Stanisław Dubois

Nie bardzo podłe miasto Mińsk Mazowiecki jak po oblężeniu

[1936]

Szybko pędzi taksówka warszawska, choć klekoce niedopasowanymi częściami. Jechało się już kiedyś przed paru laty tą szosą, pełną natenczas przeraźliwych dołów.

Dziś szosę przebudowano, wybrukowano kostkami. Nie trzeba się trząść jak dawniej. Pod względem technicznym powoli i nie wszędzie, ale jakoś realizuje się hasło „podciągnięcia Polski wyżej”.

Ale tylko pod względem technicznym. To, co za chwilę będziemy oglądać, nie świadczy o tym, by w dziedzinie kulturalnej, w stosunkach między ludźmi „Polska podniosła się wyżej”.

Gdzieś przed Miłosną z głównego szlaku zjeżdżamy na boczną szosę w kierunku na Mińsk Mazowiecki, o którym od trzech dni krzyczą wielkie litery ze szpalt gazet. Różnie krzyczą. Bije z nich nienawiść, nieprzytomne szczucie, grające na najniższych instynktach ludzkich, buńczuczna radość z dokonania „bohaterskich” czynów: pobicia paru starych Żydówek i bezbronnych Żydów; to znów bije z nich rozpacz, przeraźliwa obawa o przyszłość. A gdy się te wielkie tytuły nacjonalistycznych, polskich i żydowskich gazet przeczyta – to uczucie, jakie dominuje ponad wszystkim, daje się określić jednym słowem: wstyd.

Taksówka trzęsie się po wybojach starej, bocznej szosy. Gdzieniegdzie dokonuje się naprawy już zbyt zdemolowanych odcinków.

W tych miejscach trzeba stawać, by kolejno przepuszczać jadące z drugiej strony furmanki, gdyż przejazd jest wąski.

Zwykle o tej porze obok chłopskich wozów ciągnęły ku Warszawie z Mińska Maz., Kałuszyna, Mrozów czy Siedlec żydowskie fury. Dziś nie ma ani jednej. Jakżeż przejechać przez ten Mińsk, w którym za czasów „silnych rządów” w roku 1936 (XX wiek) od trzech dni, dzień w dzień hula banda chuliganów, napadając, bijąc i zabijając w imię wzniosłego hasła „Polski narodowej”?

Snadź łatwiej jest zmusić chłopów polskich do wybudowania „sławojek”, które od lat stoją zamknięte na klucz, nie używane, bo nikomu niepotrzebne, snadź łatwiej przeprowadzić „zwycięskie” wybory niż powściągnąć barbarzyńskie zapędy kilkudziesięciu czy nawet trzystu sfanatyzowanych, otumanionych awanturników nacjonalistycznych.

Kilka dni w nędznej mieścinie tuż obok stolicy kraju z punktualnością zegarka, co dzień o tej samej godzinie hula tłuszcza antysemicka, niszcząc zdrowie, mienie i honor ludzki.

Przez okna taksówki patrzymy na pola. Młoda, nadzieję budząca zieleń wczesnych zbóż zlewa się z jasnymi promieniami słońca. Jest pogodnie, spokojnie i cicho, jak zwykle bywa przed wieczorem na polskiej wsi.

Mimo woli nastrój otoczenia ogarnia na chwilę i nas jadących. Lecz oto w dali widnieje nasyp kolejowy – to Mińsk. Uprzytamniamy sobie: w sercach tych, do których jedziemy, przez owe koszmarne dni nie było ani pogody, ani spokoju, ani ciszy.

Ale życie składa się z kontrastów. Stary to, oklepany do obrzydliwości banał.

***

Wjeżdżamy do miasta. Kocie łby dają się we znaki. W mieście na pozór panuje spokój. Nic właściwie się nie dzieje. Ale atmosfera nasycona jest elektrycznością, a wygląd zewnętrzny ulic i domów świadczy o tym, że miasto przeżyło dni niesamowite, dni grozy. Większość okien sklepowych zasłonięta jest okiennicami lub zabita deskami. Nieliczne tylko sklepy chrześcijańskie są otwarte, ale nie ma w nich kupujących.

Całe miasto wygląda jakby po długotrwałym oblężeniu.

W sklepach i mieszkaniach żydowskich powybijane są szyby. Szkło, skrzętnie z polecenia władzy usuwane, wala się jeszcze po ulicy. Ponoć nie ma mieszkania żydowskiego, do którego by nie wpadł kamień poprzez wybitą szybę. Używano do tego „patriotycznego” dzieła przeważnie państwowych kostek kamiennych, którymi właśnie naprawiano ulice sławetnego grodu. Na rynku, gdzie mieści się centrum handlowe, dziś nikt nie sprzedaje ani nie kupuje. Wszystkie stragany żydowskie są zamknięte, pozabijane.

Dzień powszedni, godziny pracy. Nie obznajomiony z wydarzeniami podróżny mógłby mniemać, że Mińsk to szczęśliwe miasto rentierów, w którym nikt pracą parać się nie potrzebuje. Na ulicy, a zwłaszcza na rynku, godzinami wystają liczne grupy mieszkańców.

Przeważają wyrostki. Stoją, rozprawiają, to znów tajemniczo szepcą, przyglądając się przejeżdżającym. Na coś czekają. Wiemy już, na co. Czekają na chwilę, gdy zmierzch zapadnie, bo wtedy rozpoczyna się „zabawa”. Po ulicach zamieszkałych przez Żydów zaczną krążyć grupki rozwydrzonych chuliganów lub otumanionych głupców. Za każdą z nich skradać się będzie „narodowy” agitator, by podjudzać. On sam zachowa się biernie, innym jedynie wydawać będzie rozkazy – kiedy należy rzucać kamienie i kiedy należy uciekać, do jakich drzwi się dobijać, i on będzie rzucał antysemickie hasła, on zresztą pierwszy zniknie, gdy gwizdek wystawionej czujki ostrzeże, że zbliża się policja.

W oddali od grupy cywilów – stoją dziś już liczne oddziały policyjne. To rezerwa policji przybyła z Warszawy. O policji wiele gorzkich słów przyszło nam usłyszeć. Na warszawską, która przybyła jednak dopiero

w trzeci dzień rozruchów, na ogół się nie skarżono. Przyznawano, że w większości wypadków zachowywała się bezstronnie, interweniując w momencie napaści.

Z oburzeniem, z wściekłością mówiono o policji miejscowej. Nie tylko, że bezczynnie zachowywała się, gdy napadano, rozbijano, bito, grabiono, ale spełniała po prostu mało zaszczytną rolę podżegaczy, jawnie pochwalając ekscesy i wymyślając Żydom. Policjant sanacyjny w roli agitatora endeckiego – to też niezły obrazek naszych oryginalnych czasów.

Dodajmy, że w rozruchach brali udział i wojskowi. Nielicznie wprawdzie, ale brali.

Oczywiście czynili to na własną rękę i wbrew dowództwu, któremu zarzucić można jedynie to, że w napiętej sytuacji po zamordowaniu wachmistrza nie przewidziało mogących wyniknąć konsekwencji i nie zarządziło w krytycznym czasie, by żołnierze nie opuszczali koszar.

Żołnierze, jak zresztą i cywile – którzy brali udział w rozruchach, usprawiedliwiali swe barbarzyńskie czyny potrzebą zemsty za zabitego wachmistrza.

Odpowiedzialność i karę mieli ponosić nie sprawcy czy właściwie obłąkany sprawca mordu, ale kto popadnie. Winę ustalać miał tłum, a nie przewód sądowy.

Nie bez wpływu na ten sposób reakcji jest fakt, że w Polsce podważono poczucie prawa i odpowiedzialności indywidualnej za określony czyn.

Pacyfikacja Małopolski, Bereza Kartuska i inne poczynienia szły po tej samej linii.

Za prawdziwą czy urojoną winę jednostki odpowiedzialność ponosi nie ona jedna, ale karę nakłada się na zespół, naród, klasę czy partie, z których owa jednostka pochodzi.

A prawo i moralność nie zna odpowiedzialności zbiorowej.

***

Opuszczamy auto. Idziemy do… [nieczytelne] furami, autobusami, piechotą. [nieczytelne] …marła, Żydzi boją się pokazać na ulicy. Nie opuszczają swych mieszkań czy podwórek. Większość zresztą Żydów opuściła w panice już wczoraj Mińsk Mazowiecki. Koleją, furami, autobusami, piechotą. Jak kto mógł. Pozostała biedota. Ci najbiedniejsi z biednych. Właściciel budki z wodą sodową, w której targuje się dziennie za złotówkę, albo szewc chałupnik, co za 12 godzin pracy zarabia 2-3 złote. Na nich spada karząca ręka „sprawiedliwości” antysemickiej.

Ci, co pozostali, opuścili też swe zdemolowane mieszkania i rozgromione sklepiki. Niebezpiecznie mieszkać w tych czasach w pojedynkę z własną rodziną, w małym drewnianym domku. W takim domku łatwo drzwi czy okna wywalić, bez trudu też można go podpalić. Obawy te nie były bezpodstawne. Przecież w Mińsku spłonęły nie tylko budki, ale sporo żydowskich domów.

Żydowscy mieszkańcy miasta zgromadzili się wszyscy w kilku murowanych domach. W gromadzie raźniej i bezpieczniej przetrwać straszne dni. Zabrano z sobą, co kto mógł, co zdążył, co miał cenniejszego: zegar, obraz, pierzynę.

Zwalono to u sąsiadów w owych murowanych domach, które mają służyć za obronne „fortece”.

Zwiedzamy taką „fortecę”. Wszystkie szyby w niej powybijane. Okna zasłonięte, czym się dało, lub zabite, by nie mogły przez nie wpadać kamienie. Przy drzwiach porobione z mebli barykady. W każdym pokoju siedzi 20-30 osób. Siedzą dniem i nocą, boją się opuścić te mieszkania na wyższych piętrach w murowanych domach. Śpią na ziemi. Wiele rodzin mieści się na strychach. Zaduch ciał, potu ludzkiego wprost nie do zniesienia. Przeważają stare kobiety, wylęknione, z oczami, w których kryje się przerażenie, graniczące z obłędem.

Co przyniesie wieczór dzisiejszy – to jedyne interesujące je pytanie.

Są chorzy. Na łóżku leży kobieta, która lada godzina ma rodzić wśród tej ciżby ludzkiej i ludzkiego smrodu. Obok niej leży jakaś sparaliżowana staruszka. Mało jest tu łóżek. Na sienniku w kuchni głośno jęczy jakaś chora.

Nie jedzą, nie gotują. Nikt w tym napięciu nerwowym, w tym oczekiwaniu na nieznane nie myśli o pożywieniu. Zresztą nie ma co jeść. Zapasów nie przygotowano, sklepy żydowskie zamknięte, do polskich boją się iść.

Jakiś sąsiad Polak kupił im bochenek chleba. Ale nie każdy to zrobi, choćby może chciał. Okrzyczą go [nieczytelne]…ioci”, że się wysługuje Żydom. W jednym ze zwiedzanych przez nas mieszkań widziałem półtora bochenka chleba, który miał starczyć na całodzienne pożywienie dla kilkunastu osób, no i woda – woda bez ograniczenia.

Dzieci jest mnóstwo. Kręcą się, hałasują, przerażone, zbite w gromadkę, coś do siebie szwargocą. Przyglądają się nam. One nie wołają, jak starsi, by ich jakoś ratować ze strasznej sytuacji – patrzą tylko na nas swymi dziecięcymi oczyma, które nie rozumieją, co się wokół nich dzieje, ale które czują, że dzieje się krzywda i potworność.

Miną dnie i tygodnie. Życie powróci do normy. Miną lata, dzieci staną się dorosłymi, zapomną o szczegółach czerwcowych wypadków w Mińsku. Ale fakt zostanie w ich pamięci, duszy i sercu. Nie zdziwimy się, gdy motorem poruszającym ich późniejsze czyny w życiu będzie niechęć, żal czy nawet nienawiść. Nie żądajmy od nich, aby po tym, czego doznały, stały się „dobrymi, lojalnymi obywatelami państwa”.

Takie rzeczy nie przechodzą bez śladu, zwłaszcza w psychice młodych.

***

W podwórzu żydowskiego domu mieści się kantor składu piwa i wód gazowych. Wchodzimy. Przy stole wśród książek handlowych siedzi zapracowany stary barczysty Żyd. On jeden jedyny w Mińsku pracuje. Coś pisze czy rachuje w książkach, od czasu do czasu odzywa się, by załatwić klienta czy sprzedać butelkę kwasu.

Wyrażamy zdziwienie, że nie boi się, że jakby nigdy nic, jak co dzień urzęduje. Spokojnie, ale z jakąś dumą podnosi głowę:

– Mam lat prawie sześćdziesiąt. Niewiele mi do życia zostało. Niech zabiją. Bić się tylko nie dam. Przecież mam prawo w swym kantorze robić, co mi się podoba.

Pytamy o wypadki, o ich przebieg. Opowiada ze smutkiem, ale spokojnie. Na ogół rzeczy znane, choć wciąż przerażające. Mówi o napadach, o biciu, o ilości rannych w szpitalach, o rozgromionych sklepach, o skradzionych czy poniszczonych towarach, o zmarnowanym dorobku ludzkim, o czekającej wielu nędzy po utracie jedynego majątku, jedynego warsztatu pracy; wspomina o godności i honorze, boli go, że trzech zmarłych nie może być pochowanych, potwierdza, że miejscowa policja nie była bezstronna.

– Wachmistrza, którego zabito, znałem – opowiada. – Prowadził kasyno podoficerskie. Kupował u mnie stale piwo i wody gazowe. Nie był antysemitą. Nikt z Żydów nie miał nic przeciwko niemu. Stosunki były dobre. Zabójstwo jest tragedią, straszną tragedią. My ją odczuwamy, bolejemy, ale czyż możemy ponosić odpowiedzialność za niepoczytalny czyn wariata? Ja go nie znałem, ale znali zabójcę inni tu w Mińsku, a zwłaszcza w Kałuszynie – skąd pochodził. Wszyscy twierdzili, że jest niespełna rozumu. Do wachmistrza miał urazę z czasów służby wojskowej, sprzed 10 lat. I teraz za czyn obłąkańca my wszyscy cierpimy! Straszne.

***

W mieszkaniach, w sieniach, na podwórku oblegają nas Żydzi i Żydówki. Każdy, każda chce nam opowiadać, wypłakać swe żale, swój ból, swą krzywdę, swe nieszczęście. Wszystko to zresztą jest podobne do siebie. Napadli, pobili, zrabowali, zniszczyli i z czego będą żyć, co będzie dalej, czy znów nie napadną. Proste, krótkie słowa, ale w nich ile bólu i goryczy i przeraźliwego strachu.

– Zostawiłam w sklepie materiały i produkty – mówi młoda Żydówka. Uciekłam, wszystko zniszczono, cały mój majątek, ale przecież życie moje i dzieci droższe mi niż pieniądze. Wszystkie zresztą prawie sklepy ograbiono lub zdemolowano.

– Miałam jedną pierzynę – opowiada przerywając poprzedniej, stara Żydówka. Wpadli, rozpruli ją. Pierze rozrzucili po ulicy. Teraz już sprzątnięto, ale ulice w naszej dzielnicy całe zasypane były pierzem, aż było biało. Na chodnikach walało się szkło, rozsypana mąka czy kasza, połamane meble. Kazano to wszystko szybko uprzątnąć, by śladu nie było.

– Przyjaźniłem się z nim – wtrąca młody Żyd. Pracowaliśmy razem, mieszkamy obok. A gdy prosiłem go, mego kolegę chrześcijanina, by zaświadczył, że ja nie mogłem wygrażać awanturnikom na ulicy, bo nie wychodziłem z domu, co on wiedział – to ten mój kolega nie chciał, bał się wstawić, nawet w imię prawdy, za Żydem. Ale gdy czegoś potrzebował ode mnie – to przychodził, udawał przyjaciela.

***

Z jakimś zażenowaniem, z uczuciem bezradności, nie tylko współczucia, ale i wstydu opuszczamy żydowską dzielnicę. Idziemy do polskiej części miasta, by tam zbadać nastroje.

Są różne. Wyrostki traktują całą tragiczną sprawę raczej „sportowo”. Ot, jest zabawa. „Trzepie się skórę Żydom”. Znać wpływ nieobliczalnej, nacjonalistycznej propagandy, ale wpływ ten jest raczej powierzchowny. Rozmowa czy odczyt o istotnych przyczynach i treści antysemityzmu otworzyłby im oczy. Dziś tych rzeczy jeszcze nie rozumieją, idą z prądem. Taka moda, tak wypada, tak robią inni. Psychologia tłumu.

Są i zaciekli, „stuprocentowi antysemici”. Tym już nic nie wytłumaczysz. Wbito im w zakute łby, w codziennej endeckiej prasie czy na wiecach, że wszystkiemu winni Żydzi. Tych nie dasz rady przekonać. To kwestia wiary. Zoologicznej nienawiści. Zabobonu, przesądu nacjonalistycznego czy religijnego.

Jakiś furman odpowiada:

– Dobrze, że biją Żydów. Mało tego, powinni więcej. Dlaczego zabili wachmistrza, dlaczego rzucają kamieniami? Żyd to wróg. Żadne perswazje nie pomagają.

O tym, że za czyn jednego inny nie może odpowiadać, że w każdym społeczeństwie zdarzyć się może wariat czy zbrodniarz – mówić nawet nie warto.

– Żyd to wróg – potwierdza stojący obok sklepikarz, którego zyski z powodu zamknięcia żydowskich sklepów znacznie się zwiększyły.

Wśród kobiet antysemitek wszechwładnie grasuje plotka. Najpotworniejszym bzdurom dają wiarę. Wyjaśniać na nic się nie zda. A plotka rośnie i leci.

– Dziś – powiada jedna sędziwa niewiasta – trzeba będzie znów Żydom sprawić łaźnię, bo obrzucili chłopów bez powodu kamieniami. Jednemu rozbili głowę, że aż go wzięli do szpitala. Policja aresztowała tego Żyda, który ranił chłopa.

Sprawdzamy tę wiadomość. Prawdą jest tylko to, że istotnie Żyd został aresztowany jako podejrzany o komunizm. Widziano policję, jak go prowadziła i do tego dorobiono całą historię. Rzucania kamieniami ani żadnego chłopa w ogóle nie było, robiono całą historię.

Ale na skutek tej plotki, której uparcie wierzono, wieczorem znów odbyły się burdy antysemickie. Taki jest posiew endeckiej propagandy.

***

Wielu, wielu jednak obywateli Mińska, choć po cichu, gdyż znajduje się pod moralnym, a może fizycznym terrorem antysemitów, odżegnuje się od całej hecy, zajścia potępia. Nie mają jednak jeszcze odwagi, by się zbrodniczej agitacji czynnie przeciwstawić, a byłby to naprawdę czyn patriotyczny. Jedynie odważnie i głośno wypowiadają się przeciw antysemickim burdom klasowo uświadomieni robotnicy socjaliści. Odbyli zebranie protestacyjne, gdzie przeciwstawili się ekscesom. Mińsk jednak to miasto nie fabryczne – mało w nim robotników. Większość to urzędnicy i kupcy. Pierwsi, o ile nie namawiają do wybryków, to siedzą cichutko, drudzy są zainteresowani w zniszczeniu konkurentów

***

Na drugi dzień po naszej bytności w Mińsku nocą wybito szybę w lokalu socjalistycznych związków zawodowych, a jeszcze następnej nocy lokal ten podpalono. Było to już pod koniec ekscesów antysemickich w owej osławionej dziś w Polsce mieścinie.

Fakt ten jest jak gdyby symbolem – odsłania prawdziwe tendencje i cele ruchów antysemickich, o czym wielokrotnie w prasie socjalistycznej pisano.

Antysemityzm – to klapa bezpieczeństwa klas posiadających. Gdy wzbiera bunt i gniew mas ludowych z powodu ucisku politycznego i ekonomicznego, z powodu głodu, nędzy, bezrobocia – wtedy reakcja stara się ten bunt i gniew wyładować w pogromach, walce z Żydami. Chce zwalając winę na Żydów, jako na rzekomych sprawców wszelkiego zła, odwrócić uwagę od istotnych jego przyczyn. Chce zasłonić bankructwo ustroju kapitalistycznego i bezradność rządów faszystowskich wobec współczesnych zagadnień!

Ruch antysemicki zewnętrznie tylko skierowany jest przeciwko Żydom – w istocie swej zwrócony jest przeciwko wyzwoleńczemu ruchowi robotniczemu.

Tak jak w małej skali w Mińsku zaczęło się od bicia Żydów, a skończyło na spaleniu socjalistycznego lokalu – tak na wielkiej arenie Rzeszy Niemieckiej narodowi socjaliści rozpoczęli swą akcję „uzdrowienia narodu” od ekscesów antyżydowskich, a skończyli na spaleniu Reichstagu i na stworzeniu obozów koncentracyjnych, w których siedzą nie Żydzi, ale najwybitniejsi działacze ruchu robotniczego.

Stanisław Dubois

__________________________

Powyższy tekst Stanisława Dubois pierwotnie ukazał się w piśmie „Oblicze Dnia” nr 10, 18 czerwca 1936. Następnie wznowiono go w Stanisław Dubois – „Artykuły i przemówienia”, Książka i Wiedza, Warszawa 1968. Przedrukowujemy go za tym ostatnim źródłem. Fragmenty zaznaczone jako nieczytelne były takimi już dla redaktorów książki, z której przedrukowujemy tekst.

4 komentarzy nt. “Nie bardzo podłe miasto Mińsk Mazowiecki jak po oblężeniu

  1. Teraz ci sami chodzą po stadionach lub siedzą w wiezieniach. W Polsce jest 90.000 więźniów.

    Hołota była jest i będzie. W każdym kraju, każdych poglądach politycznych.

  2. Gdyby kogoś interesowała geneza i przebieg zajść w Mińsku Mazowieckim,
    to opisałam je w książce “Tajemnica pana Cukra”. pozdrowienia,Anna Karolina Kłys

Odpowiedz na „mariuszAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *