Justyna Budzińska-Tylicka: Sprawa mieszkaniowa proletariatu [1935]

DSCN0382

W innych punktach, przeludnionych, robotniczych, jak Ochota, Wola, Mokotów itp. mamy w dalszym ciągu śmierdzące kałuże i rynsztoki; brak dobrej wody; brak kanalizacji; brak ogrodów; kocie łby i inne podobne dzikie, szkodliwe dla zdrowia braki i niedogodności. Sprawę głodu mieszkaniowego biednego proletariatu stolicy – wszystkie dotąd istniejące magistraty czy obecny zarząd miasta rozstrzygały i rozstrzygają w najwyższym stopniu zgodnie z kapitalistycznym traktowaniem biednego proletariatu. Dla tych wydziedziczonych urządzono baraki bezdomnych na odludnych Annopolach, na pustych przestrzeniach bez kanalizacji i wodociągu, upychając bezdomnych w ciasnych pomieszczeniach bez żadnych niezbędnych zdrowotnych urządzeń lub przerabiając zniszczone, zrujnowane fabryki, zupełnie nienadające się na mieszkania ludzkie, gdzie w ciemnych norach gromadzą się całe tysiące bardzo licznych rodzin na podobieństwo zwierząt i robactwa. Czytaj dalej

Marian Nowicki: Postulaty Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej pod adresem samorządu stolicy [1938]

WSM

Udział gminy w bezpośrednich kosztach budowy osiedli WSM jest uzasadniony i konieczny. W założeniach spółdzielczości mieszkaniowej, sformułowanych w 1925 roku, na koszty budowy mieszkań najmniejszych mieli się składać: państwo w 80%, gmina w 15% i spółdzielcy-robotnicy w 5%. W praktyce zaś, wobec absencji miasta, członkowie WSM w różnych formach musieli pokryć około 20% kosztów budowy i placów. Dzisiaj TOR udziela również pożyczek do wysokości 80%, a praktycznie 15% kosztów budowy. Forma, pod jaką gmina uskuteczni swój wkład, jest obojętną. Wobec dużej potrzeby mieszkań tanich dla pracowników miejskich wysunęliśmy postulat umów patronalnych z WSM na dostarczenie mieszkań tramwajarzom, gazownikom, robotnikom elektrowni i w ogóle pracownikom przedsiębiorstw miejskich, oraz tych wydziałów, które zatrudniają największą ilość pracowników fizycznych i mało zarabiających pracowników umysłowych. Łącznie z każdą nowa decyzją o rozszerzeniu przedsiębiorstwa miejskiego, budowy elektrowni na Żeraniu, budowy nowej zajezdni autobusowej czy remizy tramwajowej itp., winna iść troska o zapewnienie nowym pracownikom mieszkań w celowo rozszerzanych lub projektowanych osiedlach spółdzielczych. Gmina stołeczna powinna przez swój Komitet Rozbudowy prowadzić odpowiednią politykę przydziału kredytów wyłącznie na budownictwo mieszkań społecznie najpotrzebniejszych, dając pierwszeństwo w tej akcji spółdzielczości mieszkaniowej, zgodnie zresztą z intencją ustawodawcy. Żądamy od gminy czynnego poparcia naszej planowej, przemyślanej i przygotowanej akcji budowy osiedli robotniczych. Nie może samorząd stołeczny zrzekać się pod tym względem swych uprawnień, tolerować i przyzwalać na kredytowanie budownictwa luksusowego. Czytaj dalej

Jerzy Kuncewicz: Rooseveltyzm [1934]

ca1e69bef2bd675af7f6fec6773e2666

Załamanie ogólne, krach bankowy, zastój w produkcji, dominujące nad ostatnim okresem rządów Hoovera, przygotowało grunt i psychikę jego obywateli na wszelkie eksperymenty posiadające pewne prawdopodobieństwo powodzenia. Zasadą Roosevelta jest świadome, w miarę możliwości ludzkich kształtowanie życia gospodarczego oraz przesunięcie rozdziału dochodu społecznego w kierunku zaspokojenia potrzeb mas. W książce swojej „Spojrzenie w przyszłość”, będącej zbiorem mów i artykułów wygłoszonych czy napisanych w czasie kampanii wyborczej, pomiędzy innymi w zdecydowany sposób występuje przeciwko tzw. swobodzie indywidualnej, która w pojęciu górnych 10 tysięcy łączy się z gwałtem i samowolą posiadaczy kapitału. Świat, zdaniem Roosevelta, nie może przypominać obrazem swoim piramidy, w której wierzchołek gniecie z coraz to większą potęgą podstawę. Nie może paru czy kilkudziesięciu spekulantów giełdowych, żonglując słowami i głosząc hasła swobody gospodarczej, niszczyć samowolnie dóbr materialnych, których celem jest służenie człowiekowi. Zachowując posiadanie indywidualne, nadaje mu formę odpowiadającą prawdzie twierdzącej, że dorobek ogólny istniejący obecnie jest rezultatem zespolonej pracy wszystkich pokoleń. Czytaj dalej

Feliks Perl: Płaca robocza a strajki [1906]

1

Przeciwnicy strajków twierdzą z całą stanowczością: jeżeli podwyżka płacy może nastąpić, to nastąpi sama przez się bez walki zawodowej, bez strajku. Jest to pogląd zupełnie fałszywy. Fabrykanci dobrowolnie nie zrobią ustępstw robotnikom, choćby interesy ich były w jak najbardziej kwitnącym stanie. Przeciwnie, właśnie wtedy najodpowiedniejsza jest pora do wywalczania sobie ustępstw. Fabrykanci w Królestwie Polskim i w Rosji mają ogromne zyski: dywidenda wynosząca kilkanaście procent, jest pospolitym zjawiskiem, 30, 40 i 50% zysku w przemyśle spotykamy często, a niekiedy zysk dochodzi do 100%. Śmiesznym jednak byłoby spodziewać się, że kapitaliści zrzekną się bez przymusu choć cząstki ogromnych swych zysków. Toteż widzimy, że płaca robocza najwyższa jest nie w tych gałęziach przemysłu, w których przedsiębiorcy robią najlepsze interesy, lecz w tych, gdzie robotnicy mają najsilniejsze organizacje i najenergiczniej walczą o polepszenie bytu. Jeżeli robotnicy, chcąc byt swój polepszyć, tylko na swoją działalność zorganizowaną liczyć mogą, to również tylko zbiorowy ich opór przeciwdziałać może pogarszaniu warunków bytu. Kapitaliści, mając do czynienia z tłumem bezradnym, nie połączonym wspólną myślą ani wspólnym dążeniem, korzystają z każdej sposobności, aby płacę zniżyć i w ogóle wyzysk spotęgować. Jeżeli jednak wiedzą, że spotkają zacięty opór, to nie będą się z tym tak kwapili. Wprawdzie nieraz, w czasach zastoju, kiedy fabrykanci bankrutują lub zmniejszają produkcję, a mnóstwo robotników na próżno poszukuje pracy, nie zawsze można skutecznie oprzeć się zniżce płacy. Ale bardzo często od energii robotników zależy, czy zniżka ta będzie mniejsza lub większa. Silna organizacja robotnicza, w najgorszych nawet czasach, może do pewnego stopnia trzymać na wodzy zapędy kapitalistyczne. Czytaj dalej

Władysława Weychert-Szymanowska: Ruch kobiecy a walka z prostytucją [1926]

womens-rights-mural

Najbardziej zropiałą i wstrętną raną na dzisiejszym organizmie społecznym jest prostytucja. W świecie kapitalistycznym wszystko kupuje się za pieniądze – kupuje się i miłość. Z najświętszego, najpiękniejszego instynktu, którego celem jest odrodzenie się w dziecku, danie życia nowym pokoleniom, nowym bojownikom o prawdę i piękno, mężczyźni syci i przesyceni bogactwem wydobyli krzywdę kobiety, jej nieszczęście i upodlenie. Miłość stała się takim samym narkotykiem podniecającym, jak papieros i wódka, idąc zresztą zawsze z nimi w parze. Od sfer posiadających, od pięknych i znudzonych paniczyków pogląd brutalny i fałszywy na miłość i kobietę przeszedł do klas pracujących. Robotnik, któremu warunki materialne nie pozwalały żenić się wcześnie, szedł do domu publicznego tylko tańszego i gorszego, gdzie znajdował „towar”, zarażony syfilisem przez tych, co mogli więcej zapłacić. Popyt na młode, zdrowe dziewczęta wytworzył olbrzymi handel żywym towarem, międzynarodówkę zbrodniarzy, którzy dla milionów wciągają w ohydną paszczę potwora prostytucji ofiary czyste, nieopaczne i naiwne, aby je potem zdarte i zbrukane rzucić na użytek biedniejszej ulicy. Czytaj dalej

Jan Libkind: Objaśnienie programu rolnego PPS [1919]

370655.jpg

Przewrót w stosunkach politycznych Polski wysuwa na plan pierwszy sprawę gruntownych reform społecznych. Wśród nich jedną z najważniejszych jest reforma rolna, polegająca na oddaniu ziemi ludowi pracującemu. Ogromna ilość bezrolnych sprawia, że w Polsce reforma ta zawsze należała do najpilniejszych. Nieodzowność reformy rolnej zwiększa się jeszcze z powodu spustoszeń wojennych, które grożą niebezpieczeństwem, że na tle powszechnego zubożenia ludności i upadku przemysłu zapanuje społecznie i politycznie reakcyjna wielka własność. Czytaj dalej

„Tydzień Robotnika”: Co Gdynia ma, a czego jej brak [1937]

Gdynia

Już sama powierzchnia portu, licząca 1414 ha i długość nadbrzeży wyrażona cyfrą 12498 m, 184 km torów kolejowych, przecinających i obsługujących port, 71 dźwigów i urządzenia pozwalające przeładować 6000 ton na godzinę – wszystko to cieszy i musi zachwycać. Imponuje. Ale i w tym pięknym porcie – rozmowa z robotnikiem portowym odwraca uwagę od rzeczy – portu i każe patrzeć na ludzi. Zarobek robotnika portowego wynosi 1,16 zł na godzinę. Jak na gdyńskie stosunki – najwyższe koszty żywności i najwyższy czynsz mieszkaniowy – zarobek nędzny. Nie mnóżcie zarobku godzinowego przez 8-godzinny dzień pracy i przez wszystkie dni tygodnia. Robotnik portowy nie ma pracodawcy. Jeżeli zdrowy, niekarany i politycznie pewny, otrzymuje tzw. kartę portową, dającą mu prawo pracy w porcie, lecz nie samą pracę. Codziennie zgłasza się w Portowym Biurze Pośrednictwa Pracy i czeka na kolejkę. Czeka nie tylko godziny, ale i całe dnie. Czytaj dalej

Maria Orsetti: Kooperatyzm w dobie wojennej i widoki na przyszłość [1917]

dsdw223 (14)

Prasa, rozwodząc się nad przewrotami, jakie wywołała wojna w życiu ekonomicznym krajów środkowoeuropejskich skutkiem zmiany stanowiska władz państwowych do spraw gospodarczych, dochodzi niejednokrotnie w swych powierzchownych sądach do wniosku, że zbliżamy się krokami olbrzyma do ustroju wymarzonego przez socjalistów. Mniemanie to jest, rzecz oczywista, gruntownie bałamutne, gdyż gospodarka państwowa nie tylko, że nie rozwiązuje konfliktu pomiędzy kapitałem a pracą, nie tylko, że nie usuwa sprzeczności pomiędzy bogactwem a nędzą, ale przeciwieństwa te utrwala i potęguje. Wojenna gospodarka państwowa nie wprowadziła do życia ekonomicznego żadnego zasadniczo nowego momentu, zastępując kapitalizm wolnokonkurencyjny przez kapitalizm państwowy, zmieniła formę, ale treści zagadnienia społecznego nie dotknęła – dotknąć nie mogła. Czytaj dalej

A. Winkiel: Handel „narodowy” [1936]

1

Stronnictwo Narodowe (endecy) wjechało do wsi na koniku „odżydzenia” i „unarodowienia” handlu. Gazety endeckie, których jest moc, a które masowo są rozrzucane po wsiach, wmawiają w chłopa, że tylko „unarodowienie” handlu, to znaczy usunięcie Żyda, da nam gwarancje zlikwidowania wyzysku, stosowanego przez pośredników-Żydów. Nie ma artykułu w takiej gazecie, by nie było pisane o „kwestii żydowskiej”, by nie namawiano do „bicia Żyda” i przepędzania go ze wsi. Stronnictwo Narodowe w znacznej mierze rekrutuje się z drobnomieszczańskiego elementu, który walczy o swój tylko interes i chce wyprzeć dotychczasowego Żyda-wyzyskiwacza z handlu, aby objąć po nim spadek i samemu wyzyskiwać chłopów. A jeśli chodzi o chłopów, o wieś, to nie kierują się narodowcy interesem mas i wcale nie mają zamiaru poprawiać ich bytu. Wobec chłopa przeciwżydowskie hasła mają być sposobem do odwrócenia jego uwagi od rzeczywistych przyczyn zła i wyzysku przez kapitał „narodowy” i ten „masoński” międzynarodowy. Bo co zasadniczo się zmieni, gdy na miejsce Żyda- pośrednika przyjdzie pośrednik-Polak? Czy w tej chwili nie mamy sporej ilości handlarzy polskich? Czyż nasz „brat” Polak zadowala się mniejszym zarobkiem? Tak samo zdziera skórę. Czytaj dalej

„Życie Robotnicze”: Tam, gdzie nie dymią kominy… [1927]

Scan10003

Obecny strajk jest aż nadto jaskrawym dowodem, że nie można bezkarnie i bez końca grasować na nędzy robotniczej, rozprawiając jednocześnie szeroko o ciężkich warunkach, w jakich się znajduje przemysł. Podziwiać zaiste należy z jednej strony anielską cierpliwość łódzkich robotników, a z drugiej – graniczący z ohydą bezwstyd przemysłowców, którzy, posiadając najtańszego nie tylko już w Europie, ale nawet w Polsce (bo płace w przemyśle tkackim były najniższe) robotnika, śmieli utyskiwać na ciężkie rzekomo warunki przemysłu. Dzięki taniej robociźnie pracowali z dużymi zyskami, przez głowę im jednak nie przeszło, by zyski te przeznaczyć na ulepszenia techniczne, które pozwoliłyby na potanienie produkcji i podwyżkę płac bez żadnej straty dla dochodów, jakie fabryki dawały. W swej walce o prawo do życia imponująca zarówno liczbą, jak i spokojem, z tej liczby płynącym, wielka armia proletariuszy łódzkich cieszyć się będzie żywą sympatią i poparciem wszystkich ludzi pracy w Polsce, którzy słać będą tam, gdzie kominy nie dymią, ku Łodzi, słowa otuchy i zachęty wytrwania w rozpoczętym boju. Czytaj dalej

Janina Święcicka: Budujmy domy spółdzielcze [1936]

1(1)

W takim osiedlu nie tylko się mieszka, ale się żyje pełnią życia, rozwija mózg i serce, uczy się współdziałania w trudach i współżycia w zabawach. Toteż takie osiedla spółdzielcze powinny powstawać we wszystkich miastach. Człowiek mieszkający dobrze, sam staje się lepszy i spokojniejszy. Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa rada, by wszystkie przedmieścia naszej stolicy zabudować takimi spółdzielczymi osiedlami. Już wybudowała podobne do żoliborskiego osiedle na Rakowcu i jeszcze tam budować będzie. Chciałaby budować na Woli i na Pradze i na Mokotowie – wszędzie, gdzie w ruderach mieszkają dzieci robotnicze i więdną jak ten Jaśko, o którym Maria Konopnicka tak smutnie napisała. Potrzeba jednak, żeby i rodzice chcieli tego samego, tworzyli spółdzielnie i wespół z nimi starali się o dobre mieszkania dla swych dzieci. Czytaj dalej

„Trybuna”: Ku reakcji [1919]

2

Reakcja jest odwrotną stroną nędzy i wyczerpania ludu. Czyżby szlachcic ośmielił się kazać policjantom, swoim pachołkom bić, katować, więzić swoją służbę, gdyby spodziewać się musiał natychmiastowego odwetu? Czyżby lichwiarz śmiał śrubować ceny, chować towar, znęcać się nad lokatorem, gdyby oczekiwał natychmiastowej obrony ze strony swych ofiar? W społeczeństwach zdrowszych władza stawia granice takim szaleństwom; u nas władza od góry do dołu jest na usługach tych właśnie szaleństw, jeżeli tylko usłyszy „mocne” odezwanie się jakiegoś zjazdu „żubrów”, jeżeli tylko przeczyta jakiś bezczelny memoriał, protestujący z całą swobodą choćby przeciw podatkom lub opłatom z wojennych zysków!… Rok mija niepodległego życia polskiego, a najczarniejsze myśli oblegają każdy sumienniejszy umysł w kraju. Polska jest tak wewnętrznie słabą, jak jeszcze nigdy nie była. Nawet w czasie niewoli u obcych. Czytaj dalej

Janusz Korczak: Obrazki szpitalne [1908]

1

I tak zawsze: chcesz się dowiedzieć, jak się choroba dziecka zaczęła, a dowiadujesz się, że żona chora, że mąż bez pracy, dowiadujesz się pozornie zbytecznych szczegółów, które niepotrzebnie czas zabierają, a tego, o co pytasz, nie dowiesz się zgoła. – Jak dzieciak zdrów, to się na niego nie patrzy. Zdrów, to i zdrów. U bogatych co innego… I znów: żona chora albo mąż bez pracy, albo gospodarz komorne wymówił – najczęściej wszystko razem. Są to wiadomości pozornie zbyteczne. – Co dwie godziny łyżeczka – brzmi jak drwiny, jak smutna skarga niemocy. Czytaj dalej

Stanisław Posner: Kapłani wstrzemięźliwości na wsi

happyman-pipe

Dlaczego, jakim prawem chcemy pozbawiać włościanina papierosa, kiedy palenie jest „przyjemnością”. Pomyśleć tylko, jak rozległą jest sfera rozkoszy w klasie zamożnej, u inteligentów, w mieście. Pod tym względem wyrobnik miejski jest nawet w szczęśliwszym położeniu. Możemy uczęszczać do teatrów, na koncerty, samym uprawiać muzykę, śpiew, czytać różne bardzo ciekawe, rozweselające albo naprowadzające tęsknotę książki, bawić się piórem lub rozmową. Dla nerwów naszych świat stoi otworem. Uderzmy się w piersi, my inteligenci, którzy prócz wielu nauk posiadamy i ,,początki” higieny – kto z nas nie chłoszcze, nie podnieca swoich nerwów. Jeden pije absynt, drugi w czarnej kawie szuka natchnienia, trzeciemu miłująca męża i spokój małżonka mokkę zamienia na kawę figową, czwarty naciera ciało zimną wodą, piąty – gorącą i tak w nieskończoność. A palić – jakże my palimy? Przestańmy wreszcie moralizować. Lud nie potrzebuje zupełnie moralizacji. Domy budują się od fundamentów a nie od dachu. Stwórzmy najpierw higieniczne warunki, a potem zobaczymy, że i człowiek stanie się zupełnie higienicznym. Gdyby panowie higieniści wynaleźli sposób przeobrażania piasku w złoto, to wierzę głęboko, że w krótkim czasie mielibyśmy na wsi czworaki wzorowe, omal że nie kanalizację, ochronki wiejskie, może nawet kluby i resursy. Zakwitłyby wtedy wszelkie cnoty – higieniczne i moralne. Ale nic w zamian tymczasowo nie dając, nie mam odwagi odbierać tego, co jest, a co może i jest szkodliwe, ale czego zastąpić w tej chwili nie miałbym czym po prostu. Czytaj dalej

Henryk Jędrusik: W obronie oświaty powszechnej przed jej ruiną w Polsce [1936]

image00

Stwierdzić więc można, że jeśli mówić o szkolnictwie i nauczaniu dziś – to jest to raczej fikcja, że tak jedno, jak i drugie nie istnieje. I ten fakt jest ogromną krzywdą dzieci, które chodzą jeszcze do szkoły, to jest zaprzepaszczenie tego dorobku, jaki nauczyciel polski przez lat kilkanaście składał. Ale w tej dziedzinie i o takich dzieciach mówić mimo wszystko można, że się uczą, że „korzystają z dobrodziejstwa oświaty”. Jest jednak inna rzecz, która jest krzywdą tak straszną, że ona właśnie milczeć nam nie pozwala, że dzięki niej tu w tej chwili stajemy. Ona to daje nam prawo, nam nauczycielom, do wezwania wszystkich w obronie oświaty powszechnej – dla wszystkich dzieci. Prawo to – to krzywda miliona dzieci, które z oświaty nie korzystają. Dziś one mówić nie mogą i nie umieją. Upomną się kiedyś o to pozbawienie ich prawa bycia pełnowartościowymi obywatelami. Dziś są kandydatami na analfabetów i… podpory przyszłego państwa. Cóż się dla nich, dla tego miliona ofiar, czyni? W tej chwili – nic. Czeka się, aż dorosną, aż będą mieć lat więcej niż 14, iżby ich wtedy „dokształcić”. Uczyni to wieczorami na polecenie „pana instruktora” ten sam nauczyciel, który powinien był dać im dostęp do źródła oświaty wtedy, gdy było ich prawo. A może uczynią to jacyś dobrzy panowie lub dobrotliwe paniusie, które „z litości i z sumienia” interesować się będą „biednymi, pozbawionymi nauki” dziećmi. Czytaj dalej

„Trybuna”: Złote serce [1919]

1

Zbiera się w stolicy na wszystko. Na dzieci św. Heleny, Zofii lub św. Franciszka, na sieroty mrące potem masowo w „fabrykach aniołków” pod protektoratem hrabin i księżnych pań, na koszule i spodnie dla żołnierzy, dla „naszej bohaterskiej młodzieży”, na łóżka w szpitalach dla rannych wojowników, na wpisy szkolne, na wdowy, na starców i przeciw chorobom, a zwłaszcza przeciw gruźlicy… Że dzieci wszystkich świętych masowo umierają, żołnierzy dalej wszy gryzą, że w szpitalach polskich chorzy jedli czarny chleb z ościami, podczas gdy panienki jadły pączki bez ości, że starcy i wdowy konają sobie dalej z głodu, że Warszawa nie ma szkoły powszechnej dla 100 000 dzieci w wieku szkolnym, że gruźlica szaleje – mój Boże – cóż temu winno „złote serce”? Jałmużna jest cnotą: ile łez otrze, to nie jej rzecz; wykonujmy cnotę, apelujmy do „złotego serca”. I gdyby każdy np. dał po marce itd., to byłyby miliony na otarcie łez. Gdyby każdy? Kto to „każdy”? To bogacz, wykupujący się marką albo i 10 fenigami, tak samo dobrze czy źle jak i biedny student, któremu codziennie wyłudzają choćby drobną kwotę… Jakież to „złote serce” jest niesprawiedliwe! Czytaj dalej

Feliks Perl: Jak odpowiadać na zarzuty przeciwników? [fragment] [1913]

Scan10058

Przeważająca większość tych dzieci, przeszło 118 tysięcy, było zatrudnionych przez samych rodziców: rodzice musieli zamęczać swoje dzieci, aby przysporzyły im zarobku! Znaczna część tych dzieci musiała pracować w nocy! Wszak prawda, jak w takich warunkach mile, sielankowo, przyjemnie wyglądać musi ognisko rodzinne?! Na stosunki rodzinne fatalnie również wpływa drożyzna mieszkań. W szczupłym, niewygodnym, nieraz wilgotnym, ciemnym i zimnym mieszkaniu gnieździć się musi znaczna liczba osób, nieraz kilka rodzin. Sprzyja to pijaństwu, kłótniom, nieobyczajności, czyni z życia domowego prawdziwe piekło. A panowie kamienicznicy, podwyższając komorne, każąc coraz drożej płacić za ognisko domowe, przekonani są niewątpliwie, że są filarami społeczeństwa: jak nabożnie oni umieją prawić o świętych prawach własności i wzniosłych zadaniach życia rodzinnego! Kto tu więc burzy rodzinę? Czytaj dalej

Warszawski Okręgowy Komitet Robotniczy PPS: Przed 22 maja. O sprawach samorządowych miasta stołecznego Warszawy [1927]

1

Przy wyborach do rady miejskiej przede wszystkim toczy się walka społeczna, która rozwija się na całej linii wszystkich zagadnień gospodarczych i kulturalnych. Tej prawdy nie zmieni i nie przekreśli wołanie o fachowców. Muszą oni znajdować się w urzędach, biurach i przy pracy wykonawczej. Reprezentacja ludności winna być powierzona rzecznikom jej interesów gospodarczych. Tylko takie ujęcie sprawy jest słuszne i właściwe. Każde inne jest fałszywym frazesem, szerzącym chaos i bałamuctwo. W obecnym okresie rozwoju Warszawy, gdyż o Warszawę tylko w tej chwili nam chodzi, możemy ustalić, że dobro stolicy jako miasta, jest w zgodzie z potrzebami ludności pracującej i że gospodarka odpowiadająca tej ludności odpowiada zarazem potrzebom miasta. Odwrotnie. Podporządkowanie spraw miejskich interesom właścicieli kamienic i paskarzy prowadzi stolicę w bagno zastoju i musi się skończyć katastrofą. Racjonalna gospodarka miejska musi pozostawać w harmonii z potrzebami ludzi pracy. Rozwój Warszawy leży na linii coraz ściślejszego zespolenia pracy gminy z potrzebami ogółu mieszkańców i tylko w oparciu o masy pracujące Warszawa rozwijać się może i powinna. Czytaj dalej

„Życie Robotnicze”: Czy za dużo ludzi? [1934]

1 (6)

Twierdzenie laików, że za dużo jest ludzi na świecie, zbijają w zupełności nie tylko wyżej podane twierdzenia uczonych, lecz same rzeczowe zapatrywanie się każdej myślącej jednostki na społeczny i gospodarczy ustrój świata. Nie szukajmy daleko, popatrzmy na Polskę, którą wszyscy znamy. Ziemia jest żyzna, wydawać może zboża, ziemniaków, jarzyn w takiej ilości, że dobrze wyżywić może nie tylko mieszkańców Polski, lecz i te miliony obywateli tegoż państwa będące na emigracji. Mamy w Polsce kopalnie węgla, rudy, łupku, nafty, eksploatacja jest tak obfita, że eksportuje się te towary za granicę. To samo dotyczy i innych surowców, które prawie że wyłącznie mamy w Polsce. Wynik tych bogactw jest atoli opłakany, bo miliony obywateli muszą emigrować na poniewierkę, a drugie miliony głodują w kraju. Powodem tego jest oczywiście gospodarka oparta na egoizmie grup uprzywilejowanych. Czytaj dalej

Tadeusz Reger: O walkę z alkoholizmem [1925]

242

Jak bardzo potrzebnym było takie postanowienie, widzimy z tego, że chociaż klęska pijaństwa szerzy się, zwłaszcza w miastach, zagłębiach węglowych i niektórych ośrodkach przemysłowych oraz większych garnizonach wojskowych, w sposób zastraszający, niszcząc zdrowie i dobrobyt ludności, to jednak na całym obszarze Rzeczypospolitej Polskiej nie mamy dotychczas choćby jednego łóżka w ogólnych szpitalach, nie mamy ani jednego uzdrowiska dla alkoholików. Notorycznych alkoholików, pozbieranych na ulicy, gromadzi się „dla wyspania się” w areszcie policyjnym, chorych na delirium tremens zamyka się w domu obłąkanych lub odsyła się ich do „opieki domowej”, czego wynikiem bywa 80 do 100 wypadków rocznie „zabójstwa w stanie opilstwa lub szału opilczego”… Czytaj dalej