Jarosław Górski

Estetyk – przyrodnik – czarodziej. Pisarskie powinności Janusza Korczaka

Joanna Olczak-Ronikier w wydanej w ubiegłym roku znakomitej książce, opisując nocne eskapady młodego pisarza a przyszłego Starego Doktora z przyjacielem – poetą-cyganem Ludwikiem Licińskim, wskazuje na duchowe pokrewieństwo obydwu, ich głębokie przejęcie niesprawiedliwym urządzeniem świata, które jednych, nielicznych, przeznacza do pławienia się w zbytku, innych, niezliczonych, skazuje na życie w nędzy i upodleniu. Jednak o ile Licińskiego, młodopolanina z krwi i kości, rozsadzająca od środka niezgoda na krzywdę skłaniała do twórczości egzaltowanej, przepełnionej egotyzmem, „Korczak – pisze Joanna Olczak-Ronikier – także wrażliwy na ludzką niedolę, za najważniejszą sprawę w swoim życiu uważał działanie. Literaturę traktował jako społeczną misję, nie jako środek ekspresji” (Joanna Olczak Ronikier, „Korczak. Próba biografii”, Warszawa 2011, s. 96.). Opinia biografki, wypowiedziana w książce opisującej życie i twórczość Korczaka w sposób do tej pory najlepiej udokumentowany, znakomicie zniuansowany i nieulegający nawarstwionym przez dziesięciolecia kształtowania się legendy oczywistościom, posiada duży ciężar gatunkowy. Jednak uważny miłośnik twórczości literackiej Korczaka wie, że opinia biografki – nota bene, w tej samej „Próbie biografii” wielokrotnie implicite poddana w wątpliwość – niekoniecznie musi być ostateczną definicją tego, jak autor „Dziecka salonu” wyobrażał sobie swoje pisarskie zadania, jak on sam traktował literaturę i, w końcu, co uważał za najważniejszą sprawę w swoim życiu.

Przyrodnik-estetyk

Młodzieńcza i wczesnodojrzała twórczość literacka Janusza Korczaka pełna jest żarliwych rozważań o tym, co jest w życiu najważniejsze i jaką życiową postawę winien przyjąć człowiek przyzwoity. Jest to oczywiście echo rozważań przenikających całą polską (i nie tylko polską) literaturę przełomu XIX i XX wieku, czasu, w którym pozytywistyczna wiara w ludzkie zdolności, w możliwość racjonalnego przekształcenia świata w miejsce bardziej człowiekowi przyjazne, poddana już została próbie życiowej praktyki i trudno powiedzieć, aby wyszła z tej próby zwycięsko. A ponieważ wcześniej dosyć skutecznie rozprawiła się czy to z tradycyjnym religijnym światopoglądem, czy to z idealizmem poszukującym punktów odniesienia w transcendencji, myślący człowiek przełomu wieków pozostaje w światopoglądowej próżni, którą rozpaczliwie próbuje zapełnić elementami nadającymi indywidualnemu i zbiorowemu istnieniu choćby pozór sensowności i celowości. Zjawisko to owocuje całym spektrum niezwykle radykalnych postaw i idei dekadenckich, od skrajnie indywidualistycznych artystowskich, po skrajnie naturalistyczne, plemienne i stadne. W tym spektrum mieszczą się także, między innymi, problemy bohaterów Stefana Żeromskiego – pisarza, który miał bodaj największą siłę oddziaływania na świadomych poszukiwaczy życiowych postaw – rozdartych między pożądaniem „urody życia” a świadomością społecznych powinności. Dla samego Żeromskiego dylemat: czy literatura ma być środkiem ekspresji indywidualnej duszy artysty, czy też ma pełnić misję społeczną, był kluczowy i, wbrew potocznej, szkolnej recepcji twórczości tego pisarza, nigdy nie rozwiązany definitywnie.

W artystycznej prozie młodego Korczaka często pojawia się znamienna opozycja „przyrodnik – estetyk”, w której znajdziemy echo dylematów bohaterów prozy Stefana Żeromskiego. To dla tak przecież różnych Korczakowskich bohaterów-narratorów – rozedrganego dwudziestoparolatka z „Dziecka salonu”, pryncypialnego, doświadczonego przez życie i działanie reformatora ze „Szkoły życia”, dla spisującego neurotyczny pamiętnik gimnazjalisty ze „Spowiedzi motyla” – kwestia kluczowego i fundamentalnego wyboru życiowej drogi.

Przyrodnik zdaje sobie sprawę z tego, że świat ludzki jest częścią świata natury, że rządzą nim prawa ślepe, nieubłagane i okrutne. Jednocześnie wolny jest od przesądów i uprzedzeń, jakie przez stulecia nawarstwiły się na ludzkim sposobie postrzegania rzeczywistości. Będzie się więc mógł realizować w działaniu, w podbijaniu i przemienianiu świata według własnych potrzeb i instynktów, będzie rozumiał, że nie da się uniknąć ryzyka zarówno własnej porażki, jak i skrzywdzenia innych po drodze do realizacji istotnych życiowych celów.

Estetyk widzi w świecie elementy piękne i brzydkie, przy dokonywaniu życiowych wyborów kieruje się odczuciami zachwytu i wstrętu. Jego działanie przeraża, ponieważ zawsze wymaga pobrudzenia się, zadawania i przyjmowania ran, okrucieństwa i wystawienia się na okrucieństwo. Estetyk nie może patrzeć na nędzę tego świata, bardzo chciałby w jakiś sposób jej przeciwdziałać, ale nie jest w stanie przełamać wstrętu przed zetknięciem się z samą jej istotą: dotknąć odrażającego, chorego, brudnego i śmierdzącego człowieka. Od świata więc ucieka, staje się odludkiem, niemogącym przebić bariery między własnym wnętrzem, w którym widzi punkt odniesienia dla niedoskonałej rzeczywistości, a tym, co znajduje się na zewnątrz.

Korczak, konstruując swoich bohaterów, wcale tak łatwo dylematu przyrodnik – estetyk nie rozstrzyga. Hrabia Zarucki, dobroczyńca Antosia i Mańki, małych bohaterów „Dzieci ulicy”, rozumie, że jedynym sposobem uczynienia przyzwoitych ludzi ze zmuszonych od maleńkości do brutalnej walki o byt dzieci, uchronienia ich przed albo przyjęciem postawy brutalnych drapieżników, albo przed losem bezradnych ofiar, jest zaszczepienie im estetycznych potrzeb i tęsknot. Janek z „Dziecka salonu” widzi przyrodnika z krwi i kości w swoim ojcu, bezwzględnym w dążeniu do utrzymania się w głównym nurcie życia mydlarzu, który zrozumiał, że aby móc doprowadzić do końca jakąkolwiek sprawę, trzeba się znieczulić na krzywdę innych. Sam jest estetykiem, przez całe swoje młode życie walczącym z własną niemocą i neurastenią. Ale to właśnie neurastenia staje się szczepionką przeciwko filisterskiej podłości, nie pozwala Jankowi przyjąć punktu widzenia i sposobu postępowania ojca. I choć nigdy nie uda mu się ostatecznie zwalczyć zwątpienia i niemocy, to jednak rozumie, że estetyk przed atakującą go zewsząd obrzydliwością nie ucieknie, że musi przełamać wstręt, dotknąć przyrodniczego brudu. Narrator „Szkoły życia”, człowiek, który stworzył wielką, reformatorską i awangardową instytucję pedagogiczną wciągającą dzieci do wspólnego działania na rzecz przemiany świata, chce swoim podopiecznym wpoić postawę przyrodnika, jednak nie takiego, który będzie używał cywilizacyjnych odpowiedników kłów i pazurów, aby utrzymać się przy życiu kosztem słabszych. Takiego przyrodnika, który będzie rozumiał, że w nędzy, upodleniu, brudzie i cierpieniu tych, którzy walkę o byt przegrywają, nie ma nic etycznie odrażającego, a wyłącznie zjawiska naturalne dające się obiektywnie zważyć, zmierzyć, poddać naukowej klasyfikacji a później zlikwidować. Takiego, który widząc prątkującego, śmierdzącego i brudnego alkoholika nie skrzywi się ze wstrętem, nie ucieknie przerażony ani nie kupi sobie spokoju mniejszą lub większą jałmużną, ale będzie wiedział, że wystarczy takiego człowieka umyć, nakarmić, przyzwoicie ubrać i wyleczyć, aby pozbyć się uczucia odrazy.

Bohaterowie Korczaka dochodzą do wniosku, że samo „przyrodnicze” działanie, nie wynikające z „estetycznego”, pięknoduchowskiego czy wręcz artystowskiego oburzenia brzydotą, nie będzie prowadzić do niczego dobrego. Dopiero synteza tych dwóch postaw daje takie podejście do życia, które w stylizowanym na pamiętnik dorastającego chłopca opowiadaniu „Spowiedź motyla” zostało nazwane podejściem moralisty (jest to bardzo wyraźne nawiązanie do koncepcji Edwarda Abramowskiego, w którego wykładach i seminariach Korczak z zapałem uczestniczył). Moralista (tak jak „etyk” Abramowskiego) postrzega świat według wartości. Nawet jeśli rozumie nieuchronność wszelkich przyrodniczych determinizmów, nie może się z nimi pogodzić. Przede wszystkim nie może przejść obojętnie obok tego, że walka o byt karmi się niezliczonymi ofiarami. Pamiętnikarz „Spowiedzi motyla” tak na przykład rozmyśla o tej sprawie przy okazji dokonywania codziennych wyborów: „Dopóty człowiek nie będzie wyższy od zwierzęcia, dopóki nie przestanie żywić się padliną. Budzi się dwóch ludzi, jeden, przyrodnik, mówi: mięso to materia zawierająca posilne dla organizmu pierwiastki, lecz estetyk mówi: jaka różnica między mięsem zwierzęcia a człowieka? Zwierzęta to zwyciężone w walce o byt istoty, mówi moralista, bezbronne, a więc zasługują na opiekę a nie na mord. Ja będę na własnym gospodarstwie jaroszem” (Janusz Korczak, „Dzieła” t. 6, Warszawa 1996, s. 138.).

Fantazje, czyli myślenie z przeszkodami

„Przyrodnik”, „estetyk”, „moralista” to zresztą określenia, którymi da się opisać nie tylko pewien ideał postawy, do którego bohaterowie Korczaka odnoszą własne życiowe wybory, ale także stosunek samego autora do własnej twórczości literackiej. Mimo że w dziełach pisarza znajdziemy niejednokrotnie wypowiadane przez bohaterów (w których domyślamy się wyrazicieli dylematów samego Korczaka) solenne postanowienia porzucenia jakoby bezpłodnej literatury na rzecz przekształcającego świat działania, to jednak znajdziemy tam także zwątpienie w sensowność działania i refleksję o uprawianiu literatury, o swobodnej twórczej refleksji, jako jedynym ratunku dla znękanej duszy. Sam Korczak uprawiał artystyczne pisarstwo do końca życia, równolegle do działalności pedagogicznej, publicystycznej i społecznej. Były w jego życiu okresy, kiedy ograniczał swoją działalność na tych polach, aby tworzyć dzieła nie tylko dające się od razu zastosować do pracy z dziećmi czy takie, z których daje się łatwo wyekstrahować społeczne przesłanie, ale także takie, które pedagogiczny czy społeczny program Starego Doktora poddają w wątpliwość, czy wręcz są wyrazem zwątpienia.

Zjawiskiem tak częstym, że aż charakterystycznym dla całej twórczości Korczaka jest dziecinne reformatorskie marzycielstwo. Bohaterowie zupełnie do siebie niepodobni, dorośli i dziecięcy – Janek z „Dziecka salonu”, narrator „Szkoły życia”, mały Dżek, Antoś-Kajtuś, Król Maciuś, a nawet „Mośki, Joski i Srule” spędzający czas na koloniach – dokonując oglądu rzeczywistości, jednocześnie wyobrażają sobie, co należy zrobić, aby świat był lepszy i bardziej przyjazny. I od razu wyobrażają sobie siebie w roli tych, którzy pożądanych zmian dokonują w sposób po dziecięcemu radykalny i przynoszący natychmiastowe rezultaty. Mówi Janek z „Dziecka Salonu”: „A my ze Stachem mieliśmy wstąpić do seminarium (…) Będziemy mieć kazania dla prostytutek; będziemy razem je pisali. (…) Nasze reformy: za uwiedzenie – kara śmierci. Chorym nie wolno się żenić. Zamiast wódki, pieniądze dla biednych. Instytucja sprawdzania talentów: czy do malarstwa, czy do poezji, czy do muzyki? Zamiast wojska – wielkie warsztaty” (Korczak, „Dzieła” t. 1, Warszawa 1992, s. 261).

Czasami bohater, tak jak narrator opowiadania „Kiedy znów będę mały”, poddaje swoje marzycielstwo świadomej refleksji i widzi, że rojenia przyjmowały kształt wyraźnych, plastycznych i fabularnych wizji:

„[Marzyłem] że będę nauczycielem. Zbiorę ludzi i powiem:

– Trzeba dobrą szkołę wybudować. Żeby nie było tak ciasno, żeby jeden drugiego nie pchał, nie deptał, nie potrącał.

Przychodzą dzieci do szkoły, a ja się pytam:

– Zgadnijcie, co będziemy robili?

Jeden powie:

– Pójdziemy na wycieczkę.

Drugi mówi:

– Będą przeźrocza.

I to, i sio.

– A ja:

– Nie – nie – wszystko to też będzie, ale i coś ważniejszego.

Aż jak się uspokoją, dopiero:

– Szkołę wam zbuduję.

I wymyślam różne przeszkody. Że niby szkoła już prawie gotowa, a tu się zawaliła albo pożar. Trzeba znów zacząć; ale jak na złość, jeszcze lepszą budujem.

Zawsze myślałem z przeszkodami. Jak jadę okrętem, to burza. Jak jestem wodzem, naprzód przegrywam, a na końcu dopiero zwycięstwo” (Korczak, „Dzieła” t. 9, Warszawa 1994, s. 189)

Takie fantazjowanie, „myślenie z przeszkodami”, uprawiał przez całe życie sam Korczak, dał temu wyraz nie tylko w prozie artystycznej, ale także w swoich radiowych pogadankach, a także w pisanym pod koniec życia „Pamiętniku”. On – dorosły, doświadczony człowiek, wychowawca i reformator, przez całe życie działanie poprzedzał rojeniami, fantazjowaniem, wyobrażaniem sobie siebie jako poskromiciela problemów, i to wcale nie takiego, który wykorzystuje w swoich zmaganiach z rzeczywistością realne możliwości i zdolności. Bardzo często w takie rojenia, zupełnie po dziecięcemu, wplatał zdarzenia niezwykłe, niewiarygodne, czasem wręcz magiczne albo takie, w których remedium na kłopoty stawało się wydarzenie typu deus ex machina, takie jak pojawienie się ekscentrycznego hrabiego-dobroczyńcy w „Dzieciach ulicy”, kaprys miliardera Hodysona fundującego „Szkołę życia”, zjawienie się krasnoludka przenoszącego narratora opowiadania „Kiedy znów będę mały” do dzieciństwa. Spójrzmy na opisane w „Pamiętniku” majaczenie z czasów kłopotów Domu Sierot po wojnie polsko-bolszewickiej:

„W czasie tyfusu miałem następujące widzenie: Olbrzymia sala teatralna czy koncertowa. Tłumy odświętnie ubrane. Opowiem o wojnie i głodzie, sieroctwie i niedoli. Przemawiam po polsku. Tłumacz przekłada krótko na język angielski. Rzecz dzieje się w Ameryce. Nagle głos mi się załamuje. Cisza. Gdzieś w głębi rozlega się krzyk. Biegnie ku mnie Regina [postać rzeczywista – była wychowanica Korczaka, która wyszła za mąż za bogatego Amerykanina]. Zatrzymuje się przed wzniesieniem, rzuca na estradę zegarek i woła: »Oddaję panu wszystko!«. I oto deszcz rzęsisty banknotów, złota i klejnotów. Rzucają mi pierścionki, bransolety, kolie… Wybiegają na scenę chłopcy z Domu Sierot: bracia Gelblat, Fałka, Majer Kulawski, Gluzman, Szejwacz – i wkładają to wszystko do sienników. Rozlegają się okrzyki, oklaski i płacz wzruszonych słuchaczów”.

Już w warszawskim getcie, kiedy Stary Doktor nie mógł mieć żadnych złudzeń co do tego, co czeka jego samego i wychowanków, dodawał do tego takie marzenie:

„Nie nazbyt ufam proroctwom, mimo to od lat z górą dwudziestu czekam na spełnienie widzenia. […] Posiądę więc środki nieograniczone i ogłaszam konkurs na budowę wielkiego sierocińca w górach Libanu, w pobliżu Kfar Geladi. Będą tam wielkie koszarowe jadalnie i sypialnie. Będą małe »domki pustelników«. Dla siebie na tarasie płaskiego dachu mam jeden pokój nieduży z przeźroczystymi ścianami, bym nie stracił ani jednego wschodu i zachodu, aby w nocy pisząc, móc raz w raz spojrzeć na gwiazdy” (Korczak, „Pisma wybrane” t. IV, Warszawa 1978, s. 309.).

O takich marzeniach Korczak opowiadał wielokrotnie swoim wychowankom, co więcej, zachęcał ich do podobnego fantazjowania. Dzisiaj możemy w takich, zdawałoby się irracjonalnych i niemądrych rojeniach, dostrzec podobieństwo do zalecanych przez trenerów skutecznego działania technik wizualizacji, które zalecają najpierw bardzo plastyczne wyobrażenie sobie problemu, później własnego działania prowadzącego do rozwiązania, później równie plastyczne wyobrażenie wszystkich możliwych przeszkód, następnie pokonania tych przeszkód (a to wyobrażenie niekoniecznie musi być wiarygodne), na koniec ujrzenie oczyma wyobraźni siebie samego w chwili triumfu i świata wolnego od problemu. Technika ta wywodzi się bezpośrednio z mających magiczny charakter praktyk duchowych dawnych ezoteryków przejętych i przekazywanych we wtajemniczeniach przez teozofów. Sam Korczak (nota bene, jego związki z polskimi teozofami w dwudziestoleciu międzywojennym po raz pierwszy tak znakomicie udokumentowała w swojej książce Joanna Olczak-Ronikier, inspiracje teozoficzne w literaturze, myśli i praktyce pedagogicznej Korczaka jeszcze czekają na rzetelne opracowanie) przedstawia taki sposób wzmacniania własnych motywacji do działania, a także wyobraźniowego „wypróbowywania” najlepszych rozwiązań w dziecięcym sposobie myślenia. Większość dzieci w sposób naturalny „myśli z przeszkodami”, ma zdolność do wizjonerstwa, która w okresie dorastania jest, wraz z innymi przymiotami dziecięcej wrażliwości, brutalnie wykorzeniana przez dorosłych działających rzekomo w interesie samego dziecka, które trzeba wdrożyć w życiowy realizm i pragmatyzm. Tymczasem dziecięca magia rzeczywiście działa, a świat staje się miejscem bytowania zrezygnowanych, zobojętniałych na krzywdę i zło ludzi, którym wraz z umiejętnością rojenia odebrano także wiarę w to, że rzeczywistość daje się zmieniać.

Opowiadaniem, które chyba najostrzej i w pełen uroku sposób ukazuje działanie dziecięcej magii, a jednocześnie stanowi znakomitą metaforę i poniekąd apologię marzycielskiego „myślenia z przeszkodami”, jest „Kajtuś czarodziej”. Rzecz zaczyna się jako realistyczna opowiastka znakomicie ukazująca dziecięcy sposób myślenia i jego magiczny charakter (to zjawisko językiem psychologii rozwojowej opisali kilka dziesięcioleci później uczeni, tacy jak np. Jean Piaget). Mały bohater, jak wielu jego rówieśników, próbuje rozwiązywać problemy codzienności, czarując, czyli wytężając wolę i rozkazując elementom świata zewnętrznego poddanie się jej. I całkiem po dziecięcemu zaczyna postrzegać różne zwyczajne wydarzenia jako będące efektem tych magicznych zabiegów. Skoro np. potrzebuje pieniędzy, usilnie myśli o tym, by wejść w ich posiadanie i kiedy znajduje na ulicy monetę, jest pewien, że stało się to w wyniku czarów. A że moneta nie o tym nominale, o którym myślał, to dlatego, że nie ma jeszcze w czarowaniu wprawy. W końcu jednak świat zaczyna rzeczywiście odpowiadać na magiczne starania małego chłopca. I choć ostatecznych efektów takich zabiegów maluch nie jest w stanie przewidzieć, to jednak przekonuje się, że marzenie ma moc gigantyczną.

A marzyć oczywiście trzeba zawsze z rozmachem, z przesadą, bo marzenia spełniają się, jak tego doświadczył Kajtuś, ale zawsze z pewnym niedosytem. Tak jak marzenia małych bohaterów opowiadania „Sława”, w którym, jak pisze powojenna biografka Korczaka, matka Joanny Olczak-Ronikier, Hanna Mortkowicz-Olczakowa, „Korczak wyraża swój własny stan ducha, usprawiedliwia smutną rezygnację, uwarunkowaną życiową koniecznością. Mały Władek chce być sławnym lekarzem – zostaje tylko sławnym pielęgniarzem w szpitalu. Mania pragnie być wielką pisarką. Wyrasta na robotnicę, ale jej pamiętnik drukują w gazecie. Olek nie osiąga roli wielkiego wodza – ale musi się zadowolić pięknym stanowiskiem działacza w robotniczych związkach zawodowych. Tak więc rzeczywistość koryguje zbyt ambitne marzenia, podstawia inne formy realizacji, skromniejsze, ale równie cenne” (Hanna Mortkowicz-Olczakowa, „Janusz Korczak”, Warszawa 1978, s. 105.).

Literatura jako czary

W opowiadaniach i powieściach Korczaka bardzo często odnajdujemy takie marzenia, wyobrażenia, plany, projekty, które później, po pewnej obróbce i przycięciu do potrzeb rzeczywistości, wejdą do jego pism teoretycznych, a także do praktyki wychowawczej „Domu sierot” i „Naszego domu”. Czy są to niewielkie wzmianki i uwagi bohaterów-marzycieli, tak jak w „Dziecku salonu”, „Bankructwie małego Dżeka” czy niezliczonych opowiastkach i humoreskach, czy też jest to całościowy, systematyczny plan przebudowy świata, jak w znakomitej, awangardowej i unikalnej w skali światowej, a niemal zupełnie dziś zapomnianej powieści utopijnej „Szkoła życia”. Często, jak w obu powieściach o Królu Maciusiu, znajdujemy jakby podanie w wątpliwość marzeń samego Korczaka, żywionych przez niego przekonań, nadziei czy planów związanych z oddaniem dzieciom pełni władzy, czy to nad samymi sobą, czy to nad Domem Sierot, czy w końcu nad światem.

Wygląda to tak, jakby literatura była dla Starego Doktora czarodziejskim (czy jak kto woli – zgodnym z najlepszymi praktykami wizualizacyjnymi) pierwszym etapem w drodze do działania, w którym musi dojść do jak najdokładniejszego, jak najbardziej plastycznego wyobrażenia sobie tego, co chce się w świecie zmienić, tego, jak się chce tego dokonać oraz tego, jak ma świat wyglądać po przemianie. A także wyobrażenia sobie wszelkich możliwych przeszkód oraz sposobów ich pokonywania. Etapem, w którym można uruchomić myślenie nieskrępowane więzami realizmu czy choćby rozsądku. W którym można zaprojektować nie tylko wartości i instytucje lepszego świata, ale także człowieka, który do poprawy tego świata będzie dążyć. Poligonem doświadczalnym społecznej przemiany, o tyle niezbędnym, że niepochłaniającym rzeczywistych ofiar, co najwyżej tworzącym nieszczęśliwych bohaterów.

Wygląda więc na to, że Korczak już od swoich pierwszych literackich prób traktował własną literaturę nie tylko jako środek ekspresji, nie tylko jako medium społecznej misji, ale także – a może przede wszystkim – jako uprawianie czarów. Czarów, które – prędzej czy później, w większym czy mniejszym stopniu – rzeczywiście działają.

Jarosław Górski
______________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Magazynie Literackim Książki” nr 185, luty 2012.

Warto przeczytać także dwa inne teksty tego autora:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *