zastój w przemyśle dodawał bojowej postawie przedsiębiorców i ich groźbom jeszcze większej wagi.

Pierwsze lokauty kończyły się przeważnie zwycięstwem przedsiębiorców i szybko obok karteli istniejących w gałęziach przemysłu o wielkiej koncentracji kapitału i warsztatów powstawać poczęły związki pracodawców (Arbeitgeberorganisationen), łączące drobniejszych przedsiębiorców tam nawet, gdzie stosunki do kartelu jeszcze nie dojrzały, w organizację bojową, której jedynym zadaniem jest przeciwdziałanie rozwojowi związków robotniczych.

Na wzór organizacji robotniczych związki pracodawców niemieckich szybko łączyć się poczęły zawodami w organizacje krajowe, tworzyć mieszane związki centralne, których głównym zadaniem ma być na przyszłość wypłacanie asekuracji strajkowych i wpływ na ustawodawstwo. W ciągu lat paru wybudowaną została centralna organizacja państwowa („Zjednoczenie Niemieckich Związków Pracodawców”), której członkowie zatrudniają przeszło 1,25 miliona robotników i parę drobniejszych rzemieślniczych organizacji, zatrudniających około 700 000 pracowników, tak że teraz już liczba robotników stających wobec koalicji przedsiębiorców w Niemczech jest większą od liczby zorganizowanych robotników.

Ale mimo tych szybkich postępów organizacji ekonomicznej kapitalistów, którą teraz dopełniają swoje wpływy polityczne, znaczenie bezpośredniej walki ekonomicznej dla robotników i związków ich nie zmalało wcale. Zapoznano się tylko z nową bronią, nauczono się stosować do niej taktykę i równocześnie z ogólnym polepszeniem koniunktury rynkowej po roku 1901 lokaut stosowany coraz częściej z roku na rok dawał mniej pomyślne dla przedsiębiorców wyniki. W gałęziach przemysłu, w których, jak np. przemysł budowlany, niemożliwa jest produkcja na zapas, a straconych parę tygodni pracy pociąga za sobą bezpowrotną stratę cało- lub półrocznych zysków, silna organizacja robotnicza (w Monachium 1903, w okręgu westfalsko-nadreńskim 1904, w Wiedniu 1906) potrafiła już nader skutecznie przełamać opór „Związku Pracodawców”, występującego zawsze z ogromnym terrorem. Tak np. wszyscy rzemieślnicy, zależni od przedsiębiorców budowlanych w Wiedniu – stolarze, malarze, cieśle, lakiernicy – musieli pod groźbą, iż na lat 5 omijani zostaną przy zamówieniach, zamknąć swoje warsztaty i pozbawić zarobku robotników, mimo iż częściowo mieli z nimi ugodę cennikową.

Wobec kilkudziesięciu tysięcy bezrobotnych związek robotników budowlanych wydawał zazwyczaj hasło powrotu na wieś dla zamiejscowych i wypłacał każdemu zapomogę na podróż. W miastach pozostawała stosunkowo niewielka część strajkujących, która już łatwiej przebić się mogła, tym bardziej, iż robotnicy z innych zawodów śpieszyli z pomocą, a sklepikarze stałym swym odbiorcom, z których bytem ich własny byt jest związany, nie odmawiali kredytu. Wyczekująca postawa robotników trwożyć poczynała przedsiębiorców, dla których z każdym dniem przedłużania się strajku upływał dzień krótkiego a niepowrotnego sezonu. Nieprzejednawczość początkowa za zbliżeniem się momentu, od którego rzeczywiście zależało, czy budowle do jesieni mogą być ukończone, gwałtownie upadać zaczęła i, dzięki silnej organizacji, robotnicy zamiast nauczki otrzymali żądane podwyższenie płac bądź od razu, bądź też stopniowo.

Tak samo i strajki stolarzy w Hamburgu i w Wiedniu 1904 r., będące wynikiem planowej akcji związku o skrócenie dnia roboczego przez drobne warsztatowe walki, popierane przez ogół zorganizowanych robotników, wywołując lokaut, zakończyły się przecież pomyślnie dla robotników. Do związku pracodawców obok kapitalistycznych przedsiębiorstw, prących do podjęcia walki z organizacją robotniczą, należało tutaj wielu drobnowarsztatowych majstrów bez zasobów do przetrwania parutygodniowej utraty zarobków, bez rzeczywistego poczucia solidarności interesów klasowych. Obawa utraty zarobków na korzyść silniejszych współzawodników siała ciągłą nieufność i budziła wśród słabszych, których zapał do walki sztucznie w namiętnym tonie trzymanymi okólnikami budzono, podejrzenie, iż cała akcja jest tylko podstępem w celu zduszenia stolarki rzemieślniczej przez fabryki. Utrudniało to naturalnie jedność akcji na dłuższy przeciąg czasu – ofiarność zaś ogółu robotniczego dla walczących była ogromna i umożliwiła przeciąganie oporu na długie tygodnie. Mimo groźnych zapowiedzi związek pracodawców ustąpił, kryjąc odwrotem wybuchłe w swym łonie rozterki.

Zamykanie pracowni, w czym przedsiębiorcy spodziewali się znaleźć środek walki niweczący znaczenie organizacji robotniczej i wprowadzający rozprzężenie w szeregi robotnicze przez przerzucanie odpowiedzialności za skutki walki z walczących na grupy pokojowe, okazało się na razie w przemyśle sezonowym oraz w gałęziach pracy o małej koncentracji narzędziem dość tępym. Zawsze tu w dotychczasowych lokautach dobrowolne rozszerzanie linii bojowej przez przedsiębiorców narażało ich na straty tak wielkie, że, zarzucając dalekie plany społeczne, wyciągali w końcu rękę do zgody. Wzajemna podejrzliwość, zawiść konkurencyjna i nieufność czyniła ich z góry już słabszymi wobec silnego rzeczywistą jednością interesów i jednolitym kierownictwem związku. Każde zaś takie zapasy pomnażały siłę związku, bo robotnicy widząc, że strajk zostaje im narzucony wbrew ich woli, przystępowali tłumnie do związku, mogącego im dać w ciężkiej chwili materialne i moralne oparcie.

Nie brak wszakże w historii ostatnich paru lat przykładów, że wobec przewagi kapitału strajk, najlepiej nawet prowadzony, otoczony czynnym współczuciem całej klasy robotniczej, musi upaść, jeśli przez zamknięcie warsztatów przedsiębiorcy pomnożą liczbę bezrobotnych. Tak upadł w r. 1903 strajk tkaczy o dziesięciogodzinny dzień roboczy w Krimitschau i tak samo upadły wszystkie większe strajki metalowców w Niemczech.

Przemysł metalurgiczny, przez banki silnie zbratany z przedsiębiorstwami elektrycznymi, posiada najsilniejszą na kontynencie europejskim organizację najemników i równocześnie najpotężniejszą organizację przedsiębiorców, opartą o rzeczywiście silną koncentrację kapitału. Tutaj wśród magnaterii finansowej powstał przede wszystkim nowy feudalny typ kapitalisty, który żąda bezwzględnej uległości od swego robotnika, chce być panem u siebie i patrzy z lekceważeniem na przedsiębiorcę, wchodzącego z obawy przed chwilową stratą zysków w układy z robotnikami. Każdy większy strajk wyłaniający kwestię władzy natrafiał na silny zorganizowany opór i robotnicy przeszli wobec częstych, niepomyślnych dla nich lokautów do drobnej, podjazdowej walki – ale i tę im postanowiono udaremnić.

W połowie września 1905 r. paruset robotników, zatrudnionych w warsztatach elektrycznych firmy Siemens i Halske, i „Allgemeine Elektricität-Gesellschaft” w Berlinie, podniosło żądanie drobnego podwyższenia płacy, a nie uzyskawszy w całości swych żądań, rzuciło pracę. Dyrekcja obu towarzystw, nie wdając się w dalsze układy, wezwała strajkujących do powrotu do pracy, grożąc w razie odmowy natychmiastowym zamknięciem wszystkich firm, warsztatów i fabryk. Groźba skutku nie odniosła. Na ogólnym zebraniu robotniczym uchwalono rezolucję pozostawiającą strajkującym swobodę działania i w następstwie tego kroku dyrekcja wydaliła 33 tysiące robotników i robotnic. W organie swoim „Gazeta Pracodawców” dyrekcja tłumaczyła swój upór planowym postępowaniem robotników, ciągłym podnoszeniem przez poszczególne grupy żądań, których spełnienie mniej zaszkodzić może niźli strajk, wiszący ciągle nad przedsiębiorstwem. A przy tym każda nowa zdobycz jest tylko etapem dla żądań dalszych: to tu, to tam służy groźba strajku za środek czynienia wyłomu w istniejącym porządku. W praktyce wyrobiła się zasada, że strajkiem można uzyskać wszystko i o wszystko starać się potrzeba. Wobec tego wzmocniliśmy też i nasz związek i oświadczyliśmy naszym robotnikom, że na przyszłość na każde zaniepokojenie naszych zakładów przez porzucenie pracy odpowiadać będziemy wspólną akcją. Dlatego też i w tym wypadku czynić możemy tylko te ustępstwa, na któreśmy się już przed wybuchem strajku zgodzili.

W ten sposób stała się drobna utarczka kwestią zasadniczą. Robotnicy kładli główny nacisk na uznanie organizacji i zawarcie układu taryfowego, ale choć dla poparcia ich żądań jeszcze 10 tysięcy robotników, pracujących w elektrowniach, porzuciło pracę, choć Berlin zagrożony był brakiem światła i ustaniem komunikacji – dyrekcja nie chciała swoich robotników uznać za stronę równouprawnioną przy zawieraniu kontraktu najmu.

Po czterech tygodniach strajku „Związek Przemysłowców Metalurgicznych” ogłosił, iż w przeciągu trzech dni zamknie wszystkie swoje berlińskie zakłady, jeśli przed upływem tego terminu w warsztatach elektrycznych zgoda nie nastąpi. Groźba ta oznaczała, iż nowych 20 tysięcy straci zarobek i że możność utrzymania strajkującej armii wymagać będzie ofiar szalonych, a w krótkim czasie wyczerpie się zupełnie. Wobec tego strajkujący robotnicy oświadczyli gotowość powrotu do pracy.

Odwrót nastąpił w zupełnym porządku i, jak wszystkie prawie większe zapasy lat ostatnich, nie osłabił, lecz przeciwnie, podniósł znaczenie związku, bo robotnicy, widząc z mnożących się oznak, że w najbliższej przyszłości magnaci metalowi gotowi są wykonać zamach na wolność koalicji, która w tej gałęzi pracy właśnie robotnikom tak ogromnie wiele dała, postanowili uzbroić się godnie. W r. 1905 ilość członków niemieckiego związku robotników metalurgicznych wzrosła z 198 tysięcy na 259 tysięcy, a w ciągu roku 1906 doszła do 300 tysięcy – i to wśród ciągłych strajków i wielkich, prowincjonalnych lokautów.

W maju 1906 r. ogólny związek przemysłowców metalurgicznych szykował się już do ostatecznego, jak mu się zdawało, boju ze związkiem. Z okazji drobnych strajków zapadła uchwała wydalenia w krótkim terminie członków związku, pozbawienia 300 tysięcy robotników, przeważnie ojców rodzin, zarobku. Warunkiem przyjęcia na powrót zaś miało być, prócz zarzucenia żądań, będących przyczyną pierwszych paru strajków – wystąpienie z organizacji. Przedsiębiorcy, najpierw uznając widocznie solidarność klasową, pociągnęli ogół robotniczy do odpowiedzialności za czyny poszczególnych grup, potem zaś obalić chcieli związki zbudowane na tejże solidarności.

Na razie groźby ulękli się nie robotnicy, lecz sami przedsiębiorcy. Wśród ciągłych sporów w łonie związku przedsiębiorców o formę i zakres wydaleń, które odkryły, że właśnie wnioskodawcy sami najmniej byli skorzy do zamknięcia warsztatów i koszta walki zrzucić by chcieli na innych, odsuwano ciągle termin lokautu, aż strajki zostały załagodzone i cała burza przeszła, ukazując, iż wobec potęgi i jedności robotników organizacja kapitału czuje się jeszcze słabą. Ale nie ulega wątpliwości, że wróg się tylko zaczaił, że gdy minie korzystna dla przemysłu metalowego koniunktura rynkowa, wydana zostanie odłożona na razie walka – a wtedy przy postępującej koncentracji kapitału w przemyśle metalowym i zebranych w paru tłustych latach zyskach okazać się może łatwo, że garść posiadających znacznie dłużej istnieć może bez nowych zysków niźli krocie ludności roboczej bez zarobku.

Ale zwycięstwo takie, okazujące namacalnie prawie, jak z tytułu władania środkami produkcji jednostki skazać mogą rozmyślnie na głód i nędzę ogromny odłam zdolnej i chcącej pracować ludności, zachwiać egzystencją licznych warstw związanych z nimi ekonomicznie, jest dla klasy posiadającej o wiele groźniejszym od drobnych ustępstw, którymi by porażkę zapłacić musiała. Wśród takich to właśnie tytanicznych zapasów dojrzewa ostatecznie myśl rewolucyjna wśród mas, czyniących wtedy przegląd sił swoich i cudzych. I ujrzeć wtedy muszą, że do siły przyłączyć się musi tylko wola jeszcze, by przerwać dalszy powrót w jarzmo kapitalistyczne, korzenie się przed istniejącym prawnym porządkiem rzeczy, któremu rozwój stosunków wytwórczych odebrał wszelką funkcję społeczną. I podczas kiedy wśród obojętnych nawet widzów ta straszna przemoc kapitału budzi myśl upaństwowienia środków produkcji, odbierającego jednostkom tę władzę nad bytem tylu, klasa robotnicza przez dążenie do jak najdalej idącej demokratyzacji państwa starać się musi równocześnie, by upaństwowienie stało się uspołecznieniem, by państwo zamieniło się w organizację społeczeństwa, wśród której lud pracujący będzie sam gospodarzyć i zbierać zboże do własnego gumna.

Przez codzienną walkę klasa robotnicza pod kierownictwem związków zawodowych podnosi się materialnie i duchowo i sposobi do objęcia przyszłych swych zadań. Organizacja przedsiębiorców, zaostrzając walkę klasową, przyśpiesza chwilę objęcia przez proletariat kierownictwa produkcją społeczną. Lokauty są środkiem, którym świat kapitalistyczny dokumentuje możliwie najjaskrawiej wszystkie sprzeczności ukryte w łonie istniejącego ustroju i sam zmusza robotników do podjęcia z nim ostatecznej walki, dającej w swych wynikach zgodę między posiadaniem a pracą.

 

Helena Landau
______________________
Powyższy tekst to dwa końcowe (siódmy i ósmy) rozdziały książki „Polityka związków zawodowych”, „Życie” – Wydawnictwo dzieł społeczno-politycznych, tom V, Warszawa 1907. Od tamtej pory książka nie była wznawiana, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Warto przeczytać inne teksty z kategorii „Związki zawodowe”.

Helena Landau (1871-1942) – ekonomistka (absolwentka uniwersytetów w Zurychu i Wiedniu), działaczka Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska, od 1913 r. członkini władz tego ugrupowania. W 1914 r. poślubiła Otto Bauera, przywódcę socjaldemokracji austriackiej, w związku z czym na stałe zamieszkała w Wiedniu i związała się z tamtejszym ruchem socjalistycznym. Główne obszary jej zainteresowań to ekonomia polityczna, emancypacja kobiet i działalność związków zawodowych. Po upadku powstania robotników wiedeńskich w 1934 r. przebywała na emigracji politycznej w Czechosłowacji, po układzie monachijskim przeniosła się do Paryża, po zwycięstwie hitlerowców do Sztokholmu, a w roku 1941 do USA, gdzie zmarła.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *