Stanisław Niemyski

W redakcji „Robotnika” (we wrześniu 1939 r.)

Gdy w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 r. około godziny trzeciej ostatnia kolumna „Robotnika” znalazła się na kalandrze, wkrótce zaś nastąpił tak charakterystyczny w tonie, tak przyjemny dla ucha dziennikarza rozruch maszyny rotacyjnej, oznaczający koniec dyżuru w redakcji, nic jeszcze nie wskazywało, że w godzinę później przypadkowo przychwycę w radio początkowo niezrozumiałe, ale wkrótce rozszyfrowane jako wybuchy hitlerowskich bomb lotniczych – pierwsze sygnały wojny.

Podkreślam ten moment, który tak niespodziewanie przeżyłem, jako wyjątkowo jaskrawy dowód usypiania z premedytacją do ostatniej chwili przez sanacyjną „górę” naszej opinii społecznej. Lecz przecież zaledwie wczoraj (31 sierpnia), na konferencji prasowej w Prezydium Rady Ministrów, mimo przytaczania przez dziennikarzy udokumentowanych faktów świadczących o groźnie napiętej sytuacji, słyszałem z ust rzeczników prasowych Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych uspokajające, demobilizujące słowa, przepojone beztroskim stosunkiem do rzeczywistości.

Również naczelny cenzor jeszcze tej nocy ostrzegał mnie telefonicznie z Ratusza przed zamieszczaniem jakichkolwiek alarmujących relacji, już zresztą masowo przekazywanych nam przez korespondentów znad granicy. W rezultacie poranna prasa stolicy, kolportowana po raz pierwszy w poświście stukasów, nie przyczyniła się do pomniejszenia dezorientacji mieszkańców Warszawy. Zostaliśmy naprawdę zaskoczeni. Z tym większą satysfakcją zaznaczyć należy, że odrętwienie minęło natychmiast. Redakcja, administracja, drukarnia, ekspedycja bezzwłocznie – wcześniej niż kiedykolwiek – zjawiły się na swych posterunkach.

Przybyła w komplecie redakcja: Mieczysław Niedziałkowski, Jan Maurycy Borski, Roman Boski, Jan Dąbrowski, Stanisław Dubois, Ignacy Klibański, Bolesława Kopelówna, Krystyna Latoniowa, Jan Nepomucen Miller, Stanisław Niemyski, Stojan Stefanowski, Ludwik Winterok. Przybyli czołowi publicyści „Robotnika”: Norbert Barlicki, Kazimierz Czapiński, Julian Maliniak, Kazimierz Pużak, Zygmunt Piotrowski, Jerzy Nowakowski, Adam Próchnik, Zygmunt Zaremba, Zygmunt Żuławski. W administracji podjęli pracę: Franciszek Białas, Kazimiera Dubois, Jerzy Cesarski, Feliks Skrzypek oraz delegat CKW PPS do spraw „Robotnika” – Stanisław Karpiński. W komplecie stawiła się drukarnia: dyrektor Wacław Zajączkowski; metrampaże: Mieczysław Grzelecki, Władysław Kral, Stanisław Zajączkowski; linotypiści: Kazimierz Blarowski, Franciszek Dobrowolski, Józef Komorowski, Wacław Koral, Alfred Laskowski, Hipolit Sarnowski, Antoni Soszko, Józef Żegawko; zecerzy: Marian Gogolewski, Antoni Grochowski, Czesław Klim, Bolesław Stefańczyk, Władysław Ziółkowski; maszyniści rotacyjni: bracia Stanisław i Bolesław Stańczykowscy, Kazimierz Deraczyński, Karol Popowski; giserzy: Hugo Gebauer, Izydor Krasnodębski, Stanisław Trzeczkowski. W ekspedycji zajęli swoje stanowiska: Władysław Blumert, Józef Białkowski, Stanisław Rupert.

Na swoim miejscu czuwał woźny – Władysław Sapiela. Wspomnę o nim trochę szerzej, ponieważ bywał naszym łącznikiem z ówczesną cenzurą. Gdy pierwsze egzemplarze gazety spływały z taśmy, chodził (nie mieliśmy żadnego środka lokomocji), powiedzmy sobie: raczej wlókł się noga za nogą, z nieodłączną fajką w zębach, krokiem emeryta, z Wareckiej na plac Teatralny, aby tam z właściwą sobie flegmą składać dokumenty naszej notorycznej nieprawomyślności. Po czym, również nie spiesząc się, powracał, aby dowiedzieć się, że numer został, oczywiście, skonfiskowany, czego dowodem była już obecność w drukarni „granatowych” spod „trzynastki”, z pobliskiej ulicy Szpitalnej. Oczywiście, „Ruch” swój przydział dawno już kolportował i zaczynała się tradycyjna policyjna gonitwa za nim po dworcach i kioskach. Od 1 września tow. Sapiela miał jednak „spokojną głowę” do palenia swojej fajki. Faktycznie cenzura już też straciła głowę. W kilka dni później w ogóle wyemigrowała ze stolicy.

Jeszcze przed południem 1 września ukazał się dodatek nadzwyczajny „Robotnika”, wyjaśniający sytuację, nawołujący do opanowania, do przygotowania się na wszelkie ewentualności z wiarą w ostateczne zwycięstwo sprawiedliwej sprawy. Na dziedzińcu Wareckiej 7 dopalały się dokumenty: kartoteki prenumeratorów, korespondencje czytelników, wszystko, co mogłoby naprowadzić wroga na jakikolwiek ślad.

Przy współpracy kadrowego zespołu „Robotnika”, stale zresztą uszczuplanego na skutek działań frontowych, i przy udziale licznych, przeważnie bezimiennych, ofiarnych uczestników obrony Warszawy zapisana została 25-dniowa historia centralnego organu Polskiej Partii Socjalistycznej we wrześniu 1939 roku.

W tym okresie rola „Robotnika” nie ograniczała się do służby prasowej. Jako widomy przez najgęściejsze dymy spowijające Warszawę towarzysz w walce, symbol oporu na wszystkich szańcach i barykadach, gazeta stała się współorganizatorem obrony przed agresją, jednym z głównych ośrodków mobilizacji wszystkich sił narodu do boju o honor stolicy.

Dziennikarska baza kurczyła się z każdą godziną, w takim samym tempie rosły: chaos w sztabach wojskowych, mglistość wypowiedzi prasowych rzeczników rządu, zamęt w sprawozdaniach uchodźców.

W objętości mniej więcej normalnej i o zwykłym czasie wydanie „Robotnika” ukazało się po raz ostatni z 6 na 7 września. Tej nocy – poprzedzonej zwołaniem konferencji prasowej przez rzeczników rządu, referujących w atmosferze ewakuacji Prezydium Rady Ministrów, konferencji, która streszczała się w przedstawieniu się wojewody śląskiego Grażyńskiego jako nowego szefa prasy i propagandy – montowałem numer „Robotnika” przy akompaniamencie nieustannych dzwonków telefonicznych, wzywających członków redakcji do zajęcia – wespół z personelem innych redakcji – miejsca w pociągu, podstawionym w kierunku Lublina, z dalszym biegiem do Łucka bądź do Lwowa.

Tejże nocy wysłuchałem przez radio sprzecznych nakazów osławionego pułkownika Umiastowskiego: „Wszyscy mężczyźni – do kopania fortyfikacji! Wszyscy mężczyźni – poza Warszawę, na wschód!”.

Wstrzymanie nadawania dalszych audycji dopełniło miary rozprzężenia.

Przyznam, że znalazłem się w nie byle jakiej rozterce: które stanowisko wybrać, gdy nie ma nawet z kim przeprowadzić konsultacji, sytuacja zaś była rzeczywiście tak niewyraźna, że nie wiadomo było, czego się trzymać.

Sytuację uratował Niedziałkowski. Gdy zjawił się na progu redakcji, zarządził: Nic się nie zmieniło! Walka trwa nadal! – redakcja „Robotnika” pozostaje na stanowisku. Zwracając się do mnie polecił, abym wraz z Dubois udał się do siedziby warszawskiego OKR na ulicę Długą i tam uzyskał wiadomości o przebiegu posiedzenia. Zanim – przedzierając się przez tłumy uchodźców fantastycznie wyglądających w ciemnościach – dotarliśmy wreszcie na miejsce, było już po posiedzeniu. W lokalu pozostali jeszcze członkowie OKR: Antoni Baryka, Bolesław Dratwa, Józef Dzięgielewski; stwierdzili autorytatywnie: OKR PPS uchwalił obronę Warszawy. Powstają robotnicze bataliony obrony Warszawy! Gdy fale uchodźców nieprzerwanie płynęły przez Warszawę, gdy teutońska nawała tym śmielej parła naprzód, gdy czołgi Blaskowitza docierały już w okolice Woli, Ochoty, Żoliborza, a na zatłoczonych szosach Luftwaffe zbierała krwawe żniwo, stolica została faktycznie oblężona. Wtedy to właśnie na szpaltach „Robotnika” ukazała się odezwa Polskiej Partii Socjalistycznej nawołująca do obrony miasta.

Robotnicze bataliony obrony Warszawy pod komendą Mariana Keniga, który obrał swoją główną kwaterę przy ul. Wareckiej 7 (mieściła się tam drukarnia i redakcja „Robotnika”), jeszcze mocniej związały gazetę z ludnością bohaterskiego miasta.

W postawie mieszkańców Warszawy nie było nic z udanej zuchowatości. Przeciwnie, uderzała zdrowa brawura, wynikająca z istotnej odwagi i pogardy śmierci, z woli walki i głębokiego poczucia patriotyzmu. Stanowisko „Robotnika” pokrywało się w pełni z tymi nastrojami.

Ze względów technicznych gazeta wychodziła odtąd tylko w objętości dwóch stron, była rozprowadzana jak najwcześniej, aby jeszcze przed nastaniem zmierzchu mogła dotrzeć do najbardziej odległych punktów oporu oddziałów regularnych i ochotniczych, aby jeszcze tego samego dnia powiadomić wszystkich mieszkańców o rozkazach Dowództwa Obrony Warszawy i zarządzeniach Komisarza Cywilnego, o nieugiętej pozycji partii – trzonu obrony Warszawy.

Na szpaltach „Robotnika” nieśliśmy wszystkim słowa otuchy czerpanej z własnej radiostacji, obsługiwanej przez Illę Genachow. Dostarczaliśmy wieści z komunikatów frontowych osiąganych w nad wyraz trudnych warunkach z Wybrzeża, Modlina, z formującej się nad Bugiem armii Kleeberga.

Przekazywaliśmy mieszkańcom Warszawy informacje o poczcie polskiej w Gdańsku, o Westerplatte, o gdyńskich kosynierach Kazimierza Rusinka, który w dniu 9 września 1939 r. wystąpił z odezwą w imieniu Drużyn Robotniczych PPS: „Wyboru nie ma. Jest tylko jedno postanowienie: walka na śmierć i życie. Niech nas prowadzą do boju sztandary naszej idei, przewodnikiem naszym w walce i drogowskazem niech będzie sztandar Rzeczypospolitej. Niech żyje zwycięstwo! Niech żyje wolność! Niech żyje lud pracujący!”. Oto hasło, które zostało przyjęte przez robotnicze bataliony obrony Warszawy. Tutaj, na Wareckiej, rzucone zostały losy hańby lub honoru stolicy. Biura werbunkowe, rozmieszczone na podwórzu, w bramie i aż żenująco ciasnym lokalu redakcji, były czynne przez całą niemal dobę. Rejestrowały przy współudziale członków redakcji wszystkich wyciągających ręce po broń: Polaków i Żydów, pepeesowców i komunistów, ludowców, jaworowszczyków i moraczewszczyków, endeków i sanatorów, każdego, kto w tej decydującej chwili – zgodnie ze swym sumieniem, publicznie, bez względu na swą przynależność społeczną, przekonania polityczne – deklarował wolę walki z hitlerowskim barbarzyńcą.

Jako jeden z dowódców oddziałów formowanych na Wareckiej, przekazywanych z kolei przez OKR PPS władzom wojskowym mającym swą siedzibę w Agrykoli, w swym codziennym przemarszu przez miasto spotkałem się wprawdzie z przejawami buntu niektórych korporantów, odsuwających się od Żydów. Z satysfakcją natomiast mogłem natychmiast notować na łamach „Robotnika”, że scysje na ten temat miały zazwyczaj charakter sporadyczny, że krótkie przypomnienie wspólnego celu, wspólnej walki szybko i skutecznie kładło kres uprzedzeniom.

Robotnicze bataliony obrony Warszawy zawierały w sobie zbyt potężny ładunek ideowy i uczuciowy, aby dawały jakiekolwiek perspektywy wewnętrznych porachunków w obliczu wroga. Broni, niestety, dla wszystkich nie było, mimo codziennych nawoływań i starań „Robotnika”. Była jednak żelazna wola walki, którą uosabiał przede wszystkim Niedziałkowski.

Uważam, że jego rolę w dziele obrony Warszawy najwyraziściej przedstawił w 10 lat później w swych pamiętnikach jeden z czołowych we wrześniu publicystów „Robotnika”, były naczelny redaktor „Epoki” – Henryk Lukrec, gdy stwierdził: „»Robotnik«, płonący entuzjazmem walki, panował niepodzielnie wśród murów oblężonej Warszawy i na wysuniętych liniach obrony. Niemal z dnia na dzień wzrastała jego poczytność, podnosząc nakład dziennika do 60 tysięcy”. Nieustraszeni „gazeciarze” bez względu na stopień nasilenia działowego ognia wroga uwijali się po mieście, roznosząc upragnione wiadomości. Uwaga! Ani jeden grosz z kolportażu nie zginął! Mieczysław Niedziałkowski, zwany wśród najbliższych przyjaciół pokrótce „Mek”, był duszą całej pracy, był na ustach całej czującej i walczącej Warszawy. Z szańców i barykad żądano coraz większej liczby egzemplarzy „Robotnika”, ale domagano się także, by Niedziałkowski osobiście odwiedzał wysunięte szeregi obrońców. Od pierwszej chwili oblężenia aż do ostatniej trwał on niezmordowanie na swym stanowisku, przeistaczał się niejako w płomieniach walki. Niemal od świtu aż do późnej nocy ten z pozoru spokojny człowiek kipiał niewyczerpaną energią. Na motocyklu przydzielonym przez dowództwo obrony, z nieodłącznym „omturowym” adiutantem – Mieczysławem Fersztem, zaopatrzonym w dość staroświecki karabinek, Niedziałkowski codziennie najwcześniej przybywał do redakcji, pisał gorący artykuł wstępny, po czym udawał się na objazd Warszawy, na konferencje z gen. Rómmlem i gen. Czumą, do Komisarza Obrony Cywilnej Stefana Starzyńskiego, na przedpola wojskowej obrony Warszawy i do swych najbliższych – robotników stolicy, ofiarnie tkwiących na posterunkach. Potem poprzez zapory ognia przedzierał się do redakcji, do swego gabinetu o wymiarze 2×6 m, z antycznym biurkiem i nigdy nie reperowanym fotelem swego poprzednika Feliksa Perla, do gabineciku przez wybite szyby sąsiadującego bezpośrednio z ogólną ubikacją, do gabineciku, gdzie na nie mniej antycznej otomanie oczekiwał nań, przygarnięty z ulicy gdzieś w czasie wędrówek, najzwyklejszy kotek.

Tutaj Niedziałkowski odbywał swoje dalsze długotrwałe konferencje z przedstawicielami szerokiego wachlarza stronnictw, z przywódcą ludowców, b. marszałkiem Sejmu Maciejem Ratajem, z reprezentantami uchodźców, z członkami redakcji, aby nazajutrz skoro świt z nie słabnącą energią rzucić się znowu w wir walki.

Dawno już zamilkły złowieszcze sygnały obrony przeciwlotniczej: „Uwaga, nadchodzi!… Ogłaszamy alarm dla miasta stołecznego Warszawy”. Szerzyły się wokół pożary. Nikt już na Wareckiej nie schodził do schronu; w okolicznych, najbardziej zaprzyjaźnionych restauracjach podawano byle jak ugotowaną koninę. Dawno już zamilkły stada gołębi, które z pokolenia na pokolenie na dziedzińcu Wareckiej 7 witały ranek i rozruch maszyny rotacyjnej, pozdrawiały nowy dzień swym przemiłym, niezapomnianym gruchaniem. Dawno opadły z okien zaciemniające zabezpieczenia. Po trzech pokojach redakcji, na kilkudziesięciu metrach kwadratowych, przez wybite doszczętnie szyby bezkarnie hulał wiatr, wzmagany podmuchami coraz częściej padających w pobliżu bomb i pocisków wystrzeliwanych na niezbyt odległy od redakcji Prudential jako orientacyjną wieżę artyleryjską. Skwerki coraz częściej pokrywały się mogiłami.

Brakło papieru, farby, ołowiu, wyszczerbiły się kadry. Część z nich znajdowała się na barykadach, część odbywała „rajzę” poza Warszawę, część zaś, wobec zamarcia komunikacji, nie miała sposobu przybywania regularnie do pracy. Tylko niektórzy w dosłownym tego słowa znaczeniu koczowali w murach Wareckiej. W tych warunkach z radością powitaliśmy w naszej twierdzy osiemdziesięcioletniego już profesora Ludwika Krzywickiego, świadka trzech epok, wychowawcę trzech pokoleń bojowników o wolność i socjalizm, człowieka, który nie zawahał się z odległej Kolonii Staszica odwiedzić redakcję, aby swoją obecnością zaświadczyć łączność z kuźnią obrony stolicy. Aż nadszedł wreszcie kres wytrzymałości. Zburzona Elektrownia przestała dostarczać światła i prądu. Zecerzy prymusami roztapiali w kociołkach resztki metalu. Maszynę rotacyjną poruszało się przy pomocy korby.

Wieczorem 24 września po raz ostatni oddane zostały kolumny „Robotnika”. Do obracania korbą maszyny rotacyjnej pozostało niewielu. W mdłym blasku kaganków, pod stropem chwiejącym się od wściekłego ataku wrażych baterii, stanęli do pracy: Blumert, Derlaczyński, Gogolewski, Grzelecki, Klim, Niemyski, Sarnowski, bracia Stańczykowscy, Stefańczyk.

W poniedziałek 25 września piekło rozszalało się nad Warszawą i nad siedzibą „Robotnika”. Runęła nań lawina bomb kruszących i zapalających, spotęgowana gradem pocisków artyleryjskich. Nie było już żadnych warunków na kontynuowanie wydawnictwa.

Pod gruzami części domu przy ul. Wareckiej 7 polegli Marian Gogolewski i Antoni Grochowski; ranny został Feliks Skrzypek, wielu z załogi odniosło kontuzje.

W południe w dogasającej już, ale jeszcze wolnej stolicy nastąpiła scena niesamowita, tragiczna, ale jednocześnie wspaniała. W piekle hitlerowskiego szturmu na Warszawę, w ogniu pożogi i kurzawy, Niedziałkowski czytał niedobitkom załogi „Robotnika” swój ostatni artykuł wstępny. Dzisiaj nie ma śladu po Wareckiej 7. Długo trzeba zastanawiać się, by ustalić miejsce, które przez 21 lat było siedzibą „Robotnika”, gdzie spędziłem 15 lat najpiękniejszego okresu życia, gdzie została zapisana pełna chwały 25-dniowa historia tego bastionu obrony Warszawy i Ojczyzny we wrześniu 1939 r.

Tylko przez krótki czas ulica nosiła dumne imię jednego z najwspanialszych bohaterów drugiej niepodległości, publicysty i żołnierza tej miary i zasługi, jakim był Mieczysław Niedziałkowski.

Stanisław Niemyski

______________________________

Powyższy tekst przedrukowujemy za „PPS – wspomnienia z z lat 1918-1939”, tom 2, Książka i Wiedza, Warszawa 1987. Na potrzeby Lewicowo.pl tekst przygotowała Aleksandra Zarzeczańska. Na fotografii winieta „Robotnika” z 2 września 1939 r.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *