„Front Robotniczy”

Kultura robotnicza – robotnicy w kulturze

[1935]

„Szary człowiek” w filmie i powieści

Krytyka burżuazyjna dowodzi, że artysta jest zjawiskiem zupełnie niezwiązanym z życiem. „Prawdziwy artysta” wznosi się jak aniołek nad partiami i klasami i wyśpiewuje godzinki przed ołtarzem „czystej sztuki”. Stąd wynikałoby, że tematy powieści, filmów, obrazów itd. są zupełnie przypadkowym „wynalazkiem” autora, że nie są wyrazem jakichś potrzeb, tęsknot i przeżyć społecznych, a tylko echem tego, co się w duszy komu gra, że zatem tyle może być tematów, ilu jest twórców.

Tymczasem, nawet mniej wytrawny obserwator spostrzega, że pewne tematy i koncepcje rozpowszechniają się nagminnie, powtarzają się w powieściach i filmie, po czym ustępują miejsca innym. Istnieje moda literacka i filmowa – w temacie, w koncepcjach, w formie i sposobie przeprowadzania zagadnień. Nie autor wybiera sobie temat, a wprost przeciwnie – temat dobiera sobie autorów. Pamiętamy niedawny jeszcze okres powieści i filmów pacyfistycznych, przedtem jeszcze – awanturniczo-podróżniczych i kryminalnych. Tematem panującym dzisiaj jest „szary człowiek”.

Skąd się wziął ten ponury „matołek z wysp nieoczekiwanych”? Stworzył go kryzys, a właściwie teoria „przetrwania” kryzysu, teoria rezygnacji z życia ludzkiego na rzecz bytu małp antropoidalnych. Gdy panujący ustrój począł się dusić w sprzecznościach, gdy wytworzył miliony nędzarzy obok tysięcy lśniących pysków i brzuchatego luksusu, pojął grozę, jaka tkwi dla jego istnienia w bucie wydziedziczonych, wyczytał swoją śmierć w błyszczących nienawiścią oczach i zaciśniętych pięściach. Trzeba było nienawiść rozładować i rozprostować pięści. Zadanie niełatwe, jeżeli nie można było (rzeczywiście nie można w warunkach ustroju kapitalistycznego) dać pracy i chleba.

W takim wypadku pozostaje jedynie piękne słówko – demagogia i pochlebstwo. Inteligenci burżuazyjni, którzy nędzę oglądają tylko przez szybę kawiarni, poczuli nagle wielką miłość do brudu, wszy i głodu. Zaczęły się mnożyć ody do nędzy. Specjaliści od tworzenia kultów stworzyli, na zamówienie klasowe burżuazji, jeszcze jeden kult – szarego człowieka. Niech wie nędzarz, że o nim poeci piszą, że filmy kręcą – jeżeli zobaczy, że nie jest zapomniany, zniknie w nim poczucie krzywdy, będzie marł z głodu z uczuciem radości i wdzięczności dla swych dobroczyńców. A gdyby postawili jeszcze pomnik „nieznanego nędzarza”, śmierć „na polu kryzysu” należałaby nawet do rozkoszy. Bezrobotni powtarzaliby jak rzymscy gladiatorzy: „słodko jest umrzeć za dywidendy bankierów”. Ideologii zemsty i walki klasowej trzeba było przeciwstawić ideologię biernego oporu, wytworzyć nastrój melancholii i to przekonanie, że ostatecznie i w nędzy jest piękno i poezja.

W ten sposób szary człowiek w podartych butach i poplamionym meloniku przedostał się do literatury. Krytyka mieszczańska zajęła stanowisko jak najprzychylniejsze wobec tego zjawiska. Najusilniej służy nowej modzie znany organ snobów i szmoncesmanów, „Wiadomości Literackie”, czułe jak chorągiewka na każdą zmianę wiatru koniunktury. Naczelny krytyk tego pisma, Emil Breiter, doskonale wietrzący każdorazową modę, nie miał dość słów uznania dla powieści [Heleny] Boguszewskiej „Całe życie Sabiny”, za to, że opisuje ona szare życie kobiety bez wydarzeń, bez przygód, bez ambicji, egzystencję z dnia na dzień z małymi radościami i małymi smutkami. Drugi luminarz krytyki burżuazyjnej, Leon Pomirowski, uważa „codzienność”, „powszechność”, „szarość” itp. synonimy martwoty, za największą wartość i zdobycz powojennej literatury. Dziennikarz Konrad Wrzos, w swoim zbiorze reportaży i wywiadów, bardziej reklamuje rozmowy z szarym człowiekiem niż z najpoważniejszymi osobistościami świata politycznego. Nie pozostał w tyle i „gieroj” literatury polskiej Juliusz Kaden Bandrowski. w recenzji z obmierzłej powieści [Michała] Rusinka „Człowiek z bramy” (jeszcze jeden synonim szarego człowieka), głosił, że nareszcie mamy bohatera „odkłamanego”, który nie myśli o ideałach, lecz wyłącznie o sobie samym, o własnym dorobku. Nie zawracać sobie głowy mrzonkami, nie myśleć zanadto – oto ideał.

W powieści [Jerzego] Kossowskiego „Rodzina Smuszków” rezygnację z ideałów posuwa się jeszcze dalej: niedoszły wirtuoz staje się pisarzyną gminnym, kończy jako małomiasteczkowy organista. Zaleca następnie ten ideał wyrzeczenia swemu synowi.

Całkowita rezygnacja ze wszystkiego – ze zdolności, z ambicji już nie tylko społecznych, ale nawet czysto osobistych – byle tylko zachować zacność serca, byle żyć w pokorze i bojaźni bożej. Pan Kossowski nie szczędzi wysiłków, żeby przekonać czytelnika o słodyczach rozkoszy szarej egzystencji w zgniłej atmosferze drobnomieszczańskiej „zacności”. Za modą szarości idą również pisarze, którzy chętnie nazywają się proletariackimi: Elżbieta Szemplińska w niedawno wydanym zbiorze nowel pt. „18 spotkań” ugania się po ulicy za szarym człowiekiem, zbiera od niego wywiady, przypisuje ogromną wartość jego naiwnym słowom.

Urzędnik, który stracił pracę, woźnica, który tym tylko różni się od konia, że może wywijać batem, prostytutka, emeryt itp. – wszystkie te obmierzłe, szare marionetki nie mają na szczęście nic wspólnego z proletariatem, jego codzienną walką i ideologią, z jego historyczną rolą, jako klasy, do której przyszłość należy. Odwrotnie – są jego przeciwstawieniem. Burżuazja, jak zwykle tak i tutaj, w sianiu swej ideologii w masach, defetyzmu, pokory wobec „sił wyższych”, „dopustów bożych” – posługuje się drobnomieszczaństwem. Oblicze „szarego człowieka” – to nic innego jak ryj najpaskudniejszego filistra. Obserwacją szczególików i drobiazgów, małostek życia – pisarz mieszczański zakrywa perspektywy, jakie niesie proletariatowi dzień jutrzejszy; stara się rozproszyć jego uwagę na tysiące nieistotnych detalów. Chodzi o rzecz główną – o to, by proletariat nie dostrzegł głównej przyczyny swej nędzy – ustroju. Najklasyczniejszym przykładem nowej mody jest książka Jalu Kurka „Grypa szaleje w Naprawie” (pisaliśmy o tym w poprzednim „Froncie myśli i kultury”). Że tę modę popiera oficjalna literatura, świadczy fakt nagrodzenia Jalu Kurka przez akademię literatury.

Pisarze prawdziwie proletariaccy powinny zdegradowanemu „szaremu człowiekowi” przywrócić na nowo jego barwy, rezygnacji przeciwstawić wolę walki, zaskorupieniu w powszedniości – szeroki oddech rewolucyjnej, buntowniczej myśli.

Z literatury szarość przeszła do filmu. „I cóż dalej, szary człowieku?” – pyta z głupia frant burżuazyjny reżyser. Z filmu okazuje się, że dalej jest tylko spokojna śmierć z głodu. „Co słychać? – Stara bida” – takim popularnym „dialogiem” można streścić tę ponurą, kryzysową szmirę. Pogodnego, radosnego filmu dla robotnika domagał się kiedyś w „Gazecie Polskiej” Hulka-Laskowski, znany „obrońca” robotników żyrardowskich. Ale o jakie filmy chodziło p. Hulce? O filmy, które dają radość „ekranowych” zwycięstw, a więc nierzeczywistych. Jedno kłamstwo radzi pan Hulka zastąpić drugim.

Znamy ten typ „radosnych” filmów mieszczańskich, przeznaczonych dla szerokiego ogółu: biedny człowiek, np. czyściciel butów, goniec, robotnik – walczy z przeciwnościami swego nędznego losu, aż szczęśliwy przypadek pozwala mu wyrwać się ze swego środowiska i dostać do świata bogatych. Takie rozwiązanie akcji łudzi przyjemnie widza nadzieją, że na pewno i jemu uda się zdobyć serce i posag milionerki. Taki film nie tylko nie pozwala kiełkować uczuciom walki klasowej, ale przeciwnie – neutralizuje je całkowicie, oczyszcza duszę z „różnych kompleksów upośledzenia”. Wie pan Hulka, co mówi. Takie ekranowe zwycięstwo stwarza pozory rzeczywistego zwycięstwa robotnika, a wpojone przez film nadzieje każą mu szukać poprawy bytu w indywidualnym, egoistycznym „szczęściu”, bez oparcia się o swych towarzyszy pracy i nędzy, bez walki klasowej. Na tym polega „wychowawcza” rola mieszczańskiego „radosnego” filmu, który pan Hulka radzi przeciwstawić – smutnemu, kryzysowemu, czyli wypędzić diabła Belzebubem. W zakresie filmu, widz robotniczy zdany jest na łaskę i niełaskę przedsiębiorcy filmowego. Nie ma filmów robotniczych!

O ile w zakresie literatury proletariat może stawiać pewne wymagania, może wychować swoich, robotniczych pisarzy, o tyle tutaj jest całkowicie bezsilny. Przemysł filmowy, pozostający całkowicie w rękach kapitalistów, nie będzie produkował sztuki wrogiej kapitalizmowi. Stan taki będzie trwał dotąd, dopóki nie powstanie wytwórnia, rządzona przez kooperatywę robotniczą. Wytwórnia taka, przy odpowiedniej obsadzie artystycznej, mogłaby w dziele uświadomienia klasy robotniczej odegrać rolę po prostu historyczną, jeżeli weźmie się pod uwagę z jednej strony olbrzymią rolę propagandową, jaką kino spełnia, a z drugiej – zainteresowanie, jakie robotnicy okazywaliby swoim filmom, swoim tematycznie i ideologicznie. Nad tym warto się zastanowić.

Jest pewne, że film robotniczy przepędziłby z ekranu zarówno szarzyznę i rezygnację, jak fałszywe złudzenia o dobrobycie w warunkach ustroju kapitalistycznego.

J.

 

 ____________

O nową kulturę proletariacką

Zbyt niedawno sztuka i nauka weszły w życie robotnicze, zwłaszcza u nas, byśmy dziś już mogli mówić o jakiejś określonej i skończonej kulturze proletariackiej. Istnieją bez wątpienia drobne jej fragmenty, gdzieniegdzie zaczyna się zarysowywać jakiś wyraźniejszy kształt, całość jest jednak mglista i niewyraźna. Pomijamy umyślnie wypracowane aż do najdrobniejszych szczegółów teorie – powstają one przeważnie w inteligenckich pokojach. Życie, idąc własnymi drogami, przekreśla jedną po drugiej.

Tworząca się sztuka i kultura proletariatu korzysta niejednokrotnie z tych rozumowań, ale tylko wówczas i w takim stopniu, w jakim wypływać będą one z przyzwyczajeń i obyczajów robotnika i jego życia. Jeśli rozwijać się będzie w nienormalnych warunkach ustroju kapitalistycznego, to i kulturę siłą rzeczy będzie cechował niedorozwój i wykoślawienie. Dopiero gdy dana będzie robotnikowi już nawet nie wyłączność, ale pełnoprawny współudział w budowaniu swego życia, zabliźnią się i znikną chorobowe objawy.

Nieokreślona prawda, że sam proletariat, poprzez swoje życie, wytwarza kulturę robotniczą, jest równie często zapoznawana jak inna z niej wypływająca, że kultura proletariacka będzie, w swych fragmentach już jest, odmienna od kultury pseudo-inteligenckiej, właściwie mieszczańskiej. Odmienne są warunki, w których te kultury powstają, inne środowiska je tworzą. Przenikanie obcych elementów do kultury robotniczej jest spowodowane przede wszystkim gwałtownym proletaryzowaniem się inteligencji i powstałym stąd zbliżaniem do klasy robotniczej.

Wyższy poziom intelektualny, a równocześnie wrodzona skłonność do apostołowania i przewodzenia – sprawiły, że inteligencja, nie wyzbywszy się metod drobnomieszczańskich, zaczęła samozwańczo grać rolę przodowniczą w budowaniu kultury i sztuki proletariackiej. Nie chcemy mówić tutaj o rzeczach powszechnie znanych, o czerwonych wierszach, czerwonej architekturze i eksperymentalnych przedstawieniach, o tym niepotrzebnym balaście niby awangardy – niezrozumieniu potrzeb robotnika, niedostrzeganiu kierunku rozwoju jego kultury.

Inteligent, przystępując do jakiejkolwiek pracy kulturalnej czy oświatowej wśród robotników, musi zapomnieć o wszystkich swych przyzwyczajeniach i nabytych poglądach. Jeśli prowadzić ma bibliotekę, niech zapomni, że podobno powieści [Marii] Rodziewiczówny są doskonałą lekturą umoralniającą, a „Ogniem i Mieczem” „krzepi uczucia patriotyczne”. Jeśli zakłada teatr robotniczy, niech zapomni o tym, że francuska farsa bawi, melodramat rozczula, a klasyczna tragedia wznieca nastroje powagi i piękna. Jest to po prostu mus nagięcia inteligenckich przyzwyczajeń i przyswojonych prawd, do psychiki robotniczej. Jeśli inteligent nie potrafi tego zrobić, praca jego choćby najbardziej bezinteresowna będzie szkodliwa, gdyż przeszkodzi tworzeniu się „czystej” kultury proletariackiej.

Równomiernie rozwija się drugie zjawisko. Bardzo szybko następuje częściowe uniezależnianie się inteligencji, wytwarzanej przez ruch robotniczy, od wpływów mieszczańsko-inteligenckich. Skutek jest ten, że właściwie robotnik zostaje odsunięty od pracy nad swoją własną sztuką i kulturą. Robią to za niego ci, co albo nie potrafili się do niego przybliżyć, albo odsunęli się, gubiąc naturalny z nim kontakt.

Samoobrona jest konieczna. Wydaje się, że właśnie Robotniczy Instytut Oświaty i Kultury, z samej już nazwy, jest najbardziej do tego powołany. Jest to zagadnienie bardzo obszerne, wymagające poważnego przemyślenia i przedyskutowania.

________________

Powyższe teksty ukazały się w syndykalistycznym piśmie „Front Robotniczy” (organ Związku Związków Zawodowych) nr 26, 30 czerwca 1935 r., w dodatku „Front Myśli i Kultury Robotniczej” nr 4. Tytuł całości pochodzi od redakcji Lewicowo.pl. Poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Na potrzeby Lewicowo.pl udostępnił i opracował Piotr Grudka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *