Józef Dąbrowski (J. Grabiec)

Ludzie i poczynania

[1925]

Nie ma bodaj nic bardziej kłopotliwego, jak pisać wspomnienia ze względnie niedawnych czasów, i to o ludziach przeważnie żyjących i zazwyczaj znajdujących się w pełni sił. Długo się namyślałem nad tą kwestią, ale ostatecznie przemówiły „za” dwa argumenty: przedawnienie i potrzeba.

Przedawnienie: boć, mimo względnie krótkiego czasu – dwadzieścia pięć lat, toć to przecież zaledwie ćwierć wieku – to wszystko, o czym piszę, działo się już bardzo dawno. Kiedy w mej pamięci przesuwają się ludzie i obrazy – mam wrażenie, że wszystko to było kiedyś przed wiekami, a nawet jakby na innej planecie. Tak się zmienili do gruntu – ludzie, otoczenie… Doskonale Józef Piłsudski scharakteryzował ten objaw w swym przemówieniu na ostatnim zjeździe legionistów w Lublinie: „Byliśmy własnymi naszymi pradziadami… Świat pomknął naprzód siedmiomilowymi skokami. W ciągu życia naszego zaszły zmiany wymagające w normalnych warunkach życia całych pokoleń…”. Wszystko też dziś się zmieniło do gruntu – i otwarcie można opowiadać o wszystkim, co się kiedyś mówiło, robiło… To było tak dawno i tak daleko od nas… dzisiejszych. Z drugiej zaś strony i w tamtych – tak dalekich czasach – pracowało się, walczyło… Ludzie byli różni, i ci ludzie kładli swoje cegiełki pod fundamenty budowy, która tak niespodzianie i tak wspaniale wyrosła w oczach naszego pokolenia. Cegiełki te spajali cementem swojego cierpienia i znoju… Kiedyś szczęśliwy, żyjący w spokoju i moralnym zadowoleniu prawnuk zechce może poznać swoich pradziadów… Ktoś zainteresuje się – co oni robili, jakimi byli w tych dalekich, obrzydliwych czasach, o których będą im mówiły i źródła historyczne, i legendy… Nie będzie więc może zbytecznym, jeżeli utrwali się w ludzkiej pamięci szereg faktów i postaci pokolenia, które odegrało mimo woli doniosłą rolę w dziejach naszego Narodu. Było ono bowiem ostatnim pokoleniem skazanych na doszczętne wytrzebienie niewolników, a pierwszym wolnych obywateli Najjaśniejszej Rzeczypospolitej…

Wspomnienia swe poświęcam „Czerwonej Warszawie”. Przez tę straszną nazwę rozumiem nie tylko rewolucjonistów-spiskowców. Zaliczam do niej wszystkich, co pracowali w kuźnicy nowej Polski – Polski Ludowej. Wówczas zaledwie ten nieśmiały, świetlany rąbek czerwony zarysowywał się na czarnym i ciężkimi chmurami okrytym niebie. Ludzi z tych czasów spotykam często i teraz. Wielu zmieniło się do niepoznania. Czasem nawet wstydzą się ówczesnych swoich prac i poglądów. Może nie życzą sobie, żeby o nich pisać… Nie wiem. Na wszelki wypadek nie pytam ich o to. Są oni ludźmi. Niedługo odejdą – znikną na zawsze. Ale zostaną ich dzieła. A one bez względu na te czy inne zmiany w duszy swych twórców weszły już do masy dorobku narodowego. Weszły bezimiennie i będą bezimiennie trwały. Nie rozumiem więc, dlaczego obecnemu pokoleniu, które w ciągu tego ćwierćwiecza wyrosło, nie przypomnieć procesu tworzenia w wielu cząstkach kultury narodowej – jakie w skład jej weszły już dawno. Dlaczego również wśród starych towarzyszy pracy nie zbudzić echa dni minionych – dni wysiłków i posępnej, bezustannej, a tak pozornie beznadziejnej „walki z szatanem”?!

Te dwa argumenty: to było już tak dawno… i trzeba wiele rzeczy przypomnieć – skłaniają mnie do pisania dziś o wszystkim, czego się dotykałem lub o czym słyszałem, piszę więc o ludziach, których znałem – o poczynaniach, które dały plon obfity, następnie i o poczynaniach, które znikły bez śladu. Rozdział ten poświęcam swoim znajomym… źle mówię – poświęcam tym, których znałem, a może mnie wielu z nich nawet nie zauważyło. Ówczesna moja pozycja socjalna: skromny student praw i początkujący publicysta – nie daje mi zresztą prawa do tytułowania „znajomym” wielu bardzo ludzi z tych, o których tu piszę. Poświęcam również ten rozdział zebraniom towarzyskim pewnej grupy ludzi. Jak ich nazwać? Nie wiem. Wówczas wszyscy oni byli jednego pokroju i sympatyzowali z ruchem radykalnym – za cel życia uznawali „walkę z szatanem”. To wyodrębniało ich spośród ogółu…

Kiedyś będą bardzo ciekawe wspomnienia o tych głośnych wówczas w Warszawie, choć tajemnych, zebraniach towarzyskich, które zastępowały nam życie publiczne. Niestety, o najważniejszych z nich nie będę mógł nic powiedzieć. Nie bywałem ani na słynnych „Piątkach” Dra Benniego, gdzie zbierało się wszystko żywiej czujące z zachowawczego obozu, ani u Henryka Radziszewskiego, gdzie urabiała się opinia sympatyków Ligi Narodowej i które pozostawiły pamiątkę w postaci trzytomowego „W naszych sprawach”. Dam jedynie garść wspomnień z radykalnego obozu.

Zacznę od „Pana Stanisława”. Tak wówczas nazywany był w kołach sobie bliższych dzisiejsza „Czarna Eminencja” Ministerstwa Wyznań i Oświecenia – dzielny i na wielu polach rzetelnie krajowi zasłużony Stanisław Michalski. Przed ćwierć wiekiem był on jednym z najważniejszych ognisk prac kulturalnych „Czerwonej Warszawy”, jako niezmordowany inicjator i energiczny a inteligentny kierownik całego mnóstwa poczynań w tej dziedzinie. Wielki przyjaciel młodzieży, sam wówczas młody inżynier w Zarządzie Kolei Wiedeńskiej – wesoły, przyjacielski i naturalny w obejściu, umiał „Pan Stanisław” koło swych nieskończonych poczynań zgromadzić młodzież radykalnego obozu, wyłowić spośród niej co pracowitsze i dzielniejsze jednostki i wspaniale wypośrodkować ich prace. Był to uniwersalny „lord protektor” wszelkiej inicjatywy ze strony młodzieży w dziedzinie prac oświatowych. Ułatwiał porozumienie się, dawał wskazówki i… patrzał. Gdy praca dawała nadzieję rozwoju owocności, wciągał ją z niezwykłą zręcznością w całokształt ogólnych prac oświatowych, gdy zaś z samego założenia lub z powodu niewłaściwego doboru współpracowników ujawniała cechy ujemne lub choćby charakter efemerydy, których powstawało i znikało bez śladów wówczas mnóstwo, Michalski umiejętnie ją zlikwidował, po wyłowieniu jednak co dzielniejszych jednostek, które zawsze „poumieszczał” w solidniejszych pracach… Pysznie np. przezeń rozwinięta i ujęta została w systemat celowej pracy dorywcza inicjatywa adw. Bohdana Piaseckiego, który z pomocą młodzieży (Rudzki, Maro) rozpoczął ideowo-oświatową pracę w Czytelni Bezpłatnych Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności na Cegielnianej, w dzielnicy robotniczej. W krótkim czasie Pan Stanisław rozwinął tę pracę w szeregu innych czytelni i pod przewodem znanego nam już mec. Leszczyńskiego stanęła solidna robota oświatowa, zakrojona na większą skalę. Na czele prac tych stanęła znana nam już „Komisja Katalogowa”, która skupiła ogromny zastęp ludzi i aż do aresztów grudniowych 1899 roku pracowała niezwykle intensywnie.

Można powiedzieć, że większa część nowości literatury popularno-oświatowej zachodu tego czasu przełożona została na język polski dzięki pracy tej Komisji. Z niezmordowaną wytrwałością wertowano katalogi, sprowadzano książki, czytano, referowano je na posiedzeniach, omawiano pod każdym względem, tak treść, jak wartość. W związku z „Komisją Katalogową” był plan Michalskiego przekształcenia w ogóle Czytelni bezpłatnych W.T.D. na instytucję oświatową o charakterze europejskim. Stary zarząd W.T.D. ze wstecznikiem i ugodowcem M. Radziwiłłem na czele sprzeciwiał się temu wszelkimi siłami. W formach klerykalnych rozpoczęła się naganka na „masonów”, „bezbożników” i „socjalistów”. Mimo wszystko akcja zmiany Prezydium udała się „Panu Stanisławowi” wybornie. Zjednał moc nowych członków W.T.D. – opracował program działalności, będący hasłem opozycji, do której przyłączyło się sporo dawnych członków, znużonych marazmem i kiepską gospodarką, i wreszcie na dorocznym zebraniu dopiął swego. Zarząd został zmieniony i nowy skład jego z szanowanym ogólnie prodziekanem Brodowskim jako prezesem zajął przychylne stanowisko wobec planów Michalskiego co do zreformowania Czytelni. Dawny Zarząd, niestety, uciekł się pod opiekę „obcych petencji” i pogrom zarządu Wydziału Czytelnianego wraz z rewizjami w ochronkach itd. udaremniły wszystko. „Pan Stanisław” poszedł na dłuższe rekolekcje do X Pawilonu. Tam się zresztą udał z metodą języka angielskiego i całym zapasem podręczników pod pachą, a stamtąd wyszedł pełen nowych planów, opracowanych w ciszy cytadeli dokładnie. Wyjazd na zesłanie, a następnie za granicę wyzyskał w celu zwiedzania angielskich, belgijskich i francuskich instytucji kulturalnych, a po powrocie do kraju znów stanął do roboty. Monumentalną po sobie pamiątkę Michalski zostawił w postaci przewodnika dla wszelkich prac oświatowych: „Poradnika dla samouków”. Wydawał go i redagował wspólnie z Al. Heflichem, przy udziale najwybitniejszych sił pedagogicznych i naukowych ówczesnej Warszawy. Było to, jak już zaznaczyłem w innym miejscu, dzieło wartości pierwszorzędnej, nie tylko w polskiej, lecz i w powszechnej literaturze tego typu. Skupił koło siebie ludzi „Pan Stanisław” nader umiejętnie. Wszystkich pociągały jego bezkompromisowy idealizm, żelazna pracowitość – i co najważniejsze – rzadka w owych czasach bezpartyjność, której, niestety, później się pozbył z wielką szkodą dla prac swych, na olbrzymią teraz zakrojonych skalę. Trzymał zaś przy sobie ludzi „Pan Stanisław” wyjątkową wręcz umiejętnością organizowania pracy oraz niezmiernym i subtelnym taktem obok niezłomnej energii i bezwzględnej stanowczości, gdy chodziło o jaką pracę kulturalną. W politykę „Pan Stanisław” się nie bawił. Mimo braku wzajemności ze strony niektórych partyjników był on wówczas sympatykiem PPS, ale równocześnie bacznie przestrzegał, by inicjowana i prowadzona przezeń praca kulturalna nie mieszały się z agitacją, w czym miał zresztą jak najzupełniejszą słuszność. Od zasady apolityczności, o ile pamiętam, odstąpił raz tylko.

Przyjechał z Brazylii Kłobukowski junior – syn znanego z Powstania Styczniowego radcy T.K.Z. Była to postać osobliwa. Rozentuzjazmowany sprawą „Nowej Polski” w Brazylii – propagował zawiązanie stałych handlowych stosunków z koloniami polskimi w Paranie, zawsze przy sobie nosił próbki yerba maté i jakiejś fasoli brazylijskiej, która miała być ósmym cudem świata, jako środek odżywczy. Ponadto miał on ambicje polityczne. Bolejąc nad brakiem w Polsce stronnictwa radykalnego, postanowił je stworzyć. Dopomagał mu w tym gorliwie entuzjasta, jakich mało, którego zresztą później poznamy bliżej, również świeżo przybyły, z Anglii znowu, gdzie bawił czas jakiś dla studiów – dr [Rafał] Radziwiłłowicz.

Otóż jako trzeci wśród nich znalazł się i „Pan Stanisław”. Żadnych szczegółów tej krótkotrwałej zresztą imprezy podać nie umiem. Jako partyjny bowiem pepesowiec nie byłem zaproszony do narad, dochodziły mnie tylko ich echa. Nie mogę nawet powiedzieć na pewno, czy „Niepodległość” – krótkotrwały organ „radykałów polskich” o niezwykle secesyjnym pod względem graficznym tytule – miała co wspólnego z tą robotą. Zresztą skończyła się ona na niczym. Pan Stanisław wrócił do swych prac oświatowych i kulturalnych, w których był i jest najsympatyczniejszym.

Opowiadając o „Panu Stanisławie”, nie mogę pominąć jego „herbatek”. Mimo że czasem odczuwałem całą swoją „nikczemność” utylitarną w tym towarzystwie – pochłonięty bowiem całkowicie robotą studencką i partyjną w pracach oświatowych udział brałem jedynie dorywczy – z herbatek „Pana Stanisława” mam wspomnienia jak najbardziej świetlane. Gospodarz sam na nich niezwykle zręcznie „wymacywał” ludzi, jaki też z danego osobnika mieć będzie pożytek – a goście „używali” co się zowie. Dyskutowano szczerze i bezstronnie o przeszłości i teraźniejszości, robiono plany na przyszłość. Czytano referaty, artykuły, które miały iść do druku, o ile autor miał jakie ideowe wątpliwości i szukał poparcia. Poważną „naukowość” posiedzenia urozmaicała poezja. „Pan Jakub”, o poważnej, patrzącej zawsze w zaświaty twarzy, prezes czytelni kolejowych, inż. Winnicki wygłaszał z patosem utwory klasycznej poezji, młody Weychert grzmiał „Farysem” lub monologiem „Kordiana”, a wesołość powszechną budził swymi wierszykami, monologami lub zgoła bajką młody wówczas również, krótki, gruby o jowialnym obliczu Benedykt Hertz. Gwarno też było, swobodnie i szczerze wesoło na takiej herbatce… Częsty ich bywalec, znany nam już pepesowiec „Karol” Hryniewiecki, np. pomstował z zapałem na „zawracanie sobie głowy kulturnictwem”, gdy chwila woła o rewolucję, bez zwycięstwa której żadna robota kulturalna nie ma widoków powodzenia. To znowu, młody bardzo wówczas, sympatyczny „Kot” – dziś poważny profesor [Konstanty] Krzeczkowski – nieśmiało, niemniej bardzo logicznie i z pysznym doborem argumentów wywodził, że właśnie w miarę rozrostu kultury i oświaty położenie robotnika stanie się tak nieznośne, że rewolucja dlań stanie się koniecznością. Tam znowu dzisiejszy senator, Posner, z miną światoburcy, urozmaiconą jednak ironicznym uśmiechem, potrząsając olbrzymią czupryną, piorunował na marazm i apatię, wróżąc katastrofę spodlenia absolutnego i uniwersalnego… Dyskusja się rozpalała, a gospodarz bardzo zręcznie czuwał, aby w samą porę rozjuszone glosy adwersarzy zostały ukojone przez jakieś, z lirycznym akcentem, lecz stentorowym głosem rozpoczęte „Orszulo moja rzewna, gdzieś mi się podziała?” „Pana Jakuba”, lub też aby po nudnym znowu jakimś exposé ekonomicznym czy socjologicznym orzeźwiły umysły „Przygody dziadka na wystawie higienicznej”, pysznie wygłaszane przez „Benka”.

Przygodnych gości przez te herbatki przewinęło się, zwłaszcza spośród młodzieży, mnóstwo, i wyjątkowo tylko który z niej nie został w ten czy inny sposób wciągnięty do roboty oświatowej przez „Pana Stanisława”. Z wybitniejszych osobistości spotykałem Ignacego Matuszewskiego, K. Króla, St. Krzemińskiego, Radziwiłłowicza… Czasem przychodził milczący zazwyczaj Bolesław Hirszfeld… Częściej widywałem radykalnego społecznika, kooperatystę, bardzo sympatycznego Alojzego Wierzchleyskiego, Czerwiowskiego, Kruszewskiego – przywódcę ruchu oświatowego wśród kolejarzy… Z patriotów bywali: K. Łazarowicz, Męczkowski… Stałym gościem był ówczesny „papież socjalizmu warszawskiego” – Ludwik Krzywicki, niewzruszony autorytet w dziedzinie socjologicznych kwestii i ekonomii politycznej, człowiek ogromnych zasług, pracy, ideowiec w każdym swym postąpieniu, całe życie marzący o wielkim dziele naukowym, a zmuszony warunkami życia do rozdrobnienia olbrzymiej swej wiedzy na prace w tygodnikach i na lekcje. Stale również bywali dwaj nierozłączni wówczas przyjaciele – Stary i Nowy Testament w jednej oprawie, jak ich nazywał Świętochowski – ziemianie-socjały: Stanisław Stempowski i Stanisław Posner. Byli oni jakby ilustrowanym przysłowiem: „Les extrêmes se touchent” [skrajności się stykają – przyp. redakcji Lewicowo.pl]. Łagodny, cichy i bardzo serdeczny, czasem tylko „z cicha pęk” dowcipnym bardzo słówkiem rzucający, a przy tym wysoki, chudy, z kruczymi, w tył zaczesanymi włosami i takąż brodą, z bezgraniczną dobrocią patrzący na świat przez złote okulary Stempowski, rażąco odbiegał od Posnera – sangwinika, najbardziej bodaj spośród publicystów postępowych zadzierżystego polemisty, którego bardzo mało przypomina dzisiejszy spokojny, refleksyjny i tkliwy czasem – „Bezmaski” [Henryk Bezmaski – pseudonim S. Posnera – przyp. redakcji Lewicowo.pl]. Na dobitkę (wybaczcie mi to przypomnienie, Czcigodny Senatorze!) Posner wówczas był przeciwnikiem PPS, nie znosząc zwłaszcza jej zagranicznych teoretyków (nieuki i blagiery) ze szczególnym uwzględnieniem Kazimierza Krauza, i pod wpływem Krzywickiego oraz tradycji ruchu polskiego sympatyzował bardziej z SD[KPiL], zastrzegając zresztą – co, o ile chodzi o związki organizacyjne, było prawdą – swoją bezpartyjność. Stempowski zaś – Podolak – jak większość „kresowców”, był całą duszą pepesowcem.

Obaj posiadali piękne tradycje patriotyczne: stryj Posnera poległ w r. 1863 jako dowódca oddziału w Płockiem, gdzie Posnerowie od kilku pokoleń mieli majątek Kuchary, Stempowski zaś był stryjecznym wnukiem znanego ze sztychów Chodźki, emisariusza i męczennika za wolność i lud. Obaj też byli stałymi mecenasami wszelkich poczynań społeczno-kulturalnych w duchu postępowym, w które wkładali masę osobistej pracy [1]. U Stempowskiego nadto, w jego Winnikowcach na Podolu, zawsze miesiącami całymi forsownie odżywiało się po warszawskiej czy kijowskiej „bryndzy” kilku literatów i artystów, a na koszt jego stałe kształcił się przynajmniej jeden stypendysta. Wreszcie „stammgastem” herbatek Pana Stanisława był niezmordowany społecznik, współredaktor i współwydawca „Poradnika” i przysięgły buchalter oraz finansowy rzeczoznawca większości imprez postępowych – Aleksander Heflich.

Zupełnym przeciwieństwem „Pana Stanisława”, o ile chodzi o działalność oświatową, był słynny w kołach konspiracyjnych tego czasu „Ojciec Prokop” – Aleksander Zawadzki. O ile Michalski był oświatowcem szczerym i rozumiał całą doniosłość późniejszej pracy rewolucyjnej na gruncie przygotowanym przez prace oświatowe, o tyle dla „Prokopa” oświata była wyłącznie drogą do agitacji. Poza tym był to zacietrzewiony partyjnik, gotów „do wszystkiego”, o ile stąd partia lub „robota” mogły z tego mieć korzyść, niewyczerpany w pomysłach, niedościgniony wzór konspiratora, a przy tym intrygant pierwszej wody, niebezpieczny w walce, a bardzo niepewny w przymierzu… Nie znałem go wówczas osobiście, miałem go jednak w stałej, że tak powiem, „inwigilacji”, jako najzawziętszego wroga PPS, po którym „wszystkiego można się spodziewać”.

Tysiączne anegdoty i prawdziwe historie opowiadano o jego „kawałach” w życiu konspiracyjnym, w którym był rzeczywiście wybitną osobistością, zarówno dla swych talentów spiskowych, jak i dla szalonej energii. Mam wrażenie, że w owym czasie olbrzymia część organizacji i roboty narodowo-demokratycznej stała właśnie na „Ojcu Prokopie”. On przede wszystkim wydostawał mnóstwo pieniędzy, i to sporo na wszelkie imprezy. Dzięki też przede wszystkim jemu mogły istnieć we Lwowie ośrodek kierowniczy ND (Popławski, Dmowski) i „Przegląd Wszechpolski”. On zorganizował „granicę” i kolportaż „Przeglądu” i „Polaka”, on wreszcie był niestrudzonym przy zakładaniu ciągle nowych kół, organizacji, którym nadawał postać ściśle spiskową z przysięgami, on wyławiał ludzi, a związanych ze sobą organizacyjnie wyzyskiwał już bez żadnej litości, zaprzęgając do „robót”, które organizował wspaniale. Niezastąpiony był jako agitator chłopski. Wybornych swych warunków zewnętrznych: duża postać z olbrzymią ciemno-rudą, więcej: nawet kasztanowatą brodą, gęstymi brwiami i tubalnym głosem, używał wtedy genialnie. Opowiadano, że czasami przebierał się za zakonnika lub pustelnika i z pomocą takiej maskarady wytwarzał nastroje u tłumu… Wśród młodzieży chłopskiej miał wychowańców, co go ubóstwiali i za „Ojca” gotowi byliby w ogień skoczyć. Z niezwykłym talentem umiał „Prokop” wciągać do swych robót np. księży, którym wystawiał ogrom nieszczęść, jakie niosą socjalizm i masoneria, umiejętnie rozpalał w nich fanatyzm i ambicję kierowania ludem, „boć za kimż ten lud ma pójść?”. Pograniczną szlachtę zaraz zaprzęgał do szwarcowania bibuły, a ogół jej straszył znowu rzezią i rewolucją, którą gotują socjaliści! „Tym pieniądze żydowskie znoszą workami – A my, co?… g… o”. W robocie swej wciągał ludzi do „Oświaty”. Kto jednak raz dostał się w pazury „Prokopa”, już był zgubiony. Za „Oświatą” poszła przysięga, przyjmowana uroczyście – w romantycznym milieu w wypadkach ważniejszych – przez księdza, później – bibuła, rozkazy itd. Opowiadano, że „Prokop” ma w swym rozporządzeniu przeszło 20 tysięcy zaprzysiężonych. Sam on gorliwie legendę tę rozpowszechniał. Sądzę, że liczbę tę dziesięciokrotnie można zmniejszyć, co i tak było na stosunki konspiracyjne potęgą w kraju i potęgę tę wykazał rok 1905 i 1906.

Organizacyjnie „Prokop” był filarem Ligi Narodowej, stojącej wówczas na czele ruchu patriotycznego i uważającej się za Rząd Narodowy. Ilu członków Liga liczyła, trudno mi powiedzieć. Wówczas obliczaliśmy, że jednak w zaborze rosyjskim było ich do 50. Organizacji tej podporządkowane było całe mnóstwo kół i organizacji młodzieży (np. „Bratnia Pomoc” warszawska, największa z nich bodaj), nauczycieli ludowych, różnych kół inteligenckich itd., a po zjeździe mickiewiczowskim i chłopskich.

Poważny odłam organizacyjny tworzyła grupa „Kiliński”, stowarzyszenie rzemieślników i robotników zostających pod wpływem Narodowej Demokracji. Wydawał „Kiliński” organ swój potajemny pod tym tytułem. Na tym poprzestaję. Nie miałem z „narodowcami” bezpośredniego kontaktu. Zamieniałem się z niektórymi – jak np. Łazarowiczem – na bibułę, z poszczególnymi grupkami młodzieży utrzymywaliśmy kontakt, ale o sprawach organizacyjnych nigdy mowy nie było. A czas to w rozwoju Narodowej Demokracji naszej bardzo ciekawy. Toć była to w tym czasie grupa wybitnie i bezwzględnie antyrosyjska, propagująca na wypadek wojny sojusz z Austrią i Prusami [2], a nawet – trzymajcie się stołków, czytelnicy! – marząca o państwie buforowym lub odłączeniu choćby części Królestwa do Austrii [3].

Wracając do „Ojca Prokopa”, muszę zaznaczyć jeszcze jedno. Renegat socjalizmu – przypisywano mu, i zdaje się słusznie, nawet autorstwo jednej z najbardziej demagogicznych broszur agitacyjnych: „Ojciec Szymon” – nienawidził on tego kierunku całą istotą. Namiętny zaś w sądach i bezwzględny w postępowaniu w walce z PPS nie przebierał w środkach. On też w dużej części rozognił wzajemne stosunki między różnymi odłamami „Czerwonej Warszawy” i przeważnie przyczynił się do uniemożliwienia wszelkiego zbliżenia się między patriotyczno-radykalnym i narodowo-socjalistycznym obozami w kraju. Miało to dla obu skutki niepożądane zupełnie.

Różnym znowu od dwu poprzednich całkowicie typem był Edward Abramowski, również skupiający koło siebie ludzi i koła w tym czasie.

Dziwny był to człowiek ze wszech miar – właściciel ładnego majątku, Stefanina na Ukrainie, w bardzo wczesnym wieku ruszył w świat szukać wiedzy. Objechał większość wszechnic i bibliotek europejskich, znał kilkanaście języków, obcował z najwybitniejszymi umysłami Zachodu. Filozof, oryginalny i samodzielny myśliciel, wywierał zawsze duży wpływ na otoczenie. W końcu lat osiemdziesiątych w Warszawie brał udział czynny w ruchu robotniczym. Ożeniony z dzielną agitatorką-robotnicą, Motzówną, ten pierwszorzędny myśliciel i znawca najsubtelniejszych odcieni metafizyki biegał na wykłady, agitował za strajkiem mularskim, szewskim itd.

Odgrywając wybitną rolę w ruchu, Abramowski niemało przyczynił się do połączenia „Proletariatu”, „Związku” i „Zjednoczenia” (rok 1892), z którego następnie Grabowski, Klimowicz, Falski Leon, Pietkiewicz i Stróżecki wraz z przybyłym „na nielegalnego” dzisiejszym Prezydentem Rzplitej, St. Wojciechowskim, budowali zaczątki PPS w kraju. Śmierć żony oddziałała na Abramowskiego wstrząsająco. Przypłacił ją ciężką chorobą, po której opuścił kraj na lat parę.

Powrócił w r. 1898. Do bezpośredniego ruchu politycznego nie wrócił, pozostając jednak zawsze jednym z najbliższych sympatyków PPS. Równocześnie zaś zaczął propagować nową postać socjalizmu, graniczącą z anarchizmem. Ideą przewodnią tego zwrotu była teza, iż rewolucja socjalna nastąpi jedynie drogą przerodzenia się wewnętrznego ludzkości. Każdy więc socjalista obowiązany jest na każdym kroku wcielać w życie swe przekonania i w ten sposób oddziaływać na otoczenie. Wydrukował w tym duchu kilka artykułów, później nieco wydał książkę, zawierającą całokształt tej ideologii, przede wszystkim zaś propagował swe zasady ustnie. Wśród młodzieży naszej propaganda „Edka” znalazła dość sympatii.

Pociągała młodzież zwłaszcza metoda dochodzenia do postulatów socjalizmu drogą przesłanek czysto filozoficznej i etycznej natury bez utrapionego „20 łokci płótna = jednemu surdutowi = parze butów = y godzinom społecznie niezbędnej pracy + X godzin nadwartości” itp. Toteż zaczęto metodę „Edka” stosować na wykładach robotniczych… Poza tym koło „Edka” skupiła się również garść inteligencji i pisarzy, przejęta drugą jego ideą: przekształcania duszy ludzkiej przez pierwiastek sztuki. Z wybitniejszych przedstawicieli tego kółka pamiętam: Zofię Bassakównę, Berenta J. – brata powieściopisarza, Bukowińską i in. Po zaznajomieniu się z szeregiem utworów literatury powszechnej, mogących wytworzyć pewien nastrój i skierować myśl w pewnym określonym kierunku – chodziło oczywiście o „pokojowy anarchizm” [4], jak ironicznie nazywaliśmy ideologię „Edka” – odpowiednie utwory miały być wydawane w przekładzie polskim w wytwornej szacie i kolportowane wśród ludu… Zdaje mi się, że kółku temu udało się wydać jedną czy dwie książeczki w tym duchu… Natomiast niezmiernie były ciekawe i pouczające dyskusje na jego posiedzeniach …

Od „ludzi” chciałbym przejść do „życia zbiorowego” w podziemiach inteligenckiej, ówczesnej Czerwonej Warszawy…

Duszę jego, pracę w kuźnicy nowej Polski, działalność oświatową odmalowałem już wyżej. Teraz poprzestanę na kilku obrazkach. Zacznę od bardziej umiarkowanego obozu.

Oto np. w obszernym mieszkaniu burżuazyjnym [5] – teatr robotniczy. Grają „Kordiana” lub „Trzecią Część Dziadów”. Aktorami są wyłącznie robotnicy, i to często bez różnicy obozów, z przewagą jednak członków „Kilińskiego”. Pamiętam np. w „Kordianie” jednego z najgorliwszych pepesowców, szczotkarza Wąsowskiego, jak z przejęciem deklamował tyrady „patriotnickie”… Publiczności moc… Salon, którego część zajęta na scenę, przyległy pokój stołowy, przedpokój – nabite. Dosłownie głowa przy głowie. Zaduch nie do opisania. Gorąco. Panie wachlują się nerwowo chusteczkami… Panowie ocierają pot z czoła i twarzy… Ale cisza… Cisza zupełna, w którą wpadają z przesadą wygłoszone, często z charakterystycznym szadzeniem warszawskim lub końcówką „-amy” zamiast „-ami” potężne słowa wieszcza:

„Cóż to? Jaki ptak powstał i roztacza pióra?

Zasłania wszystkich, okiem mię wyzywa?

Skrzydła ma czarne, jak burzliwa chmura,

A szerokie i długie na kształt tęczy łuku,

I niebo całe zakrywa?

…To kruk olbrzymi!… Ktoś ty, ktoś ty, kruku?

Ktoś ty? jam orzeł… Patrzy kruk, myśl moją plącze…”.

Dodam, że takie rzeczy jak „Improwizacja” Konrada lub przemówienie Podchorążego w scenie w podziemiach świętojańskich z „Kordiana” – rzeczy bardzo trudne nawet dla zawodowego deklamatora, wygłaszane były przez amatorów robociarzy zupełnie poprawnie…

A teraz obrazek z innej dziedziny życia zbiorowego Czerwonej Warszawy – raut, względnie journal parlé „na więźniów politycznych”.

Ta strona życia konspiracyjnego – bezpartyjna całkowicie – skupiała w tym czasie „czerwonych” Warszawy ówczesnej, od endeków do esdeków. Firmą tej działalności była „pieczątka” z tytułem „Towarzystwo Pomocy Więźniom Politycznym”, ciesząca się zupełnym zaufaniem ogółu.

Założycielem tej roboty był Bolesław Hirszfeld, który następnie przekazał ją częściowo Marii Paszkowskiej, znanej nam już „Gintrze” lub „Marii” z PPS. Stałą zaś jeszcze od czasów Hirszfelda współpracowniczką „Towarzystwa” – czynną na tym polu po dziś dzień – była Stanisława Sempołowska. Z biegiem czasu „Towarzystwo” przybrało szersze rozmiary i na jego czele stanął dzisiejszy przedstawiciel Rzeczpospolitej w Japonii – wówczas wzięty adwokat – Stanisław Patek. Przed ćwierć wiekiem jednak dyktaturę w sprawach „więźniów” sprawowała „Maria”. Ona też przede wszystkim urządzała owe rauty. A jak to było, opowiem.

Jakiś bogatszy i posiadający duże mieszkanie burżuj-sympatyk lub też zgoła jakiś burżuj, któremu bądź uśmiechało się mieć u siebie w salonie choć przez jeden wieczór wybitnych literatów, bądź też któremu „skotłowały” dostatecznie głowę nastawione przez „Marię”: żona, krewne, córki, znajomi itd., dawał lokal. Gdy lokal był duży i udało się zjednać „firmowego geniusza”, „jakiegoś” Żeromskiego np., bilety były drogie – „aż po dwa ruble”. „Dromaderki”, studenci, znajomi i uczennice Marii, rodziny ich, słowem wszystko dostępne, było zmobilizowane dla rozprzedaży biletów, co zazwyczaj szło bardzo pomyślnie… Gdy zaś przychodził dzień, a raczej wieczór wyznaczony, gorzkim stawał się los nieszczęsnego burżuja-lokalodawcy. Na godzinę przed terminem mieszkanie okupowała „Maria” z „dromaderkami” i gospodarowała jak u siebie. Rządy przechodziły w jej ręce, a pan domu wraz z rodziną byli „na posyłkach”… Szkło i porcelana szły na herbatę i drobne ciasteczka, przetkane gdzieniegdzie suchym pączkiem, co miało imitować przyjęcie. O wyznaczonej godzinie salon z przyległościami wypełniał się ciżbą gości, bez żadnego względu na pojemność. Często do kilkuset osób przybywało… Spotykali się znajomi, zaczynały się rozmowy. Państwo niknęli gdzieś bez śladu, pędzani przez „Marię” tak, że często nie byli w możności nie tylko poznać występujących w ich własnym domu znakomitości, ale i usłyszeć najważniejszych atrakcji wieczoru. Wreszcie z jakimś półgodzinnym opóźnieniem ktoś uproszony – zazwyczaj Bukowiński lub Daniłowski – prosił o ciszę i rozpoczynały się produkcje. Odczytywali – względnie wygłaszali swoje własne utwory: Krzywicki, Posner, Sieroszewski, Żeromski, Daniłowski Gustaw, Selim (Bukowiński), A. Niemojewski, Przybyszewski, Lasota (Jahołkowska), Marian Zborowski itd. To znowu zaśpiewała lub zagrała któraś z koncertantek, pianista modny czy jakiś skrzypek… Deklamowała najczęściej Federowiczowa, ówczesna ulubienica publiczności w „Rozmaitościach” oraz przedmiot beznadziejnej miłości znanego już czytelnikowi ze stosunków naszych studenckich – Czesia Stefanowicza… Można też było sobie wyobrazić, jak po takim raucie czy „journal parlé” wyglądało mieszkanie, zwłaszcza jeżeli to było przygodne, bez nadziei wyzyskania go po raz wtóry, i gdy rozprzedano biletów moc niesłychaną…

Innym nieco charakterem odznaczały się znowu „Styczniówki”, „Listopadówki”, „Wieczory Mickiewiczowskie” lub „Marksówki”, urządzane przez nas – młodzież. Publiczności było mniej, przeważała młodzież i sfery bardziej ideowe. Wejście było bez porównania tańsze, no i treść wieczoru odpowiadała danej rocznicy. A więc: odpowiedni referat, śpiewy i deklamacje, zastosowane do powstania styczniowego czy listopadowego, muzyka podobnież. Po wyczerpaniu programu szły swobodne głosy i występy. Porywał na tych wieczorach zwłaszcza Niemojewski Andrzej wspaniałą deklamacją. Utkwił mi w pamięci na jednej z „Listopadówek” referat Stanisława Krzemińskiego, członka Rządu Narodowego z 1863 roku. Mówił rzeczy, które wydrukowane byłyby w tamtych czasach przełomem w myśleniu politycznym pokolenia. Dowodził, że jedyną przyczyną klęski listopadowej była niewiara narodu w zwycięstwo i brak woli pobicia wroga. Gdyby tę wolę naród w walce przejawił, to przy ówczesnym układzie warunków zwycięstwo nasze byłoby pewnym. Uzasadniał to szczegółowo i wybornie. I nadal – dowodził Krzemiński – obce panowanie dopóty jedynie trwać może, dopóki w narodzie nie ujawni się mocna wola wolności. Wola ta dopomoże intelektowi narodowemu wybrać dogodną chwilę i wskazać sposoby skutecznej walki. Stworzenie tej woli to klucz polskiej polityki narodowej.

W owych czasach nie myślał w ten sposób nikt. I wielkie, a mocne słowa Krzemińskiego, wygłoszone słabym, starczym, monotonnym głosem dziwnie zaginęły bez echa wśród zebranych…

Czas jakiś próbowano ożywić wymianę zdań i ułatwić zbliżenie się radykalii warszawskiej przez utworzenie „Klubu”. Były to dyskusyjne wieczory, urządzane periodycznie w większych mieszkaniach. „Klub” ten od razu wypełnił się dyskusją sympatyków PPS i SDKPiL, dwu ówczesnych prądów naszego socjalizmu. Tu zwolennicy SD święcili dyskusyjne tryumfy. My partyjnicy, ze względów konspiracyjnych, nie mogliśmy, uczęszczając tam, zabierać głosu. Stanowiska też naszego bronili, przeważnie bardzo słabo, sympatycy, których przeciwnicy z Krzywickim, Koszutskim, Stanisławem Posnerem, Łypacewiczem na czele gnębili argumentami „naukowego socjalizmu” okrutnie. Dochodzili też oni do absurdów. Raz np. Stanisław Koszutski, przy oklaskach znacznej części audytorium, wygłosił zdanie – „Dziś dążenie do niepodległości Polski to zawracanie Wisły kijem”… Klub ten jednak nie utrzymał się długo.

Z prywatnych domów „radykalnych” bywałem często u „Selimów” Władków Bukowińskich, znajomych moich jeszcze z Radomia.

W niedzielę można tam było spotkać wybór intelektualnego pierwiastka Czerwonej Warszawy. Bywali tam Berentowie: Wacław i Jan, pp. Żeromscy, Sieroszewski, Niemojewski, pp. Pieńkowscy, Ignacy Matuszewski, Świętochowski, później Przybyszewski. Sieroszewski i Przybyszewski przeistaczali się w tym właśnie czasie po zdobyciu sławy u obcych w pisarzy polskich. Piękną niezwykle postacią była pani domu, radomianka, córka „profesora obojga kaligrafii” Pinki, jako uczennica gimnazjum przyjmowała żywy udział w ruchu kółkowym, oddziałując na mocno wówczas kosmopolityzmem zatrącających kolegów w duchu patriotycznym. Jedna też z pierwszych radomianek udała się na uniwersytet do Genewy. W czasach, o których piszę, pani Selimowa – jeszcze bardzo piękna kobieta, o dużych, wymownych oczach – brała wszystkich gości serdecznością obejścia, inteligencją, wesołością. Wiele też można było nauczyć się i dowiedzieć na tych niedzielach, a spędzało się czas swobodnie i wesoło.

Z osób mniej lub więcej blisko związanych z ruchem rewolucyjnym wówczas muszę jeszcze wymienić tu charakterystyczną postać dr. Rafała Radziwiłłowicza. Któż go wówczas nie znał w Warszawie? Wielka inteligencja, gruntowne wykształcenie, a przede wszystkim swoisty wytworny dowcip, połączony z niezwykłym darem savoir-vivre’u czyniły go pożądanym w stosunkach towarzyskich. Takt życiowy, spokój, nobliwość w każdym calu, tradycje starego bursza z arystokratycznych korporacji studenckich w Dorpacie pasowały „Dra Rafała” nieodzownym superarbitrem, sędzią lub sekundantem, stosownie do stanowiska społecznego czy też znaczenia w opinii szermierzy – wszystkich nieomal głośniejszych ówczesnych spraw honorowych… Złote zaś serce, prawość bezkompromisowa, „porządność” bez skazy, a przede wszystkim idealizm wzniosły i niezachwiana wiara w lepszą przyszłość, której mimo woli udzielał otoczeniu – kazały go kochać każdemu, co się doń zbliżył. Z przekonań był „Dr Rafał” dziwaczną mieszaniną zachowawczych zasad, dochodzących do zdeklarowanego monarchizmu, z demokracją szlachecką starej daty. Nowoczesne jednak życie i prądy rozumiał i odczuwał doskonale. Że zaś w dodatku temperament i będąca właściwością jego charakteru jakaś ambicja ciekawości i udziału we wszystkim, co się dzieje, ciągnęły go do partii czynu, więc jakoś przylgnął do PPS.

Wraz z matką, starą działaczką jeszcze czasów powstania Styczniowego, i siostrą – Stefanową Żeromską – „Dr Rafał” duże usługi oddawał jako jeden z najbliższych i najczynniejszych sympatyków partii. Tu podkreślić należy, że swymi wskazówkami i oddziaływaniem na opinię sfer psychiatrycznych zajmował wówczas stanowisko naczelnego lekarza szpitala dla obłąkanych w Tworkach – „Dr Rafał” wiele dopomógł do wykradzenia dzisiejszego marszałka Piłsudskiego z więzienia.

Z bliższych sympatyków PPS, poza wymienionymi dawniej, muszę jeszcze podkreślić tu profesorostwo Sujkowskich, Gródeckich, „Małżonków” – Gulińskich – i Zofię Bassakównę, bardzo ładną filozofkę, ku podziwowi towarzyszy „studiującą Kanta”, a przy tym czynną w pracach pomocniczych techniki partyjnej i rodzinę ekonomisty Zygmunta Herynga… Oczywiście, musiało być ich o wiele więcej. Piszę jednak wyłącznie o tych, których znałem osobiście.

Oryginalnym typem był prof. Sujkowski. Żywy, z temperamentem i swoistym dowcipem, gadatliwy szlachcic mazowiecki, jakby żywcem ze starych powieści wycięty. Temperament jego oraz pewna nierówność charakteru narażały go czasem na zajścia. Jako specjalista geograf – zdolny i obdarzony fenomenalną pamięcią, a przy tym darem słowa i talentem pedagogicznym, był poszukiwanym we wszystkich szkołach i kompletach, mimo szczere i często jaskrawe podkreślanie swego radykalizmu i zwyczaju „mówienia prawdy w oczy.” Żona jego, siostra towarzyszki „Klary”, pełna kultu dla tradycji powstańczych, całkowicie oddana była idei niepodległości. Oboje zaś Sujkowscy, jak zresztą wszyscy sympatycy, ze stoicyzmem i pogodą znosili konsekwencje swych stosunków z partią: ciągłe rewizje, znaczne nieraz ofiary pieniężne, zabierania mieszkania na „składy”, „randki”, „zajazdy” itd. Przeciwieństwem – o ile chodzi o usposobienie – Sujkowskiego był drugi „kijowiak” przyrodnik – J. Gródecki – zawołany pedagog, sumienny pracownik, lecz zgryźliwy sceptyk. Pani Gródecka ładnie bardzo grała na fortepianie i stąd bardzo przez „Marię” oszczędzana w technice, „bo nuż trzeba będzie zużytkować na jakimś raucie monstre”, a może da recital na więźniów…

Natomiast trzeci z wybitniejszych „kijowiaków” ówczesnych – również przyrodnik, zdolny fizyk, późniejszy rektor Wolnej Wszechnicy – St. Kalinowski, ku zmartwieniu naszemu wciąż trzymał się przywiezionych z Kijowa sympatii „esdeckich”. Z SD warszawską zresztą nie utrzymywał stosunków. Ostoją „esdeckiej” opinii – poza Krzywickimi, którzy zresztą, a przynajmniej sam Krzywicki, z wolna zbliżali się do PPS – był bardzo sympatyczny poza tym dom pań Marchlewskich, nieprzejednanych w swym krytycznym stosunku do PPS.

Luźniej trochę z „techniką” partii związane były panie Gizbert-Studnickie – matka i siostry towarzysza „Veto”. W mieszkaniu ich był zawsze „skład zapasowy” – na wypadek zaszpiclowania główniejszych składów.

Do radykalnej inteligencji zbliżali się również i „samotnicy”. Takim np. był prof. Ignacy Radliński, od razu ujmujący każdego swoją serdeczną prostotą, następnie jednak onieśmielający wręcz ogromem wiedzy i oryginalnością myśli. Był również takim prof. Nałkowski Wacław, geograf, człowiek wielkiej wiedzy, myśliciel samodzielny, lecz typ „czełowieko-nienawistnika” rosyjskiego w każdym calu. Zdaniem jego typ „człowieka-krypto-świni” zapanował w obecnym społeczeństwie wszechwładnie po zgnębieniu człowieka prawdziwego i powoli asymilował ze sobą rozpowszechnione typy ludzi – „świnio-byków”, „ludzi-płazów”, „ludzi świnio-płazów” itd. Do tych „samotników-radykałów” zaliczam również wroga wszelkich kompromisów i stąd przez całe życie nędzarza, przyrodnika o wybitnie samodzielnym myśleniu – Kurcjusza. Wspomnę jeszcze Cezarego Jellentę – człowieka o wysokiej kulturze artystyczno-literackiej, a dziwacznie cygańskim usposobieniu… A było jeszcze wielu, bardzo wielu innych, których spotykałem dorywczo, bądź na zebraniach „ideowych”, bądź też w towarzystwie…

Jest rzeczą charakterystyczną, że ówczesne koła inteligenckie, patriotyczno-radykalne, mimo posiadania w swoim środowisku wielu wybitnych jednostek, nie potrafiły wytworzyć jakiegoś zwartego zespołu, który by zaważył jeżeli nie na partyjnych ugrupowaniach, to przynajmniej na ówczesnej polskiej myśli politycznej. Zespół taki miałby gotowy ciąg dalszy i rezerwuar sił w postaci patriotyczno-radykalnych korporacji studenckich, jak „Spójnia” uniwersytecka, „Zjednoczenie” politechniczne w jego początkach lub też emigracyjny „Związek Towarzystw Młodzieży”, powstały wskutek rozłamu w opanowanym przez ND „Zjednoczeniu Towarzystw”. Prace, nieraz wydatne, szeregu dzielnych i ofiarnych jednostek, częścią poszły na partyjne potrzeby endecji, częścią rozproszkowały się i znikły bez śladu.

Z ożywczego prądu, jakim w zatęchłe stosunki nasze w połowie lat osiemdziesiątych XIX w. wionęła Liga Polska – po latach mniej więcej dwunastu pozostały tylko dwa skrajne kierunki: socjalistyczna powstańczość PPS i ugodowy nacjonalizm, ku któremu wyraźnie szła już wówczas Narodowa Demokracja. Środka, który by łączył w sobie ideologię czysto niepodległościową z taktyką polityki realnej, brakło. Nieraz zastanawiałem się nad przyczyną tego zjawiska. Przychodziło mi na myśl, że może w masie inteligenckiej, mogącej stworzyć ten kierunek, brakło w decydującym okresie człowieka, co by mógł rolę taką odegrać w centrum, jak Piłsudski na lewicy, a Dmowski na prawicy żywiołów niepodległościowych.

Człowiekiem, który to doskonale rozumiał i którego przekonania i cała działalność kwalifikowały na takiego wodza, był założyciel „Głosu” i jeden z ideowych twórców nowoczesnej demokracji polskiej – J. K. Potocki.

W czasach, które tu wspominam, była to jedna z najwybitniejszych postaci radykalnej Warszawy, mimo że siły i energia „Bohusza”, jak go nazywaliśmy powszechnie, były już wyczerpane zupełnie.

Przybył on z Kresów w końcu lat siedemdziesiątych i po ukończeniu nauk matematyczno-fizycznych na tutejszej wszechnicy zaaklimatyzował się w Warszawie, zarabiając na życie publicystyką, w której, jako samodzielny umysł i bojowy temperament, od razu pokazał lwi pazur w „Przeglądzie Tygodniowym” i „Prawdzie”, oraz lekcjami na pensjach żeńskich i po szkołach prywatnych. Na młodzież wywierał wpływ ogromny i, mimo wybitnie brzydkiej powierzchowności, sarkazmu i niezliczonych dziwactw, był przez uczniów i uczennice niezmiernie lubiany. Lekcje całe, z uszczerbkiem zresztą dla matematyki i fizyki, które wykładał, poświęcał pogadankom i dyskusjom, rozwijającym umysły i serca. Matematyk z wykształcenia, żyjący wśród wszechwładzy pozytywizmu – Potocki był idealistą krańcowym, równocześnie zaś bezlitosnym krytykiem wszelkiej obłudy, fałszu i „mazgajstwa”. Demokrata i postępowiec – był on równocześnie patriotą czynu; jako taki gorąco przeciwstawiał się hasłu: „głową muru nie przebije” w stosunku do niewoli politycznej. Poza artykułami idee swoje propagował wierszami, których pod różnymi pseudonimami drukował mnóstwo – a których znacznie więcej krążyło w odpisach. Alegoryczno-patriotyczne wiersze: „Któż zbudzi cię kiedyś, królewno zaklęta?”, „Świt”, „Sen Grzeli” – były niezwykle wśród młodzieży popularne, a dziś – po trzydziestu latach – jedna z wybitniejszych zresztą uczennic „Bohusza” deklamowała mi ulubiony wówczas – przez młodzież – przemiły protest poetyczny przeciw pozytywistycznej wyłączności kultu tzw. rozsądku w życiu:

O, nie mówcie sami sobie,

Że, prócz wiedzy, wszystko czcze,

W ludzkim tonie serce bije

I o prawa walczy swe…

Cóż po wiośnie, skoro minie

Bez tęczowych barw i woni?…

Cóż z młodości, gdy w dniach swoich

Tą gorączką się nie spłoni?…

Sarkazmem – zwalczał „Bohusz” pracę organiczną:

Gdy darmozjadów sytych garść nieliczna

Pracą milionów ludzi się zbogaca,

Oto jest, bracie, praca organiczna,

Oto jest, bracie, organiczna praca.

Lecz nie znosił również i skarg patriotycznych. Dostało się też i zacnemu Stanisławowi Krzemińskiemu, którego książce: „Dwadzieścia pięć lat Rosji w Polsce” – jak się wyraził „Bohusz” – brakuje tylko stryczka przy każdym egzemplarzu, ażeby czytelnik po przeczytaniu powiesił się – tak jest beznadziejną…

Sam „Bohusz” widział zbawienie Polski w demokratyzacji jej kultury. Przyszłość narodu leżała, jego zdaniem, w chłopie. Ludowcem był szczerym i bezwzględnym, przy czym nie było w nim śladu wpływów „narodniczestwa”, którym mocno zatrącał np. J. L. Popławski, najbliższy jego współpracownik. Ironizował również „Bohusz” wiarę w monopol konspiracji w naszym życiu politycznym. Zdaniem jego demokratyzacja mas ludowych musi być automatycznie połączoną z polityczną walką codzienną a stałą. Ta różnica poglądów na konspirację, a nadto mocny pierwiastek patriotyzmu w poglądach Potockiego rozdzieliły go z działaczką socjalistycznego „Proletariatu”, Marią Bohuszewiczówną [6], którą ukochał gorąco.

„Głos” – założony przez „Bohusza” – był przełomowym momentem polskiej myśli demokratycznej w zaborze rosyjskim. Sprawy stawiał na ostrzu noża – nie obawiając się razić własnych rodaków. Hałas powstał niesłychany po śmiałym np. artykule Bohusza: „Klerykalizm pański a wiara ludowa”, lub po ostrej krytyce Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności. „Bohusz” był duszą pisma i zgrupowanej koło niego garści nowatorów. Sam pracował nad siły: wypełniał „Głos” artykułami naukowymi i politycznymi, w felietonach „Bez obłudy” chłostał wszelką miernotę i zło w społeczeństwie, a nadto tłumaczył dla dodatków miesięcznych dzieła naukowe. Zdzierał się też powoli ten niepospolity umysł, rozmieniony na drobiazg, z trudnością, choć stale, opracowując oryginalne dzieła treści społecznej…

Przyszły lata 1891-94. Warszawa stała się wtedy widownią słabych, niemniej pierwszych od powstania manifestacji patriotycznych. Po „Kilińszczyznie” nastąpiły represje. Grupa „Głosu” została aresztowana nieomal w całości. „Bohusz” znalazł się w X Pawilonie, gdzie poważnie zapadł na zdrowiu. Chorego zesłano do Odessy, skąd właśnie w 1897 r. powrócił, złamany zupełnie. Siwy, mimo 44 lat wieku, nieomal zupełnie, zgarbiony, tracił wzrok, twarz cała poorana zmarszczkami i z wyrazem przygnębienia. Przede wszystkim zaś podupadł na duchu, zneurastenizowany trapiącą go chorobą, którą się aż do dziwactwa przejmował… Do głębi wstrząsnęło nim zwycięstwo ugody w opinii kraju i entuzjazm Warszawy podczas pobytu carskiej pary w r. 1897… Sam też jeden rozpoczął energiczną walkę z prądem ugodowym. Wydaje kilka broszur, pisanych z wielkim talentem polemicznym. W niezmiernie dowcipnych „Listach otwartych do Ks. Uchtomskiego” – protektora ugody z strony rosyjskiej – nicuje całą fantastyczność pogodzenia Polski z Rosją. W „Programie Ugodowym” wykazuje znowu nieszczerość ugodowców względem własnego społeczeństwa. Jako „Kresowiec”, „Bohusz” zyskuje też wtedy nowy rodzaj sławy – „pisarza nielegalnego”.

Następnie, w roku 1898 zaczyna wydawać nielegalne pisemko „Walka” o kierunku patriotyczno-radykalnym. To mu się mniej udało. Nie mógł on wytknąć sobie wyraźnej dyrektywy w kwestiach społecznych, co zmuszało go do ciągłego błądzenia od ND do PPS i narażało na napaści z obu stron… Ludzi koło siebie skupić już nie miał siły. Na dawnych swoich towarzyszy i uczniów, którzy szli coraz bardziej na prawo, stracił wpływ. Gryzło go to – coraz częściej opuszczał go zwykły swoisty, choć później już nieco zgryźliwy humor i dowcip. Natomiast zjawiły się nieznane dawniej pesymizm i narzekania. Zawsze jednak zachował „Bohusz” trzeźwy sąd i oryginalność poglądów, oparte na gruntownej wiedzy i głębokim przemyśleniu wszelkich zjawisk życiowych. Nie opuszczała go też dobroć. Obcowanie z nim, zwłaszcza dla młodzieży, było niezwykle pouczające i miłe.

Jakoś w jesieni 1898 r. „Bohusz” zeszedł z widowni bardzo pięknie i w sposób oryginalny… Zmęczony życiem i coraz bardziej słabnący fizycznie wyszedł wczesnym rankiem z domu i nie powrócił więcej… W jakimś nieznanym miejscu w tajemniczy sposób odebrał sobie życie, nie pozostawiając żadnych śladów. Poszukiwania, przedsięwzięte energicznie, nie dały żadnych rezultatów. Bez nekrologów, wspomnień i mów pogrzebowych zniknęła ze świata jedna z wybitniejszych postaci ostatniego okresu naszej niewoli. Utkwiło mi w pamięci rzewne pożegnanie „Bohusza” przez Żeromskiego w dzienniczku Joasi z „Ludzi Bezdomnych”…

„Mgła coraz gęstsza już nie spada, lecz wali się zewsząd, lgnie do murów, pełza, rozciąga się, kurczy i pływa w przestrzeni, jak lotne błoto. Czyż to mgła? Serce stęka z duszącej bojaźni. Zda mi się, że to coś obłudne wzięło na się postać mgły, że to coś bada ziemię, siedliska ludzkie, zagląda do okien i patrzy w nie, usiłując zobaczyć struchlałe serca. To śmierć.

…I oto tam, w tych mokrych falach przesuwa się i znika mała, obdarta postać mojego starego, mojego kochanego nauczyciela, Mariana Bohusza. Szarpie ją wicher, osacza przebiegłe zimno, ostatni goniec ziemi, siedliska zbójców. Biegnę za nim myślami po jakichś bezdrożach, po miejscach samotnych, opustoszałych, gdzie na nieszczęśliwych ludzi śmierć cierpliwa wyczekuje; szukam go i ścigam nad brzegami rzek, w nurtach i w głębiach iłu wodnego, między trzciną zeschniętą, w szuwarach i szkarpach wodnych. Gdzież jest ten dół śmierci, w którym zgasiło się to serce najbardziej czułe, serce na miarę niewidzianą i niesłychaną, spalone od uczuć wiecznych.

Cieniu bolesny!”…

Dziś o „Bohuszu” zapomniano zupełnie. A zapomnieli przede wszystkim o nim jego uczniowie i epigoni, co z wyżyn stworzonej przezeń przede wszystkim narodowo-demokratycznej ideologii polskiej zeszli w ciasnotę przejętego od obcych nacjonalizmu.

Jeżeli „Bohusz” mimo swą twórczość ideologiczną nie miał wówczas sił ani danych na wodza, to wszelkie dane – prócz, niestety, tej właśnie twórczości ideologicznej – posiadał ówczesny największy bez kwestii autorytet inteligencji radykalnej – Aleksander Świętochowski.

Dziś, gdy ze wzruszeniem ramion przerzuca się niedzielne „liberum veto” w „Gazecie Warszawskiej” i odczuwa żal szczery, iż w tej wspaniałej oprawie mistrz słowa polskiego rzuca bezsilnie błoto, jad i ślinę jakiejś pokracznej, niewytłumaczonej nienawiści, trudno jest wyobrazić sobie kult, z jakim przed ćwierć wiekiem czytano każde „liberum veto” „Posła Prawdy” – tak się podpisywał Świętochowski.

Miał on wówczas wielbicieli bezgranicznych. Do takich np. należeli oboje Bukowińscy, Wacław Sieroszewski, a zwłaszcza siostra jego – Paulina – kończąca wszelką krytykę Świętochowskiego awanturą. Przede wszystkim zaś St. Michalski. Z właściwym sobie w tym czasie entuzjazmem Michalski słów nie znajdował na określenie wartości moralnych Świętochowskiego i jego potencjalnej potęgi jako wodza narodu. „Boże! gdyby ten człowiek chciał tylko!”. W okrzyku tym streszczał „Pan Stanisław” swoje uwielbienie. Jak sam oświadczał, w największym zwątpieniu, w najcięższej depresji czuł się po rozmowie z Świętochowskim – jakby odrodzonym i pełnym wiary.

Kult też Świętochowskiego niepodzielnie panował w kołach inteligenckich zostających pod wpływem Michalskiego. Przy Świętochowskim też jako wodzu w walce o wolność myśli i prawa człowieka w Polsce stała „czerwona” młodzież.

Z drugiej strony trudno dziś wyobrazić sobie, jak strasznie nienawidziły „Pana Świntuchowskiego” koła reakcyjne. Był to „mason”, „parobek żydowski”, „szatan”, „rewolucjonista”, „komunista”, „nihilista” i „bardzo wątpliwy patriota, jeżeli nie wprost narzędzie moskali” w jednej osobie.

W każdym jednak razie tak krańcowe sądy i uczucia, jakie wzbudzał, świadczyły o jednym, że był niewątpliwie jednostką wyrastającą nad współczesnych. I tak było w istocie.

Miał on za sobą przede wszystkim koło trzydziestu lat walki o wolną myśl polską, o zeuropeizowanie polskiego intelektu i o rozsadzenie rodzimego „czerepa rubasznego”, co wespół z niewolą polityczną unieruchomił na długo rozwój społeczny i kulturalny narodu. Miał tradycję odwagi cywilnej, którą nie grzeszyliśmy zbytnio nigdy, a przede wszystkim był najwybitniejszym z wodzów postępu warszawskiego, któremu zarzucić można wiele, ale który też i wiele uczynił. Do tych dawnych wartości przybywały nowe. Tymi nowymi wartościami były jego wystąpienia, związane ze zwrotem w poglądach politycznych. Entuzjazm kół radykalnych wywołało np. bardzo piękne „liberum veto” – zatytułowane: „Opadające liście”. Cenzura puściła je niebacznie w trakcie największego upojenia ogółu tryumfem haseł ugodowych po odjeździe cara z Warszawy i udzieleniu pozwoleń na pomnik Mickiewicza i Politechnikę. „Opadające liście”, oddające wybornie, acz w symbolicznej formie – Świętochowski zawsze w tym celował – ból obywatela-człowieka nad upadkiem bezmyślnego stada ludzkiego – zatarły całkowicie fatalne „Wskazania polityczne” [7], „Błędne koła” itp. enuncjacje polityczne, które, mimo kilkunastoletniego przedawnienia, pamiętano i wypominano Świętochowskiemu. Reszty dokonało zbliżenie się jego do kół konspiracyjnych w pracy oświatowej… Zaczęto tam naprawdę widzieć w nim przyszłego wodza. Dopomagały temu sama powierzchowność i wzięcie „mistrza Aleksandra”. Wspaniała postać, piękna dumna twarz, okolona wieńcem siwych długich włosów i brody, wyniosłe spojrzenie, a nadto niezwykły dar słowa, oddziaływały fascynująco. Nigdy nie zapomnę mocnego wrażenia, jakie Świętochowski wywarł na mnie swoją powierzchownością, gdy przemawiałem jako przedstawiciel młodzieży przy wręczeniu mu jubileuszowej książki „Prawda”. Widziałem go wówczas pierwszy raz w życiu i pomimo dość wesołego usposobienia, które pomagało mi w wielu kłopotliwych sytuacjach, ledwiem siebie opanował. Zebrał się kwiat ówczesnej inteligencji warszawskiej… Przemawiali przede mną: Adam Pług, Stanisław Krzemiński, Stanisław Posner, Andrzej Niemojewski, Sieroszewski… Miałem więc czas i przygotować się, i opanować tremę. Gdy jednak z kolei zacząłem krótką improwizowaną przemowę, zatraciłem się całkowicie… Wirowało mi wszystko przed oczami… Wspaniała broda „mistrza Aleksandra” kołysała się przed oczami, ujęta w jakieś impresjonistyczne kreski, wyniośle na mnie, marnego robaka, z zaświatów spoglądały jego oczy… Odczuwałem coś niepojętego i nieodczuwanego nigdy więcej w życiu… Dodam zresztą, że, jak mówiono, mowę swoją wyrecytowałem całkiem nieźle i w treści, i w formie… Otóż to wrażenie nieskończonej wyższości swojej, jak się później zorientowałem, Świętochowski wywierał na bardzo wielu. Tchnął on potęgą.

I u bardzo niewielu ten urok pryskał… Niełatwo było dojrzeć skazy na tym posągu. A przecież były, i to takie, które stopniowo doprowadziły tego niezłomnego arystokratę ducha i tytana myśli do dzisiejszego stanu zgryźliwego rzecznika nienawiści, właściwej motłochowi i chamstwu. Mnie np. dość szybko uderzyła jedna cecha umysłowości Świętochowskiego: absolutny zanik zdolności myślenia kategoriami politycznymi i zanik nawet zmysłu politycznego. Ten wspaniały, górujący nad pokoleniem swoim intelekt zawsze był zupełnym analfabetą politycznym. Było też coś dla mnie niespodzianego jako objaw ciemnoty ogólnej, gdy w roku 1906 Świętochowski został postawiony jako kandydat na posła do Petersburskiej Dumy z Warszawy przez całą „radykalię” stolicy. Co gorsza, sam on nigdy tej swojej wady organicznej nie wyczuwał i nie rozumiał. Działalność też polityczna „mistrza Aleksandra”, a zwłaszcza jego enuncjacje polityczne, począwszy od „Wskazań politycznych”, a kończąc na występach o treści „Choćby pod jednym knutem”, zawsze będą pokrzywami, rozproszonymi w wieńcu sławy tego, bądź co bądź, wielkiego człowieka i wybitnego umysłu.

Drugą jego cechą był brak serca. „Wielki umysł, lecz człowiek bez serca” – tak określało go już wówczas wielu, a Gustaw Daniłowski ośmielił się wypowiedzieć to nawet w sonecie „Dzwon”, ogłoszonym w czasie jubileuszu Świętochowskiego. I w ogóle pepeesowcy nie wierzyli Świętochowskiemu. „To bankrut” – zakonkludował „Władek”, gdy przekonywałem go o potrzebie wejścia w ściślejsze stosunki ze Świętochowskim, jako, bądź co bądź, wodzem żywiołów postępowych, i zaznaczałem zwrot w jego poglądach na konspirację. „Świętochowski zbankrutował na swojej ideologii zupełnie. Teraz skłania się do tego, co było dla niego głupotą, a kto wie, czy jeszcze nie przerzuci się do tego, co było dla niego wrogiem? Po bankructwie zanadto często idzie nawrócenie” – mówił, jakby w przeczuciu „Władek”.

Stosunki jednak Świętochowskiego z PPS – znacznie zresztą później, w r. bodaj 1902-03 – nawiązały się. I, jak dla ironii, tego samego „Władka”, gdy zbiegł w czasie drogi na Sybir, Świętochowski czas jakiś przechował w swoim majątku – Brzezinach. Przyjaźń jednak nie trwała długo. Nadeszła rewolucja. Stanowisko, jakie Świętochowski zajął wobec strajku szkolnego, oburzyło sfery rewolucyjne. Z drugiej strony Świętochowski, o ile pamiętam, został dotknięty artykułem Kazimierza Kelles-Krauza „Wodzowie”, który puściliśmy w redakcji „Kuriera Codziennego”, utrzymującej kontakt z partią. Stosunki ochłodły, a następnie Świętochowski stanął wobec PPS wrogo.

Nie mógł zresztą stać się on wodzem radykalii niepodległościowej i dlatego również, że w ogóle zawsze niepodległościowa polityka była dlań przeżytkiem romantyzmu, a realne w jej duchu prace – głupstwem i donkiszoterią. Od pierwszych swych występów publicystycznych w okresie reakcji popowstaniowej Świętochowski głosił beznadziejność separatyzmu i konieczność łączności z Rosją. W czasie też rewolucji 1905 roku stał się sztandarowym człowiekiem demokracji postępowej, stronnictwa ugodowego pod względem państwowym – a widzącego przyszłość Polski w porozumieniu z liberalizmem i radykalizmem rosyjskim. Skończył wreszcie jako pisarz urzędowy endecji, której istotę przez całe życie zwalczał.

Dla mnie Świętochowski istnieje zawsze jedynie w swej postaci sprzed ćwierćwiecza. Mocny, śmiały bojownik prawdy i niezłomny arystokrata ducha.

I z wieku, i z urzędu za kandydata na wodza ówczesnej Czerwonej Warszawy powinien był być uważany również i

„jeden z ostatnich, a może ostatni

z tych, co marzyli, widzieli i chcieli”…

Mówię, jak można się domyślać z epitafium na jego pomniku powązkowskim zamieszczonego, o Stanisławie Krzemińskim, jednym z założycieli spisków przedpowstaniowych, a następnie członków Rządu Narodowego z powstania styczniowego.

Była to najbardziej może świetlana postać z ludzi, których wśród swego – dość w każdym razie urozmaiconego – życia spotkałem. Niby mucha w bursztynie – według obrazowego określenia Świętochowskiego – Krzemiński w całości przechował się jako typ epoki romantyzmu ze wszystkimi jej cechami dodatnimi, a wstrzymanymi w promieniowaniu na innych przez mroźne stosunki czasów późniejszych. Był to człowiek o najgłębszej chyba wiedzy humanistycznej z całego ówczesnego literackiego świata Warszawy, a jednocześnie nikt mniej od niego tego ogromu wiedzy nie potrafił wyzyskać. Jedyny np. w tych czasach w Polsce gruntowny znawca dziejów i prac Stanisława Konarskiego oraz Komisji Edukacyjnej, mający co do spraw tych mnóstwo materiałów i w pamięci, którą miał fenomenalną, i u siebie w bibliotece, napisał dwie małe broszurki popularne. Niepospolity i gruntowny znawca dziejów myśli polskiej, cytujący z pamięci wszelkich pisarzy i publicystów, rozdrobnił się na tysiące artykułów, recenzji lub wreszcie notat w Encyklopedii. Niepośledni wreszcie znawca spraw politycznych, samodzielny myśliciel, w rozmowach zapładniający umysły mnóstwem spostrzeżeń i wniosków – nie zostawił po sobie żadnego, choćby naszkicowanego dzieła z tej dziedziny, którego pokolenie ówczesne bardzo a bardzo potrzebowało.

Pamiętam, że mimo głęboki kult, jaki dla niego miałem, mimo wdzięczność za tysiączne korzyści, jakie odnosiłem z obcowania z nim – dość powiedzieć, że on mnie skłonił do studiów nad rokiem 1863 i obraz epoki oraz ówczesnego świata ideowego z rozmów z nim wyniosłem wyraźniejszy niż ze wszystkich przeczytanych w tej dziedzinie dzieł – irytował mnie Krzemiński. Tak były nieproporcjonalne jego zawiędła postać przedwcześnie postarzałego, nieśmiałego i nieumiejącego sobie radzić typowego „niedołęgi życiowego” i ogrom jego wiedzy oraz charakteru i przeszłość. Patrząc, np. jak nieudolnie przewodniczył na jakimś posiedzeniu większym lub jak nieśmiało zabierał głos, z którego korzystano więcej niż ze wszystkich innych, wygłaszanych z emfazą i pewnością siebie, diabli człowieka brali na myśl, że oto ten sam Krzemiński, trzydzieści lat temu od początków ruchu narodowego aż do chwil jego ostatnich stał w pierwszych szeregach, że przez lat parę pozostawał pod grozą szubienicy, że jedyny bodaj z wodzów powstania pozostał w kraju, przeczekał burzę i oto lat już trzydzieści przeszło trwa mimo klęski i niepopularność jego niezmiennie na stanowisku, zajętym w zaraniu ruchu, którego powstanie styczniowe było punktem kulminacyjnym.

Jeżeli można znaleźć symbol największej tragedii Polski porozbiorowej – tej samotności patriotyzmu czynu, tego rozdrobnienia myśli i ducha narodowego, jakie cechowało zwłaszcza pokolenia ostatnich lat XIX wieku – to symbolem tym był przede wszystkim Stanisław Krzemiński. Krążył on wówczas samotnie wśród pokolenia, w którym już działali zarówno Dmowski, jak Piłsudski, nierozumiany przez tych i niezdolny do wpływów na odradzającą się polityczną myśl polską, której tyle swoistych i najpiękniejszych pierwiastków dać był w możności.

Nowych kierunków Krzemiński nie rozumiał, a może raczej obawiał się ich. Rozwój demokracji polskiej kończył się dlań na Towarzystwie Demokratycznym z r. 1836, „które zawiera w sobie i wszystkie racjonalne postulaty socjalizmu, bez jego nienawiści i anarchii”. PPS nie ufał i widział w niej – pod wpływem, jak mi się zdaje Tadeusza Korzona, kompletnego na tym punkcie maniaka – nihilizm. Narodową Demokrację uważał za odstępstwo od ideałów narodowych wobec stanowiska „Przeglądu Wszechpolskiego” względem powstań naszych oraz z powodu antysemityzmu, do którego czuł wstręt.

Jeszcze jedno cechowało tego pogrobowca „tych ostatnich w bieli”: wielka odwaga. Nie usuwał się on od żadnej poważnej akcji – występował z ochotą na ,,Listopadówkach” i „Styczniówkach” młodzieży, wypowiadał zdania śmiałe i podkreślał swoje bezkompromisowe stanowisko względem najazdu na każdym kroku. Jeden wreszcie z bardzo nielicznych literatów ośmielał się on drukować artykuły polityczne w prasie zakordonowej. Jako zaś „Narrans” od bardzo dawna był stałym korespondentem „Nowej Reformy” krakowskiej. Artykuły te i korespondencje cieszyły się wielką wziętością, styl zaś ich i treść, pełne wiadomości, gruntowne, a mimo to proste, przed każdym znającym Krzemińskiego – demaskowały autora.

Stanisław Krzemiński był poniekąd łącznikiem między pokoleniem ówczesnym a powstańcami 1863 roku, którzy samotnie snuli się wśród nas, obcy nam zupełnie. I trzeba przyznać, że nie myśmy byli winni. Szukaliśmy kontaktu z nimi często. Śmierć zasłużonych w powstaniu osobistości była hasłem do manifestowania sympatii ku tej epoce ze strony młodzieży. Pamiętam np. imponujące wręcz powagą i porządkiem tłumy młodzieży na pogrzebie Jakuba Gieysztora lub cześć dla Stosława Łaguny, tłumne nabożeństwo u św. Krzyża po śmierci Adama Asnyka itd. Odsuwali się w cień i jakby wstydzili się przeszłości swej sami weterani. Pamiętam zacnego Leopolda Czapińskiego – wówczas literata i Sybiraka, a ongi dowódcę partii i jednego z najbliższych Mierosławskiemu. Wiadomości o szczegółach powstania i spisków udzielał niechętnie – wymagał, aby nie ujawniać wielu rzeczy, o których mi opowiadał… Również niechętnym pod tym względem był Henryk Wohl – skarbnik Rządu Narodowego, później długoletni, tak samo jak Czapiński, Sybirak, przyjaciel Narcyzy Żmichowskiej. Nawiązywane rozmowy o powstaniu przerywał stanowczym „nie mówmy o tym lepiej”.

Zajmując się z zamiłowaniem studiami nad epoką powstania, udałem się kiedyś do współtowarzysza ongiś w białostockiej organizacji powstańczej mego ojca, a następnie na emigracji, jednego z pierwszych socjalistów polskich – Hodiego (J. Tokarzewicza). Na próżno! Staruszek ze mną – ani jako z synem powstańca, ani jako z socjalistą – rozmawiać nie chciał. „Młody Pan jesteś – myśl Pan lepiej o przyszłości – Myśmy skończeni”! Najlapidarniej zaś urwał dyskusję jeden z moich znajomych, ongi porucznik partii Bossaka, w tym zaś czasie obywatel wiejski, kuzyn Bukowińskich. „Chcesz Pan znowu brać w d… to pan bierz sam. Ja mam dosyć”… Ta pewna niechęć do świetnej swojej przeszłości cechowała wszystkich bez wyjątku moich znajomych weteranów powstania. Po trochu nie był od niej wolny i sam Krzemiński. Co więcej – nie interesowano się tą przeszłością. Czapiński np. o zdradzie Oskara Aweydy, z którym żył bliżej na zesłaniu w Wiatce, dowiedział się dopiero ode mnie. Później zaś już mówił mi czcigodny M. Dubiecki, że kobieta tej kultury, tak w r. 1863 czynna, jak Eliza Orzeszkowa wyrażała mu wdzięczność za to, że książką swą o Traugutcie obalił te brzydkie wieści, które „u nas o Traugutcie opowiadali”. A dodajmy, że z majątku właśnie Orzeszkowej, gdzie był punkt zborny dla partii Kobryńskiej, Traugutt wyjechał na pole walki… Podobno kilkunastu weteranów zbliżało się ze sobą już wtedy jako zalążek dzisiejszego Stowarzyszenia – ale to było poza ówczesną Czerwoną Warszawą…

Na tych kilku słowach poświęconych poprzednikom naszym sprzed lat – wówczas trzydziestu – kończę swoje wspomnienia o „Czerwonej Warszawie” sprzed „ćwierćwiecza”.

Józef Dąbrowski
_________________
Powyższy tekst to cały rozdział książki Józefa Dąbrowskiego (pod pseudonimem J. Grabiec) „Czerwona Warszawa przed ćwierć wiekiem. Moje wspomnienia”, Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego, Poznań 1925. Od tamtej pory nie była wznawiana, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Jako ilustrację wykorzystano grafikę pt. „Przy kowadle”. Jej autorem jest Maurycy Lilien (Efraim Mojżesz, Ephram Moses), żyjący w latach 1874-1925 , polski Żyd z Drohobycza, sympatyzujący z lewicą (PPSD w Polsce, a po emigracji do Niemiec z tamtejszą socjaldemokracją), a później także z lewym skrzydłem ruchu syjonistycznego.

Publikowaliśmy już inny rozdział tej książki: „Czerwoni” sprzed ćwierćwiecza 

 

 

Przypisy:

1. Później wraz z Krzywickim i St. Niemyskim założyli oni postępowy i na wysokim poziomie trzymany tygodnik „Ogniwo”.

2. Stosunek nasz do Prusaków jest to stosunek do nieubłaganego wroga, stwierdza „Przegląd Wszechpolski” w nr 4, 1901 r., a dalej pisze: „Ale mrzonki słowiańskie i inne pobudki nie powinny kierować nas z deszczu pod rynnę i rzucać w objęcia drugiego wroga, bodaj gorszego, a w każdym razie nie mniej niebezpiecznego”.

3. „Polityka pruska jest dla nas równie pod pewnym względem może nawet więcej niebezpieczną niż polityka rosyjska… Wojna zwycięska dla Niemiec w starciu jakiegoś polskiego Zwischenstaatu lub w najgorszym razie przyłączenia jeżeli nie całego, to znacznej części Królestwa do Austrii, co dałoby nam w tej monarchii poważne stanowisko i dało naszej polityce narodowej silną podstawę”. („Przegląd Wszechpolski” nr 6 z 1901 r.).

4. Taki tytuł nosiła krytyka jednej z jego książek, napisana przez Kulczyckiego.

5. Było to, jak mi się zdaje, mieszkanie Dr Ciszkiewiczowej.

6. Aresztowana w r. 1886 – została deportowana do Rosji i młodo umarła na wygnaniu. Na jej pamiątkę Potocki przybrał sobie literacki pseudonim „Marian Bohusz”.

7. „Ognisko” – Zbiorowa książka na jubileusz T. T. Jeża w r. 1883.

 

 
Józef Dąbrowski (1876-1926) – urodził się w Radomiu w rodzinie urzędnika – uczestnika powstania styczniowego. Już w czasach gimnazjum sympatyzował z ideologią niepodległościowo-socjalistyczną, działał w tajnych kółkach samokształceniowych. W 1897 r. rozpoczął studia z literatury oraz historii na Uniwersytecie Warszawskim. Od początku studiów podjął działalność w tajnych grupach studenckich, wybrano go do zarządu Bratniej Pomocy i Koła Demokratycznego Młodzieży Polskiej. Był jednym z liderów protestów studenckich przeciwko hołdom składanym przez profesurę władzom carskim, w tym tzw. ziłowszczyzny. Jako lider Komitetu Centralnego Organizacji Uczniowskich doprowadził do podporządkowania tego środowiska Polskiej Partii Socjalistycznej. Od 1898 r. był aktywnym członkiem PPS, aktywistą nielegalnej „roboty” – m.in. organizował tajne drukarnie i lokale, prowadził kolportaż „bibuły”, agitował w środowiskach robotniczych, zredagował jeden numer „Radomianina”. W 1899 r. był współzałożycielem lewicowej korporacji studenckiej „Spójnia”. Autor licznych tekstów do nielegalnych oraz jawnie ukazujących się pism socjalistycznych wszystkich zaborów. Po wsypach w 1900 r. wyjechał do Zakopanego, skąd powrócił, gdy atmosfera się uspokoiła, w 1901 r. Wszedł w skład Warszawskiego Komitetu Robotniczego PPS, gdzie kierował pracami sekcji zajmującej się pracownikami rzemiosła. Wspierał tworzenie lewicowych grup młodzieżowych oraz postępowego ruchu chłopskiego. Od 1903 r. oddelegowany do Zagłębia Dąbrowskiego, gdzie w Sosnowcu kierował regionalnymi strukturami PPS. Zorganizował system przemytu przez granicę najpierw „bibuły”, a następnie znacznych ilości broni i amunicji na potrzeby partii. Zawodowo pracował jako redaktor tygodnika „Przemysłowo-Handlowy Kurier Sosnowiecki”, a w 1904 r. przeniósł się do Pabianic, gdzie objął posadę nauczyciela literatury polskiej. W 1905 r. powrócił do Warszawy, był członkiem redakcji „Kuriera Codziennego”, nieoficjalnego organu PPS. Aresztowany z tego powodu w grudniu 1905 r., osadzony na Pawiaku, a później w Cytadeli, po kilku miesiącach wydalony z Królestwa Polskiego, wyjechał do Krakowa. W 1907 r. powrócił do Królestwa i osiadł w Kaliszu, gdzie prowadził kancelarię adwokacką oraz był wicedyrektorem gimnazjum. W 1907 r. utworzył w Kaliszu Towarzystwo Oświaty im. Adama Asnyka. W tym okresie osłabły jego związki z PPS, natomiast zaangażował się w lewicujący odłam ruchu ludowego – sympatyzował z Polskim Związkiem Ludowym i współtworzył „czysto chłopskie” (bez kurateli ziemiaństwa i kleru) kółka rolnicze w ramach Towarzystwa Kółek Rolniczych im. S. Staszica. Współpracował z organem tego środowiska, tygodnikiem „Zaranie”. Został wówczas sympatykiem idei Edwarda Abramowskiego, zwłaszcza jego koncepcji kooperatywnych (spółdzielczych) jako drogi do przebudowy ustroju społecznego w duchu autentycznej demokracji i emancypacji. Na początku drugiej dekady XX wieku zbliżył się do „militarnego” stanowiska w ruchu socjalistycznym, organizował w Kaliszu wsparcie dla Związku Strzeleckiego. Po wybuchu wojny przeniósł się do Piotrkowa, gdzie był przedstawicielem Departamentu Wojskowego NKN. Działał w PON, prowadził w Łodzi akcję werbunkową do Legionów, następnie przebywał w Warszawie, gdzie organizował polityczne struktury obozu aktywistyczno-niepodległościowego. Od 1917 r. organizował polskie sądownictwo wojskowe, pracował w dowództwie I Brygady oraz w Sztabie Generalnym Legionów. Dosłużył się stopnia pułkownika. Po odzyskaniu niepodległości mianowany szefem sekcji organizacyjnej Departamentu Wojskowo-Prasowego Ministerstwa Spraw Wojskowych, następnie sędzią Najwyższego Sądu Wojskowego oraz szefem Wydziału Wyznań Niekatolickich w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Aktywny w masonerii, zajmował w niej wysokie stanowiska. Miał w dorobku liczne prace publicystyczne, programowe i naukowo-popularyzatorskie, m.in. w I dekadzie XX stulecia z S. Garlickim opublikował pod wspólnym pseudonimem „Konrad Stefański” dwie broszury programowe („Na dziś. Zadania polityki socjalistycznej w zaborze rosyjskim” i „Na dziś II. Stronnictwo czy partia” – obie miały wymowę bliską tendencji niepodległościowej, „frackiej” w PPS), w okresie współpracy z „Zaraniem” napisał broszurę programową „O ludowcach, idei ludowej i polityce narodowej ludowców”, na przełomie I i II dekady zaczął publikować książki popularnonaukowe („Dzieje narodu polskiego”, „Współczesna polska w cyfrach i faktach”), w czasie wojny napisał broszurę „Kwestia polska w ciągu stu lat”, po odzyskaniu niepodległości natomiast prace „Dzieje współczesne 1871-1914” i „Ostatni szlachcic”, a rok przed śmiercią wspomnieniową książkę „Czerwona Warszawa przed ćwierć wiekiem”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *