Ignacy Daszyński

Gdzie przewodnia droga (z refleksji amsterdamskich)

[1904]

W szóstym dniu obrad Międzynarodowego Zjazdu organizacji socjalistycznych całego świata, zebranych w Amsterdamie, zaczęto dyskusję o taktyce, jakiej ma się trzymać partia proletariatu. Spośród wszystkich przedmiotów obrad taktyka stała się najbardziej interesującym i najwięcej pochłonęła czasu w komisji. Trzy dni z rzędu od rana do nocy kipiały debaty komisji, ścierały się opinie sprzeczne najzdolniejszych i najczynniejszych ludzi pracujących dziś w pierwszym szeregu robotniczych zastępów, w przeróżnych organizacjach tej olbrzymiej różnojęzycznej rodziny ludu pracującego. Dość wymienić nazwiska Bebla, Jaurèsa, Hyndmana, Adlera, Ferriego, Plechanowa, ażeby zrozumieć wagę i znaczenie, jakie do rozwiązania zadania przywiązywano.

A jednak niepodobna zaprzeczyć, że z wielu stron odzywały się także głosy wprost przeciwne, bardzo sceptyczne, które z góry wykluczały możliwość określenia taktyki dla całego niemal ucywilizowanego świata na międzynarodowym kongresie… I sceptycy mieli w znacznej mierze słuszność.

Poszczególne narodowe środowiska, w których dążenia emancypacyjne proletariatu wywalczają sobie siłę i potęgę, to podłoża bardzo różne i bardzo swoiste. Najbardziej ogólne cechy walk społecznych i politycznych, wspólne na pozór, grają w rzeczywistości wszystkimi barwami tęczy. Szablon tu nic nie pomoże i staje się po pewnym czasie śmiesznym zabytkiem, pretensją nieuzasadnioną, odrzucaną na bok, jako szmata lub jako relikwia. W rezultacie na jedno prawie wychodzi tam, gdzie sprawę trzeba traktować jako pytanie, co dzisiaj należy robić, aby nie zbłądzić.

Ileż to szablonów wyrzucił na śmietnik ten młody olbrzym, ruch robotniczy, dążący do uspołecznienia środków produkcji, ilu złudzeń wyrzec się musiał, szukając środków dość potężnych, aby wyważyć z posad ustrój kapitalistyczny! Ile z nich dzisiaj jeszcze unosi się w powietrzu, w kurzawie nieustającej wojny między pracą a kapitałem!

Jak głębokie zaszły zmiany np. w poglądach na państwo! Od pojęcia „stróża nocnego”, który ma jedynie strzec od złodziei i morderców, aż do „państwowego socjalizmu”, czyli zagarnięcia administracji ekonomicznej narodu przez dzisiejsze państwo, musiano przebyć drogę bardzo odległą. A przecież taktyka takiej partii jak socjalistyczne organizacje zależy zasadniczo od panującego w danej chwili poglądu na istotę i zadania państwa.

Od utopijnych eksperymentów, mających na celu utworzenie „wzorowych” jednostek komunistycznej gospodarki w falansterach, gminach i spółkach, a uprawianych przez najdzielniejszych w swoim czasie ludzi – do barykad i rozcinania węzłów gordyjskich zbrojną „czarną” dłonią walczącego robotnika – do „generalnych strajków”, mających właściwie uczynić barykady zbytecznymi, iluż to środków nie próbowano!…

Co kilka lat występują modne hasła, co pewien czas jakieś lotne słowo publicysty lub polityka staje się szyboletem, ku któremu podnoszą oczy wszyscy, swoi i wrogowie. W wielkiej kuźnicy myślowej wyskakują iskry na wszystkie strony, ale i prędko gasną.

Od „rewolucji”, którą straszono filistra, przeszło wielu do bardziej łagodnych terminów jak „ewolucja”, pod którą nie wiedzieć dlaczego rozumie mnóstwo ludzi „spokojny rozwój”. Rzucano hasło „kataklizmów”, przesileń, przełomów nagłych i jaskrawych, aż wynaleziono określenia najmilsze dla lękliwego ucha, jak np. „wrastanie” kapitalizmu w socjalizm, „wydrążanie” kapitalizmu przez kolektywizm itp. grzecznostki.

A parlamentaryzm? I z tym było nie inaczej. Złuda wszechmocy rządów parlamentarnych zamieniała się w sceptycyzm, nieraz rozpaczliwy co do wagi uchwał parlamentów.

Zupełnie podobne koleje przechodziły hasła dotyczące związków zawodowych, kooperatyw wytwórczych i stowarzyszeń spożywczych.

I do dziś dnia proces ten trwa i trwać będzie dalej; partie socjalistyczne szukają wszystkich dróg nieznużenie; z dziwną sprężystością myśli tworzy proletariat coraz to nowe kombinacje taktyczne i odrzuca dawne, skoro tylko okażą się nieodpowiednimi.

Podobnie jak z hasłami taktycznymi, postępowano w tworzeniu pojęć o pewnych narodach, przeznaczonych jakoby od losu do tej lub owej taktyki, a nie nadających się rzekomo do odmiennych rodzajów walki klasowej. Barykady miały być dla Francji, konspiracje dla Włochów, a kooperatywy dla Belgii środkiem zdobywania potęgi. Anglia ze swymi niepolitycznymi trade-unionami, Niemcy z milionami politycznie dyscyplinowanych wyborców – stanowiły dla wielu dwa jakieś odrębne drogowskazy. O jednolitej taktyce trudno tu było mówić.

Przy tym jeszcze jeden, najważniejszy czynnik należy uwzględnić. O taktyce decyduje często wróg. A tych wrogów ileż odcieni. Jakiejż finesy taktycznej trzymać się trzeba wobec dzikich barbarzyńców, zorganizowanych w zbójeckie watahy opryczników carskich?! Czy tu można choć na chwilę używać tej broni, którą daje np. w Szwajcarii forma ultrademokratyczna państwowych rządów? Tam, gdzie nie wolno właściwie nikomu drgnąć, nie można debatować nad tym, czy parlamentaryzm jest szkodliwą, czy pożyteczną bronią w ręku socjalistów…

Jakże innym wrogiem jest mądra, bogata, niefanatyczna burżuazja angielska w porównaniu do brutalnych i krzykliwych „naganiaczy” niemieckich w rodzaju Stumów i Krupów! Pomyślmy tylko na chwilę o różnicy, jaka zachodzi między amerykańskimi tygrysami trustowymi a niedołężnymi „pracodawcami” w austriackich prowincjach. Jak inaczej musi reagować partia robotnicza w swojej codziennej walce na te wszystkie zapory i przeszkody; jak starannie dobierać środki taktyczne, aby nie zawiodły i nie opóźniły dopięcia choćby częściowych celów politycznych. A przecież reprezentanci 22 narodowości i państw, zebrani w pięknej sali koncertowej w Amsterdamie, próbowali rozwiązać zagadnienie, na pozór nierozwiązalne, i postanowili określić taktykę wspólną dla całego prawie świata robotniczego.

Przyczyny tych usiłowań łatwo dadzą się odszukać w historii ruchu socjalistycznego lat ostatnich. We Francji zamącił był umysły eksperyment zrobiony z socjalistycznym ministrem Millerandem, znoszącym doskonale sąsiedztwo „oprawcy komuny”, próżnego starca Gallifeta. W Niemczech zdolny publicysta partyjny, poseł Bernstein, w tym samym czasie rozpoczął był kampanię na rzecz tzw. rewizjonizmu, nieuchwytnego co prawda w polityce aktualnej, ale rosnącego coraz bujniej na polu publicystyki i literatury partyjnej. W ostatnich dwóch latach podjął był znów we Włoszech akcję prawie ugodową poseł mediolański Turati, doprowadził do głębokich zaburzeń równowagi w partii. Ostatni kwietniowy kongres wioski w Bolonii z trudem największym uratował jedność partii. Podobne zjawiska dawały się spostrzegać także i w innych partiach, zwłaszcza w krajach wyżej kulturalnie stojących i tam, gdzie konstytucjonalizm głębsze zapuścił korzenie.

Wszędzie wytworzyła się w partii „prawica” i „lewica”, wszędzie czuć było ścieranie się dwóch prądów, z których jeden parł naprzód w imię dalekiej – a dla wielu tak bliskiej – przyszłości, drugi zaś usiłował realizować co rychlej teraźniejszość w warunkach przyprawionych odpowiednio, więc mocno różowo…

„O tobie przypowieść” – mógł sobie w duszy szepnąć każdy niemal uczestnik komisji, gdy zaczęły się oba główne prądy ścierać, gdy każdy reprezentant danego kraju przedstawiał, jak szkodliwą jest taktyka właśnie przeciwnego prądu…

Postawili sprawę formalnie na porządku dziennym „guesdyści” (zwani od niedawna „Partią socjalistyczną Francji”), żyjący w dość zaciętym sporze taktycznym z „jaurèsistami” („Socjalistyczną partią francuską”).

Leżał im na sercu nie tylko Millerand, ale i cały „blok” parlamentu paryskiego, utworzony właściwie za czasów Waldeck-Rousseau, a odgrywający decydującą rolę pod kierownictwem antyklerykalnego „papy” Combesa. Wraz z „blokiem” rządzili – bezimiennie wprawdzie – Francją i socjaliści skupieni koło potężnej postaci Jana Jaurèsa, a rządząc, brali na siebie mnóstwo odpowiedzialności, nieraz prawie kompromitujących taktykę klasy robotniczej.

„Guesdyści” byli i są za słabi w kraju, żeby mogli dać sobie radę z nową taktyką swoich towarzyszy, więc postanowili odwołać się do opinii wszystkich partii, zebranych w Amsterdamie. Nie postawili też własnej rezolucji jako podkładu dyskusji, ale wzięli dosłowny tekst rezolucji drezdeńskiej, uchwalonej w roku zeszłym na zjeździe socjalnej demokracji niemieckiej przeciwko „rewizjonistom”.

Wskazówki jej są następujące: Partia zrzuca z siebie wszelką odpowiedzialność za system kapitalistyczny i nie pochwala żadnego środka, mogącego utrzymać przy władzy partię rządzącą; partia nie przyjmuje udziału w rządzie burżuazyjnego społeczeństwa; kongres potępia każdą próbę zamaskowania wzrastających ciągle sprzeczności klasowych w celu ułatwienia ugody z partiami burżuazyjnymi.

Partia ma dalej propagować cel ostateczny socjalizmu, bronić interesów klasy robotniczej, żądać rozszerzenia swobód politycznych i równości prawa dla wszystkich, zwalczać politykę militarną, kolonialną i imperialistyczną, wreszcie starać się energicznie o wydoskonalenie ustawodawstwa społecznego, aby umożliwić klasie robotniczej wypełnienie jej misji politycznej i cywilizacyjnej.

Oto streszczenie rezolucji, rzucającej w początku swym gromy na „rewizjonizm”, co zresztą w Dreźnie zwracało ostrze przeciw grupie Bernsteina, ale w Amsterdamie rozpływało się w powietrzu.

Nie myślimy w tym miejscu dawać sprawozdania z obrad komisji lub kongresu, ale dla charakterystyki samej sprawy warto zaznaczyć, że w miejsce Francuzów jako obrońców rezolucji wstąpili Niemcy, Włosi i Rosjanie, popierani energicznie przez Bułgara, Hiszpana, Japończyka, Węgra, Czecha i pannę Różę Luksemburg, która odgrywała rolę „połowy polskiej delegacji”.

Szwajcarzy postawili wniosek przejścia do porządku dziennego z powodu, że kongres międzynarodowy nie może uchwalać taktyki dla wszystkich partii. Odrzucono.

Roli pośredników podjęli się dr Adler z Wiednia i poseł Vandervelde z Brukseli, którzy wedle słów pierwszego chcieli wyrwać rezolucji wszystkie „jadowite zęby”, aby nikogo nie „potępić”, a dla wszystkich dać ogólną wskazówkę taktyczną. W tym celu wykreślili wszystkie słowa potępiające, a zostawili jedynie najważniejsze wskazówki pozytywne.

Antagonizmy rozwijały się na tle różnic czysto praktycznych, co należy podkreślić, aby umniejszyć dziecinną radość tych burżuazyjnych pism i polityków, którzy po każdym kongresie mówią o rozbiciu jedności socjalistycznej i cieszą się, że świat kapitalistyczny nie zostanie zjedzony w sosie „na dziko”, lecz zginie w narkozie „bez bólu”…

Ze wszystkich stanowisk zasługują na uwagę dwa: Bebla i Jaurèsa. Z jednej strony osiwiały w walce klasowej wódz Niemców, wsparty o trzy miliony głosów wyborczych, o potężną, wzorową dla całego świata organizację polityczną, z drugiej największy z żyjących mówców świata, Francuz, podtrzymujący „blok” parlamentarny, który dokonał przed oczyma naszymi oczyszczenia Francji z pasożytów mniszych i przygotowuje urzeczywistnienie jednego z punktów programu socjalistycznego: rozdziału kościoła od państwa.

Starcie się tych dwóch ludzi było czymś więcej niż sporem dwóch przeciwników taktycznych; było w nim naprawdę mierzenie się dwóch prądów, z których jeden patrzy w przyszłość, nie mogąc realizować teraźniejszości, drugi zaś skwapliwie ją realizuje, nie zawsze pomny dalekich celów…

Chodziło o to, czy możliwym jest „współdziałanie klas” („Collaboration des classes”) – jak mówił Jaurès – w pewnych dzisiejszych warunkach?

Wszak republika francuska to nie pruska monarchia Hohenzollernów z jej plugastwem junkierskim i biurokratycznym; wszak wszystkie ciała prawodawcze od gminy aż do senatu oparte wyłącznie na głosowaniu powszechnym, wszak jej prezydent to wybraniec ludu, chociaż nie bezpośrednio przezeń wybierany!

A tradycja wiekowa rewolucji wytworzyła we Francji inną energię wśród robotników i drobnomieszczan niż 37 państewek niemieckich z „serenissimami” na czele i z serwilizmem „poddanych”.

Czuł to Bebel i dlatego podjął się dość nieszczęsnego dowodu, że monarchia wobec klasy robotniczej stara się zachowywać pewne względy, jako rozjemczyni stojąca ponad klasami, a burżuazja wykonuje w republikach najsurowiej i najbezwzględniej swoje panowanie klasowe. Z kilkunastu wystąpień brutalnych siły zbrojnej podczas strajków we Francji, z prowokacji policji paryskiej, będącej pod silnymi wpływami nacjonalistów, z zastarzałych wreszcie form podatkowych Francji starał się Bebel ukuć broń przeciwko poglądowi, jakoby w republice możliwym było owo „współdziałanie klas”. Wyłączono ze strony Niemców tylko jeden wypadek, tj. obronę narodową (Kautsky).

Jaurès wskazał w odpowiedzi na fakty, których się nie uwzględnia zazwyczaj poza Francją. Oto w parlamencie francuskim istnieje grupa, licząca do 120 posłów radykalnych, którzy nie są socjalistami, a jednak żądają ośmiogodzinnego dnia pracy, progresywnego podatku dochodowego, ochrony robotniczej, ubezpieczenia robotników na starość, na równi ze swobodami politycznymi, z rozdziałem kościoła od państwa itd. Sojusz parlamentarny z taką grupą, rekrutującą się z robotników, drobnych mieszczan, inteligencji, chłopów nie może być stawiany na równi z sojuszem z „centrum” niemieckim lub z jakąkolwiek partią parlamentu niemieckiego.

Jako rezultaty swojej polityki wskazał Jaurès uratowanie republiki przed zamachami klerykalnych nacjonalistów, propagandę powszechnego pokoju, wypędzenie mnichów i zdobycze częściowe w dziale ustawodawstwa społecznego, jak 10-godzinny dzień pracy w pewnych gałęziach przemysłu, uchwała Izby Posłów o ośmiogodzinnym dniu pracy w górnictwie (czekająca jeszcze zatwierdzenia senatu!) i projekt pensji robotniczych, mający państwo kosztować setki milionów. Republika potrzebuje robotników, a robotnicy potrzebują republiki, stąd konieczność sojuszu tam, gdzie bytowi rzeczypospolitej grozi niebezpieczeństwo.

Natomiast Niemcom zarzucił Jaurès niemożność prowadzenia wobec militarnej monarchii polityki praktycznej w obronie proletariatu.

Trzy miliony głosów socjalistycznych w republice inny zupełnie wywarłyby wpływ niż w monarchii niemieckiej.

W odpowiedzi na ten argument odpowiedział Bebel rozważnie i spokojnie, że wyborców jest 11 milionów; skoro socjaliści zdobędą np. siedem milionów głosów w Niemczech, „wtedy zobaczą, co się da zrobić”… Zazdrości francuskim towarzyszom republikańskiej formy rządu, ale dla osiągnięcia burżuazyjnej republiki nie mogą sobie niemieccy socjaliści dać głów porozbijać. Uznaje i pochwala wypędzenie mniszych zakonów jako dzieło kultury.

Ciekawą i znamienną rzeczą było głosowanie nad rezolucją drezdeńską, przeciwko której stała inna, złagodzona rezolucją Adlera i Vandervelde’a.

Za wersją drugą, więc nie potępiającą taktyki „nieniemieckiej” głosowały: Anglia, Austria, Belgia, Holandia, Dania, Szwecja i Norwegia, część Francji, Szwajcaria i część Polski. Po przeciwnej stronie stały Niemcy, Włochy, Hiszpania, Serbia, Bułgaria, Rosja, Japonia, Czechy, Węgry. Ponieważ okazała się równość głosów, rezolucją ta upaść musiała.

Z samego zestawienia ogólnikowego tych krajów wynika, że wszędzie tam, gdzie tylko partia przejść mogła i przeszła do „praktycznej” polityki, chciano znaleźć inny taktyczny wyraz niż rezolucja drezdeńska, której ogólnikowe określenia niewiele dawały praktycznych wskazań, a potępienie taktyki „rewizjonistów” było dość bezpłodnym i obrażającym inne kierunki.

Szczęśliwymi zwolennikami „czystej” taktyki rewolucyjnej okazali się Niemcy, Rosjanie lub Hiszpanie, tj. walczący w państwach, gdzie nie ma mowy o żadnej praktycznej odpowiedzialności za burżuazyjne społeczeństwo i gdzie o udziale w rządzie żaden socjalista marzyć nie może. W jedynych Niemczech rzecz się ma trochę inaczej i o tym jeszcze parę słów pomówimy.

Najbardziej grzęznącymi w „rewizjonizmie” praktycznym (nad czym niektórzy ortodoksi gotowi ręce załamywać) okazują się Szwajcarzy. Ci mają nie tylko posłów i radców, ale także – o wstydzie! – wielu ministrów członków partii. Najbardziej upośledzoną byłaby wedle tego szablonu Australia, gdzie najsilniejszą w parlamencie jest partia robotnicza, wydająca ze swego łona prezydenta ministrów i większość gabinetu…

Moim zdaniem „radykalizm” taktyczny Rosjan, Węgrów, Hiszpanów lub Bułgarów jest koniecznością narzuconą przez wrogów takich, jakich nie ma i jakich być nie może we Francji lub Szwajcarii. Socjalista wierzący w „dobrą wolę” rządu rosyjskiego byłby głupcem po prostu, podczas kiedy w Szwajcarii nie ma w wielu razach żadnej wątpliwości co do szczerości zamiarów burżuazyjnego rządu, zwłaszcza jeżeli rząd ten naprawdę robotniczego poparcia potrzebuje… Burżuazja nigdzie nie jest anielicą i najzawziętszy „rewizjonista” za taką jej nie uważa, ale trudno wmówić w świat, że ta burżuazja jest tak samo reakcyjną w Rosji, jak we Francji, i tak samo należy ją wszędzie traktować.

Wprawdzie i Bebel przyznawał możliwość praktycznego współdziałania z partiami burżuazji, tylko kładł nacisk na to, żeby sojusz ten nie był stałym i nie powodował zależności od sojuszników. Zdanie to trzeba przyjąć z pewnym zastrzeżeniem, bo najpierw stałość sojuszu zależy od ilości i jakości wspólnych zadań, a następnie swoboda sojuszu jest rzeczą dwustronną.

Kto np. zakreślił sobie reformy daleko sięgające, jak rozdział kościoła od państwa, ten nie może ich dopiąć sojuszami z dnia na dzień zawieranymi. Kto chce swego partnera związać i zapewnić sobie aż do osiągnięcia pewnych celów, musi być do pewnego stopnia i sam skrępowanym.

Oczywiście, że należy odróżnić zależność zewnętrzną i czasową od zależności wewnętrznej, która odbiera ufność w siebie i czyni partię jakimś aneksem polityki burżuazyjnej lub rujnuje wprost warunki bytu organizacji robotniczej.

A już prawdziwym nieszczęściem tej organizacji jest rozdział jej reprezentacji na dwie grupy, nawzajem się zwalczające, z których jedna zawiera sojusze z burżuazją w celach praktycznej polityki, podczas kiedy druga, zrażona tymi sojuszami, cofa się do dziedziny wyłącznej propagandy zasad, zaniedbując nieraz z konieczności sprawy bieżące, niezbędne do załatwienia.

Wytwarzają się z tego nieporozumienia, przeradzające się w nienawiści, tym okropniejsze, że w jednym i drugim obozie walczą robotnicy, członkowie jednej i tej samej klasy, mającej front swój rozwijać przeciw wrogom klasowym, a nie przeciw towarzyszom!

Dlatego mądrze zrobił kongres, przyjąwszy jednogłośnie wśród oklasków wskazanie o koniecznej jedności partii w danym narodzie jako dodatkową rezolucję do taktyki. Oczywiście, że takie zjednoczenie „zwaśnionych braci” to rzecz trudna i wymagająca wiele zaparcia się i zduszenia osobistych ambicji, rosnących jak chwasty szkodliwe na poprzednich zawiściach i zazdrościach…

Ale te zjednoczenia dokonywały się i dokonują ciągle, a najdzielniejszą pośredniczką jest brutalność i bezwzględność burżuazji, broniącej zbyt chciwie i nieludzko swoich kapitalistycznych świętości.

Chciałbym jeszcze pokrótce dotknąć stanowiska socjalistów niemieckich, jednolitego na zewnątrz, ale w gruncie rzeczy podzielonego.

Parlamentaryzm i konstytucjonalizm niemiecki są bardzo świeżej daty. Po krótkich miesiącach parlamentu rewolucyjnego z r. 1848. junkrzy i dynastie zdołały zrobić zeń karykaturę, przeznaczoną na skompromitowanie się burżuazji niemieckiej. Dopiero w r. 1869 wchodzi powszechne głosowanie w swoje prawa, i to jako instytucja demokratyczna, zaopatrzona przez Bismarcka w cezarystyczną podszewkę.

Zjednoczenie Niemiec po zwycięstwach armii w roku 1870/71 dało silną podstawę nie tylko parlamentowi, ale w pierwszym rzędzie – Hohenzollernom. Udział ludu w parlamencie został przyznany jako polityczna konieczność nie ze stanowiska interesów tego ludu, lecz dla wzmocnienia zjednoczonych Niemiec z Prusami na czele. Dlatego też nad parlamentem posłów wybranych w powszechnym głosowaniu postawiono jako „Izbę wyższą” delegację niemieckich dynastii, „Bundesrat”, zastępujący miejsce senatu. Jego sankcje są potrzebne dla prawomocności danej ustawy, skutkiem czego uchwały parlamentu wędrują nieraz tuzinami do kosza, a tworzenie się i upadanie gabinetów ministerialnych nie zależy formalnie od parlamentu.

Głosowania parlamentu są wprawdzie pewnego rodzaju manometrem, wyrażającym stopień naprężenia przeróżnych nastrojów narodu, ale w razie konfliktu z Bundesratem parlament ustąpić musi. Przy tym okręgi wyborcze jedne wyludniły się, drugie zaś przepełniły się z biegiem czasu wyborcami, z czego wynikła nierówność znaczenia mandatów, i to zawsze na niekorzyść miast będących siedzibą opozycji. Sam układ sił wobec parlamentu, wobec dynastii – niekorzystny od początku – pogarsza się z każdym rokiem. Toteż w Niemczech co pewien czas powstaje pogłoska znamienna o knujących się na powszechne głosowanie zamachach.

Ale i zakres parlamentu Rzeszy jest inny niż w innych krajach. Ma on władzę ustawodawczą i kontrolę nad rządem w sprawach jedynie Rzeszy. Więc wojsko, marynarka, cła, podatki pośrednie, część sprawiedliwości, poczta, polityka zagraniczna itd. należą do jego zakresu. Natomiast szkolnictwo, wyznania, domeny, koleje, podatki bezpośrednie i – co najważniejsza – cała administracja biurokratyczna i policyjna nie należą wcale do Reichstagu, nie ulegają jego prawnej kontroli. To rzecz sejmów poszczególnych państw. Stąd akademicki nieraz charakter rozpraw parlamentu niemieckiego i względna łatwość dla partii zachowania taktyki „czystej”, bo na inną nie ma wprost miejsca…

Nie całkiem taką jest ona w sejmach państwowych. W niektórych sejmach południowoniemieckich muszą socjaliści głosować za budżetem państwowym, jeżeli od ich głosów zależy obniżenie danego wydatku, muszą wchodzić w sojusze z innymi partiami, aby obalać partie szkodliwsze, muszą nawet nieraz znajdować się na jednej taktycznej linii z książęcymi ministrami i w ten sposób „przyjmować odpowiedzialność” za burżuazyjne społeczeństwo. I nic tu nie pomogą gromy potępienia w prasie lub nawet na kongresach rzucane, bo siłą rzeczy partia tak potężna nie może wstrzymać się od polityki dnia, tam gdzie zdobyła sobie miejsce o tej polityce choćby częściowo rozstrzygające.

Nie wszędzie też są Hohenzollerny i junkrzy, nie wszędzie burżuazja jest tak zdeprawowaną politycznie jak w północnych Niemczech. Dlatego to poseł Vollmar ze swoimi Bawarczykami niejedno kazanie na temat taktyki wysłuchał od lat czternastu – od upadku stanu wyjątkowego – i dlatego żadne z tych kazań nie wywarło nań dotąd decydującego wpływu… Tak samo oczywiście będzie i po uchwaleniu rezolucji drezdeńskiej, i po namiętnych debatach, które ją poprzedziły, bo inaczej być nie może.

Żadna partia mająca wpływ na życie codzienne i na losy narodu nie wyrzecze się go dlatego jedynie, że grozić jej przy tym może zaniedbanie celów dalszych. Przeciwnie, będzie ona próbowała ustawicznie szukać pogodzenia tych celów z ruchem teraźniejszości, będzie może błądziła, może chwilowo cofnie się, ale nie odrzuci z siebie tej odpowiedzialności, jaką musi przyjąć w stosunku do swojej liczebności, wpływów moralnych i politycznych, którymi faktycznie rozporządza.

Jeżeli to ma się dziać w burżuazyjnym ustroju i jeżeli partią tą jest socjalna demokracja, to zasadniczo sprawa się nie zmienia w taktyce politycznej. I w Niemczech głosują socjaliści z całym spokojem na burżuazyjnych posłów, aby swoimi głosami dopomóc do zwycięstwa „mniejszemu złemu”. I w Niemczech głosują posłowie socjalistyczni za ustawami mającymi rzekomo poprawić kapitalistyczne społeczeństwo, przyjmując na siebie odpowiedzialność, czasem trudną i skomplikowaną. Tylko że w Niemczech nie mogą oni jeszcze obalać ani tworzyć gabinetów, co już jest możliwym we Francji.

Fatalny wynik ministrowania Milleranda nie obala tych poglądów. Nie było ono tylko błędem taktycznym; słabość organizacji wewnętrznej i brak dyscypliny partyjnej we Francji były tu powodem demoralizacji, a nie to, że jakiś socjalista został ministrem. Gdyby partia była zwartą i karną, minister wyleciałby w tej samej chwili z fotelu, w której by przyjął na siebie odpowiedzialność niemożliwą dla partii.

„Niebezpieczeństwo” ministerialne jest wprawdzie rzeczywistym; niejeden minister może przynieść partii więcej szkody niż pożytku: ale „grozić” ono będzie na Zachodzie Europy coraz częściej, równomiernie ze wzrostem organizacji socjalistycznej i z doskonaleniem się parlamentarnej i konstytucyjnej maszyny.

Jeżeli burżuazja nie wytrzyma spokojnie tego zalewu robotniczego, jeżeli porwie się do zamachu stanu i zniszczy podstawę konstytucyjną, na której stoją dziś partie socjalistyczne w swojej taktyce politycznej, w takim razie i robotnicy nie będą wcale tkwić w pojęciach konstytucyjnych, zwłaszcza że mają oni i dzisiaj nieskończoną ilość sposobności zajrzeć za kulisy konstytucjonalizmu i zobaczyć w nim także i maskę zasłaniającą walkę klasową.

Ale dla osiągnięcia pewności taktyki potrzebna jest olbrzymia praca uświadamiania politycznego i społecznego, potrzebna jednolitość i sprężystość organizacji, potrzebne wreszcie obiektywne warunki, jak pewien dobrobyt robotnika, oświata szkolna i obywatelska.

To są podstawy każdego ruchu, do których dopiero musi być dostosowaną taktyka, czyli zbiór reguł, których trzyma się partia w polityce teraźniejszości, w realizowaniu swego wpływu w państwie i społeczeństwie i w zbliżeniu się do celów dalszych i najdalszych.

Określanie samych reguł i wskazań taktycznych bez najtkliwszego uwzględniania warunków politycznych, społecznych i kulturalnych, bez liczenia się z tradycją ludową, charakterem wrogów tego ludu i ich polityką – może doprowadzić co najwyżej do przepisów ogólnych, dobrych jako sztandar, ale nie mogących odegrać roli praktycznego drogowskazu.

Toteż i kongres amsterdamski zadania sobie postawionego nie mógł inaczej na razie rozwiązać, jak tylko dając na drogę partiom i grupom ogólne ostrzeżenie przed niebezpieczeństwami, które je czeka w tzw. polityce praktycznej w parlamentach i gabinetach ministerialnych.

A ostrzeżenie takie przyda się każdemu…

Ignacy Daszyński
________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Krytyka”, październik 1904 r. Od tamtej pory prawdopodobnie nie był wznawiany, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, ze zbiorów Remigiusza Okraski. „Krytyka” była postępowo-lewicowym czasopismem społeczno-kulturalno-literackim, sympatyzującym z niepodległościowym nurtem polskiego ruchu socjalistycznego. Rysunek w tekście pochodzi z pisma „Tydzień Robotnika”.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *