Bolesław Limanowski

Wojciech Darasz – wróg patrycjatu, a przyjaciel ludu

[1911]

W Centralizacji Polskiego Towarzystwa Demokratycznego najzawziętszym przeciwnikiem szlachty i najbardziej skłonnym do gwałtownych względem niej środków był Wojciech Darasz. Plebejusz z pochodzenia był naturalnym – że tak powiedzieć – wrogiem patrycjatu. Trafną jego charakterystykę podał Juliusz Falkowski, który w 1849 r. porozumiewał się z Centralizacją, starając się z polecenia Kossutha ściągnąć Mierosławskiego do Węgier. „Darasz – pisze on – był jeszcze dość młodym; mógł mieć 36 lat najwięcej. Na twarzy jego okrągłej, świeżej, nieco chłopkowskiej, malowała się pewna dobroduszność, z którą w sprzeczności były jego oczy żywe, latające, badawcze. Mało mówił i zawsze tonem spokojnym, nigdy się nie unosząc, a wśród swoich kolegów wyglądał jako sfinks, którego myśl każdy z nich chciał odgadnąć, żeby się podług niej kierować, i to nie zawsze im się udawało, gdy on tymczasem, wszystkich znając do gruntu, łatwo każdego z nich przenikał… Z władzą w ręku, byłby on polskim Robespierrem, tak nieprzejednaną nienawiść żywił do arystokracji i szlachty; lecz z tym ultrademokratyzmem, czyli – jakby dziś powiedziano – radykalizmem, łączyły się w nim republikańskie cnoty: żył skromnie, żadnych rozrywek nie szukał i z zupełnym zrzeczeniem siebie oddany był sprawie swego stronnictwa, które uważał za jedyną dźwignę, mogącą podnieść ojczyznę”.

O przedemigracyjnych latach Darasza mamy bardzo szczupłe wiadomości. Urodził się on za czasów Księstwa Warszawskiego w 1808 r. Pochodził z ludu, podobno był synem odźwiernego w pałacu Potockich w Warszawie. W każdym razie posiadał wyższe wykształcenie, ukończył bowiem uniwersytet w Warszawie i miał stopień magistra praw i administracji. Podczas powstania 1830 r. wstąpił do wojska jako szeregowiec i wkrótce awansowany został na oficera w 20. pułku piechoty.

Przybywszy do Francji, wśród towarzyszy-emigrantów był poważany zarówno z powodu swego charakteru, jak i swej inteligencji. W tak zwanych Radach Zakładowych wybierano go na sekretarza. W 1834 r. znajdował się wspólnie z Wiktorem Heltmanem w Castres (dep. Tarn) i w 1835 r. wstąpił do Towarzystwa Demokratycznego Polskiego.

Był to ważny rok w dziejach tego Towarzystwa. Zamiast sekcji centralnej wytworzono Centralizację, którą wybierano z całego Towarzystwa, powołując najzdolniejszych, najczynniejszych i posiadających powszechne zaufanie członków. Centralizacja była nie tylko organem wykonawczym, stała się ona zastępcą całego Towarzystwa we wszystkich czynnościach, które wymagały wielkiej tajemnicy. W tym roku liczba członków wzrosła ogromnie. Przy końcu roku 1834 było 945 zapisanych w kontroli członków, z końcem 1835 roku liczono ich 1793.

Po długich i szczegółowych rozprawach, które odbywały się po wszystkich sekcjach, wyjaśniono sobie główne zasady demokratyczne i streszczono je w słynnym Manifeście, ogłoszonym w grudniu 1836 r. Manifest ten, tak pogardliwie dzisiaj oceniony przez jednego z postępowszych naszych historyków, był witany w kołach demokratycznych i radykalnych Europy z oznakami zadowolenia i czci. Dziennik angielski „The London Dispatch”, organ radykalistów, po otrzymaniu Manifestu w angielskim przekładzie, pisał 26 lutego 1837: „Żaden człowiek, co kocha wolność i równość, nie może bez rozkoszy czytać tego polskiego Manifestu, a my możemy ręczyć za wszystkich przyjaciół demokracji, którzy dotąd opierali się sprawie polskiej dla jej arystokratycznego dążenia, że teraz oni się stają najgorętszymi i najenergiczniejszymi wspieraczami odrodzenia Polski i jej oswobodzenia od rosyjskiego despotyzmu, na zasadach objawionych w tej szlachetnej deklaracji”. W jeszcze gorętszych wyrazach wypowiedział 21 maja tegoż roku swoje uznanie adres Wschodniego Londyńskiego Demokratycznego Stowarzyszenia. „Bracia demokraci i obywatele! – głosił on – przebiegliśmy wasz szczytny Manifest, wydany do narodów Europy, z tymi uczuciami rozkoszy i uwielbienia, które, chociaż niepodobne do opisania, mogą jednak być objęte przez tych, którzy, tak jak wy, pałają patriotyczną chęcią wyswobodzenia z teraźniejszego poniżenia i nędznego stanu rozmaitych narodów, wielką rodzinę ludzkości składających. Wasz szlachetny Manifest tak dokładnie maluje światu nasze własne pojęcia, że, gdybyśmy usiłowali odpowiedzieć na każdy rozdział tego sławnego Adresu, zmuszeni bylibyśmy nie tylko w odmalowaniu naszych uczuć być waszym echem, ale w wielu okolicznościach używać tychże samych nawet wyrazów dla oddania naszych myśli”. „New Moral World”, organ komunistów, tak się wyraził o Manifeście: „Jest to zupełnie śmiała deklaracja, godna postawienia obok sławnej deklaracji, uczynionej 60 lat temu w Ameryce”. Dodajmy, że Manifest ten uzyskał uznanie takich przedstawicieli postępowej myśli demokratycznej, jak Robert Owen, Bronterre, O’Brien, Raspail, Marks, Hercen, ażebyśmy w pokorze ducha mogli przyjąć wyrok, aczkolwiek z wyżyn katedralnej nauki wygłoszony, że był tylko „rozwodnieniem kilku wielkich a prostych prawd nowożytnych w niestrawnej masie błędów historycznych i politycznych”.

We wrześniu 1836 r. Darasz przeniósł się na mieszkanie do Tuluzy. Życie tam nie było droższe, jak w Castres; można było mieć stół dwa razy na dzień za 32 franki, a nawet za 16 fr., stancję za 7 lub 9 fr. miesięcznie, „albo raczej 14 do 16 na dwóch z dwoma łóżkami, bo zwykle po dwóch się mieścimy” – pisał Darasz do Jana Glinowieckiego. Za to miasto większe przedstawiało i więcej rozrywek i korzyści umysłowych: „bale klasy średniej po sous 10 entree, teatr, gdzie parter franka i sous pięć kosztuje”; „nie mówię już o muzeum, gabinetach, ogrodzie botanicznym, różnych kursach tak wojskowych, jak filozoficznych lub prawnych”.

We wrześniu 1837 r. zawezwano Darasza do zasiadania w Centralizacji wspólnie z Tomaszem Malinowskim, Wiktorem Heltmanem, Henrykiem Jakubowskim i Walerym Breańskim. Odtąd należał on do wszystkich jej składów aż do śmierci swojej. Był jednym z gorliwszych jej członków i wpływ jego wciąż się wzmagał, tak, że w późniejszych czasach głos jego miewał stanowczą, jakby dyktatorską przewagę. W Londynie – jak opowiada Zygmunt Miłkowski – karcił on swoich kolegów niby studentów.

Darasz cenił wysoko „zdrowy rozsądek, prosty rozum ludu” i nie ufał demagogicznym i sofistycznym wywodom demokracji szlacheckiej. Z tego powodu opierał się silnie usiłowaniom Zjednoczenia, które pragnęło wciągnąć Towarzystwo Demokratyczne do wspólnego związku demokracji emigracyjnej, albowiem Towarzystwo zawierało lepsze ziarna, przesiane przez przetak dyskusyjny i agitacyjny, i nie należało – zdaniem jego – mieszać ich z masą jałową, bierną i chwiejną.

Przekonania demokratyczne Darasza były rozległe, graniczące blisko z socjalistycznymi, i w 1848 r., gdy te ostatnie ujawniły się potężnie, nie uląkł się ich i nie cofał się przed nimi.

Albowiem i on wyznawał, że „celem społeczeństwa jest szczęście wszystkich, bez ucisku dla kogokolwiek, bez żadnej niesprawiedliwości”. Demokracja – w jego mniemaniu – były to prawa wszystkich dla wszystkich. „Rząd wszystkich i przez wszystkich, taka jest najkrótsza, najogólniejsza demokracji oznaka”. Bez wolności i niezależności narodowej, przeprowadzać zmiany socjalne jest niepodobieństwem. „Kwestia polityczna przed socjalnymi zajmuje miejsce. Chcieć urządzić zarobek z przemysłu, kapitałów i pracy, a nie dokładać starań, aby przede wszystkim znieść wpływ przywileistów, którzy urządzeniu temu, jako przeciw ich interesowi, tamę kłaść muszą, jest to chimerą tym niedorzeczniejszą, że targającą zasady prostej logiki i zdrowego rozsądku”. Demokratyczny ustrój najdalej jest posunięty w Stanach Zjednoczonych Północnej Ameryki, ale i tam „rząd, prawa, instytucje… jeszcze bardzo wiele do życzenia zostawiają”. W rozwoju polityczno-społecznym państw widzimy, że „po rządzie absolutnym nastąpiła konstytucyjna monarchia, po arystokracji urodzenia – arystokracja bogactw, w miejsce niewolników robotnicy”. Karta konstytucyjna stanęła na połowie drogi, „uświęca z jednej strony wolność i równość, a z drugiej zabijając tę wolność i równość przywileje”.

Nie należy jednak mniemać, że my Polacy możemy ograniczyć się tylko na rewolucji politycznej. „Celem przyszłego powstania Polski całej będzie nie tylko wybicie się na niepodległość, nie tylko zmienienie i przetworzenie budowy politycznej, oparcie jej na wszechwładztwie narodu, aby przejść następnie do ulepszeń wewnętrznych; zrobienie jednym słowem rewolucji politycznej, a potem dopiero socjalnej, ale jedno i drugie razem. Aby bowiem osiągnąć niepodległość, wywołać ruch, sprowadzić rewolucję – potrzeba potęgi moralnej i fizycznej. Chcąc posiadać drugą, należy wydobyć pierwszą, a tego nie można inaczej dokonać, jak podnosząc godność człowieka, niszcząc ucisk, opierając budowę towarzyską nie na gwałtach, bezprawiach i przemocy, ale na prawie i sprawiedliwości, na idei narodowej, demokratycznej”.

Darasz przeciwstawia demokracji monarchizm. Pierwotne instytucje słowiańskie były demokratyczne: „w nich śladu nawet monarchizmu nie znajdujemy”. „Monarchia nie wywiązała się z narodowych żywiołów, była obcym, cudzoziemskim pierwiastkiem – i na to zgadzają się wszyscy; wszyscy utrzymują, iż wyobrażenia zachodu wpłynęły u nas na zaprowadzenie monarchii”. Spowodowała ją potrzeba obrony przeciwko podbojom Karola Wielkiego; była ona naśladowaniem ustroju germańskiego, podbójczego. Właściwością tego ustroju był podział na zwycięzców i zwyciężonych. „Zwycięzcy nieraz wyłącznie dzierżyli ziemię i wolność; udziałem zwyciężonych był ucisk i praca, z której jeszcze owoce pana były korzyścią. Nie dość na tym, zabór pomiędzy samymi zwycięzcami zaprowadził nierówność”.

Upadek ustroju politycznego w Polsce był następstwem rozwiązłości obyczajów i nierządu społecznego. Nie był to jednak upadek zupełny, albowiem „w niej poza uprzywilejowanym stanem, poza szlachtą, pozostawał lud w całej jeszcze sile i nieskażeniu. Siła jego była przygnębiona uciskiem, ale zachowała całą czerstwość; życie jego było nierozwinięte, ale znamionowała je młodość; dla Polski zatem środek ratunku leżał w podźwignięciu mas, w przeobrażeniu społeczeństwa, w rozwinięciu zacieśnionych instytucji narodowych, republikańskich, w zrównaniu stanów, w zniesieniu różnicy między panem a poddanym, między szlachcicem a chłopem. Reformę taką przewidywali swoi i obcy”.

W pierwszych latach istnienia Centralizacji, Darasz czynnie wspierał piśmienną propagandę demokratyczną. „Wielka część artykułów »Demokraty«, silnych zawsze jasnym, ścisłym i nieubłaganym rozumowaniem” – jak świadczy Worcell w swej mowie pogrzebowej – były jego pióra. W piśmie Towarzystwa Demokratycznego Polskiego umieścił on następujące artykuły: „O głównych przyczynach bezskuteczności dotychczasowych powstań polskich”, „O sprawie demokratycznej we Francji”, „O monarchii w Polsce za Piastów i Jagiełłów”, „O usiłowaniach do zaprowadzenia w Polsce monarchii, począwszy od wygaśnięcia linii Jagiellońskiej”, wreszcie rozbiór dzieła: „O demokracji w Ameryce przez Aleksego Tocqueville”. Wszystkie te artykuły opracowane są sumiennie, a dotyczące historii polskiej wymagały obszernych „poszukiwań, których na tułactwie – jak powiada Darasz – dla braku źródeł nie można w zupełności uczynić”. Pomimo to, opierał się on w swej pracy nie tylko na wywodach Lelewela i Maciejowskiego, nie tylko odwoływał się do badań Naruszewicza, Ossolińskiego, Bentkowskiego, Michała Wiszniewskiego, lecz sięgał do samych źródeł: Długosza, Bielskiego, Kromera, Kadłubka, Lengnicha, zbioru dawnych praw, Volumina Legum.

Szczególnie ważny i dzisiaj jeszcze zasługujący na uważne odczytanie jest artykuł „O głównych przyczynach bezskuteczności dotychczasowych powstań polskich”. „Od chwili wstąpienia na obcą ziemię – powiada Darasz – poczęli zaraz emigranci czynić sobie zapytanie: Jakim sposobem Polska niepodległość odzyskać zdoła? Rozwiązując je, dosyć długo ulegali nadziejom, dosyć długo zwracali myśl swoją do matactw dyplomatycznych; spodziewali się zbawienia stąd, skąd zguba kraju wynikła, lub oczekiwali ocalenia w sympatii narodów. Postęp ludzkości, niezaprzeczalne dążenie do zniesienia wszelkich przywilejów i przywłaszczeń, do zaprowadzenia równości, pojmowania braterstwa ludów, ich kojarzenie się do zwalenia despotyzmu – kazały spodziewać się bliskiego wstrząśnienia, rewolucji powszechnej. Chwytaliśmy każde wyobrażenie, choć zmienne, od tysiącznych okoliczności zawisłe, ale błyskotne, powabów pełne, a odrzuciliśmy rzeczywiście, ogołocone wprawdzie z mamideł, lecz zgodne z naszym sercem, z godnością narodu i na rozumie oparte; słowem, liczyliśmy na wszystko prócz na własne siły; a naganiając zaślepienie, tyle zgubne dla kraju, przodków naszych, na obcą we wszystkim spuszczających się pomoc, potępiając błędne i tak przeciwne narodowej godności zdanie, że Europa cała ruszy się na utrzymanie niepodległości Polski, gdyby który z sąsiadów na jej zgubę lub ściśnienie granic czyhał – sami w podobny grzech wpadaliśmy”. Jakież były główne przyczyny naszych niepowodzeń? Były dwie: „Primo nieużycie wszystkich sil narodu w walkach o niepodległość, secundo nieudolność władz naczelnych”. Podczas Konfederacji Barskiej jednozgodne powstanie szlachty przygniotłoby garstkę wojska moskiewskiego, znajdującego się w kraju; tymczasem szlachta, co w sto tysięcy gromadziła się na obiór króla, wystawiła walczących co najwięcej 16000. Niewiele skorszą okazała się szlachta w 1792 roku. Chociaż na sejmie czteroletnim uchwalono 100 tysięcy wojska, to jednak po roku siła zbrojna nie dochodziła do 56 tysięcy, a i „z tej liczby 45310 najwięcej w pole wyprowadzić zdołano”. „Sułkowski liczbę tę do 46000 zmniejsza.” I Kościuszko walczył z niewielkimi siłami. Przeszkodziła mu szlachta, która „w powołaniu mas do broni widziała swoją zgubę, i pasując się między obowiązkami dla kraju a własnym interesem, przeniosła drugi i sprawiła upadek ojczyzny”. Jak słabą była chęć poruszenia mas ludowych w powstaniu 1831 r., dowodzi pomiędzy innymi uchwała sejmu z dnia 19 lutego. Mając do rozporządzenia dobra narodowe, w samym Królestwie kongresowym wynoszące wartość do 200 milionów złp., wyznaczył on z nich tylko cząstkę wartości, 10 milionów, dla rozdzielenia, po ukończonej wojnie, pomiędzy obrońców ojczyzny, i tu jeszcze z uszczerbkiem ludu, ponieważ połowę mieli otrzymać oficerowie, a dopiero połowę, tj. wartość pięciu milionów, podoficerowie i żołnierze.

Nieudolność władz naczelnych była także bardzo ważną przyczyną, że powstania nasze nie osiągnęły skutku. Kościuszko niezaprzeczenie był dzielnym wodzem i miał najlepsze chęci, lecz grzeszył łagodnością. „Przez nominację rad wojennych miał niejako prawo życia i śmierci, mógł użyć zbawiennego w podobnych razach terroryzmu, zmusić do milczenia ludzi przewrotnych, skłonić do ofiar, jakich ojczyzna wymagała, obojętnych lub samolubów”.

Towarzystwo Demokratyczne Polskie w ogólnym rozwoju narodu polskiego odegrało bardzo ważną rolę. Janowski zaznacza, że w ciągu trzydziestoletniego jego istnienia przeszło przez nie do 4000 emigrantów. Byli to przeważnie ludzie wykształceni, wypróbowani, dzielnego charakteru. Spora ich część wsiąkła w społeczeństwo Poznańskiego i Galicji, szerząc tam przekonania demokratyczne. Nieustraszeni emisariusze z ich szeregów nieśli słowną i piśmienną propagandę do zaboru rosyjskiego. Na pismach demokracji kształciła się młodzież polska w wyższych zakładach naukowych rosyjskich. Jak wielkie, wpływowe znaczenie miała demokracja emigracyjna w sprawie wyzwolenia włościan, złożył świadectwo Milutin w poufnym swym Memoriale, przedłożonym carowi Aleksandrowi II.

Powstanie 1846 r., aczkolwiek marnie zakończone, i krakowski Manifest Rządu Narodowego, dowiodły, że siejba demokratów polskich nie była bezpłodną. „Powstanie polskie – pisała w owym czasie paryska »Democratie Pacifique« – powinno być uważane jako wstęp do obalenia poddaństwa w całej wschodniej Europie. Dotąd, ile razy Polska powstawała, domagała się ona tylko swej narodowości; dzisiaj upomina się ona i o swoją narodowość, i o zniesienie poddaństwa i dla siebie, i dla całego szczepu słowiańskiego. Ruch dzisiejszy ma zarówno charakter polityczny, jak i społeczny. Głos jego rozbrzmiał aż w prowincjach naddunajskich. I dlatego powiedzieliśmy na początku, że powstanie polskie ma głębokie korzenie, których nie wyrwą ani miecz moskiewski, ani bezecne intrygi rządu austriackiego”. Powstanie 1846 r. zmusiło i rząd carski do zajęcia się kwestią włościan, jak to przyznają badacze rosyjscy ówczesnych stosunków.

„Democratie Pacifique” miała słuszność, powiadając, że rok 1846 zapoczątkował zniesienie poddaństwa we wschodniej Europie. W dwa łata później, wskutek rewolucji 1848 roku zostało ono zniesione naprzód w Galicji, a następnie w całej Austrii, gdzie ukrywało się jeszcze pod postacią pańszczyzny.

Rewolucja 1848 r., na której przyspieszenie niewątpliwie wpłynęły w znaczny sposób wypadki i następstwa 1846 roku, zdawała się rozpoczynać nową erę wolności i równości w Europie. Berlin i Wiedeń, te niezdobyte twierdze absolutyzmu w poprzednich rewolucjach, zostały opanowane przez lud zrewolucjonizowany. Polakom rysowała się przyszłość pełna nadziei. Poznań, Kraków i Lwów upominały się o prawa narodowe, a nawet rządy pruski i austriacki, uznawały zupełną ich słuszność. Emigracja więc polska pociągnęła tłumnie do kraju ojczystego. Centralizacja Towarzystwa Demokratycznego rozwiązała się, i centralizatorzy, a w ich liczbie i Darasz, pośpieszyli ku siedzibie swego narodu, by wraz z nim podźwignąć z gruzów dawną Rzeczpospolitą na podstawach demokratycznych, ażeby się stała prawdziwą Rzecząpospolitą całej, w obrębie jej znajdującej się, ludności.

Ci, co stali u steru dawnego porządku państwowego, oszołomieni impetem rewolucyjnym, zgadzali się na ustępstwa, udawali zwolenników demokratyzacji państwowej, lecz, spostrzegłszy chwiejność w obozie rewolucyjnym i błędy jego kierowników, ochłonęli z przestrachu, zaczęli wszelkimi sposobami krzyżować działania rewolucyjne i wreszcie otwarcie je tłumić. Kraków zbombardowano, Poznańskie poskromiono. Emigrantów wyganiano. Znowu więc rozpoczął się odwrót, i wychodźcy wracali do Francji. Wskrzeszono Centralizację, i do tymczasowego, zmniejszonego jej składu weszli Worcell, Darasz i generał Sznajde. Wydała ona 13 czerwca odezwę powiadamiającą, że wznawia swoją czynność w oczekiwaniu nowej chwili dla wystąpienia do skuteczniejszej walki. Położenie jej było bardzo trudne. We Francji bowiem, po krwawej wojnie domowej w czerwcu, nastąpił stanowczy zwrot ku reakcji. Na demokratów polskich, którzy i przekonaniami, i nadziejami na przyszłość ściśle byli związani z republikami demokratycznymi, władze reakcyjne patrzyły podejrzliwie i niechętnie. Kiedy więc znaczna liczba demokratów polskich wzięła udział we wrogiej rządowi manifestacji w dniu 13 czerwca 1849 r., rozwiązano Towarzystwo Demokratyczne Polskie i wygnano wybitniejszych demokratów z Francji. W liczbie wygnanych znajdowali się także obecni podówczas w Paryżu dwaj członkowie Centralizacji: Worcell i Darasz. Udali się oni do Londynu.

Miałożby Towarzystwo Demokratyczne, które wzrosło było do wielkiej potęgi, ulec temu ciosowi i przestać istnieć? Powszechnie więc wołano, że trzeba koniecznie w całości utrzymać organizację Towarzystwa. Musiało ono jednak z jawnego, jakim było dotąd, stać się tajemnym we Francji, a tam główna jego była siła. Rozpoczęła się przeto ciężka praca nawiązywania urwanych stosunków, organizowania sekcji oraz łączenia ich do godnego działania. Wygnani centralizatorzy przybrali jeszcze do swego grona Jana Kantego Podoleckiego i utworzyli mały komplet centralizacyjny, który, za zgodą znacznej „liczby demokratów miał czynnie się zajmować sprawami Towarzystwa dopóki nie okazałaby się możność zupełnego skompletowania Centralizacji. Jeżeli weźmiemy pod uwagę te ogromne trudności, które Centralizacja przezwyciężać musiała, przy tym brak środków pieniężnych, to zrozumiemy, jak męczącą, wyczerpującą, często drobiazgową była jej praca. Wysiłki te przeciążające, przy lichym a często i niedostatecznym odżywianiu się, musiały szkodliwie oddziaływać na zdrowie. W Daraszu już w Paryżu przejawiała się gruźlica w płucach, a mgły londyńskie wraz z ciężkimi warunkami życia, przyczyniały się do coraz silniejszego jej rozwoju. Skutkiem wzmagającej się choroby, stał się on zgryźliwym i nieraz ostre czynił wymówki swym towarzyszom.

Zwycięstwa reakcji w całej Europie zmusiły znaczną liczbę bojowników rewolucyjnych do szukania przytułku w Anglii. Przybyli do Londynu: Ledru-Rollin, Delescluze, Stefan Arago, Ribeyrolles, Ludwik Blanc i wielu innych demokratów i socjalistów francuskich. Znalazł się tu także Mazzini, ten spiritus movens rewolucji. Zachęceni przez niego, Ledru-Rollin i Ribeyrolles zaczęli wydawać w 1849 r. czasopismo francuskie pt. „Le Proscrit”, i w pierwszym jego numerze znajdujemy artykuł wspólnie napisany przez Worcella, Darasza i Podoleckiego pt. „Tendance sociale de l’idee democratique polonaise” (Dążność społeczna idei demokratycznej polskiej), streszczający program Towarzystwa Demokratycznego Polskiego w ostatnim jego sformułowaniu po rewolucji krakowskiej r. 1846.

W piśmie tym francuskim, które następnie zmieniło nazwę na „La Voix du Proscrit” (Głos wywołańca) i wychodziło tygodniowo, pojawił się w drugim numerze z 3 listopada 1850 roku obszerny artykuł pt. „Polska w 1848 r.”, który to artykuł niemal w całości przytaczam.

„Czy Polska spełniła w 1848 roku swój obowiązek?

– Nie.

Co powinna była ona uczynić?

– Powstać.

Zaiste, wszyscy czują, myślą, mówią, że po wybuchu rewolucji w lutym, po wybuchach w Wiedniu i w Berlinie, Polska nie powinna była się wahać, ponieważ nigdy jeszcze nie były tak pomyślne dla niej warunki. Nigdy nie było tak stosownej chwili, jak wówczas, ażeby dawna Rzeczpospolita zrzuciła z siebie całun gotowy.

Słyszeliśmy nieraz te słowa, musimy więc dać jeszcze wyjaśnienie w tym przedmiocie. Zaiste, niepodobna czynić Polsce zarzutu braku odwagi. Bóg i narody wiedzą o tym. Nigdy nie targowała się ona o krew swoją, kiedy chodziło o wolność i niepodległość. Ani też nie powstawaliśmy dlatego, żeśmy byli rozbrojeni, ponieważ nie potrzeba dział, by rozpocząć powstanie, i znamy drogę, jaką się do nich dochodzi.

Inne były przyczyny, że Polska nie spełniła swych obowiązków”

Przede wszystkim winna była Francja, winnym był jej rząd rewolucyjny. „Polska nie mogła liczyć na Francję, czytając manifest Lamartine’a, skoro widziała tam powtarzające się pod wszelkimi formami oświadczenie, że Republika nie zamierza z nikim wojny prowadzić, że traktaty 1815 r. zostały przez nią przyjęte jako podstawa i punkt jej wyjścia w stosunkach z innymi narodami, że nie będzie ona prowadziła żadnej propagandy. Polska nie mogła się łudzić, skoro nawet nie wymieniono jej nazwy w manifeście. Nie my jedni doznaliśmy zawodu. Zapytajcie Niemców: jakie były ich uczucia, po przeczytaniu manifestu Lamartine’a? Przypomnijcie mowy i zachowanie się ich książąt oszołomionych, którzy nie spodziewali się ujść cało spod ciosów rewolucji; naraz ujrzeli oni deskę ocalenia, którą im podawał minister Republiki francuskiej”.

Drugą ważną przyczyną było to, że w Polsce był stan dezorganizacji patriotów zupełny, spowodowany wypadkami 1846 roku. Hasło powstańcze mogło wyjść albo od Centralizacji, albo od uwolnionych w Berlinie i w Wiedniu z więzienia przywódców spisku 1846 r. Centralizacja znajdowała się daleko od kraju, a przy tym ubezwładniło ją zachowanie się rządu rewolucyjnego francuskiego. „Co zaś do rodaków naszych, którzy wyszli z więzienia, to im się zdawało, że dawny stan rzeczy minął bezpowrotnie, że nadeszła chwila wyzwolenia Polski, że trzeba tylko rozważnie przygotować się do wojny z Rosją, a w tej wojnie zostaniemy poparci przez Niemcy, przez Francję, przez całą Europę. Było to złudzenie. Ależ jak nie mieli mu ulec, kiedy ze wszystkich stron, na wszystkich drogach im to powtarzano; kiedy ich, skazanych, torturowanych, więzionych, naraz w stolicy ich wrogów oswobodzono z więzienia, prowadzono tryumfalnie po ulicach, witano po drodze okrzykami: Niech żyje Polska! Kiedy król z balkonu swego pałacu zmuszony był uczcić swych więźniów? Możemy ganić ich zbytnie zaufanie, lecz potępić go nie możemy. Zaufanie jest współudziałem dusz uczciwych. Przy tym ci ludzie, naraz z ciemnicy oswobodzeni, mieliż nie ufać, kiedy czytali oświadczenie Fryderyka Wilhelma, że te prowincje, które nie należały do Rzeszy niemieckiej, mogły się urządzać podług własnej swej woli – i kiedy patrzyli ze zdumieniem, że policja berlińska wydawała z arsenałów miejskich broń ich rodakom, którzy udawali się pośpiesznie do W. Księstwa Poznańskiego?

Streśćmy się. Propaganda pokojowa bez zastrzeżeń, głoszona przez Lamartine’a w imieniu Francji republikańskiej, i niedostateczność organizacji stronnictwa demokratycznego w Polsce – oto były przyczyny, które w 1848 r. przeszkodziły naszemu krajowi odpowiedzieć powszechnemu oczekiwaniu, wywołując w nim wyjątkowe tylko i bezładne ruchy, i zmusiły do milczenia Królestwo 1815 roku, serce całej Polski”.

Tak pisał Darasz dla cudzoziemców, starając się usprawiedliwić swoich rodaków. W głębi jednak swego serca odczuwał boleśnie słuszność zarzutu, jego narodowi czynionego. Przebija się to w dalszym zwrocie do rodaków. I cóż nas mógł obchodzić głos Lamartine’a i innych ministrów francuskich, kiedyśmy dobrze wiedzieli, że lud paryski był z nami? „Pełnomocnicy czasowi, odwołalni, ażeby zagłuszyć uczucia ludu, zaprzątali jego głowę; byliby jednak bezsilni powstrzymać jego uniesienia i musieliby ulec jego woli, gdyby w Polsce zagrzmiała »Rewolucja«. Niech Polska dobrze się zastanowi nad tymi słowami”.

Organizujmy się – pisał dalej – mając na widoku przyszłość. Pamiętajmy, że siła nasza w całości narodowej, nie zaś w interesach oddzielnych prowincji. „Organizujmy się już dzisiaj. Dwadzieścia lat rozpraw usunęły trudności. Nie ma już ważnych kwestii, które by nas dzieliły. Rzeczpospolita i zasady demokratyczne z wynikami ich społecznymi, proklamowane w Krakowie w 1846 r., zostały uświęcone w 1848 r. bombardowaniem miast naszych i krwią, na dwudziestu nowych pobojowiskach przez naszych bojowców przelaną. Zacieśnijmy węzły naszej łączności. Rozprawiajmy wspólnie z Zachodem o wszystkich kwestiach organizacji społecznej, lecz nie zapominajmy, że najważniejszą u nas sprawą jest wyzwolenie włościan, ich uwłaszczenie, ich doprowadzenie do warunków bytu niezależnego i świadomości społecznej, warunków koniecznych, by mogli oni wykonywać wszechwładztwo polityczne, albowiem wówczas tylko możemy się spodziewać, że spełnią swój obowiązek, gdy będą mieli pełnię swych praw. Wówczas nie będziemy obawiali się zawodu, jakiego doznaliśmy w 1848 r., i członkowie jedności demokratycznej europejskiej, zdołamy ręką mocną i pewną utrzymać sztandar nam wspólny”.

Przedstawicielem jedności demokratycznej europejskiej – o której mówi Darasz – był Centralny Komitet Demokratyczny europejski, zorganizowany w Londynie w lipcu 1850 roku. Do składu jego weszli: ze strony Francji – Aleksander August Ledru-Rollin, ze strony Włoch – Józef Mazzini, ze strony Polski – Wojciech Darasz, ze strony Niemiec – Arnold Rugge. Pierwsza jego odezwa: „Do Ludów,” obwieszczająca dokonane zorganizowanie, wyszła w Londynie z datą 22 lipca tegoż roku. W drugiej odezwie, datowanej 20 października, Komitet ten określił swoje zadanie i dążenia.

„Jak państwo – głosiła ta odezwa – musi być harmonijną reprezentacją indywidualności i stowarzyszenia, tak każda organizacja demokratyczna reprezentować powinna i harmonizować z sobą narodowość i przymierze, ojczyznę i ludzkość. Gdzie te dwa żywioły nie są połączone, tam jest despotyzm i bezrząd; my zaś ani jednego, ani drugiego nie chcemy.

Byli ludzie, którzy, przestraszeni owymi wzajemnymi walkami narodów, jakie co krok znaczą krwią historię ludzkości, mieszając ciasny nacjonalizm rodów królewskich z narodowością ludów wolnych i równych, usiłowali w ostatnim stuleciu zatrzeć myśl narodową w jakimś zamglonym kosmopolityzmie. Wobec przeto zadania obejmującego całe człowieczeństwo, stawiali pojedyncze indywiduum, słabe, odosobnione, głosili cel, znosząc wszelkie dla dopięcia go środki. Było to konieczne, jakkolwiek przesadzone, Oddziaływanie przeciw systematowi, fałszującemu myśl-rodzicielkę narodowości i stawiającemu w jej miejsce nieprzyjazne interesy kilku panujących rodzin.

Myślą-rodzicielką narodowości jest organizacja ludzkości w jednorodne gromady, celem dopełnienia wspólnego obowiązku: postęp zatem powszechny i rozwinięcie ku Dobru wszystkich sił, danych rodowi ludzkiemu.

Lud każdy, pracownik na wielkim warsztacie świata, według usposobienia i dążności sobie właściwych, zajmuje we wspólnej pracy szczególny wydział, tenże sam co do celu, ale różny w środkach. O ile przyczynia się do korzyści wszystkich, o tyle jest od innych ludów uznany i kochany. Podział na różne narody jest tym w ludzkości, czym rozdział pracy w wyrobach.

Określenie obowiązku wspólnego należy do wszystkich. Jest to ustawa zasadnicza ludzkości; a przyjdzie czas, kiedy ta ustawa wypracowaną zostanie na kongresie reprezentantów wolnych narodów. Wybór środków należy do każdego ludu. Jest to ustawa zasadnicza narodów, one tylko same mogą ją oznaczyć. Pod natchnieniem więc myśli ogólnej, kiedy naród określi posłannictwo szczególne, przeznaczone mu w świecie.

Na tych to podstawach organizacja Demokracja oprzeć się powinna”.

Podług planu, ułożonego w Londynie przez przywódców Demokracji europejskiej, utworzony Komitet Centralny miał znaczenie tylko tymczasowe, jako powołujący i pobudzający do wytworzenia komitetów przez same narody; a dopiero wysłannicy tych komitetów mieli utworzyć stały Komitet Centralny. Obowiązkiem jego miało być: „nadać jednakowy popęd wielkiej organizacji europejskiej, założyć apostolstwo zasad, mających zbliżyć do siebie członków ludzkiej rodziny; zabezpieczyć, aby żadna rewolucja przez odosobnienie się nie zdradziła lub nie odbiegła chorągwi braterstwa; aby żadna przez złowrogą ambicję nie pogwałciła praw wewnętrznego rozwoju, jaki przynależy każdemu ludowi; aby żadna, opuszczona, nie zmarniała pod ciosami spiknionych arystokracji.

„Do utworzenia komitetów narodowych – powiadano – dwa są środki: albo utworzenie idzie z góry i obejmuje masy; albo powstaje z dołu, a wtedy wybrani naczelnicy zakładają jedność. Oba te środki są dobre; wybór jednego z nich zależy od okoliczności, w których się kraj znajduje”. Tam, gdzie to można, niech ta praca odbywa się publicznie, przy świetle dziennym; gdzie zaś wszystkie drogi prawne do objawienia opinii wzbronione, tam nakazana jest tajemnica i praca tajemna w milczeniu. „Pieczary lub forum, każde miejsce właściwe, kiedy idzie o przyśpieszenie tryumfu sprawiedliwości”.

Daraszowi miano za złe, że się zjednoczył z przedstawicielami demokracji rewolucyjnej w Europie. Nie mówiąc o poznańskim „Gońcu Polskim” i krakowskim „Czasie,” nawet niektórzy dawni członkowie Towarzystwa Demokratycznego uważali to za pewne odstępstwo sprawy narodowej, za szkodliwe łączenie się z socjalistami. Nam – powiadali oni – potrzebne jest wyzwolenie się polityczne przede wszystkim, a kwestia socjalna sprowadza tylko wśród nas rozdwojenie. Zapomnieli oni, że zupełnie podobny zarzut im czynili zwolennicy Czartoryskiego i Dwernickiego. – Ależ – odpowiadała im Centralizacja londyńska – czyż Towarzystwo Demokratyczne nie postawiło w swym programie wyzwolenia włościan, zniesienia pańszczyzny i czynszów, nadania włościanom własności gruntowej, bezwarunkowego, usamowolnienia pracy?! A nie jestże to kwestia socjalna?!

Myśl międzynarodowa w tym czasie wywalczała jeszcze sobie uznanie. Nie tylko dyplomaci państwowi, ale i wyznawcy rewolucjonizmu powoływali się egoistycznie na sam tylko interes własnego narodu. Zarzuty czynione Daraszowi powtarzano i innym przedstawicielom narodowym demokracji europejskiej. Komitet więc Centralny przypomniał w swej odezwie dnia 1 czerwca 1851 r., że główną przyczyną niepowodzeń rewolucji 1848 r. był właśnie brak solidarności międzynarodowej. „Musieliście – powiadał – znów popaść pod jarzmo i nowymi boleściami odpokutować wasz błąd”.

„Misja Komitetu Centralnego – powiadał dalej – jest europejską, dzieło jego internacjonalnym dziełem. Zwrócić usiłowania ludów do jednego źródła, do jednego wspólnego natchnienia; reprezentować czynem solidarność istniejącą pomiędzy wyzwoleniem każdego z nich a wyzwoleniem wszystkich; ścieśnić szeregi walczących w świętej sprawie prawa, gdziekolwiek one stają; przygotować przymierze ludów, które by mogło pokonać przymierze królów; kongres narodów, któryby mógł zastąpić kongres wiedeński, dotąd trwający i zawsze czynny; przerobić kartę europejską wedle woli ludów; usunąć przeszkody, stojące na wstępie takiej przyszłości a wynikłe z przesądów plemiennych, z tradycji wojen monarchicznych i podstępów rządowych; oto jest – powtarzamy – cel naszej pracy zbiorowej.

Oczywiście, cel taki nie może być osiągnięty, tylko obrawszy wspólny punkt wyjścia.

Punktem tym wszechwładztwo narodowe dla każdego ludu, przymierze na podstawie równości dla wszystkich wyzwolonych narodów.

Wszechwładztwo nie byłoby narodowy, nie obejmując w swym celu i objawach wszystkich żywiołów tworzących naród, ogółu obywateli, składających państwo. Pojęcie demokratyczne jest przeto dla nas warunkiem nieodłącznym od narodu.

Demokracja ma tylko jedną logiczną formę: formę republikańską”.

W Komitecie Centralnym Demokracji europejskiej niezaprzeczenie największy wpływ wywierał Mazzini, i największą też czynność rewolucyjną okazywali Włosi. Wasze pięć dni w 1848 r. – powiadała odezwa Komitetu do patriotów lombardzko-weneckich – zdobyły wam Ojczyznę. Niech robią co chcą wrogowie, ona ma zapewnioną przyszłość. Jakkolwiek bowiem powstania upadły, wróg zwyciężył, to jednak te pięć dni okazały w narodzie taką potęgę ducha, że wiara w jego rychłe wyzwolenie napełniła serca walczących w jego sprawie. Wiara Włochów była ogromna, i najwcześniej, bo już 27 listopada 1850 r., wśród nich na ziemi ich ojczystej stanął Komitet narodowy. Uchwalona pożyczka narodowa, w kwocie dziesięciu milionów franków, została przychylnie przyjęta we wszystkich prowincjach Włoch, zwłaszcza przez klasy niezamożne, biednych wieśniaków i rzemieślników; wykazało to – powiadał Komitet narodowy w swym sprawozdaniu rocznym – „takie mnóstwo osób zbratanych z myślą naszą, że każdą w tej mierze wątpliwość usuwa”.

Niesłusznie jednak posądzano, że Darasz poddawał się ślepo wpływowi Mazziniego. Miał on pewne własne poglądy i wówczas stawał energicznie w ich obronie. Mazzini był przeciwnikiem federalizmu, mając na myśli federalizm monarchiczny we Włoszech; Darasz zaś był zwolennikiem federalizmu, wprawdzie nie ze względu na naród polski, lecz na narody słowiańskie. Niewątpliwie jego to pogląd ujawnia się w odezwie Komitetu Centralnego do Polaków. „Czyliż Europa nie wie o tym – czytamy w tej odezwie – że wy przynieśliście światu wielką myśl: federację ludów słowiańskich? Ta myśl objawiła się za Bolesława W.; arystokracja nie umiała jej pojąć… Dziś w ludowym natchnieniu ta myśl odżyć powinna; dziś chłop urzeczywistni to – co przeczuł Bolesław W.”.

Powtarzamy – powiada dalej odezwa – Federacja słowiańskich narodów, nie zaś panslawizm. Panslawizm, to nie wolność ludzkości, to jedność panslawistyczna. Pojęcie potworne, płód despotyzmu wojskowego. Europa cała odepchnęłaby go ze zgrozą, wszakże już od r. 1825  zaprzeczony jest nawet nad Newą. Panslawizm to car. Nie z nim lud polski może i powinien wejść w sojusz, ale z męczennikami moskiewskiej wolności, ale z następcami Pestla, Murawiewa, Bestużewa i ich towarzyszy”

Polacy! czemuż by tak nie miało być? Czemuż byście nie mieli dać hasła słowiańskiemu światu? Czemuż by Warszawa nie miała stać się Rzymem północy, ogniskiem północnych plemion, jak Rzym był nim dla południowych i środkowych? Wówczas, kiedy Francja i Włochy organizują przymierze grecko-łacińskich rodów, kiedy dreszcz wewnętrzny zapowiada blisko zjednoczenie germańskiego świata, czemuż by Polska, ręka w rękę z Węgrami, dawnymi przyjaciółmi swymi, w imię sług oddanych Europie, w imię długiego męczeństwa, czemuż by nie miała rozesłać ognistych wici ostatecznej wojny; hasła, które by odbrzmiało na wszystkich krańcach starych despotyzmów aż do wschodnich brzegów Adriatyku?

Potrzeba tylko woli silnej, nieustannej; woli w każdym z członków, w każdej godzinie dnia; woli z miłością, poświęceniem i stałością. Chciejcie więc i postępujcie. Europa zaczyna mniemać, że walka 1830 r. wyczerpała wasze siły. Powtórzcie Europie słowa Rejtana: »żaden despota nie jest dość potężnym, aby mnie złamał, ani dość zręcznym, aby mnie uwiódł«”.

Jak już mówiłem – zadanie Centralizacji w Londynie wymagało wielu zabiegów, pracy.

Ażeby utrzymać organizację, szerzyć propagandę demokratyczną, trzeba było stworzyć koniecznie własny organ. Tymczasem brakło najważniejszej rzeczy – pieniędzy. Zdobyto wreszcie przez wypuszczenie akcji pewny fundusz i zaczęto wydawać „Demokratę Polskiego” w Brukseli. Rząd belgijski jednak utrudniał jego wydawanie, a zakaz sprowadzania tego pisma do Francji pozbawił go największej liczby prenumeratorów, i pismo z końcem 1851 r. musiało przestać wychodzić. Oprócz troski o byt pisma i o zachowanie łączności w organizacji, Centralizacja musiała z ogromnym wysileniem starać się o to, ażeby zatrzymać w Anglii przybyłą z Węgier emigrację polską i wystarać się dla niej o środki utrzymania się. A do tego członkowie Centralizacji, którym żołdu rządowego nie wypłacano, a kasa centralizacyjna najczęściej była pusta, musieli sami zarabiać większą część środków potrzebną na wyżycie.

Darasz, coraz bardziej upadający na siłach z powodu rozwijającej się choroby, wytrwale dźwigał swe brzemię pracy. Brat jego Paweł, lekarz w Algierze, nadsyłał mu zasiłek pieniężny, i to zabezpieczało go od nędzy. Choroba jednak niszczyła organizm, coraz słabszym czuł się Darasz, coraz częściej musiał pozostawać w domu i w łóżku i wreszcie 19 sierpnia 1852 r. zakończył swe życie. Miał wszystkiego 44 lata, kiedy właśnie wielu dochodzi do pełni swych sił duchowych. „Demokracja poniosła w nim stratę jednego z najśmielszych, najżarliwszych i najwierniejszych swoich obrońców” – pisał „Demokrata Polski”.

Pogrzeb Darasza, który się odbył 22 sierpnia, stał się manifestacją demokracji międzynarodowej. W pochodzie wzięło udział co najmniej 1500 osób. Za trumną szedł Komitet Centralny Demokracji europejskiej. Dalej szli wychodźcy francuscy z chorągwią czerwoną, na której głosił napis „Rzeczpospolita demokratyczna i socjalna”; Włosi z trójkolorową narodową chorągwią; Niemcy i Węgrzy; wreszcie Polacy ze sztandarem Orła Białego w czerwonym polu i z napisem: „Polska demokratyczna i socjalna”.

Pierwszy przemówił nad grobem po francusku Stanisław Worcell, jako najbliższy kolega Darasza w Centralizacji TDP. Skreśliwszy pokrótce jego życie i zasługi, uwydatnił jego współudział w pracy międzynarodowej demokratycznej i zakończył zwrotem do swoich rodaków: „A wy, zasmuceni ziomkowie moi – mówił on – wy, współwyznawcy wiary, towarzysze prac i współzawodnicy poświęceń brata zmarłego, wracając do trudów, głodu i tęsknoty tułaczego życia, do pracy i walk politycznego apostolstwa waszego, wynieście stąd z sobą pokrzepiającą zachętę, jaką zostawił wam przykład znikłego spomiędzy nas brata i owoc tu dla was widoczny spełnionej przezeń ofiary. Nie! bracia moi, nie! Kto z pracy umiera na usługach Ojczyzny, a przez nią dla Ludzkości, ten nie umiera nigdy. Każdy czyn poświęcenia, każda śmierć, naznaczona piętnem dozgonnej wytrwałości, idzie na korzyść sprawy, której świetna przeszłość od Racławic do Grochowa zapisana na pierwszym miejscu w księdze przedwiecznych wyroków. Tam to wpatruje się w nie dziś duch brata naszego, którego chwile ostatnie osłodzone były pociechą obecnego poczucia się i usposobienia Ludu Polskiego. On także, ów poczciwy i miłujący Ojczyznę lud Polski wierny w bliskie wypełnienie się owych Najwyższego wyroków i czeka niecierpliwie hasła, gotowy odpowiedzieć nań z kosą, toporem lub karabinem rozbrojonego nieprzyjaciela w ręku. Gdzie indziej tymczasem obrzydzenie najwyuzdańszego despotyzmu wzdyma się i rośnie, jak morze w przesileniu wiosennym, i grozi zerwaniem grobel, które rząd zohydzony, zgniły i już o sobie zwątpiały stawić przeciw niemu się sili. Naszą więc jest przyszłość – przyszłość Polski, solidarnie związanej ze zwycięstwami, odtąd nieochybnymi, wielkiej Sprawy Ludzkości. W przyszłości tej więc utkwijmy wzrok zwrócony do grobu, w którym spoczywa przyjaciel nasz; a ponieważ jeden z nas, i to z najlepszych, upadł, ściśnijmyż szeregi i – naprzód!”.

Po przemówieniu Emeryka Staniewicza w języku polskim, Ledru-Rollin, ten potężny trybun ludu francuskiego, grzmiącym głosem wstrząsnął uczuciami zgromadzonej różnonarodowej publiczności. „Wielu z nas – mówił – nie znało Darasza osobiście, a jednak pośpieszyliście oddać mu cześć pośmiertną. Przyszliście, bo życie jego było wcieloną zasadą, śmierć jego poświęceniem się; Ojczyzna jego, święta, bohaterska Polska! naród rozproszony a niezwyciężony! – Przyszliście, bo jego boleści, bo Ojczyzny jego boleści, waszymi są boleściami!. W sercach waszych panują pragnienia i dążenia wieku rewolucyjnego, wieku walki o wolność, równość i braterstwo – a wasze tu zgromadzenie to świadectwo, że tryumf jego nadchodzi. Są tacy, co z wyżyn swej uczoności nam mówią, że nasza praca jałowa. Nie – niejałowym to dziełem oczyścić grunt ze wszystkich samowładztw, ze wszystkich darmozjadztw; niejałowym to dziełem, wszystkich ludzi, od końca do końca Europy uczynić równymi i bracią pod formą republikańską; nie jest to dziełem jałowym – wywrócić wszelkie zagrody, które dziś ludy między sobą dzielą, i utworzyć z nich jedną rodzinę, by oprzeć nowe gospodarstwa społecznego zasady na wielkiej podstawie wzajemności pracy”. Przysięgnijmy nad tym grobem, że wciąż walczyć o to będziemy.

„Przysięgamy!” – rozległ się wśród zgromadzonych powszechny okrzyk.

Bolesław Limanowski

______________________

Powyższy tekst pierwotnie stanowił rozdział książki Limanowskiego pt. „Szermierze wolności”, opublikowanej przez związane z PPS – Frakcja Rewolucyjna wydawnictwo „Książka”, Kraków 1911. Następnie ukazał się w postaci osobnej broszury w roku 1913, brak wydawcy. Przedruk za tym ostatnim źródłem, ze zbiorów Remigiusza Okraski. Poprawiono najbardziej archaiczne zwroty, zachowując pisownię oryginału. Na potrzeby Lewicowo.pl tekst przygotował Piotr Kuligowski.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *